Filmowo

Długi weekend, mam dla Was małe filmowe polecenia i antypolecenie, jakby pogoda nie dopisała, albo marzyłby się Wam domowy weekend!

Batman. Nowość, świeżynka, w zasadzie. Obejrzałam, bo nalegał Fotograf. No cóż, nie jestem fanką tej serii, ani samego Batmana. Jako dziecko oglądałam jedynie animację i to by było na tyle. I ten animowany bohater, bardzo mi się podobał! Ta, dorosła i aktorska wersja, skusić miała wszystkich fanów Roberta Pattinsona. Hmm, mnie nie skusiła. Nie wiem czemu, ale to nie jest film w moim gatunku. Może jednak poruszyłby mnie ten film nieco bardziej, gdyby główny aktor nie był taki drewniany i sztywny. I nijaki. Robert pasuje do roli Batmana, jak pięść do noca. Albo taki z niego Batman, jak ze mnie Madonna. Gwarantuję Wam, że nie chcielibyście stać w odległości kilometra, przy mnie, na jakimkolwiek koncercie. Także tego, wymęczyłam się, obejrzałam do końca, ale nie będę fanką. Szczerze? To bardzo mnie zmęczył ten film, więc nie włączajcie Batmana, jeżeli nie jesteście fanami gatunku.

Moje wspaniałe życie. Film skusił mnie obsadą, Agata Buzek i Jacek Braciak- wiedziałam, że będzie co oglądać. Agata i Jacek grają małżeństwo z długim stażem. Dzięki najstarszemu synowi są już dziadkami. Mieszkają wszyscy razem w jednym domu. Rodzice, babcia, syn z żoną i synkiem, oraz najmłodsza pociecha, czyli nastoletni syn. Witek jest dyrektorem szkoły, Joanna to nauczycielka angielskiego, jego podwładna. Ich rzeczywistość jest nieco przerysowana, ale pokazuje prawdę – ciężko jest pogodzić wiele życiowych ról i ciężko być w pełni szczęśliwym, w chaosie codzienności. Tym bardziej, kiedy jak Joanna, jest się kolorowym ptakiem, i po prostu dusi się w kanonach matki, żony i młodej babci. Joanna chce więcej od życia, wciąż siebie poszukuje i odkrywa. Wciąż szuka szczęścia, na swój sposób. Jest pełna energii, chce walczyć o swoją przyszłość. Czuje, że świat ma dla niej coś większego, niż tylko doglądanie wnuka i cierpiącej na demencję matki. Joanna sprawnie żongluje między światami, prowadząc podwójne życie. Ale do czasu, bo mimo wszystkich zasad bezpieczeństwa, pada ofiarą szantażu, i grozi jej ujawnienie prawdy, o jej sposobach na znajdowanie szczęścia. Film jest bardzo dynamiczny i autentyczny. Szczery, empatyczny i nieoceniający. To film, który pokazuje cały wachlarz możliwości Agaty Buzek. Która ma dwie natury, tę domową i wyzwoloną, szaloną, pełną radości. Wyjątkowo dobrze się ten film ogląda i mogę go Wam szczerze polecić!

Wieczór gier. To taki film, który zaskakująco miło mi się oglądało, i naprawdę, sama nie wiem dlaczego. Przecież nie było to nic ambitnego, ani nic, co porywa za serce! Po prostu wieczór gier, który pewnego razu, nieco wymyka się spod kontroli. Grupa przyjaciół regularnie spotyka się na wieczory gier. Wybierają gry lekkie i przyjemne, ot, Milionerzy, Monopol czy jakąś wersję Scrable’a. Brat jednego z bohaterów, postanawia wynieść ich spotkania na wyższy poziom i angażuje do zabawy specjalną firmę, która organizuje wieczory gier, zgodnie z zamówionym scenariuszem. Ma dojść do porwania jednego z paczki, a reszta, podążając za wskazówkami, ma znaleźć porwanego. Kiedy dochodzi do porwania, zawodnicy bawią się świetnie. Nieco sprawy się komplikują, kiedy porywacze, okazują się być prawdziwi. Wtedy też zaczyna się prawdziwa zabawa. Tfu, gra, na śmierć i życie. Film obfituje w dużą ilość zaskoczeń, należy pamiętać, że to miks komedii i sensacji, nie ma tutaj wielkich dreszczy, za to kilka razy można solidnie się zaśmiać. Świetny film, by dobrze wejść w weekend i miło zacząć nowy tydzień. Dobra obsada i dobra zabawa gwarantowana. Szczególnie polecam wszystkim fanom gier!

Ścieżka dźwiękowa- Pustki- Wesoły jestem

Kosmetycznie

Sielanka, krem do rąk jeżynowy. Skusił mnie zapachem, ale wiecie co? Po jakimś tygodniu ten zapach mnie zabijał, słodko-mdlący. Bardzo cukierkowy, mogłam go używać, tylko przy otwartym oknie. No dobrze, zapachem zabił mnie już wcześniej, chyba po dwóch dnia miałam go lekko dość. W dodatku jego działanie było hmm, nijakie. W zasadzie działał jak woda, nie zauważyłam tak naprawdę by w jakikolwiek sposób nawilżał dłonie, bądź poprawiał ich wygląd. Ot, kremik którego zapach raz na jakiś czas, przeniesie w letnie okolice. Ale trzeba go używać bardzo, ale to bardzo rzadko. I raczej nie jako krem do rąk, a poprawiacz humoru. Jestem zdecydowanie na nie. Na szczęście krem nie był drogi, więc rozstałam się z nim bez żalu i wylanych łez.

Celia, olejkowy balsam do ust, granat. Przyznam szczerze, kupiłam go, bo zaciekawiła mnie formuła, zapach i cóż, cena! Jestem maniaczką produktów do ust, i kupuję je, wydawać by się mogło, na okrągło. Zaraz zdradzę Wam mój sekret. Nigdy nie zużywam takich produktów do końca, po prostu nałogowo je gubię! Rano mam w torebce, a po dwóch godzinach bach, balsam znika. A, że jestem uzależniona od nawilżania ust, to potrafię wybiec do sklepiku, i kupić coś na szybko, bo przecież nie wytrzymam! Ot, i cały sekret. Ten balsam bardzo mi podpasował, idealnie się rozprowadzał, pięknie pachniał i smakował owocami. Dawał połysk, niczym błyszczyk, do tego na długo nawilżał usta. Niestety, zgubiłam go po niecałych dwóch tygodniach. Wielka to szkoda!

Only Bio, Anti Acne serum do twarzy. Kupiłam je w Rossmannie, miało dobrą, bo promocyjną cenę. Skusiło mnie działanie i dość sporo pozytywnych recenzji o samej firmie. No i cóż… Nie było szału. Serum jest dość galaretowate- nie wiem, czy to tylko mój egzemplarz, czy to ogół. Mimo wszystko dość szybko się wchłania. Jeżeli chodzi o działanie, to jak dla mnie jest średnie. Owszem, świetnie wysusza cerę, ale to jednocześnie zarzut. Z jednej strony koi stany zapalne i matuje cerę, ale robi to kosztem nawilżenia. Moja skóra zaczęła wyglądać dużo gorzej po używaniu tego serum. Nie zużyłam do końca. A szkoda. Bo serum ma wspaniałe, bardzo higieniczne opakowanie z pipetą, błyskawicznie się wchłania i w promocji ma świetną cenę. Ale cóż, nie ma między nami chemii.

Be Bio, balsam do ciała wiśnia/chia. Miałam go kiedyś i miałam pozytywne wrażenia, piękny zapach i dobre działanie. Chętnie więc do niego wróciłam. Nie wiem czy popsuła się formuła, czy skład, czy co się stało, ale ten balsam okropnie mnie uczulił. Przez tydzień, po ostatnim użyciu, okropnie swędziało mnie całe ciało, i wyskoczyła wysypka. Kiedy po jakimś czasie zrobiłam test i użyłam go na małym kawałku ręki, po kwadransie pojawiło się ponownie okropnie swędzenie, balsam więc wyrzuciłam i nigdy już do niego wrócę. Kompletnie nie wiem co się stało i dlaczego teraz mnie uczulił. Może to jakaś trefna partia? W każdym razie nie będę mu dawać kolejnej szansy. I zdecydowanie nie polecam!

Ścieżka dźwiękowa- Beta Radio – First Began

Pomysł na randkę. Wagary

Wakacje, lato, praca, codzienność, ogród, spotkania ze znajomymi. Łatwo się w tym zagubić. Trzeba dbać o chwile dla siebie i dla swoich bliskich. Nieważne czy chodzi o partnera, siostrę czy przyjaciół. Czasem by spędzić z sobą więcej czasu, trzeba udać się na wagary… Najpierw odzywa się moje poczucie obowiązku, ale jak to dzień wolny? Tak bez potrzeby i bez planów? Ale w sumie czemu nie! Każdemu pracusiowi to się po prostu bardzo przyda!

Ja wzięłam wolny piątek. Fotograf również. Przedłużyliśmy sobie weekend, i daliśmy szansę na fajne spędzenie dnia, bez cienia gonitwy i codzienności. Najpierw leniwy poranek, spokojne śniadanie i spacer do centrum ogrodniczego. Nowa kompozycja w skrzynkach, już taka na późne lato, czyli witajcie wrzośce! Spokojne wybieranie kwiatków, powrót do domu i można sadzić kwiatki i bluszczyk.

Potem zabieramy ciasteczka i do miasta. Zaczynamy od długiego spaceru, nie ma tłumów, nie ma problemów z parkowaniem. Pierwszy przystanek to kawiarnia, uzbrojeni w pyszne cappucino, idziemy na Kamienną Górę. Nie ma to jak spacer z rana! Ludzi malutko, względna cisza, można chłonąć nieco inną atmosferę miasta. Posilamy się ciasteczkami, idziemy nad morze. Turyści są, ale znów, nie ma tłumów, nie ma weekendowego chaosu i zamieszania. Nie da się ukryć, sprzyja nam pogoda. Bez upałów, słonecznie tak, ale bez temperatur, które aż krzyczą-biegnij na plażę. Można przysiąść, zajadać się ciasteczkami, chłonąć widoki i po prostu odpocząć od codzienności. Kolejnym celem jest klub filmowy. I oglądanie filmu w całkowitej samotności. Tak, pójście do kina w inny dzień niż weekend, to niezwykłe doświadczenie. O 14, w kinie nie było nikogo. Takie rzeczy, tylko w wagarowy dzień!

A, żeby było jeszcze bardziej na luzie, zamawiamy obiad i bierzemy go do domu. Jemy w ogrodzie. I niczym się nie martwimy. Wieczorem robię sobie seans spa, w domowej łazience. I wiecie co?

Niby jeden dzień, a czułam się jak w niebie! No dobra, kto z Was zrobi sobie takie wagary?

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Runaway 

A oni dalej grzeszą, Dobry Boże.

W letni czas miło ogląda się lekkie i przyjemne filmy. Takie mniej wymagające, dające za to ucieczkę od codzienności. Dlatego też wybrałam się na kontynuację filmu Za jakie grzechy, Dobry Boże. Tym razem rodzice czterech uroczych córek, świętują 40 rocznicę ślubu. Córki planują z tej okazji wielką imprezę. Postanowiły zaprosić swoich teściów, i ulokować ich w domu rodziców. W jednym domu mieszają się więc różne kultury, zwyczaje i podejście do życia. W dodatku brakuje jednego pokoju i jedno z zaproszonych małżeństw, musi zamieszkać w jurcie, w ogrodzie. I co tutaj robić? Trzeba dotrwać do imprezy! A wierzcie mi, to prawdziwe wyzwanie.

To taki film z cyklu łatwych i przyjemnych. Można się uśmiechnąć i oderwać od świata za murami kina. Rodzinne perypetie, sztuka dyplomacji i nauka mówienia wprost. Do tego mały kryzys, kiedy okazuje się, że 40 lat minęło, latka lecą i młodość przemija….

Oczywiście zięciowie ciągle przysparzają swojemu teściowi nowych zmarszczek.Wspólne mieszkanie w jednym miasteczku, nie jest aż tak atrakcyjne jak się wydaje.

Film na miłe, rodzinne popołudnie. Czyli idealny film na leniwą niedzielę.

Ścieżka dźwiękowa- Andrzej Zaucha- Byłaś serca biciem

Minął lipiec. Książkowo.

W lipcu naprawdę dużo przeczytałam, na liczniku 21 książek. Także jest co oceniać, polecać, albo wręcz przeciwnie. To co? Zaczynamy!

Zaczynamy od książek, które nie zdobyły mojej wielkiej sympatii.

Kate Morton, Córka zegarmistrza. Obiecywałam sobie wiele, ale nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Owszem, to dalej ładnie napisana książka, bardzo tajemnicza, obiecująca. Ale mnie w ogóle nie wciągnęła. A najbardziej rozczarowało mnie zakończenie. Bardzo spłycone i naprawdę nijakie. Męczyłam się z tą książka, i naprawdę się cieszyłam, kiedy nadszedł koniec.

Bycie rodzicem to pestka-…-To jak z opaską na oczach sterować samolotem, który ma dziury w skrzydłach.

Rozczarowałam się też Zatoką Tajemnic, Rosanny Ley. Przyznam szczerze, nie zachwyciła mnie ta książka. Miałam duże nadzieje, ale nie wyszło. Książka dawała obietnicę wielkiej tajemnicy i zagadki. Ale druga połowa książki jest niesamowicie rozwleczona, przegadana i w zasadzie się urywa. O czym jest? Bohaterkami są Julia i Ruby. Jedna to hiszpańska zakonnica, druga to 35 latka z Anglii, która odkrywa, że została adoptowana. Ruby rusza w podróż, w poszukiwaniu korzeni.
Spore rozczarowanie, szczególnie tą drugą częścią książki.

to typowe dla współczesnego świata, żeby najpierw myśleć o tym co niedostępne i zabronione, zamiast cieszyć się tym, co osiągalne i ważniej…

Adam Silvera, Nasz ostatni dzień. Książka zbiera dobre, ba, bardzo dobre recenzje. Aczkolwiek mnie nie porwała. Adam Silvera przedstawia historię Rufusa i Mateo, którzy dostają wiadomość, że dziś umrą. Mają przed sobą ostatni dzień życia. Dwójka nieznajomych, staje się swoimi Ostatnimi Przyjaciółmi. Książka wiele obiecuje, kończy się zbyt szybko, jakby autorowi zabrakło papieru na dalszą opowieść.
W zasadzie całość sprowadza się do dość banalnych wniosków- żyj tak, jakby każdy dzień był tym ostatnim. Korzystaj z życia i doceniaj przyjaźnie.

Lepiej żyć, marząc o śmierci, niż umierać, marząc o wiecznym życiu.

Wyznanie, Jessie Burton. Czy to jest najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku? Tak wygląda.
To piękna historia, której bohaterkami są trzy kobiety. Connie, Elise i Rose. To historia o miłości, braku zrozumienia, chęci akceptacji. To książka o wielkim pogubieniu, młodości, naiwności, szukaniu siebie. To opowieść o wielkich emocjach, nieprzemyślanych decyzjach i błędach jakie popełnia każdy z nas.
Jessie Burton opowiedziała piękną i ponadczasową historię. Niewiele jest pisarek, które tak lekko i tak pięknie, potrafią pisać. Które aż tak czarują czytelnika. To zupełnie inna książka niż debiutancka Miniaturzystka. Osobiście wyjątkowo mnie zaskoczyła i niesamowicie wciągnęła. Nie mogłam się oderwać. Śledziłam losy bohaterek, kibicowałam Rose w walce o siebie. Złościłam się na naiwność Elise. Odrzucał mnie chłód Connie. Mimo to każda z bohaterek stała mi się bliska.
To książka, którą naprawdę warto poznać, zagłębić się w jej piękno i dać się porwać nurtowi tej historii.

Każda kobieta zasługuje na prawo do porażki, lecz otrzymują go tylko nieliczne – pisała. – To bowiem wielki przywilej móc katastrofalnie zawieść i otrzymać drugą szansę, jakby nic się nie stało. Mężczyźni robią to nieustannie, a jeśli są poddawani krytyce, to zawsze jako jednostki. Mam na myśli polityków, biznesmenów, ba nawet morderców. Białe diabły, które niszczą świat. Oczywiście kobiety też potrafią być diabłami. Kiedy jednak kobieta doznaje porażki, zwykle robi to w imieniu całej swojej płci, jakbyśmy tkwiły w jednym ciele. Dlaczego nam nie wolno niczego spieprzyć?! Bojaźń jest w życiu kobiet plagą szarańczy!

Diane Setterfield, Czarne skrzydła czasu. Jak dla mnie ta książka jest przepiękna. Opowieść wręcz płynie, jest piękna, spokojna, pełna wdzięku, umiłowania każdego słowa i szacunku dla czytelnika. Tak, ci co liczą na wielkie zwroty akcji i niesamowite emocje, mogą się solidnie rozczarować. Mnie jednak ta książka szczerze zachwyciła i zapewniła wiele pięknych wieczorów…
William to niezwykłe dziecko. Od małego wykazuje wielkie talenty, opanowanie i skłonność do przyswajania wiedzy. Mimo rodzinnej hańby, jaką dzierży jego ojciec, jego stryj pokłada w nim wielkie nadzieje. William pracuje z nim w fabryce, wynosząc ją na zupełnie inny poziom.
W osobistym życiu, William doznaje wiele szczęścia. Ma przepiękną żonę i cudowne dzieci. Jak na swoje czasy, rodzina odniosła wielki sukces. Ale wtedy daje o sobie znać przeszłość. A ta przeszłość to strzelanie z procy i zabicie czarnego jak noc kruka. Od pewnego czasu, kolor czarny zasnuje życie Williama….
To książka o pożegnaniu, wielkiej stracie, ciężkiej pracy. Akcja toczy się wolno, a czytanie tej książki, to prawdziwa czytelnicza uczta!

Jak mierzyć stratę? Jak liczyć, ważyć, oceniać smutek?

Jess Ryder, Tylko jedna noc. Amber w teorii ma wszystko. Cudownego męża, piękne mieszkanie i wymarzoną córeczkę Mabel. Ma też olbrzymie wyrzuty sumienia, bo nie cieszy się macierzyństwo. Amber ma depresję poporodową, ale wstydzi się do tego przyznać. Aby odciążyć Amber, jej siostra Ruby, przejmuje małą Mabel na jedną noc. Amber z mężem mają odpocząć, spędzić razem czas i oderwać się od codzienności. Jedna noc, a tyle zmian w ich życiu!
To niesamowicie wciągający thriller, od którego nie można się oderwać. Autorka wyciąga na światło dziennie, kolejne kłamstwa i tajemnice. Nic nie jest oczywiste, ani takie jakim się wydaje. Akcja pędzi i nie pozwala odetchnąć.
To bardzo solidna książka. Gwarantuje niesamowitą dawkę emocji. Wciąga, angażuje czytelnika w rozwiązanie zagadki. I faktycznie do samego końca trzyma w napięciu!

Magdalena Witkiewicz, Cześć, co słychać. Zuza jest u progu 40 urodzin. Ma męża, tego samego od 15 lat, Wojtka. Jej rodzinę dopełniają dwie córeczki, Iga i Pola. Zuzę i Wojtka łączy dom, rodzicielstwo, codzienność. Oczywiście jest między nimi miłość, ale nie ma co ukrywać, po tylu latach nie ma już tego ognia, pasji i namiętności. Zamiast nastoletnich uniesień, jest stabilizacja, pewność, poczucie bezpieczeństwa.
Jeden post koleżanki, znaleziony w sieci, jedno spotkanie w gronie czterech licealnych przyjaciółek. Niby nic, ale wróciły wspomnienia i chęć powrotu do lat minionych. Do emocji i miłości, która paliła policzki i wywołała dreszcze. Tą miłością dla Zuzy, był Paweł. Ich losy dawno temu przekreślił los. Ale dziś można wysłać mu wiadomość. Taką niewinną i przyjacielską…
Cześć co słychać?
Jedna wiadomość budzi dawne demony, emocje i pasję. Czy Zuza zaryzykuje rodzinne szczęście, czy w porę się opamięta?
Koniecznie przeczytajcie tę książkę. Pokazuje bowiem jak łatwo można zmienić swoje życie o 180 stopni, ale czy na lepsze? Czy można dwa razy wejść do tej samej rzeki? Czy naprawdę miłość to tylko dzika namiętność?
Zdecydowanie daje do myślenia!

Wiesz. On raczej jest taką wygodną, swojską wysiedzianą sofą. Z licznymi plamami po kawie i pękniętą sprężyną. Ale jest mój. – Stare meble się wyrzuca – powiedziałam. – Ale nie takie. To mebel dobrej klasy. Może go już nie lubisz tak bardzo jak kiedyś, może wnerwia cię, bo sprężyna wbija ci się w tyłek. Ale każda plama ma swoją historię. Nie pozbędziesz się go, bo masz do niego sentyment. Poza tym…-dodała po chwili. – Nie miałabyś już na czym usiąść. I byłoby ci bardzo niewygodnie.

Sue Watson, Kobieta z sąsiedztwa. Wow, czytałam naprawdę z zapartym tchem. Świetna intryga, bardzo solidny thriller, który trzyma w napięciu, żongluje emocjami i nie pozwala odłożyć książki ani na moment. Książkę przeczytałam w jeden dzień! Nie mogłam się od niej oderwać ani na krok.
Matt i Lucy są małżeństwem. Bardzo się kochają, wspierają i razem walczą z bezpłodnością. Ich sąsiadką zostaje pogodynka, lokalna gwiazda, Amber.
Lucy i Amber bardzo się zaprzyjaźniają. Aż za bardzo… Ich relacja staje się toksyczna. Nakręca ją prześladowca Amber. Kobieta czuje się ofiara stalkingu, nie czuje się pewnie we własnym domu i przeprowadza do przyjaciółki. Niezbyt cieszy się Matta, który nie darzy Amber przyjaźnią. Sprawa komplikuje się, kiedy podejrzenia o stalking spadają na Lucy…
Bardzo polecam tę nieoczywistą i zaskakującą książkę.

Choć Amber jest piękna, zamożna i ma udaną karierę, szczerze jej współczuję, bo tak naprawdę pragnie ona tego samego co każdy – kochać kogoś, kto i ja kocha, a ja to właśnie mam.

Guilaume Musso-Sekretne życie pisarzy. Jeżeli miałabym opisać tę książkę jednym słowem to byłoby to słowo- Pogmatwana. I uwaga, jest to pozytywny kontekst. Ta książka jest pogmatwana, lawirująca pomiędzy prawdą a literackim kłamstwem, które dzieje się w tej historii. Mąci, gnębi czytelnika, sprawia, że granice pomiędzy jawą i snem, wyraźnie się zacierają.
Historia snuje się wokół pisarza, który nagle zakończył karierę i zaszył na wyspie. Nie pisze, nie chce wrócić na sam szczyt. Zniknął z życia publicznego. Tropem Nathana, rusza młoda kobieta. Ma dla niego niesamowitą historię, której podstawę daje stary aparat fotograficzny. Co wyniknie ze spotkania pisarza i Mathilde? Koniecznie musicie przeczytać.
To piękna, tajemnicza i naprawdę zagmatwana książka, która daje ogrom przyjemności.

Jak narkoman kochałem te chwile, gdy fikcja włamywała się w codzienność. To z tego powodu tyle czytałem. Nie żeby uciec od życia w świat wyobraźni, ale żeby wróci do życia zmieniony dzięki lekturom. Bogatszy o doświadczenia z wyimaginowanych podróży, o spotkania z wyimaginowanymi ludźmi, gotowy, by skorzystać z tego bogactwa w życiu codziennym.

Joy Fielding, Martwa natura. To jest bardzo przyzwoita książka. Mogłaby być naprawdę świetna, ale ma kilka drobnych wad. Największą jest podanie rozwiązania w połowie książki. Zabiło to we mnie nieco ciekawość. Owszem, akcja dalej się toczy, i jest nawet napięcie, ale mi osobiście to wyjątkowo przeszkadzało. Wolałabym więcej niewiadomych i więcej napięcia. Jeszcze więcej!
Narratorką książki, jest Casey. Kobieta, która po spotkaniu z przyjaciółkami pada ofiarą okropnego wypadku. Od tego czasu pozostaje w śpiączce. Wraca jest słuch i świadomość. Ale o ile umysł ma jasny, to jej ciało odmawia współpracy. Casey nie widzi, nie mówi, nie może ruszać swoimi kończynami.
Otoczona rodziną i bliskimi, kochającymi ją ludźmi, ma wracać do zdrowia, albo raczej do życia. Ale jedno nie daje jej spokoju, czy to na pewno był tylko wypadek? Czy komuś zależy na jej życiu? I do czego ten ktoś będzie zdolny? Mimo wad, książka naprawdę mi się podobała. Był potencjał na coś wielkiego, wyszło bardzo solidnie, ale i tak, warto ją polecić na letnią lekturę.

,,Chodzi o to, że nad naszym życiem nie mamy żadnej kontroli, nie panujemy nad nim. Nie mamy żadnych gwarancji i nigdy nie będziemy wiedzieć, co się w naszym życiu wydarzy, co nas czeka. Lecz mimo to nie możemy poddać się ślepemu losowi i być całkowicie bierni. Istota rzeczy polega na tym, że niezależnie, jak bardzo jesteśmy omylni i ułomni, nie możemy się losowi oddać, musimy otwierać się na innych…”

Ścieżka dźwiękowa-PJ Harvey – Near the Memorials to Vietnam and Lincoln

Minął miesiąc. Lipiec

Żegnaj lipcu, witaj sierpniu. Ale nim rozgościmy się w sierpniu, zajrzyjmy bliżej do lipca!

Lipiec, pogoda w kratkę. Niemal marcowy garniec. I te nieziemskie upały i słoneczne dni. I te burzowo-deszczowe, i te kiedy musiałam zakładać kurtkę i solidnie otulać szyję chustą. Totalny misz-masz. Niestety ten miszmasz i miks, przepłaciłam zapaleniem zatok. Kiedy standardowe leki przestały sobie dawać radę, musiałam zasięgnąć porady lekarza. Werdykt? Jak zwykle, antybiotyk. Dobrze, że tym razem jedynie na 3 dni. Aczkolwiek mam wrażenie, że moje zapalenie przeszło w stan jeszcze bardziej przewlekły. Jakoś tak, ostatnio kichanie, smarkanie i używanie sterydów przeszło u mnie w stan bardziej niż pernamentny!

Lipiec jednak zaczął się dobrze, bo wyjazdem na Roztocze. Pogoda dopisała, w głowie i sercu zostały piękne wspomnienia i cudowne widoki. Byłam i jestem do teraz, zachwycona tym wszystkim co się tam działo. Bardzo bym chciała, by taki urlop mógł trwać nieco dłużej, a nie jedynie tydzień. Marzą mi się takie dwa pełne tygodnie. Dwa tygodnie luzu i odpoczynku. Bardzo mi się marzą. Ale to niezbyt realne. Dlatego też cieszę się tym co mam. A mam wiele. Takie piękne wakacje, cudowne wspomnienia, wiele pięknych miejsc odwiedzonych i zjedzonych pyszności na koncie. To był prawdziwie cudowny początek lipca!

W lipcu pracy było co niemiara! Zdecydowanie skrócił mi się sen. Ogólnie to był wyjątkowo zapracowany i zabiegany miesiąc. Jak chyba żaden inny lipiec. Zamiast urlopowego odprężenia, mieliśmy ciągły chaos. W pracy spędzałam dużo czasu i ciągle z tyłu głowy miałam kolejne wyceny i zaległości. Do domu wracałam zdecydowanie zbyt późno, co głośno wykrzykiwała mi Franusia i Fifi. Bywało pełno takich dni, kiedy to wracałam do domu po 14 godzinach do wyjścia z niego. Narobiłam sobie sporo domowych zaległości. Jak na złość, weekendy były jakby krótsze i skupiały się głównie na niwelowaniu owych zaległości. Ale wiecie, nie jestem bez winy. Co chwilę znajdowałam sobie coś nowego do roboty. Ot, chociażby nową rabatę w ogrodzie. Nową aranżację skrzynek, które zdobią taras. Zrobiłam też lawendową alejkę. Uff!

A jakby tego było mało, po powrocie z pracy, zabierałam się za przerabianie wiśni na konfitury, wyprodukowałam też testowo syrop lawendowy. Musiałam obrobić całą wielką michę kwiatów lawendy, i wiecie co? Wyszło mi z tego ledwo trzy słoiczki. Takie po musztardzie. Ale po testach mogę śmiało powiedzieć, to nie koniec! To jest prawdziwa petarda, kropla przenosi mnie w prawdziwie lawendowe niebo. Syrop będę dodawała do herbaty, na zabiegane i męczące wieczory. A zabiegane to teraz były chwile, kiedy próbowałam zdobyć cukier do przetworów. Na co dzień w domu mam tylko erytrytol i nieco cukru pudru. Tak do dekoracji wypieków. Przed sezonem kupiłam jeden żelfiks i tyle. Teraz w pięciu sklepach szukaliśmy cukru i nic. Nie było też żelfiksów. Miła pani wytłumaczyła mi, że ludzie też to kupują, bo w środku jest nieco cukru. Zastanawiam się kto słodzi herbatkę żelfiksem? Szaleństwo. Cukier zdobyłam następnego dnia. Uwaga, był tylko cukier puder….

Odwiedziłam w końcu fryzjera. Pierwotnie miałam jedynie podciąć grzywkę. Ostatecznie, po półtorej roku zapuszczania włosów, wróciłam do boba. Tym razem jednak wersja dłuższa, taka, że mogę włosy zebrać w małą kiteczkę. Fajna odmiana. Na razie cieszę się morzem możliwości i włosami, które mogę albo rozpuścić, albo związać. Poprzednio, mogłam je tylko związać, bo ja i dłuższe rozpuszczone włosy? To się nie łączy!

W lipcu pogoda nie pozwoliła mi w pełni skorzystać z możliwości jakie daje mi moje miejsce zamieszkania. Standardowo kiedy przychodzi dwudzionek, albo pada, albo jest zimno. Ogrodowe wieczory trzeba spędzać po kocem, i w kamizelce. Owszem, były spacery, ale często z parasolem w ręku. Jak wtedy kiedy mieliśmy gości i lataliśmy w ulewie, pokazując im Gdynię. Albo gdy umówiłam się z moim bratem i kiedy tylko dojechałam na miejsce, rozpętała się burza… Mimo to udało mi się zorganizować jedną szaloną wycieczkę na ukochane wydmy. Przekrój pór roku, od zimowego wiatru, po upał i chodzenie bez butów. A jak poszłam na koncert Kaśki Sochackiej, to deszcz przestał padać dopiero pół godziny przed koncertem.

Jeżeli mowa o koncercie, to byłam też na koncercie Raz, dwa, trzy, i był to kolejny i kolejny bardzo miły koncert. I wiele muzycznych doznań. Udało mi się też nieco bawić się w turystkę i pozwiedzać Gdańsk i Gdynię. Fajnie poszwędać się w znane miejsca, tak jakby szło się tam pierwszy raz. A to wszystko dzięki naszym gościom, którzy chcieli by pokazać im wszystko. To był kulturalny miesiąc, dwa koncerty i kino. Co ciekawe, w tym czasie byliśmy sami na sali, w powtórce covidowej fali, to wyjątkowo fajne i bezpieczne. W dodatku nikt nie jadł popcornu i nie siorbał coli!

W lipcu usiadła na mnie pszczoła, albo osa, akurat nie odróżniam jednego od drugiego. Usiadła i tyle, nie zdążyła mnie ugryźć. Ale to starczyło bym dostała uczulenia. Pęcherz, swędzenie i silne zaczerwienienie, spuchła mi też ręka. Pamiętacie jak 3 lata wstecz wylądowałam na pogotowiu po kontakcie z pszczołą? Wtedy mnie ugryzła, teraz tylko usiadła. Muszę naprawdę zaopatrzyć się w adrenalinę, w razie konieczności!

Mam wrażenie, że lipiec był naprawdę długi i konkretny. Dużo się działo i to dużo fajnego. To był dobry miesiąc! Minus? Z babcią Fotografa zrobiliśmy 65 pączków, w upale. Nic nie zjadłam, zapomniałam ich wziąć !

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – High Hopes 

Z kotem w podróży.

Jak już pewnie wiecie, w naszą majówkową podróż wybraliśmy się z Franusią. Dlaczego? Bo Franusia jest bardzo nieśmiałym kotkiem, kiedy ktoś obcy wchodzi do domu, od razu chowa się pod łóżko i nie wychodzi. O nie! Nie da się nakarmić obcemu i dać o siebie zadbać. Poza tym Franusia ma bardzo wrażliwy brzuszek, sami nie wiemy kiedy powrócą jej problemy z wymiotami, wolę mieć ją blisko i w razie czego jechać do weterynarza. Ktoś kto by ją odwiedzał raz dziennie, nie mógłby w porę dostrzec, że coś dzieje. A co najważniejsze, Franusia nas kocha do szaleństwa. Chodzi za nami jak piesek, razem z nami się kąpie, gotuje, sprząta i oczywiście śpi. Zawsze jest obok, domaga się pieszczot i zabawy. Sama przynosi swoje zabawki i mówi po swojemu, co w wolnym tłumaczeniu znaczy- człowiek, teraz czas dla mnie. Przyznam szczerze, nigdy nie spotkałam takiego kota, który aż tak pragnąłby kontaktu z człowiekiem. Frania jest niezadowolona kiedy wychodzimy do pracy, jakże więc można by ją zostawić na tydzień? Z Filemonem nie ma żadnego problemu, on się chyba cieszy kiedy ma dom dla siebie i wystarczą mu odwiedziny sąsiadów. Czyli karmienie i pojenie. I tyle, totalnie bezproblemowy kot. Człowiek to dla niego dostawca jedzonka. Z nim nie mamy więc kłopotów. Co innego z Franusią.

Nie powiem, że nie bałam się podróży na drugi koniec Polski z kotem. Wcześniej jeździliśmy do weterynarza, było tego sporo, ale jednak nie jeździliśmy nigdzie indziej. Do lecznicy mamy dziesięć minut. My jechaliśmy zaś dziesięć godzin. Zabrałam więc Franię na dwie przejażdżki, nie były zbytnio długie, ale nie kończyły się wizytą u weterynarza, więc Frania mogła uznać, że nie każda podróż równa się zastrzyk. Franka podróże zniosła dobrze, na tę wielką podróż, mieliśmy więc nadzieję, że będzie naprawdę ok.

Z moich obserwacji wynikało, że koteczka niezbyt lubi zamknięty transporterek, stresowała się małym, zamkniętym i w sumie ciemnym transporterkiem. Kiedy musi jechać w transporterze, bardzo się stresuje, ma ślinotok i przeraźliwie piszczy. Co ciekawe, w domu sama prosi by ją tam wsadzić. Widać ludzi transporter, schowany w szafie. Ale wracamy do podróży. Co jeżeli nie transporter? Kocykami, oczywiście jej ukochanymi i pachnącymi domem, wyścieliłam jej podłogę w tylnej części auta, tej dla pasażerów. I to był strzał w dziesiątkę. Frania przespała całą drogę, a w zasadzie to obie podróże. Czasem wchodziła sobie na siedzenie, ale generalnie cisza i jazda, wpłynęła na nią wyjątkowo relaksująco. Podczas jazdy miała stały dostęp do wody i jedzonka, ale tak naprawdę zjadła tylko kilka chrupek.

No dobrze, jesteśmy na miejscu. Bałam się jak Frania się zaaklimatyzuje w nowym miejscu. Okazało się, że poczuła się tam jak w domu. Wyszła z transporterka i pierwsze co zrobiła, to podreptała do swojej kuwetki. A potem sprawdziła miękkość łóżka. Następnie pokręciła się po pokoju, wybierając nową, ulubioną bazę. Okazało się, że najlepiej Franka się czuje na parapecie. Jako, że pokój był na poddaszu, Frania miała cudowny widok na korony drzew i ptaszki. Gadała z nimi od bladego świtu!

Na miejscu dostaliśmy miseczki dla Franki, chociaż zapobiegawczo wzięliśmy swojego. Miła pani udostępniła nam również miejsce w lodówce, na jedzonko Franusi. Zabraliśmy też oczywiście zabawki. Frania na tamtym etapie, poza wędką i piłeczką, nie rozstawała się z kartonikiem, więc on też z nami pojechał. Zresztą, do teraz Frania kocha kartony i robi tam sobie legowisko. Mała była zachwycona pobytem, dużym pokojem, i biegała jak szalona. Nie miała też „toaletowej” wpadki. Bez problemu załapała gdzie jest nowa kuwetka. Mam wrażenie, że była wyjątkowo zadowolonym kotem. Spała z nam, bawiła się, jej człowieki były obok i to złagodziło wszelkie trudy podróży.

Coraz więcej miejsc, jest przyjaznych kotom. Psom, również, ale nie zawsze tam gdzie chętnie witają psiaki, tak samo chętnie witają kociaki. W jednym miejscu, mimo, że akceptowane są „pokojowe” psy, koty, tak samo pokojowe, nie były zaproszone. Ale dziś, naprawdę nie jest trudno znaleźć miejsce, miłe kotom. Co ważne w przypadku małego kota, należy zgłosić by nikt, pod naszą nieobecność nie sprzątał pokoju, nie wymieniał ręczników itp. Kot naprawdę wciśnie się wszędzie i lepiej nie ryzykować ucieczki kociaka.

Czy trzeba bać się podróży z kotem? Nic, a nic. Czy było warto? Niech odpowiedzią będzie fakt, że na wrześniowy urlop, znów jedziemy razem. Opcja wspólnych podróży jest naprawdę świetna. Mówię tu o nas. Filemon, nie znosi zmieniać miejsca zamieszkania. Frania, wytrzyma wszystko, byleby być blisko człowieka. Trzeba poznać swojego kota i jego potrzeby. A jak się je pozna, to nic nie jest straszne!

Ścieżka dźwiękowa- Dave Gahan & Soulsavers – My Sun

Piosenki na udany dzień

Ostatnio wpadłam w wir pracy i codziennych obowiązków. Na tapecie więc piosenki, które od rana dodają mi pozytywnego kopa!

Dance with Somebody, Whitney Houston. Ta piosenka od razu mnie pobudza i działa jak podwójne espresso z kawowym syropem! Wszystkie poranne czynności przy tej piosence, jakby tak szybciej i sprawniej się wykonuje. A wiadomo, ma to pozytywny wpływ na cały poranek, ba na cały dzień. Bo gdy rano wszystko idzie jak z płatka, to i nastrój lepszy, i jakby więcej energii. I wtedy nawet kot, który zwrócił śniadanko, chwilę przed twoim wyjściem z domu, w ogóle nie denerwuje! Raz, dwa sprzątamy w rytm muzyki.

Bluszcz, Lamparty. Ta piosenka to prawdziwe poranne smoothie! Takie mega zdrowe, energizujące. Ta piosenka daję niesamowitego kopa energii, łatwo ją się śpiewa, co czynię z radością. Ku rozpaczy innych ludzi. Wiem, że nie powinnam śpiewać, ale cóż mam poradzić, ta piosenka aż się prosi, o wspólne śpiewanie. Uwielbiam ją, staram się jej słuchać regularnie by dostarczyć sobie zdrowej porcji energii.

Common, People Pulp. To taka klasyka poranka. Zaczyna się niewinnie, ale przy refrenie już śpiewam na całego. I generalnie dzień jest lepszy, jakby bardziej słoneczny, bardziej pogodny i taki radośniejszy. I w sumie nieważne o jakiej porze dnia go posłucham, zawsze działa. Śpiewam, czasem nawet zakręcę bioderkiem, uśmiecham się od ucha do ucha i jestem w pełni zadowolona z życia. Tak działa ta piosenka. A jeszcze kiedy oglądam teledysk, to już w ogóle, moja radość nie zna granic.

Love again, Dua Lipa. To takie moje opóźnione odkrycie. Generalnie nie przepadam za taką muzyką, ba, z piosenek tej pani toleruję dwie, w tym jedna to właśnie Love again, a ta druga to duet z Eltonem Johnem. I nie wiem czemu, ale ostatnio bardzo dobrze mi się tego słucha o poranku. Naprawdę, ten numer daje energię, radość i dobry nastrój. Sama nie wiem czemu mi się podoba? Może po prostu odpowiednio wpada w ucho? Jak dla mnie, ta piosenka zapewnia super poranek,a co za tym idzie, udany dzień.

Peacemaker, Green Day. Ta piosenka kojarzy mi się z początkiem radia 357. Tak, tak naprawdę, to była chyba pierwsza piosenka, jaką zaczęli swój Ranek. Wtedy jeszcze nie było pełnego radia, tylko ułamek, program jesienny, trzy miesiące przed wielkim startem. I to była ta piosenka, która dała mi nadzieję, poprawiła jesienny nastrój i co najważniejsze, sprawiła, że miałam bardzo, ale to bardzo udany dzień! I co ważne, to wciąż działa, chociaż od tego momentu, minęło już dwa lata. Uwielbiam tej piosenki słuchać rano w aucie. Korki jakoś tak nie straszą.

Ścieżka dźwiękowa- Bluszcz- Lamparty

Życie na pokaz

Chciałam się Was zapytać, czy życie na pokaz ma sens?

Mam bliską mi osobę, bardzo mi bliską. Ba, uwielbiam ją i kocham jak siostrę. Ale jedna rzecz, sprawia, że chwilami bardzo jej nie lubię. To właśnie życie na pokaz.

Nazwijmy ją Hanka. Hanka ma męża, dzieci, kredyt na dom. Pracuje, jak sama mówi na waciki. Na odpowiednim poziomie życie zapewnia jej mąż, Tomek. Ciężko pracuje, kosztem rodzinnego życia. Hanka ma mu to za złe, w ogóle jej nie pomaga, tylko skupia się na firmie. Ok, wraca do domu po 17, zjada obiad, odpala laptopa i nadrabia maile, papiery i inne firmowe sprawy. W tym czasie ona odrabia z Filipem lekcje, pilnuje by mała Róża miała zajęcia. W międzyczasie robi pranie, obiad na jutro, sprząta i prasuje. Tomek wychodzi na siłownię, ona kładzie dzieci spać. A kiedy one śpią, Hanka robi śniadanie na jutro, szykuje całej rodzince ubrania, raz jeszcze ogarnia dom i przegląda swoje papiery. Kiedy on wraca z siłowni, proponuje jakiś film. Ok, zgadza się, mija 5 minut i ona zasypia. On ją szturcha, ona idzie się kąpać i tak kończy im się dzień.

Ona ma mu za złe, że nie angażuje się w rodzinne życie. W soboty też pracuje, siedzi w firmie i zajmuje zarabianiem pieniędzy. W niedzielę zaś długo śpi, oczekuje spokoju w domu. Po kościele jadą do jednych, albo drugich rodziców na obiad. On jest tam stawiany za wzór głowy rodziny. Wracają do domu i znów, ona szykuje śniadanie i ubrania na jutro. On włącza komputer, i strofuje dzieci- cicho, tata pracuje.

Ona się złości, rozmawia, tłumaczy, awanturuje się. A potem już ma dość. Hanka nie odejdzie, bo mają duży wygodny dom, bo mają zagraniczne wakacje. Nienawidzi swojego życia, ale ma już dość tłumaczeń i rozmów. Egzystują niemal w ciszy. On robi swoje, zapewnia rodzinie życie na wysokim poziomie, jej zdaniem ona tego nie docenia. A Hanka marzy o leniwej, rodzinnej sobocie. Marzy by razem wieczorami robili kolacje, razem czytali dzieciom bajki i wieczorami popijali wino przy kominku. Uważa jednak, że nikt jej nie uwierzy, że cierpi w nieszczęśliwym małżeństwie. A niby czemu ma wierzyć, że jest źle?

Przecież regularnie co tydzień wrzuca zdjęcia, rodzinna niedziela, idziemy na obiad u teściów. Rodzinka w komplecie. Trzy razy do roku wrzuca piękne zdjęcia z zagranicznych wojaży. Na zdjęciach przytuleni, udają szczęśliwą rodzinkę. Co roku to samo, 50-60 zdjęć. Było pięknie, jesteśmy zachwyceni, zakochani jak dawniej….

A potem ona dzwoni i płacze. Bo liczy, że nawet z alimentami, nie utrzyma tego domu. Że ona już nie tyle nie kocha, co nawet nie lubi tego swojego męża. Że jakby miała lepszą pracę to by odeszła. Już praktycznie z sobą nie rozmawiają, nie chce im się nawet kłócić. Ona już i tak czuje się, jak samotna matka. I gdyby nie ten dom, to na pewno nie byliby już razem….

I płacze, że nikt jej nie rozumie, bo wszyscy widzą te zdjęcia i oceniają, że jest super. Jak się pytam, to po co zdjęcia, po co te pozory? Co słyszę? Bo tego oczekują ludzie, ale jacy ludzie? Znajomi? Rodzina? Przyjaciele? A może ona sama?

Życie na pokaz. Jest mi jednocześnie jej żal, i jestem na nią taka wściekła, kiedy widzę kolejną serię zdjęć. A za chwilę czytam wiadomość- wszystko jest do kitu….

Ścieżka dźwiękowa- Pablopavo i Ludziki – Dancingowa Piosenka Miłosna

Czego nie znoszę robić w domu?

Jak to mówią sobota dzień mopa, dlatego przychodzę z adekwatnym tematem.

Nie jestem perfekcyjną panią domu. I nie zamierzam być, nie kandyduję to tytułu najbardziej zapracowanej kobiety na świecie, bo nie zasnę póki nie usunę niewidocznego pyłku ze ściany. Aczkolwiek lubię mieć czysto i porządnie. Uważam, że wystarczy systematyczność. Ot, codziennie wystarczy kilka prostych czynności, by w domu było schludnie i niespodziewani goście nie będą zmorą. Dla mnie obowiązkowe jest codzienne odkurzanie- dwa koty w domu, więc jest to naprawdę obowiązek. Na bieżąco wkładam naczynia do zmywarki i na bieżąco sprzątam po gotowaniu. Staram się wszystko odkładać na miejsce i już, proszę bardzo. Jest odpowiednio. W soboty zaś sprzątanie zawiera dodatkowo mycie podłogi, przecieranie półek i półeczek z kurzu, mycie łazienki. Co druga sobota, to dla mnie mycie okien. Na szczęście obecnie jestem posiadaczką sztuk 3, więc ich mycie to chwila i moment. Aczkolwiek jest to kolejna syzyfowa praca, w końcu moja Franka prowadzi parapetowe życie i żywo konwersuje z oknem, a raczej tym co za oknem. W każdym razie odbicia jej łapek i pyszczka są wszędzie. A ja sprzątam, chociaż wiem, że efekt będzie trwać góra godzinę.

No dobrze, są rzeczy, które uwielbiam, ale są takie, które wywołują we mnie istne dreszcze. Niechlubną listę, rzeczy, których nie znoszę robić, otwiera mycie łazienki. Nie cierpię tego i cierpię, jeżeli mam to robić. Na szczęście Fotograf bierze to na siebie. Nie wiem czy mu się podoba, czy nie, ale dzielnie co sobotę wszystko pucuje. Ma nawet swoje ulubione „kosmetyki”, które mu w tym pomagają. Nie wnikam, oddaję tutaj pole w całości. Mycie łazienki zawsze mnie przerażało i chyba lekko obrzydzało! Szorowanie kafli, mycie toalety, pucowanie prysznicowej szyby? O, nie. To nie dla mnie. Dobrzy Bogowie, strzeżcie mnie przed tym!

Wiem, że wiele, naprawdę wiele osób lubi prasowanie, ja nie znoszę. Niby można przy tej czynności oglądać seriale, słuchać audiobooka, albo ciekawego podcastu, ale nie, nie przekonałam sama siebie. Znalazłam porady, jak wieszać pranie, by nie musieć go prasować. Latem noszę w 90 % ubrania z lnu, które mogą być pogniecione i nie jest to żadna wada. Jak już muszę coś uprasować, to wewnętrznie cierpię. I mówię tutaj szczerą prawdę. Zazwyczaj prasuję tylko to, co muszę, czyli to co chcę założyć danego dnia. Nie mam sterty ubrań do prasowania, nie prasuję regularnie i nie znoszę tego robić. Co ciekawe, bo jestem wielką fanką prania, godzinami mogę wybierać proszki do prania, uwielbiam wieszać i zdejmować pranie. Generalnie sam temat prania jest bliski memu sercu. Lubię deski do prasowania z bajerami, i dobre żelazka. Problem w tym, że z tych gadżetów, nie zamierzam regularnie korzystać. Nie i koniec. Ktoś też tak ma? Czekam aż ktoś wymyśli, ubrania które nigdy się nie gniotą, a jak się pogniotą, to same się wyprasują i doprowadzą do ładu. Świecie, szukaj rozwiązań!

Ten kto wymyślił zmywarkę, powinien dostać nagrodę Nobla. I to od razu pokojowego Nobla! Ileż to oszczędza kłótni i pretensji. Zmywania naczyń nie znoszę, tak jak diabeł wody święconej. Nie i koniec. Bardzo żałuję, że do zmywarki nie mogę wsadzić bambusowych desek do krojenia, czy patelni. Moje blachy do ciasta też niekoniecznie chcą się kąpać w tej maszynie. I cierpię, jeżeli muszę zmywać ręcznie. Staram się tego unikać jak mogę, nie wiem czemu. Mój brat uwielbia zmywać naczynia, bardzo go to relaksuje i pozwala uporządkować myśli. Moje myśli gubią się się, niczym płyn do naczyń na gąbce. O dziwo, uwielbiam wkładać i wyjmować naczynia ze zmywarki. Nałogowo wręcz sprawdzam nowości w kategorii tabletek do zmywarki. Odczuwam dziką radość, kiedy widzę czyste naczynia. Moją zmywarkę szanuję, cenię i wielbię. Chucham na nią i dmucham, to mój największy skarb!

Ścieżka dźwiękowa- Joe Bonamassa – Sloe Gin