Coraz mniej Męskie…..

Tak, byłam na Męskim Graniu, udało mi się w przedsprzedaży kupić bilety. Liczyłam na to, że postpandemiczna edycja będzie wyjątkowa, bardzo się na nią cieszyłam i nie mogłam się po prostu jej doczekać! Dlatego teraz mogę się podzielić z Wami wrażeniami, z piątkowego koncertu. To co? Zaczynamy!

Tegoroczna edycja przyniosła zasadniczą zmianę, albowiem mieliśmy zamiast jednodniowej imprezy, aż dwudniową. Kiedy kupowałam bilety w ciemno, byłam zachwycona. Wiedziałam już, że 20 sierpnia Fotograf będzie w pracy, i pasowało mi jedynie wydarzenie z 19 sierpnia. Po prostu miłe zrządzenie losu. Kiedy więc kupowałam bilety nie wiedziałam kto zagra, kto będzie w składzie orkiestry. I w ogóle mi to nie przeszkadzało, przecież nie mogło być źle, pod kątem muzycznym. Wielkim rozczarowaniem okazało się to, że piątkowe koncerty to wstęp do soboty. I w sobotę gra tegoroczna orkiestra. Piątki to ledwie rozgrzewka, przed sobotą. Ze specjalnym koncertem Dawida Podsiadło, jako coś niesamowitego. Dawid na finał zamiast regularnej okiestry? Hmm, byłam bardzo rozczarowana i dużo myślałam nad sprzedażą biletów. w regularnej cenie, miałam bowiem nie widzieć, i nie słyszeć, orkiestry. Wyjątkowo zaś się poirytowałam, kiedy okazało się, że Krzysiek Zalewski, jest w orkiestrze. A ja go nie zobaczę! Rozczarowanie razy milion. Ostatecznie biletów nie sprzedałam….

Drugą zasadniczą zmianą, była zmiana miejsca. Zamiast cudownego, kameralnego parku Kolibki, nad samym morzem, dostaliśmy Polsat Arenę, czyli nasz bursztynowy stadion. Pardon, parking przez nim. To co było wspaniałe w Kolibkach, czyli zieleń, atmosfera pikniku, luz, i natura, zostało zastąpione betonem. No cóż, betonoza uderza wszędzie, również w Męskie Granie. Ta zmiana na ogromny minus. Może i wpuścili więcej ludzi, ale za to teren był i tak dość mały, do tego niesamowicie niekomfortowy. Od godziny 17, do 24, na stojąco, względnie na betonowych schodach stadionu. Ochrona była niesamowicie skuteczna w usuwaniu ludzi, którzy rozkładali się na kocach, na niewielkich kawałkach zieleni, okalających stadion. Nas też usunęli z naszego kocyka. Jedna pani, matka niemowlaka, powiedziała, że zejdzie, dopiero jak wyląduje tutaj helikopter! Miejsce oceniam jako nieprzyjazne. Co innego, jeden dwugodzinny koncert, a co innego 7-8 godzinne spędzanie czasu na festiwalu, często z całymi rodzinami. W strefie gastro było nieco leżaków, ale mimo tego, że na stadionie( tudzież parkingu), byłam 20 minut, po otwarciu bram, nie było już żadnego wolnego leżaka. Także tego…. Pamiętacie moją relację z koncertu Dawida, również na tym stadionie? Również było jedno wejście i wyjście, to samo co wejście! Jedno wąskie gardło, które w przypadku jakiegoś zagrożenia, stanowiłoby niesamowite zagrożenie. Zresztą, tego dnia dostałam Alert RCB, ostrzegający przed burzami. Organizatorzy mieli mega szczęście, że burze przyszły, ale od 2 w nocy. Ochrona była bardziej zaangażowana, i sprawdzała plecaki, dokumenty tożsamości. Mimo jednego wejścia, weszliśmy bardzo sprawnie, wszystko dzięki temu, że na terenie festiwalu byliśmy naprawdę szybko. Po pracy, o 17.14, zaparkowaliśmy auto i w drogę, 5 minutowy spacer do bramek!

Kiedy weszliśmy na festiwal, nawet mi się podobało. Strefa gastronomiczna, była bardzo przyjemna. Zamówiłam ( bez żadnej kolejki) pierożki Din Sum, zjadłam je smakiem, na betonowych schodach. Ale wiecie, byliśmy po pracy, bez obiadu. Na wejściu każdy dostawała bezpłatny kupon na puszkę piwa Limonż. I tutaj zaskoczenie, bo na imprezach masowych, piwo powinno być łagodne i rozcieńczone, o maksymalnej ilości procentów 3,5. Limonż ma 4,5 %. My go nie wzięliśmy, ja nie piję alkoholu, a mąż kiedyś spróbował ten wynalazek, i wylał 3/4 puszki, a poza tym byliśmy autem. Widać napój słabo się sprzedaje, skoro dodawali go jako gratis do biletów. I ogólnie piwo przelewali do kubeczków ( wielorazowych i za kaucją), z normalnych butelek. Na pewno nie było to żadne lekkie piwo, przystosowane do masowych imprez. Z pewnością miało to wpływ, na to co zaraz opiszę….

Zacznę od tego, że tego dnia pogoda była niesamowicie wręcz upalna! Dacie wiarę, że o 23.55, było 29 stopni? W taki dzień należy solidnie się nawadniać, ale na pewno chodzi tutaj o zwykłą wodę, względnie piwo bezalkoholowe. Tymczasem ludzie chłodzili się piwem, i solidnie z nim przesadzali. Zresztą, już przed bramkami dopijali na wyścigi ćwiarteczki wódeczki! Jedna para, przerzucała butelki wódki przez płot, swojej koleżance, która weszła wcześniej i łagodnie łapała owe butelki… Naprawdę nie rozumiem, płacisz 200 zł za bilet i upijasz się jak świnia? Słońce nie pomagało, panowie ledwo szli prowadzeni przez swoje partnerki, siusiali gdzie bliżej, a wymiotowali jak na wyścigi… Czułam się niesamowicie zniesmaczona. Jak w recenzjach, mogę potwierdzić, atmosfera była letnio-sopotowo-klubowo-imprezowa. Może z 10% ludzi, przyszło tam na koncerty. Reszta przyszła na dobre picie, jakby to był jakiś piwny maraton. Największym hitem okazywały się staniki zamiast koszulek, skórzane spodenki i poprute kabaretki. Kolorowe makijaże, starannie ułożone włosy, elektroniczne papierosy i niekończąca się dolewka piwa. Na takich imprezach jestem za zakazem sprzedaży alkoholu. Ludzie psują koncerty, innym dookoła. Nie każdy ma ochotę oglądać przegląd żołądka nieznajomego. Albo nie chce wiedzieć, że po alkoholu kłócisz się z dziewczyną, która chce dociągnąć cię do domu, a ty uważasz, że właśnie zaczyna się świetna zabawa. Wiem, że Męskie Granie sponsoruje Żywiec, ale większości Ż wszedł za mocno! I żeby nie było, na poprzednich edycjach, najważniejsza była muzyka, ludzie nie przesadzali z alkoholem, potrafili się zachować, było pełno rodzin, nie tylko rodzice z dziećmi, ale i z dziadkami. Była atmosfera święta muzyki. Teraz zaś świętowano, ale piwo. A przecież do Octoberfest, zostało nieco czasu!

Czas opisać co działo się muzycznie. Zaczęło się od konceptu Johna Portera i Nergala, czyli Me and that men. Bardzo przyjemna muzyka, bardzo pasujące do idei Męskiego Grania! Takie rokowe, mocniejsze, ale w wersji łatwo dostępnej dla wszystkich. Po nim wystąpili bracia, czyli zespół Fisz Emade Tworzywo. Panowie mają talent, to moje pierwsze spotkanie z nimi i naprawdę było ciekawie. Szkoda tylko, że dostali tyle czasu, że mogli zaprezentować pięć utworów… Skromnie, skromnie. Kto dalej? Mioush, który porwał się na przedstawienie projektu Pieśni Współczesne, zaprosił sporo gości. Całość miała wielki rozmach i pokazała, że gość ma talent i muzyczne wyczucie. To było na pewno coś wielkiego, ale czy na pewno pasowało tego dnia? To było bardzo podniosłe, eleganckie, z klasą, osobiście wolałabym to usłyszeć w jakiejś sali koncertowej, najlepiej w filharmonii, bądź w teatrze. Na pewno nie w obecności piwnego miasteczka. Nie mniej, Mioush jest wyjątkowo ambitnym i wszechstronnym twórcą. Ma dar łączenia różnych gatunków muzyki i doboru gości. Czas na Ralpha Kamińskiego, który jest fenomenem na naszym rynku muzycznym. Chłopak jest odważny, utalentowany, perfekcyjnie przygotowany. Zarówno scenografia, układy taneczne i stroje-wszystko na tip top. I chociaż, jak i reszta, dostał niewiele czasu, to pokazał, że Bal u Rafała, to coś, na czym warto bywać. Mój jedyny zarzut? No cóż, tutaj wystąpił blok, nieco smętny Fisz, bardzo podniosły Mioush i liryczny Ralph. Nie było żadnego energetycznego artysty, kogoś kto porwałby tłumy, albo przynajmniej rozruszał przypadkową publiczność. Tym kimś miał być Dawid…

Niestety nie zrecenzuję Wam jego koncertu. Czemu? Gdyż koncert opóźniał się i opóźniał. Nie dziwi mnie to, wszakże pamiętacie z czerwcowego koncertu, że Dawid, niczym diva spóźnił się kawał czasu. Teraz przebił nawet reklamy na Polsacie, po prostu nie mogliśmy się go doczekać. A, że Fotograf rano szedł do pracy, wymęczony czekaniem i staniem, po prostu zarządził odwrót. Ja sama również byłam zmęczona, senna i rozczarowana. Dlatego chętnie ruszyłam do wyjścia i do auta. Dopiero przy wjeździe na obwodnicę, czyli jakieś 10 minut po naszym wyjściu, brat napisał- pojawił się. Kilkadziesiąt minut, po planowanym koncercie. Zaśpiewał 7 piosenek, dokładnie 40 minut! Taki to projekt specjalny, Dawid zaśpiewał 2 nowe piosenki, dwa hity i 3 hymny Męskiego Grania, w których miał zaszczyt zaśpiewać. I tyle. Żadnych gości, żadnych efektów specjalnych, żadnego niesamowitego wykonania. Ot, 40 minut, cześć jesteście wspaniali, wracajcie bezpieczenie do domu. W ogóle nie żałowałam, że nie zostałam, straciłabym chyba do niego całą swoją sympatię…

Totalnym nieporozumieniem było ustawienie scen. Były tak blisko siebie, że chcąc nie chcąc, wszystko ze Sceny Ż trzeba było posłuchać. A niekoniecznie miałam na to ochotę. Zaproszenie na scenę Ż takiego artysty jak Zdechły Osa. Ja nawet rozumiem, że ktoś lubi taką muzyczkę i kogoś to kręci. Ale na Boga muzyki, słuchanie tego czegoś, po prostu zabija we mnie wiarę w ludzkość. Najgorsze, że pod sceną stało dużo dzieciaków. Jakbym określić gatunek, to melorecytacje, taki punk-hip hop. Przed Wami fragmenty tekstów, które w żadnym radiu by nie poleciały, a ja musiałam tego słuchać.

Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny
Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny

co ty kur* piłaś spirytus
po wodzie chodzę z tobą jak Jezus Chrustus

..

kocham cie mała
mimo wyroków
na chu* jumałaś tamten samochód
teraz możemy być w dołku
bardziej niż teraz na dołku

No i Bedoes. Ten gość jest w Orkiestrze. Jego koncert umilał oczekiwanie na koncert Dawida. Ale czy umilał? Nie to, że mam coś do hip hopu, rapu, czy jak to tam nazywacie. Ale Męskie Granie, przyciąga całe rodziny, kiedy zaś słyszysz coś takiego, znów tracisz wiarę w ludzkość. Przede wszystkim Pan Bedoes przyśpieszył naszą decyzję o ucieczce. Tego nie dało się słuchać. Tego nie da się obronić. Może na jakimś blokowym festiwalu rapu?

I wiele z tych kurew chcialo by miec w ustach mojego chuja
zadna z tych kurew w polowie tak dobra jak moja niunia
nie jest smieje sie z was wyre i ta jedna ma skurwiele
moga przegrac no bo leje na nich zdeczka

Młody byk spójrz robię flex
ona pisze do mnie tekst
koleżanki z mojej klasy mnie nie chciały
dzisiaj pytają o seks (wróć)
dzisiaj pytają o seks ziomek
nie mam czasu pojebana pizdo
nie widzisz że kurwa robię cash borek

Mówię szczerze, jeżeli to ma iść w taką stronę, to ja dziękuję. Wolność artystyczna wolnością artystyczną, ale z kulturą, nawet i masową, to nie ma nic wspólnego. Ani nawet z muzyką, bo ciężko tam się dopatrzeć, czy dosłuchać jakiegoś rytmu, ładu i składu. Zawsze mi się podobało, że MG jest na poziomie. Niestety, ten poziom sięgnął bruku. Wszystko przez, w większości przypadkową publiczność, za dużą ilość Ż w głowie i trzewiach, oraz doborze artystów….

P.S. Czytam opinie o sobotniej imprezie, i tutaj wszyscy recenzenci byli zgodni – przyszła w 100 % inna publiczność, ta muzyczna. Taka która się po prostu świetnie bawiła przy świetnej muzyce, skupiona na muzyce, dająca innych jedynie pozytywną energię. Taka, która zrozumiała ideę Męskiego Grania. Chciałabym to sprawdzić na własnej skórze. Na ten moment wiem jedno, na piątkowe koncerty MG, nigdy w życiu już nie pójdę! Mam wrażenie, że ludzie, którzy złapali bilety na piątek, dowiedziawszy się, że nie będzie Orkiestry, sprzedali bilety przypadkowym ludziom.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Piosenki na udany dzień

Ostatnio wpadłam w wir pracy i codziennych obowiązków. Na tapecie więc piosenki, które od rana dodają mi pozytywnego kopa!

Dance with Somebody, Whitney Houston. Ta piosenka od razu mnie pobudza i działa jak podwójne espresso z kawowym syropem! Wszystkie poranne czynności przy tej piosence, jakby tak szybciej i sprawniej się wykonuje. A wiadomo, ma to pozytywny wpływ na cały poranek, ba na cały dzień. Bo gdy rano wszystko idzie jak z płatka, to i nastrój lepszy, i jakby więcej energii. I wtedy nawet kot, który zwrócił śniadanko, chwilę przed twoim wyjściem z domu, w ogóle nie denerwuje! Raz, dwa sprzątamy w rytm muzyki.

Bluszcz, Lamparty. Ta piosenka to prawdziwe poranne smoothie! Takie mega zdrowe, energizujące. Ta piosenka daję niesamowitego kopa energii, łatwo ją się śpiewa, co czynię z radością. Ku rozpaczy innych ludzi. Wiem, że nie powinnam śpiewać, ale cóż mam poradzić, ta piosenka aż się prosi, o wspólne śpiewanie. Uwielbiam ją, staram się jej słuchać regularnie by dostarczyć sobie zdrowej porcji energii.

Common, People Pulp. To taka klasyka poranka. Zaczyna się niewinnie, ale przy refrenie już śpiewam na całego. I generalnie dzień jest lepszy, jakby bardziej słoneczny, bardziej pogodny i taki radośniejszy. I w sumie nieważne o jakiej porze dnia go posłucham, zawsze działa. Śpiewam, czasem nawet zakręcę bioderkiem, uśmiecham się od ucha do ucha i jestem w pełni zadowolona z życia. Tak działa ta piosenka. A jeszcze kiedy oglądam teledysk, to już w ogóle, moja radość nie zna granic.

Love again, Dua Lipa. To takie moje opóźnione odkrycie. Generalnie nie przepadam za taką muzyką, ba, z piosenek tej pani toleruję dwie, w tym jedna to właśnie Love again, a ta druga to duet z Eltonem Johnem. I nie wiem czemu, ale ostatnio bardzo dobrze mi się tego słucha o poranku. Naprawdę, ten numer daje energię, radość i dobry nastrój. Sama nie wiem czemu mi się podoba? Może po prostu odpowiednio wpada w ucho? Jak dla mnie, ta piosenka zapewnia super poranek,a co za tym idzie, udany dzień.

Peacemaker, Green Day. Ta piosenka kojarzy mi się z początkiem radia 357. Tak, tak naprawdę, to była chyba pierwsza piosenka, jaką zaczęli swój Ranek. Wtedy jeszcze nie było pełnego radia, tylko ułamek, program jesienny, trzy miesiące przed wielkim startem. I to była ta piosenka, która dała mi nadzieję, poprawiła jesienny nastrój i co najważniejsze, sprawiła, że miałam bardzo, ale to bardzo udany dzień! I co ważne, to wciąż działa, chociaż od tego momentu, minęło już dwa lata. Uwielbiam tej piosenki słuchać rano w aucie. Korki jakoś tak nie straszą.

Ścieżka dźwiękowa- Bluszcz- Lamparty

Małe muzyczne odkrycia

Teraz podzielę się z Wami tym, czego słucham na okrągło. Muzyczne polecajki na weekend!

Ja i Harry Styles? A to niespodzianka! Tę piosenkę puścił mi mąż, podczas jedzenia arbuza i tak jakoś wpadło mi to w ucho, że jazda do, alb z pracy, bez tej piosenki się nie liczy. Bardzo letnia, bardzo optymistyczna. Słodka i przyjemna! Uzależnia jak arbuz!

Każdy zna ten utwór, ale czy znacie już ten cover? Powiem Wam, że kiedy ten utwór znalazł się w nowościach tygodnia na Spotify, posłuchałam niczego nie oczekując. A tu proszę! Zakochałam się jak nic! Uwaga, to też niesamowicie wręcz uzależnia!

Teraz będzie mała kolaboracja, Krzysiek Zalewski i Pezet. Duet nieoczywisty, ale jak zawsze w wykonaniu Krzyśka, każda piosenka jest mistrzostwem. Przed Państwem, Francuskie filmy!

Europiana

Od kilku tygodni już, katuję jedną płytę. Europianę, od Jacka Savaretti. To wyjątkowa płyta. Jest różnorodna, oryginalna, ale wszystkie utwory łączy niezwykły głos Jacka. Nie potrafię wyłączyć tych piosenek. Całkowicie mną zawładnęły. Słucham na okrągło, albo wręcz katuje. Uwielbiam The way you say goodbye, a kiedy słucham I remember us, to mam ciarki! Do gotowania idealnie nadaje się Dance in the livingroom, a na poranny rozruch To much history.

Wiecie co, jakoś ciężko mi się pisze, odkąd nie ma Ervishki. Muszę się przyzwyczaić, że już nie wpadnie z dobrym słowem….

Europiana - Jack Savoretti | Muzyka, mp3 Sklep EMPIK.COM

Moje zachwycenia

Co mnie ostatnio muzycznie zachwyciło? Muchy! Od zawsze ich lubiłam, bardzo, bardzo. Mam płytę z autografami wszystkich członków zespołu 🙂 Teraz panowie wrócili do grania. I wrócili w najlepszym stylu!

Kaśka Sochacka. Uwielbiam jej głos, teksty i muzykę. Trafiają do mnie w 100 procentach. Ta piosenka mocno krąży w mojej głowie!

Na koniec piosenka, która jakoś tak nie może się ze mną rozstać. Naprawdę jest ciekawa, a tekst? Jest przeboski!

Zapętlone !

Czego ostatnio maniakalnie wręcz słucham?

Nie mogę przestać tego słuchać! Nie mój styl. ale kiedy słyszę Wiesiek, żyjesz, Wiesiek, Wiesiek żyjesz? To noga sama mi się rusza!

Już pisałam, że Bluszcz to odkrycie tego roku. Piosenkę Simson uwielbiam. Przypomina mi wakacje! Albo je przywołuje.

No no, Brodka nagrała świetną piosenkę i cóż, od razu wpada w ucho, od razu zapada w pamięć, nie sposób jej nie polubić!

Trzy nowości muzyczne

Dziś będzie krótko. Od początku istnienia słucham Radio 357. Takie to miłe kiedy budzą mnie znajome głosy, kiedy znajduję tam super inspiracje i kiedy coś wpada mi w ucho i chodzi za mną cały dzień. Te piosenki usłyszałam w radio, i chodzą za mną cały czas!

Bluszcz i Lamparty. O matko i córko, ależ mi to się podoba! Coś tak innego od tego czego słucham, po prostu petarda!

Kwiat jabłoni. Jeszcze niedawno nieco irytował mnie głos tej dziewczyny, a teraz? Nie mogę przestać słuchać!

Na koniec genialna współpraca Miuosha i Kasi Nosowskiej. Piosenka kompletna. I ten teledysk! Dzieło Ralpha Kamińskiego!

Co robić w domu? Propozycje na weekend.

Tak, w życiu nie brakuje gorzkich momentów. Ale wynagradzają je nam słodkie chwile szczęścia, które sprawiają, że są one do przełknięcia

Jest niedziela, nawet ładna. Hmm, nie będę pytała się o plany na ten wolny dzień, ale podam kilka propozycji na ten dzień. By tak nie snuć się w kąta z kąt i nie zmarnować całego dnia. Oczywiście lenistwo też jest fajne, ale moje propozycje są tak niewymagające, że warto z nich skorzystać i się zainspirować w tę niedzielę.

Kwarantanna Na Na. Ha, coś dla fanów muzyki. Coś dla tych, którym przepadły koncerty i chyba przepadną. Powoli godzę się z tym, że mój czerwcowy, urodzinowy koncerty Dawida Podsiadły zostanie skasowany. Nie wiem czy go przełożą, czy w ogóle całą ideę odłożą do kosza, ale wiadomo, zdrowie najważniejsze. No, ale dla tych co jak ja, lubią koncerty jest dobra wiadomość. Wystarczy wejść na Facebooka i wziąć udział w domowym koncercie. Plusy? Macie zapewniony pierwszy rząd, wygodne miejsca siedzące, możecie otulić się kocykiem i korzystać z dowolnego cateringu. Wszystko bez biletów, tłoku i nocnych powrotów do domu. W piżamie, w dresie, w pięknej sukience, kto jak chce. Możecie śpiewać, denerwować sąsiadów nadmierną głośnością, albo kontemplować w delikatny sposób. Co kto woli. Ja w taki sposób obejrzałam koncert Krzyśka Zalewskiego. Co za emocje! To było prawie jak prywatny koncert! Spontaniczny, nie bez problemów technicznych- ale dzięki braku przedłużacza poznaliśmy małego bohatera, synka Krzyśka, Lwa, który uratował koncert donosząc sprzęt. Brzdąc jest przeuroczy, zupełnie jak tatuś! A skąd on się tam wziął? Ano stąd, że artyści grają koncerty w swoich domach! Całość jest na luzie, i przynosi tak nam potrzebną radość. Koncert Krzyśka na FB możecie sobie odtworzyć jeszcze przez tydzień. W środę występowała Mery Spolsky, a w piątek Karaś i Rogucki . Dziś będzie Bass Astral! Śledźcie co będzie działo się później i zaproście gwiazdy do swojego domu!

Własnymi rękoma: Historia Madam C.J. Walker. To coś dla tych co lubią serialowe maratony. To nie będzie zbyt pokaźny maraton, ledwie 4 odcinki po godzinie. Od razu powiem, to nie jest arcydzieło, ale wiecie co? To serial idealny na teraz. Serial opowiada historię pierwszej samodzielnej milionerki w Stanach. I jest to wyjątkowo krzepiąca historia. Ona jest praczką, murzynką, fatalnie zamężną, ma córkę i zero perspektyw. Dopiero co zaczął się 20 wiek. Ale Sarah ma siłę, ma ogrom siły, przebojowość i nigdy się nie poddaje. Tworzy preparat na porost włosów, a potem całą serię kosmetyków do włosów. Po drodze napotyka na tysiące przeciwności. Bo jest czarnoskóra, bo jest kobietą, bo nie chce tylko być żoną i matką, bo ma czelność być samodzielna i pomysłowa. Ale wewnętrzny upór nie pozwala Sarah się poddać. Prężnie idzie ku sukcesowi i go osiąga. Wydaje mi się, że taka historia z happy endem jest teraz na wagę złota. Coś na pokrzepienie serc i dodanie nam odwagi. Polecam, szczerze polecam, na poprawę nastroju i zwiększenie poziomu wiary w lepsze jutro.

Medytacja. Uważam, że w życiu konieczna jest równowaga. Porządki zrobiliśmy tydzień wstecz, więc teraz możemy zająć się sobą, swoim wnętrzem i nastrojem. Tę niedzielę spędzimy więc dbając o siebie. I przygotowując się psychicznie na ten trudny, przedświąteczny tydzień. I wiecie co? Możemy po prostu posiedzieć. Posiedzieć, pogapić się w ścianę, skupić na oddechu, na dźwiękach za oknem i tych, płynących z mieszkania. Przez 5, 10, 15 minut nie kontrolujemy swoich myśli. Po prostu jesteśmy tu i teraz. Dla tych co nie lubią siedzieć bez sensu, można skupić się na jedzeniu czekoladowego ciasta. Smakować je świadomie i cieszyć każdym kęsem. Ważne by przez moment wyłączyć mózg z natłoku myśli i lęków. Mi to pomaga. Dodatkowo jeżeli już mam sie gapić z nudów w ścianę, to chociaż wykorzystajmy to na ćwiczenie, które pomoże nam ćwiczyć cierpliwość. W końcu nie wiemy ile jeszcze takich niedziel przed nami….

Mimo wszystko miłej niedzieli!

Ścieżka dźwiękowa- Suede -Barriers

Minął rok. Podsumowanie kulturalne.

Czas na kulturalne podsumowanie roku 2019. Czyli muzyka, film i książki.

Zaczynam od książki roku. Wybór był trudny. Trudny, bo kiedy przeczytało się 197 książek , można mieć problem z wyborem tej jednej, jedynej. Zeszły rok zdominował Wiesław Myśliwski. Miejsce pierwsze ex aequo zajmują jego dwie książki, kolejność dowolna, nie mogłam się zdecydować, więc tak Traktat o łuskaniu fasoli i Ucho igielne, to te pozycje, o których nie mogłam zapomnieć! Te książki wywarły na mnie wielki wpływ i ciężko mi powiedzieć, że inne były tak samo dobre. No, ok, nie da się porównać kryminału do powieści filozoficznej, ale tak, te dwie książki, to zdecydowanie książki ubiegłego roku na mojej prywatnej liście chwał.

Teraz czas na część filmową. Ach,ileż było pięknych filmów w tym roku! Ciężko wybrać ten najlepszy, będzie ciężko ale spróbuję. Najlepszym filmem w moim prywatnym odczuciu jest Boże Ciało. Film,który zaskakuje,poraża świeżością i uniwersalnością. No i ta główna rola. Czysta aktorska perfekcja. Na drugim miejscu Green Book. Film lekki, ale naprawdę ujmujący, z pięknym przekazem, świetnym aktorstwem, genialną muzyką i w ogóle, oglądanie tego filmu jest po prostu czystą przyjemnością. Nie ma ani jednej zbędnej sceny, a ile w nim smaczków! Perfekcja. Miejsce trzecie dla mnie zajęła Faworyta. Albo się go kocha, albo nienawidzi. Film, który robi wrażenie. Nie sposób przejść obok niego obojętnie. Ja byłam nim zachwycona, niezwykły, artystyczny, wyjątkowo oryginalny obraz. I te fenomenalne kobiece role. Coś zupełnie innego od Green Booka, drugi biegun, ale jednak oglądałam go z taką samą przyjemnością. W sumie w zeszłym roku obejrzałam 67 filmów.

Serial roku. Trudna kategoria! U mnie na pierwszym miejscu będzie Czarnobyl, tak wiem, zero zaskoczenia, ale to naprawdę najlepszy serial, jaki widziałam rok wstecz. Na drugim miejscu poruszający The Act, czyli serial. który po prostu oglądałam zagryzając palce. Z trzecim miejscem miałam problem, bo było tylko świetnych seriali! Ale wybór padł na Russian Doll. Co by zmienić nieco klimat. Nie wszystko musi być na poważnie i oparte na faktach. Może być nieco szalenie, pomysłowo i z dowcipem.

I moja ulubiona, część muzyczna. Tę część wygrał po całości Zalewski Krzysztof. W kategorii piosenka roku, najczęściej słuchany artysta roku, płyta roku i najlepszy koncert roku. Dominator. Najczęściej słuchałam Złota i pochodzącej stamtąd Luki. Z Krzysztofem się nie żegnam, tylko płynnie przechodzę do koncertowej części. Dla obowiązku dodam, że Depeche Mode na zaszczytnym drugim miejscu. Pierwszy raz od dziesiątek lat taka zmiana! W liczbach przesłuchałam 123 dni i 22 godziny. Jak dobrze, że słuchanie muzyki nie przeszkadza w 99 % życiowej aktywności. Słucham w pracy, w drodze do pracy, i w drodze z pracy. I z rana, i przed snem. W sumie wychodzi na to, że nie słucham jedynie w kinie, kościele i kiedy śpię. Zdecydowanie żyję muzyką i chyba żyję, dzięki muzyce. Jedno z drugim się bowiem łączy.

Czas na koncerty. Ach, jak ja je kocham! Na pierwszym miejscu oczywiście będzie koncert Krzysia. Ale który? Z pewnością ten ostatni,grudniowy Solo Act. Pod każdym względem po prostu idealny. To było fantastyczne wydarzenie, które przyniosło mi wiele radości i morze przyjemności. Świetne miejsce, ciekawe aranżacje i piękne wspomnienia we trójkę. Na miejscu drugim będzie koncert Męskiego Grania. Ach, jaka byłam radosna ,że w przedsprzedaży kupiłam bilety. Miało się farta! A na trzecim miejscu będzie koncert z 4 czerwca. Tyle gwiazd na jednej scenie, ukochane przeboje z lat 80, wielkie głosy i oczywiście spełnione marzenie, czyli wchodzę na Plac Zebrań Ludowych i co? I Krzysztof śpiewa Nie pytaj o Polskę. Nie mogło być piękniej! I do tego, to był piękny, upalny dzień, bez ani jednej chmurki na niebie.

O, i tak sobie to zgrabnie, kulturalnie podsumowałam. W sam raz na weekend. Można planować nadrabianie.

Ścieżka dźwiękowa- Moloko – Familiar Feeling

Zalef.

Ale ja Wam współczuję. Naprawdę. Współczuję. Ale cóż, taki Was los. Znów będą ochy i achy. I wiem, że to nudne dla postronnych, ale mi się nic a nic nie nudzi!Kiedy zobaczyłam, że Krzysiek Zalewski rusza z mini trasą Solo Actu wiedziałam, że muszę kupić bilet. Bilet kupiłam błyskawicznie i to kolekcjonerski, bo mam dość tych byle jakich wydruków. Ja jestem osobą, która kocha mieć namacalne pamiątki z przeszłości, zdjęcia, bilety, to daje mi radość. Tak więc bilet kupiłam, schowałam i odliczałam dni. Aż tu nagle mnie olśniło, masz jeden bilet. Musisz iść sama! O, nie! Szybka akcja, odkupiłam jeden bilet, potem drugi i postanowiłam, że w tym roku moje rodzeństwo pod choinką dostanie właśnie wspomnienie i wspólnie przeżywane emocje.Ale wiadomo też, że człowiek planuje, a Pan Bóg kulę nosi. Także tego i owego.

W środę koncert, a mnie dopadło paskudne przeziębienie. Ból gardła dosłownie wypalał mi przełyk. Do tego tradycyjnie chrypa, ból głowy i osłabienie. Fatalnie widziałam swoją przyszłość. Zrobiłam najazd na aptekę i powiedziałam pani, żeby dała mi wszystko to co może sprawić, że przetrwam najbliższe 24 godziny i nie położę się do łóżka na kilka dni. Cena nie grała roli. Wzięłam co kazała, i poszłam spać. Rano nie czułam ulgi. No ok, ból głowy jakby zniknął, ale gardło bolało, a chrypa rosła. Czułam się źle. No akurat teraz! Pech. To moje drugie imię. Wróciłam do domu z pracy. Zrobiłam sobie koktajl z wielu leków. Popiłam to wszystko korzenną kawą. Patrzyłam się na mój elegancki bilecik i przeklinałam samą siebie- nie mogłaś zapaść na tę chorobę tydzień wstecz, albo tydzień później? Nie, ja to mam wyczucie. Patrzyłam się na ten piękny bilecik, modliłam się o zdrowe gardło na pstryknięcie palcem i rozmawiałam z przyjaciółką, powiedziała mi tak – pójdziesz dziś na koncert, a jutro będziesz umierać. Nie pójdziesz dziś na koncert, a jutro i tak będziesz dalej chora. Hmm, co prawda K., nie napisała tego wprost, ale jasno wynikało- mam iść. Tak więc poszłam. Trudno, mój ból gardła nie minie w kwadrans, ani tym bardziej w jeden wieczór. Na szczęście miałam miejsca siedzące, cały rząd dla mnie i rodzeństwa, więc byłam spokojna, nikogo nie zarażę. Co najwyżej rodzeństwo- donoszę, są zdrowi.

No cóż, zostało mi mało czasu, uprasowałam koszulkę, akurat nie miałam żadnego dylematu co ubrać. Odkąd latem kupiłam sobie taką oto koszulkę, tylko czekałam. aż będę mogła pójść w niej do Teatru Szekspirowskiego! Spakowałam bilety do torebki, 3 rodzaje tabletek na gardło i w drogę. Przed Teatrem powitała nas ogromna kolejka do wejścia. Na szczęście siostra była szybciej i zajęła miejsce, więc po 2 minutach byliśmy w środku. Niestety zarekwirowano mi malutką buteleczkę z wodą mineralną, a wiadomo, człowiek z chorym gardłem pić musi, było mi przykro. I nie wiedziałam jak przetrwam ten wieczór. No, ale najpierw szatnia i kolejna kolejka. Potem na poziom numer 2. Zajęliśmy miejsca, brat został na straży torebek, i poszłam z siostrą szukać wody. Jako, że jestem gapą totalną, zaszłam prawie za kulisy. Niestety to nie był dobry dzień na robienie za support, więc czym prędzej uciekłam i poszłyśmy do przenośnego barku. Malutka buteleczka wody była po 8 zł. Do tego nie działał terminal, dobrze, że jestem staroświecka i miałam trochę gotówki. I znów na górę. Dobrze, że wzięłam z sobą nasze bilety, bo przed wejściem na poziom 2, znów zażądali bilecików do kontroli. Na szczęście ciągle trzymałam je w dłoni.

I czekamy. Krzysztof jako wielka (już) gwiazda stopniuje napięcie i spóźnia się kwadrans. Ale jest, zaczyna się. Pierwszy utwór śpiewa za kurtyną, a kiedy w końcu ukazuje się światu( w garniturze w różową panterkę), mała dziewczynka, na oko 4 latka w wielkich słuchawkach na uszach, krzyczy na całe gardło- Krzysiu, kochamy ciebie. Cała sala bije małej brawo, a ona dumna z siebie szybko idzie spać. Obudziła się na bisy. Ciekawe o czym ta mała blondyneczka śniła? Jej wyznanie było urocze, i trochę zawstydziło Krzysia. Z obowiązku dodam, na sali było pełno małych dziewczynek, które ze swoimi mamami śpiewały na całe gardło!Ja nie śpiewałam. Choćbym i chciała to nie mogłam. Mój brat był w niebie. To był jego pierwszy koncert, na którym ponoć słyszał Krzyśka, a nie mnie. Ja śpiewałam w swojej głowie, całkiem głośno zresztą. Idea solo actu polega na tym, że Krzysztof stoi sam na środku sceny-aczkolwiek czasem też siedzi, śpiewa, zagaduje publiczność, bywa, że i tańczy, i dodatkowo ogarnia samodzielnie wszystkie instrumenty. Jest ta perkusja, pianino, klawisze, gitary, nawet grzechotki! Generalnie muzyka jest tworzona na miejscu, aranżacje są niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Niby znane piosenki, zyskują zupełnie nowe brzmienie. Takie Miłość, miłość zagrane na pianinie dosłownie rozrywa serce na kawałki. A cover Prince’a czyli Kiss, zmusza tańca! No i dodatkowo porywająca wersja Początku- tak, przyznaję, wersja solowa podoba mi się najbardziej, a przy Kurierze w powietrzu lata z milion złotego konfetti. Jedyny zarzut? Jak zwykle, za krótko!

Teatr Szekspirowski to cudowne miejsce na koncerty, niezwykle klimatyczne i kameralne. Do tego w pakiecie miejsca siedzącego mamy poduchy, więc pełen komfort, a ulubiony artysta jest na wyciągnięcie ręki….Eh, to był wspaniały wieczór. Odwozimy siostrę do jej domu, wracamy do siebie, następnego dnia faktycznie umieram, z niewyspania i kataru. Bo gardło przestaje mnie boleć. Obecnie choruję na kolejne zapalenie zatok. Masz ci los.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski- Luka