Pomysł na randkę. Pchli targ i spacer

Co byście powiedzieli na niedzielę poza domem? Niedzielę w Oliwie? Uwielbiam tę gdańską dzielnicę. Jest taka inna od wszystkich innych, pełna historii, pięknych kamienic i willi. I co najważniejsze- jest cudownie zielona i kolorowa. Szczególnie wiosną i latem, uwielbiam tam spacerować i spędzać czas.

W niedzielne ranki i przedpołudnia polecam wpaść na Pchli Targ, który odbywa się zaraz przy Parku Oliwskim. To miejsce, gdzie rządzą zwykli ludzie. Jest kameralnie, apetycznie, kolorowo i można złapać setki okazji. Nieważne czy szukacie domowych konfitur, regionalnych dżemów, sukienki z drugiej ręki, czy zastawy stołowej po prababci- znajdziecie to właśnie tam. Piękne i niebanalne dodatki do codziennego życia. Talerzyki, łyżeczki, przeczytane już książki za 1/3 ceny, dziecięce zabawki z duszą, i regionalne przysmaki. Kawa z termosu, i jeszcze ciepłe ciasto od sąsiadki. Pełnia szczęścia!

A kiedy już znajdziecie coś idealnego dla siebie, to ruszajcie dalej, przecież obok mamy Park Oliwski. Zanim wejdziemy, oczywiście idziemy na lody do Ole Swawole! Nigdzie nie ma tak różnych smaków- mleko z rumem? pomidor z chilli? a może lukrecja? Uwielbiam gdy mnie tam zaskakują! Więc tak, bierzemy lody. Oczywiście prosimy by z kranika polali nam wafelek dużą ilością czekolady. Idziemy do parku!

Kwitną wciąż magnolie, w końcu mamy otwartą palmiarnię, wszędzie kwitną kolorowe kwiaty, jest tak zielono! Na szczęście nie ma wakacji, więc nie ma jeszcze dzikich tłumów, jest za to kameralnie i romantycznie.

Spędziliśmy tak ponad trzy godziny. Było pięknie!

Jeżeli w Waszej okolic jest pchli targ, koniecznie idźcie. Albo zapraszam do cudownej Oliwy.

Ścieżka dźwiękowa- Kortez- Z imbirem

Wąwóz Homole

Nowy tydzień zaczniemy wizytą w Wąwozie Homole, czyli wracamy na majówkę! Jestem fanką takich miejsc i wiedziałam, że muszę je odwiedzić. Przeczytałam, że wąwóz prowadzi na najwyższy szczyt Pienin, czyli Wysoką. Poza tym jest bardzo kameralnym i atrakcyjnym miejsce. Idealny dla rodzin z dziećmi, ze względu na łagodną ścieżkę i urocze widoki po drodze. Cały wąwóz wije się w wokół potoku Kamionki, jest to z pewnością jedna z większych atrakcji Pienin, a co najważniejsze, wstęp jest bezpłatny.

My do Wąwozu, wybraliśmy się po wędrówce na Sokolicę. Nie wiedzieliśmy, że tutaj padało, kiedy więc przyjechaliśmy zaskoczyli nas przemoczeni ludzi, mokre oraz śliskie skalne ścieżki. Z pewnością to spowodowało, że nie mogliśmy w pełni czerpać z tego miejsca. Poślizgnęłam się trzy razy, i musiałam po prostu patrzeć pod nogi bardzo, ale to bardzo uważnie. Dodatkowo, nie było to spokojne miejsce. Wraz ze słońcem otoczył nas dziki tłum, faktycznie całych rodzin, które przybyły na to miejsce. Zakłócało to z pewnością odbiór tego miejsca, i chociaż było przepięknie, to ja nie czułam się tam jakoś wyjątkowo. Było za głośno, jak na miejsce pełne natury, a do tego nieco zbyt mokro, przez co starałam po prostu przejść wąwóz i wrócić w jednym kawałku.

Oczywiście, Wąwóz Homole jest wart zobaczenia, faktycznie, ta dość łatwa i świetnie zagospodarowana ścieżka, spodoba się całym rodzinom. Najlepiej będzie odwiedzić to miejsce wcześnie rano, tak by uniknąć tłumów. I w pełni cieszyć się niesamowitymi skalnymi ścianami i pięknem Kamionki, która naprawdę jest urokliwym górskim potoczkiem.

Czy wrócę? Z pewnością. Mam bowiem duży, duży niedosyt!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Czorsztyn i okolice

Ciąg dalszy majówkowej relacji. W końcu znalazłam odrobinkę wolnego czasu, jednak pogoda kusi i spaceruję ile wlezie. Albo grzebię w ogródkowej ziemi.

Bazą naszej wycieczki był Czorsztyn. W zasadzie pierwszą bazą miała być Niedzica, ale okazało się, że pensjonat akceptuje psy pokojowe, ale nie akceptuje kotów. Dlatego musieliśmy zmienić nasze miejsce docelowe. Padło na Willę Jordanówkę, która okazała się być miejscem sympatycznym i dla kota, i dla nas. Z okien naszego pokoju ( na poddaszu) widzieliśmy Jezioro Czorsztyńskie i góry. Nie muszę Wam mówić, że parapet był ulubionym miejscem Franki, spędzała tam pół dnia, racząc się widoczkiem. Mi też wyjątkowo on pasował! A wystarczyło wyjść przed pensjonat, by zobaczyć ośnieżone Tatry. Coś bajkowego!

Czorsztyn jest rajem dla rowerzystów, następnym razem z pewnością wypożyczę rower i udam się na wycieczkę. Ścieżka rowerowa niemal okala jezioro i można kilometrami pedałować między zamkami. Dla tych co wolą spacery, jest również ścieżka spacerowa, ja korzystałam właśnie z niej, bo po tych wszystkich atrakcjach w ciągu dnia, nie miałam już siły na pedałowanie, a na spokojny spacer. Natura robi wrażenie. Aczkolwiek należy pamiętać, że ten piękny teren został brutalnie zdegradowany, właśnie podczas budowy tamy i zalewu czorsztyńskiego. Całe wsie zostały zalane, a wraz z nimi unikalna roślinność i krajobraz.

Odratowane budynki, znajdują się dziś w Kluszkowcach- w zasadzie jest to Czorsztyn i tworzą Szlak architektury drewnianej. Są to dawne wille i karczmy. Jeszcze kilka lat wstecz, obiekty były czynne i przyjmowały gości. Była tam prężnie działająca restauracja. Dziś wszystko jest opuszczone i tworzy scenografię do westernów. Naprawdę, można tam nakręcić film, rodem z Dzikiego Zachodu. Budynki są drewniane, z murowanymi piwniczkami. Pięknie i bogato zdobione, powstały na przełomie XIX i XX wieku. Cudowne tarasy, balustrady, rzeźbienia okien, wszystko w stylu zakopiańskim i szwajcarskim. Aż żal patrzeć na to, że zaczynają niszczeć. Wielka szkoda, mam nadzieję, że ktoś o to zadba i ponownie udostępni zwiedzającym. Ja w tych willach i domach, widzę ogrom historii i taki sam ogromny potencjał.

Czas na zamek! W Czorsztynie mamy ruiny zamku, bardzo dobrze zachowane i pielęgnowane. Warto je odwiedzić nie tylko ze względu na wartość historyczną, ale i na widoki, które rozpościerają się z samego zamku. A te robią wrażenie! Nie wiem jak Wy, ale kiedy zwiedzam mury pochodzące z XIV wieku, odczuwam prawdziwy zachwyt. Sama historia zamku jest bardzo burzliwa, i te burzliwe losy zaznaczyły się, poprzez obecny wygląd zamku. Na szczęście ktoś w porę się obudził, i powstrzymał dalszą dewastację tego miejsca. Bilety są śmiesznie tanie, razem z dwugodzinnym parkingiem, za osobę zapłacicie 8 złotych, które idą na dalsze prace na terenie zamku. W środku jest kilka ciekawych wystaw, dowiecie się wszystkiego o powstaniu Zalewu Czorsztyńskiego, będziecie podziwiać kolekcję rysunków zamku, niektóre reprodukcje pochodzą z XVIII wieku, można skonfrontować przeszły i obecny wygląd zamku i całego otoczenia. Myślę,że zwiedzanie tego zamku, oraz oczywiście okolic, jest wspaniałą, żywą lekcją historii, dla mniejszych i tych całkiem dużych.

Dużą atrakcją będzie przeprawa jeziorem między zamkami. Ja już płynęłam kilka lat temu, więc teraz sobie to darowałam, ale polecam każdemu. Uroczy będzie też spacer po zaporze, gdzie czekają nas kolejne piękne widoki.

Czorsztyn oferuje naprawdę wiele i dla każdego. Jest cicho i spokojnie. To wymarzone miejsce dla rodzin, amatorów spacerów i rowerowych wypadów. A także tych, którzy szukają idealnej bazy wypadowej na bliższe i dalsze wycieczki po okolicy. W okolicy działa kilka pensjonatów, ale prym wiodą apartamenty na wynajem. Jest jedna fajna restauracja, kilka punktów z lodami, czy burgerami. Jest również najprawdziwsza bacówka, gdzie polecam kupić cudowne owcze sery!

Ja coś czuję, że wrócę w to miejsce!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Poison Heart

Pomysł na randkę. Wycieczka rowerowa.

Wiosna, maj, piękna pogoda, dużo słonecznych dni, ale brak wyniszczających ciało upałów. To idealny czas by wybrać się na rowerową randkę!

Ja wybrałam się na wycieczkę przed las, klifem nad morze. Planowanie wycieczki to już okazja by wspólnie spędzić czas. By ustalić trasę, porozmawiać co lubimy i czego oczekujemy. To okazja by zadbać o przekąski, i może wspólnie przygotować kanapki i zdrowe przekąski. W końcu rowerzyście nie przystoi zjadać czipsów i pić gazowanych napoi.

A potem obowiązkowy przegląd rowerów i w drogę! Jak będziecie w Trójmieście, bardzo polecam Wam trasę z Gdyni do Mechelinek. Niestety, na miejskie rowery, trzeba poczekać aż do przyszłej wiosny( znów będą dostępne elektryki), ale można podróżować swoim, bądź wypożyczonym z wypożyczalni. Trójmiasto jest bardzo przyjazne fanom czterech kółek. A Mechelinki zachwycą klifem, na którym możecie pogrillować, zrobić sobie piknik i cieszyć oczy pięknymi widokami. Mam wrażenie, że tylko tutaj woda jest taka niebiesko-zielona, a powietrze pachnie tak wyjątkowo.

Moja pierwsza, w tym sezonie rowerowa wycieczka, była ponad 10 kilometrowa. Sama się dziwie, że moja miętowa Rozalka dała radę i jechała po piachu i gałęziach. Jeździmy powoli, tempem turystycznym, rozmawiamy z sobą, cieszymy ładną pogodą i samą przejażdżką. To naprawdę cudowny, wspólny czas!

Najważniejsze, na wycieczkę możecie jechać z siostrą, przyjaciółką, mężem, mamą, czy sąsiadką. Nieważne z kim, ważne by razem zmierzać do celu i świetnie się razem bawić.

Kazik i Rozalka dojechali nad morze!

Widok wart każdego wysiłku!

Ścieżka zdjęciowa- Edyta Górniak- Dotyk

Zdobywca Sokolicy

Jak już wiecie, majówkę spędzałam w Pieninach. W ich pięknie zakochałam się kilka lat temu. Wystarczyło mi zaledwie kilka godzin by się w nich zakochać w pełni. I wiedziałam, że wrócę. I jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Wróciłam i spędziłam tam pięć dni. Moją relację zacznę od górskiej wędrówki na Sokolicę.

Kiedy przygotowywałam się do naszej podróży, planowałam wdrapanie się na Trzy Korony. Taki był plan. Ale, ale. Będąc już na miejscu, przeczytałam, że polecane jest zdobycie Sokolicy. Bo ze Szczawnicy prowadzi łagodna ścieżka, i każdy sobie z nią poradzi. A dodatkowo, widoki z Sokolicy naprawdę zapierają dech. Wiecie, mnie długo nie trzeba było namawiać. Łatwa ścieżka- godzina w jedną stronę, piękne widoki, zmieniłam więc plany. Trzy Korony musiały poczekać, wybrałam Sokolicę. Żeby nie było, wysokość Sokolicy to 747 metrów, Trzy Korony 982 metry. Sokolica jest więc nieco mniejsza, ale z pewnością jest idealna na pierwszą górską wędrówkę w sezonie.

Zjedliśmy solidne śniadanko, Lena w naszym pensjonacie, gotowała wyśmienicie. Jej racuszki skradły moje serce. Były dużo lepsze niż moje, ba, nawet moja babcia nie potrafiła zrobić tak lekkich i smakowitych racuchów, a była mistrzynią w ich smażeniu. Najadłam się jajecznicy i racuchów z dżemem. Mogłam zdobywać szczyty. Do plecaczka spakowałam wodę, suszone jabłka i batoniki orzechowe. W nawigację wpisaliśmy, no dobra, Fotograf wpisał- Parking pod Sokolicą. Pojechaliśmy, jakieś 12 minut od naszej czorsztyńskiej bazy. Wycieczki czas start! Owszem, lekko się zdziwiłam kiedy parkingowy zapytał się – idziecie na Trzy Korony? Skinęłam głową, ale w sumie, być może wyglądam jak zdobywca Trzech Koron. Mam odpowiednie buty, kurtkę, plecaczek. Widać, na pierwszy rzut oka, moja kondycja jest rewelacyjna. Idziemy!

Po jakichś 500 metrach zastanawiam się kto napisał, że ten szlak jest taki płaski i przyjemny. Idę prawie stromym wzniesieniem. Trochę też mnie dziwiło, że z nami praktycznie nikt nie idzie. Jak na bardzo popularną ścieżkę, było to co najmniej lekko zadziwiające. Czas płynie, a ścieżka ani myśli robić się płaska i przyjemna. Im dalej w las tym gorzej. Desperacja ma sięgnęła tego poziomu, że sięgnęłam po dwa patyki/gałązki, które robiły za kijki podejściowe. Fotograf się śmiał, ale 5 minut później zrobił to samo. Ścieżka była nie tyle kamienista, co po prostu skalna. Szliśmy po wąskiej skalnej ścieżce, ja i mój lęk wysokości! W końcu pojawił się znak, prosto na Trzy Korony, w bok na Sokolicę. W teorii 45 minut, ale jak to! Droga miała trwać godzinę, my idziemy już 45 minut. Nic mi się nie zgadza, ludzi nie ma, ścieżka nie jest łatwa, i ten czas….

Po 15 minutach trudnego marszu, po skalnych kamieniach, raz w dół, raz w górę, mijamy kolejny znak- Sokolica, ścieżka eksponowana 45 minut. Nie wiem kto to pisał, ale w tym Pienińskim Parku Narodowym, mają problemy z liczeniem, czasem i odległościami. Dalej idziemy praktycznie pustą ścieżką, pogoda piękna, a mi nogi ogłaszają strajk, niczym Bunt na Bounty. No cóż, ostre podejście i proszę bardzo, zdobywamy Czertezik, 772 metrowy szczyt. Zaczynam się zastanawiać, czy nie poprzestać na owym Czerteziku. Widoki, owszem piękne, ale jednak całą sobą czuję, że składam się jedynie z bolących łydek. Podjęta decyzja, idziemy dalej.

I dojście na Sokolicę okazało się wielkim wyzwaniem, ścieżka była naprawdę trudna, i zdradliwa. Nie chciałabym nią iść w jesienny, mokry czas. W każdym razie, w końcu doszliśmy do rozwidlenia, a tam proszę, tłumy w trampkach! Wszyscy szli łagodną i miłą dla ciała ścieżką. Aby wejść na szczyt należy kupić bilet -cena to osiem złotych, uprawnia on do wejścia również na Trzy Korony, jeżeli komuś mało podejść. Miła pani potwierdziła moje obawy- od strony Szczawnicy, jest łagodna, rodzinna wręcz ścieżka dojścia. Szybki rzut oka na mapę, my zaparkowaliśmy w Krościenku. Stąd nasza pomyłka i eksponowana-skalna ścieżka. No cóż, idziemy na szczyt. Szczyt mały i wąski, widoki piękne, ale ludzi tłum. Większość robi sobie piknik, zajada kanapki, i nie baczy na to, że tam jest naprawdę wąziutko. My napawamy się widokiem i dumą z samych siebie. Tak, jest pięknie, widać magię Pienin, widać zaśnieżone Tatry, cały przełom Dunajca. Po wejściu na szczyt ogarnia mnie radość i pewna błogość. Z tej radości kupiłam sobie dyplom zdobywcy Sokolicy! A co tam, jestem z siebie dumna.

Ta błogość i duma, co prawda szybko znika, kiedy okazuje się, że musimy wracać tą samą drogą. Po prostu nie opłaca się iść do Szczawnicy i maszerować z dwie godziny po auto. Wracało się nieco lepiej, aczkolwiek nie zawsze było z górki, duża część jest pod górkę, i są to strome, kamienne podejścia. Nie wiem czy to zasługa endorfin po zdobyciu szczytu, czy to efekt zjedzenia orzechowego batonika, ale szło mi się nieco lepiej. Tak dobrze, że powrót na parking oznaczał pokonanie trasy o 35 minut szybciej niż zakładałam.

Moje wrażenia? Droga była wymagająca, z pewnością nie jest to rodzinna trasa. Ale za to takich widoków, nie ma idąc ścieżką szczawnicką. Przy okazji zdobywa się też Czertezik, i zdobywa się go, w totalnej samotności. To z pewnością dobry szlak, dla tych, co lubią ciszę, spokój, widoki i odrobinę zmęczenia. Tych zapraszamy do Krościenka, wszystkich innych prosimy do Szczawnicy. Ja jestem zadowolona z naszej pomyłki! Była to naprawdę piękna pomyłka. Zresztą, zobaczcie sami.

Ścieżka dźwiękowa- Bang Gang – My Special One

Tegoroczne plany podróżnicze

O czym dziś chcę porozmawiać? Ano o wakacjach i miejscach, które chciałabym zobaczyć. Czyli o wakacyjnych planach i marzeniach. W końcu majówka zaczyna sezon wycieczkowy!

I u mnie ten sezon już się zaczyna. No dobrze, miał się zacząć nieco szybciej, ale pech chciał, że zostałam w domu. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Co to to nie!

Gdzie zaczynam sezon wyjazdowy? Na drugim końcu Polski, prawie rok temu ustaliliśmy, że majówkę spędzamy w górach, padło na Pieniny, które widziałam bardzo krótko, w zasadzie miałam na nie ledwie kilka godzin. Teraz będę tam całe pięć dni, więc mam nadzieję poznać te piękne góry nieco lepiej. Wybrałam pensjonat nad samym jeziorem, nieopodal zamku i ledwie moment od Trzech Koron. Lepiej być nie mogło. Pokochałam góry. Oczywiście w moim sercu rządzi morze, ale uwielbiam wyjeżdżać w góry i podziwiać ich monumentalność i dostojność. Mam wrażenie, że tam naprawdę odpoczywam i ładuję baterie. Chociaż po wędrówkach, bywam bardzo zmęczona, to jest to naprawdę pozytywne zmęczenie.

Przez letnie miesiące zamierzam eksplorować okolicę, może odkryję jakąś fajną, zaciszną plażę? W zeszłym roku lato minęło mi na ślubnych przygotowaniach. W tym roku zamierzam nieco bardziej korzystać z pogodnych dni. Będą to niestety jednodniowe wycieczki, ale i tak dadzą mi dużo radości. Już to wiem.

Na lipiec planuję odwiedzić, kolejny już raz, rodzinne strony Fotografa. Już zapowiedziałam, że muszę dokładniej poznać Lublin. I nie zadowoli mnie krótka wycieczka, co to, to nie! Oczywiście nie odpuszczę sobie wielu spacerów po urokliwym Zamościu. W to lato, odpadnie wręczanie ślubnych zaproszeń, będzie więc zdecydowanie więcej czasu na zwiedzanie, odpoczynek i cieszenie się piękną okolicą.

Wrzesień to kolejny wyjazd, zaklepany i zarezerwowany. Na co padło? Bez zaskoczeń, znowu góry. Tym razem bardzo nieoczywisty kierunek, bo Góry Sowie. W planie zwiedzaniu Zamku Książ, górskie spacery i wypad do Czech, by bliżej poznać Skalne Miasta. Z pewnością będzie intensywnie, ale i kojąco. Bo tak właśnie działają na mnie góry. A jako, że będzie to już po sezonie, powinno obyć się bez tłumów.

Na listopadową szarugę planujemy mały wypad, taki zwane city break. Koniecznie w słoneczne miejsce, niezbyt długi będzie to wypad, 3-4 dni. Ale idealne by poznać dla przykładu Włochy. Ja właśnie w te Włochy celuję, marzy mi się Wenecja. Ale i do Grecji bym mogła wyskoczyć. Ważne, żeby choć na moment odciąć się od listopadowej szarugi i naładować baterie na długą zimę. Z doświadczenia ostatnich dwóch lat, wynika, że wiosna przychodzi dopiero w maju, więc taki wypad, będzie idealny by pozwiedzać w spokoju, ale i złapać kilka promieni słońca.

A jak Wasze plany podróżnicze na ten rok?

Ścieżka dźwiękowa- Kings Of Leon – Rememo 

I po Świętach

I znów było zbyt szybko. To już nawet lekko nudne. Staram się spokojnie przetrwać świąteczny i przedświąteczny czas. Nie szaleję z porządkami, bo na bieżąco sprzątam. Wzięłam wolny piątek, by w piątkowy poranek na spokojnie zrobić zakupy i zacząć piec ciasta. Wróć, czy ja napisałam- Spokojne zakupy? Mimo bardzo, ale to bardzo wczesnej pory, w sklepie były dzikie tłumy. Na szczęście ja miałam gotową listę zakupów, i raz, dwa. Poszło szybko, poza kolejką do kasy i mocno zdenerwowanymi ludźmi. Każdy pędzi, kupuje tyle ile utrzyma wózek, i złości się na każdego dookoła. Zupełnie tego nie rozumiem… Niestety, wizyta w dwóch sklepach nadwątliła moje nerwy. Jak co roku! To jest tradycja i chyba nie ma sposobu, na przedświąteczną gorączkę.

Do moich obowiązków należało upieczenie ciast, zrobienie sałatki i obiadu na poniedziałkowe popołudnie. Jako, że lubię wyzwania, postanowiłam wypróbować nowe przepisy. Tak, wiem, dość to odważne, ale do odważnych świat należy. Upiekłam więc sernik baskijski i babkę caffe latte. Zrobiłam wiosenną sałatkę i roladki ze schabu z pieczarkami. Ja to chyba lubię wyzwania! Ale te kuchenne, pieczenie i gotowanie to dla mnie genialny sposób na spędzenie dnia.

W zasadzie mieliśmy jechać w sobotę do mojej siostry, i tam miało zacząć się świętowanie. Ale Franusia w piątkowy wieczór źle się poczuła, znów pojawiły się wymioty, wolałam więc mieć ją na oku i nie zostawiać na noc, nawet pod czujnym okiem sąsiadów. Biedna Franeczka, przespała całą sobotę, ale regularnie chodziła skubać karmę i popijać wodę. Frania każde Święta ubarwia swoimi dolegliwościami, taka jej natura. Sytuacja powtórzyła się w samą Wielkanoc, znów nas czeka weterynarz. Widać mała się za nim stęskniła i chce koniecznie przejechać się autem przez pół miasta. W Wielką sobotę, poszliśmy na spokojnie ze święconką do kościoła. Przypomnijcie mi za rok, bym kupiła świąteczną serwetę. Papierowe, wielkanocne serwetki, w połączeniu z wietrzną aurą, nie mają żadnych szans. Dodatkowo nieco się wstydziłam mego skromnego koszyczka. Ale nie powiem, moje „marmurkowe” jajka były przepiękne. Nie ma to jak kupić dobre farbki, i beztalenciu coś wyjdzie!

W niedzielny poranek ruszyliśmy do moich rodziców. Uzbrojeni w blachy i salaterki. Do pokonania prawie 40 kilometrów, a ja z sercem w gardle i sernikiem na kolanach. Upiekłam genialny sernik, który bez sensu wyjęłam z formy i wiozłam na pięknej paterze. Czasem i mnie opuszcza rozum. No dobrze, było mocno wcześnie, w domu śniadanie jemy bliżej południa, w zasadzie wychodzi z tego brunch. Korzystając z pięknej pogody poszliśmy na godzinny spacer, nad rzekę. Ok, nie było najcieplej, ale słońce pięknie prażyło i umilało spacer. Po nim nadszedł czas na długie świętowanie- przed deserem, czyli maminą, drożdżową babą, a moim sernikiem, dziękowałam za ten spacer! Pobiesiadowali, więc ruszamy nad morze. Babcia była zachwycona, dawno nie była na takim spacerze. Pół Gdańska wpadło na ten sam pomysł, ale co tam, było pięknie. Z kawą w dłoni, spokojnym krokiem, spalamy świąteczne kalorie i szykujemy się na obiad. Nie ma lekko, święta to dużo jedzenia. Mama nie popuści, gotuje pysznie i ma oczekiwania, że wszystko zniknie ze stołu. A tutaj po obiedzie, musimy opuścić towarzystwo. Przyjaciel Fotografa miał urodziny i zapraszał na wieczór.

7 godzin później, tak naprawdę już w poniedziałek, byłam znów u siebie. Na szczęście, przyjaciele to jednocześnie sąsiedzi przez ścianę, mogłam doglądać Franusi. Oczywiście za ścianą była masa pyszności, ba, o 23, podano chilli con carne. Jeżeli mam być szczera, to było bardzo miło, ale tak intensywny dzień, daje mi do zrozumienia, że jednak jestem starszą panią i lubię być w moim łóżku o 22.

Poniedziałek był na szczęście dużo spokojniejszy. Wczesne przedpołudnie spędziliśmy w lesie, na kojącym spacerze. Przygotowałam obiad, bo mieliśmy gościa na obiedzie. Gość idealny, chwalił jedzenie, zabawiał rozmową, ale nie nadużył gościnności, i po dwóch godzinach ruszył do domu. No dobrze, odprowadziliśmy go prawie pod sam dom. W końcu trzeba dbać o ciągłość formy i wychodzić dużo kroków!

Wieczorem, wróć o 19.45 w piżamach, obejrzeliśmy premierowego Batmana. Cóż, fanką nie jestem i raczej nie zostanę, ale to było idealne zakończenie świąt. Bardzo na luzie, z pełnymi brzuszkami, z ciastem jedzonym w łóżku, w otoczeniu ukochanych kotów.

Nie mogło być piękniej!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – World In My Eyes

Pięknych Świąt!

Gdy pierwsze kotki brzozowe
i listki drżące zielenią
niziutko skłaniają głowy
w cichym oczekiwaniu
na radość Niedzieli Palmowej
i kiedy świat cały
trwa w podniosłym Hosanna
choć wiemy
że przed największym Darem
naszej wiary
Krwawą Ofiarą
i Zmartwychwstaniem
Najwyższego
na Mękę zostanie skazany
co stanie się Jego udziałem
lecz zburzy bramę śmierci
zapewni nam życie wieczne
więc już teraz
w skupionym dziękczynieniu
także się w chór ten włączamy…
Alleluja!

Ścieżka dźwiękowa- Editors – Oh My World 

O małej zmianie planów

Miałam być właśnie na wyjeździe. Apartament zamówiony, opłacony już od stycznia. Lista atrakcji dokładnie przygotowana. Ba, na piątek w pracy wzięłam nawet wolne. W środę podałam właścicielowi godzinę przyjazdu, odpisał, że będzie czekał. A w nocy napisał maila, że jednak anulował naszą rezerwację. I zonk.

Okazało się wielkim problemem znaleźć coś na ten weekend w normalnej cenie. Nie mówię, że nie było nic, ale wiecie, dwie noce w polskim mieście za 1600 zł, średnio mnie zadowalały. Dostałam odpowiedź, że podobno panu zdublował się kalendarz i zapisał dwie rezerwacje na ten sam weekend. Zdarza się. Trochę kiepsko, że odpowiedź dostałam dopiero po 24 godzinach.

Wiem, że w skali świata to nic wielkiego, pogoda i tak marna, mało wiosenna. Ale i tak szkoda. Bo od stycznia czekałaś, planowałaś, i nic z tego nie wyszło. Ale ostatni czas jednak pokazał, że dystans do takich spraw naprawdę łatwo złapać. Nie wyszło teraz, wyjdzie później. Może będzie lepsza pogoda i dłuższe spacery? Może będzie nawet lepiej? Ba, jako, że nie spędziłam tego czasu w podróży, udało mi się złapać bileciki na gdańskie Męskie Granie w sierpniu. Na pewno nie udałoby mi się tego zrobić, gdybym jechała autem.

A teraz? Teraz przyjdzie mi spędzić całkiem spontaniczny weekend. Inny niż planowany, ale na pewno nie gorszy.

Ścieżka dźwiękowa- Robert Plant – Burning Down One Side 

Minął miesiąc. Marzec.

I marzec za nami. Czyli koniec zimy, witaj wiosno.

Marzec nie zaczął się w dobrych nastrojach. Wiadomo, wojna, duże emocje. Ale po dłuższym załamaniu, chyba w końcu wyszłam na prostą. Duży w tym udział miała pogoda, która zrobiła się słoneczna i cudownie wiosenna. Dostałam zastrzyk energii, endorfin i sił. Tego było mi trzeba. W końcu sobie uświadomiłam, że nie zbawię całego świata, nie wygram wojny w pojedynkę, a żeby pomagać innym, muszę mieć w sobie siłę i spokój. Inaczej zwariuję. Także zmiana na plus.

Marzec pozwolił mi na małe wycieczki, byłam w Jastrzębiej Górze i Ciechocinku. Niby ten drugi wyjazd, to była asysta rodzicom, ale udało się pospacerować, zjeść dobry obiad i wpaść na pyszną różaną herbatę. Wzmocniły mnie te chwile i to mocno. Codziennie zresztą solidnie spacerowałam, w lutym moja średnia dzienna kroków to 8 tysięcy, w marcu już 11 tysięcy, to mówi samo za siebie. Może moje spacery nie były w jakichś spektakularnych okolicznościach przyrody, ale za to były bardzo regularne. Pilnowałam też regularnej praktyki jogi i medytacji. Koniec z labą!

Marzec to czas wiosennych zakupów. Nieco odświeżyłam swoją szafę. Udało mi się kupić wiosenny płaszczyk. Bardzo to trudna sztuka, kiedy w świecie mody rządzi oversize,a ty bardzo źle w tym wyglądasz. W każdym razie musiałam dwa odesłać i dopiero ten trzeci zaakceptowałam. Bardzo długo szukałam również wiosennych botków. Czyli te buty, które nosimy między kozakami, a trampkami. W marcu, w sklepach rządzi pełnia lata i bardzo ciężko szło mi szukanie botków. W poprzednich, ukochanych czteroletnich, zrobiła się solidna dziura. Ostatecznie botki kupiłam, ale po pierwszym, solidnym spacerze-13 tysięcy kroków, skończyłam z 4 plastrami na palcach. Biorąc pod uwagę ich cenę, jestem solidnie zawiedziona. Zdecydowałam się również na cygaretki i to dwie pary. Chciałam wprowadzić nieco koloru do mojej szafy, skończyło się na ciemniej zieleni i beżu. Szaleństwo! I uwaga, kiedy przygotowałam się na wiosnę, wróciła zima!

Jako, że dawno nie widzieliśmy weterynarza, Fifi postanowił nadrobić braki i odwiedzić pana doktora. Rana na jego łapce była naprawdę solidna, wystraszyłam się okropnie. Ale na miejscu okazało się, że nie jest tak źle. Poza portfelem, który odczuł 3 dni zastrzyków z antybiotyku.

Rozwijam się ogrodowo. Zasadziłam moje pierwsze w życiu drzewko! Ma być z niego najdłużej kwitnące drzewko na świecie, całe cztery miesiące różowych kwiatków. Na razie jest metrowy „patyk”. Zajęłam się lawendą i hortensjami. Stworzyłam kwiatową kompozycję na schodki do ogródka. I żałuję, że po wiośnie zostało wspomnienie i mamy wiosenne przymrozki i śnieg! A ja już planowałam posadzenie niedźwiedzich traw. W każdym razie dzielnie suszę cebule hiacyntowe, za rok wiosna mnie nie zaskoczy.

Zrobiliśmy mały remont w salonie. Co prawda wciąż czekam na półkę w sypialni -bije 8 miesiąc czekania, tyle samo czekam na listwy podłogowe, ale za to zmieniliśmy szafę w salonie. W zasadzie skończyło się na frontach, które połączyły się kolorem z kuchnią. Może w kwietniu doczekam się półek? Drewno jest, ponoć potrzeba ciepła, by je oszlifować na podwórku…

W marcu chętnie gotowałam i w zasadzie pochwalę się, co piekłam ciasto, to było lepsze niż poprzednie. Także tego, mój piekarnik jest cudowny i nigdy mnie nie zawodzi. No, może też tam trochę zasługa mojego talentu?

Udało nam się w końcu spotkać z przyjaciółmi. W końcu! Samo spotkanie było cudowne, aż żal patrzeć, jak ten czas szybko leci, i 7 letnia Zuzia uczyła mnie podstaw kodowania! Weszliśmy za dnia, wyszliśmy praktycznie dnia następnego. Co prawda nastrój po spotkaniu lekko się obniżył, gdy dzień po dostałam informację, że u młodego pojawiła się jelitówka. Czekałam w napięciu kiedy nas dopadnie, ale nie dopadło. Ani nas, ani nikogo od przyjaciół, poza najmłodszym członkiem rodzinki. Uff, odetchnęłam z ulgą.

Poza kilkoma chwilami marzec był naprawdę udany. I zawodowo i prywatnie. Szkoda, że to nie jest ten czas, gdy możemy powiedzieć, że wojna u sąsiada jest wspomnieniem. Może w kwietniu? Modlę się o to!

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Wasted