Filmowo

Przegląd covidowych filmów, oglądanych z perspektywy łóżka.

Najmro. Kocha, kradnie, szanuje. Ależ dobry film! Idealny na weekend, lekki, bardzo przyjemny, szalone tempo, świetna muzyka, kolory, zdjęcia, aktorstwo-rozrywka na najwyższym poziomie. Naprawdę świetnie się go oglądało! Przegapiłam go w kinie, ale nadrobiłam w domowym, chorobowym zaciszu. To zdecydowanie film, dla tych, którzy lubią jak dużo się dzieje, jak akcja pędzi, jest dużo emocji. Przy tym filmie nie da się nudzić. Oparty na prawdziwej historii Zdzisława Najmrodzkiego, czyli przestępcy celebryty, który wielokrotnie wymykał się służbom. Ba, w tym filmie postać Najmrodzkiego, jest tak przedstawiona, że nie da się jemu nie kibicować! A do tego to kosmiczne i niesamowite zakończenie! Po prostu wow. Tak wiem, to nie jest film, który coś zmienia w życiu, ale za to daje niesamowitą i czystą przyjemność. Nie sposób nie uśmiechnąć się podczas oglądania. Naprawdę udana produkcja, ale kiedy w obsadzie mamy Dawida Ogrodnika i Roberta Więckiewicza, nie sposób mieć nieudany film. Czyli, jeżeli szukacie czystej rozrywki, to macie pomysł na wieczór.

Ojciec panny młodej. To taki film, który świetnie się oglądało w tym czasie, kiedy wciąż chora, ale już były jakieś tam przebłyski świadomości. Nowość z HBO MAX, co ciekawe film wyprodukował Brad Pitt, czyli po prostu trzeba obejrzeć. W głównej roli mamy Glorię Estefan i Andy’go Garcię. Tak jak mamy w tytule, jest panna młoda, będzie ślub i jej ojciec. Jak łatwo się domyślić, wyszła z tego komedia. Sytuacja jest następująca- Billy i Ingrid Herrera, mają za sobą kilkadziesiąt lat razem, i dwie dorosłe córki. Właśnie podejmują decyzję o rozwodzie, ale ogłoszenie tej rewelacji, przyćmiewa informacja o ślubie pierworodnej córki Sofii. Aby nie przeszkadzać córce w spokojnym przygotowaniu się do ślubu, rodzice postanowili trochę poudawać. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że ślub już tuż, tuż, a rodzice nie znają pana młodego. Ot, taka komedia, która może jakoś specjalnie nie cieszy, długo się rozkręca i w zasadzie jest bardzo przewidywalna. Ale mimo to ogląda się to w miarę miło i bez nerwowego zerkania na zegarek- kiedy koniec. Aczkolwiek moja opinia jest podyktowana chorobą i całkiem możliwe, że podczas normalnego stanu świadomości, byłabym na nie. Także ani nie namawiam, ani nie odradzam. Ot, sprawdźcie sami.

Elvis. To film o dziwnej relacji między królem muzyki, a jego agentem, Tomem Parkerem. To film o uzależnieniu ich od siebie, wykorzystywaniu artysty i o wielkiej chciwości, która prowadziła do upadku. No dobrze, wiemy jak wyglądało życie Elvisa, nie ma tutaj alternatywnego zakończenia. W teorii nic Was nie zaskoczy,ale po tym filmie, uznacie, że Elvis to zagubiony i bardzo wrażliwy człowiek. Nieco to teledyskowy obraz, głośny, kolorowy i błyszczący. Ale zdecydowanie ma coś w sobie. Przede wszystkim genialna rola główna, Austin Butler zagrał bardzo dobrze, albo nawet świetnie. Genialnie zagrał Tom Hanks. Jego Tom Parker, jest chciwy, egoistyczny i brutalnie pewny siebie. Film jest długi, ale się nie dłuży. Bardzo dobrze się go ogląda, i nóżka sama chodzi w rytm muzyki. Ten film niewiele zmieni w życiu, ale pozwoli dostrzec w królu, kogoś więcej niż gwiazdora w białym stroju. Polecam na sobotni wieczór, z pewnością będziecie śpiewać Elvisowe przeboje, niejeden raz!

Jak mądrze wydawać pieniądze. Ha, to nie jest typowy film, a dokument, bardzo na czasie. Bo opowiada o pieniądzach. Mamy tutaj czworo bohaterów i czwórkę ekspertów, mamy cztery różne problemy, cztery poważne tematy. Jeden temat to całkowity brak oszczędności, drugi to przeciwnie, nadwyżka finansowa i brak wiedzy co z nią zrobić. Jedna bohaterka ma długi, a kolejna para chce zapewnić sobie w ciągu kilku-kilkunastu lat, niezależność finansową i wczesną emeryturę. Wiem, że nie jest to może najbardziej porywający temat na weekendowe oglądanie, ale muszę przyznać, że ja oglądałam ten film z ogromną przyjemnością. W bardzo prosty sposób, pokazuje jak można zacząć oszczędzać i wykorzystać swój potencjał. To nowość, więc skupiamy się na obecnej sytuacji gospodarczej na świecie, próbujemy przechytrzyć inflację. Bardzo ciekawy, nawet dla laika. Nie zadręcza fachowymi terminami i zbyteczną wiedzą, a pokazuje co robić by nie stać się ofiarą obecnej sytuacji, a wynieść z niej korzyści. Dlatego serdecznie wszystkim polecam!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- World in my eyes

Covid. Wersja druga, poprawiona

W poniedziałek tydzień temu test pokazał jasno i stanowczo – ma pani covid. Zapraszamy na ekscytujący czas, pełen dziwacznych doznań…

Wiem, że wiele osób zapomniało, że istnieje taki sobie tam wirusik. Ale serio, on istnieje i atakuje, i chyba się cieszy, że wszyscy o nim zapomnieli. W mediach mówią – teraz to owszem, szybciej zaraża, ale za to jakie to łagodne, ledwo tam go zauważycie, ot, przeziębionko. I to takie, że w sumie niewiele kto się zorientuje. Także tego, ludzie zdjęli maski, przestali dbać o jakikolwiek dystans, przestali dbać o siebie.

Ja dbałam, nosiłam maseczkę w tłocznych miejscach, a już szczególnie byłam na to uczulona w komunikacji miejskiej. Jestem potrójnie zaszczepiona ( o ironio losu, miałam się doszczepić 4 dawką w ten weekend), jestem wyczulona na innych ludzi z infekcjami. Dezynfekcja? W każdej torebeczce mam zapas żeli i płynów. Unikam tłumów, zdrowo jem, codziennie posiłkuje się tranem i witaminą D. I co? I nic, co z tego, że ja to wszystko zrobię, skoro wejdę do autobusu, gdzie nikt nie nosi maski, gdzie ludzie kichają na potęgę i stoją na sobie… I właśnie ten dzień, kiedy musiałam do domu wracać pociągiem i autobusem, pociągnął mnie na samo dno…

Także tego, sprawdziłam to na sobie, byście nie musieli tego robić. Taka jestem gotowa do poświęceń. Ale naprawdę, proszę, nie powtarzajcie tego w domu…

We wtorek Fotograf miał wyjazdową sesję w Stolicy. Mi zostało dojechać do pracy i do domu komunikacją miejską, którą staram się omijać jak mogę. Tego dnia musiałam… I bach.

W niedzielę pojawiło się uczucie zatkanego ucha, ale pojawiło się zaraz po umyciu włosów, ot, musiała się tam wlać woda. Wzięłam kropelki do ucha i zapomniałam o sprawie. Po kilku godzinach pojawił się nieśmiały ból głowy, ale w zasadzie na dworze szalała burza, więc to żadna dla mnie niespodzianka, że tak reaguję na zmiany w pogodzie. Potem lekko drapało mnie w gardle, wzięłam tabletki z porostu, zrobiłam na wieczór herbatę z miodem, wzięłam nawet aspirynkę. Ot, tak dla spokoju sumienia. Zasiadłam przed ekran, bo właśnie Rolnik miał lecieć ( wybaczcie, to moja grzeszna przyjemność) i uderzyła mnie nagle taka niemoc, w połączeniu z okropnym bólem gardła. Tak jakby nagle w moim gardle zamieszkała banda dzikich bestii. Gardło mi płonęło, szczypało, drapało, kąsało, nie wiem co jeszcze. Szybciutko wzięłam silniejszy lek na gardło. Poczułam też tak silny ból nóg, że czułam, że nie dojdę do łóżka! Ból był niesamowity, jakbym spadła z roweru. Jakoś dotarłam do łóżka, targały mną dreszcze, na sucho, bez gorączki. Gardło piekło i bolało, głowa pękała, oj, nie było to miłe. I tak całą noc. Rano termometr pokazał 39 kresek, a musicie wiedzieć, że mój organizm nie gorączkuje bez powodu. Ja już tak mam, 99 % chorób przechodzę bez podwyższonej temperatury, ale jak już ona jest, to oznacza jedno – sprawa jest poważna! To był czas by zrobić test na koronawirusa, nie było na co czekać. Od razu pojawiły się dwie covidowe kreseczki. Dla pewności, tego samego rana zrobiłam kolejny test, który mąż przyniósł na świeżo z apteki, z innej firmy. I tak samo pozytywny. Nie było co się oszukiwać, zaczęło się piekło. I wcale nie żartuję i nie przesadzam!

Przez dwa dnia walczyłam z gorączką, która bawiła się ze mną w chowanego. Rosła, rosła i rosła. Na chwilę spadała i bach, znów rośnie. W życiu nie miałam takich dreszczy, leżałam w piżamie, swetrze, pod dwiema kołdrami, dwoma kocami, z termoforem w stopach, a i tak było mi przeraźliwie wręcz zimno. Najgorsze było to, że największe dawki Pyralginy nie dawały rady z tą temperaturą. Czułam, że zaczyna ścinać mi się mózg. W którejś godzinie gorączki zaczęłam coś tam mówić do męża, że na stypie po mnie, mają podać frytki, devolaye i surówkę z marchewki. A nie, to chyba jednak powinna być surówka z pora? Zdecydowanie wolę porową, i co z tego, że mi już będzie raczej wszystko jedno, chcę porowej, ja tego wymagam. Inaczej będę straszyć po nocach.

Jak minęła gorączka, to z racji równowagi pojawił się kaszel. Natychmiast straciłam głos i całkiem wszystkie siły. Bo te resztki sił, zabierał mi kaszel. Od razu mój kaszel przeszedł w tryb mokry i rozrywał wnętrzności. Nie było to w żaden sposób miłe i w zasadzie nie miałam chyba nigdy aż tak męczącego kaszlu. Może jak miałam 8 lat i miałam zapalenie płuc? Coś kojarzę, że wtedy nie było mi za fajnie. Katar nie dawał żyć, ucho bolało, a potem przytkało się, wydawać by się mogło, że na amen w pacierzu. Jakby było mało, to przeraźliwie bolała mnie głowa, nawet cichutkie radio grało za głośno. Dopadł mnie światłowstręt, dźwiękowstręt, generalnie chyba wszystkowstręt. Nic mi nie smakowało, nie miałam apetytu. Już nie mówiąc o piciu, to też słabiutko wchodziło. Okropnie bolało mnie całe ciało, każda kosteczka, każda chrząstka i każdy stawik w moim wnętrzu. Oczywiście mięśnie też. Nie byłam w stanie utrzymać sama kubka, piłam przez słomkę, i pod przymusem. Nie miałam siły na nic i było to obezwładniające i wyjątkowo przerażające uczucie. Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie mąż w domu, chyba musiałabym wezwać pomoc. Nie byłam w stanie przełożyć się na drugi bok, bez pomocy. Było to mocno upokarzające, czułam się jakby poraziło całe moje ciało, wszystkie funkcje życiowe zostały jakby wyłączone i przytłumione. To jedno z najgorszych odczuć w życiu, totalna niemoc, ból całego ciała, całkowity brak sił. Miałam wrażenie, że boli mnie wszystko, oddychanie, generalnie życie. Było to skrajne wyczerpanie, na granicy śmierci. I nie żartuję tutaj nic a nic. Dodatkowo pojawiły się niesamowite nocne poty. Owszem, latem trafiałam wiele razy na nagłówki artykułów- kiedy rano budzisz się zlany potem, to może być covid. I co? Fakt, ja się budziłam rano jakbym brała całą noc prysznic. Mąż mnie budził w nocy i zmieniał mi piżamę, po prostu ze mnie ciekła woda, jak z kranu. Nigdy nie miałam takiego przerobu piżam i pościeli, pralka działała codziennie. Nie będę Wam mówić jakie to męczące, wstydliwe i nieprzyjemne…. Schudłam ostatecznie 4 kilogramy, co przy mojej wadze wyjściowej, oznacza 8,3 % masy mojego ciała. Jestem trupio blada, widać mi wszystkie żyły i czuję się jak zombie. Do dziś nie mam siły by wyjść z łóżka, przebrać się w domowy dres i chociaż poleżeć pod kocem….

Czułam całkowity brak kontaktu z moim ciałem. Ja mówiłam jemu podnieś rękę, a ono nie, nie chciało słuchać. Z moim mózgiem też działo się coś dziwnego, proszę się nie śmiać. No dobra, możecie. Nie wiem co mi się popsuło, ale wyobraźcie sobie, że w sobotę, mąż poszedł na zakupy. Ja uznałam, że jednak bym coś zjadła i chciałam zrobić sobie kanapkę. Mąż wszystko przygotował, na stole leżał pokrojony chleb, ser, szynka, pomidorki, nic tylko zrobić sobie kanapeczki. Kanapkę złożyłam, ot zwykła, chleb żytni, szynka, pomidor. Położyłam to na talerzyku, wsadziłam talerz do mikrofalówki, i cóż, włączyłam największą moc, największy czas i wróciłam do łóżka. Szybko zaczęło się dymić, mieszkanie w gryzącym dymie, a ja dzwonię do męża, że mamy pożar. Ten wraca przerażony co się dzieje, i znalazł, spalony talerz ze zwęgloną kanapką. A ja o niej kompletnie zapomniałam. Przy czym nie chciałam zrobić sobie tostów, tudzież kanapki na ciepło. Ja nie kojarzyłam w ogóle po co ją tam włożyłam, i zapomniałam o tej czynności. Już mnie dopadła mgła covidowa….

Tak naprawdę to po tygodniu ciągle się czuję jakbym była z waty. Nie mam siły, po 13-14 godzinach snu, jestem zmęczona i senna. Mam kaszel, chrypę, katar i ból ucha. Moja aktywność ogranicza się do spacerów do łazienki. W kąpieli musi mi towarzyszyć mąż, bo stanie pod prysznicem generuje ogromne zawroty głowy. W zasadzie to wciąż mam wrażenie jakbym płynęła na jakiś jachcie w czasie sztormu, w głowie mi wiruje non stop. Ale nic nie przebije tego jak bolą mnie nogi. Z jednej strony czytam, że to dość normalne, ale z drugiej codziennie płaczę z tego bólu. To jakiś kosmos!

Generalnie jest bardzo źle, i tak naprawdę to w całym swoim 34 letnim życiu, aż tak nigdy nie byłam chora. Nie życzę tego nikomu. Ale za to życzę Wam dużo dystansu… do innych ludzi. Unikania tłumów i życzę Wam maseczki na buzi. Lepiej mieć kwadrans dyskomfortu, niż chociaż godzinę męczarni, którą przechodzę od tygodnia!

Ja dodatkowo mam to szczęście, że mam kochanego brata, który jest lekarzem, i do z tego praktyką po oddziale covidowym. Mogę do niego dzwonić 24 h na dobę i czuwa nade mną, mam dobrą opiekę. Ale nie każdy tak ma….

Nie ściskam, by nie zarazić.

Ścieżka dźwiękowa- Lenny Kravitz – Frankenstein

Kosmetycznie

Tołpa, Pre Age, energizujący krem na dzień. To krem dla nas, dziewczyn i kobiet, które zmagają się z niedoskonałościami, ale mają więcej niż 25 lat. To pielęgnacja przeciwzmarszczkowa, i jednocześnie matująca i zwalczająca trądzik. Zaciekawił mnie ten opis, oraz promocyjna cena w Rossmannie. Krem kosztował 22 złote, więc chętnie po niego sięgnęłam. W porównaniu do innych kremów antytrądzikowych, ten jest dość bogaty i konkretny, ale szybko się wchłania, nie zapycha cery, o dziwo, zostawia uczucie lekkości. Niesamowicie wygładza i nawilża cerę. Dodaje jej zdrowej porcji energii- to pewnie wynik witaminy C w składzie. Krem bardzo fajnie działa na moją cerę, mam wrażenie, że zaspokaja jej obecne potrzeby. Rozjaśnia ślady po niedoskonałościach, świetnie nawilża i wygładza cerę. Myślę, że jest świetny na obecną porę roku. Nie jest bowiem leciutki, świetnie nadaje się na chłodniejsze dni, kiedy cera wymaga nieco większej opieki. Na plus świetny zapach, fajne opakowanie i niską cenę.

Garnier, żel do twarzy oczyszczający i zwężający pory. Kupiłam go, bo akurat był w promocji. Jakoś specjalnie nie zastanawiałam się nad tym zakupem, ot, wiedziałam mniej więcej czego można się po nim spodziewać. Zależało mi na naprawdę solidnym oczyszczeniu cery i tutaj sprawdza się świetnie. Już sam zapach odświeża i oczyszcza, to zasługa eukaliptusa. Żel jest wydajny, ale mocny. Co to znaczy? Nie daj Boże, wpadnie Wam choć odrobinka do oka! Płacz i ból gwarantowany. Poza tym dobrze oczyszcza, odświeża, pozostawia uczucie świeżości i czystości. Zmniejsza pory, i doskonale matuje. Dla mnie minusem jest to, że jest taki niedelikatny wobec okolicy oczu, praktycznie codziennie sobie je nim zachlapię. Ale to w zasadzie efekt mojej niezdarności. Polecam tylko tym, którzy mają niedoskonałości, dla innych cer będzie za silny i niepotrzebnie ściągający.

Luksja, kokosowy żel pod prysznic z nutą gardenii. To coś dla fanów aromatu kokosa, to jest tak jakbym naprawdę kąpała się w mleku kokosowym! Zapach jest świetny, działanie w sumie jak to żelu pod prysznic, myjące, delikatne, nie podrażnia i nie wysuszona. Zapach zostaje na długo, miło otula skórę. Dla mnie najważniejsze jest to, że żel jest naprawdę wydajny, pięknie pachnie i zostawia skórę miękką. Tyle mi wystarczy.

Avon, Far Away, Splendoria. Ostatnio mam szczęście do tej serii, podobają mi się zapachy z tej serii, są naprawdę ciekawe i takie mało Avonowe, czyli ciekawe, oryginalne i świetnie się trzymają. W moje ręce wpadła nowa Splendoria. Czy jest udanym produktem? Zapach jest już jesienno-zimowy, czyli orientalno-waniliowy, z tych cięższych i konkretniejszych zapachów. Główną nutą ma być Biały Oud, czymkolwiek jest. Ja czuję tutaj głównie śliwki i wanilię. Jest deserowo, korzennie, jakbym otuliła się mocno korzennymi śliwkami pod kruszonką. Ale słodko, nie znaczy dziewczęco i nudnie. To z pewnością kobiecy zapach, na wieczór i z pewnością, nie dla młodzieży, bo chyba będzie dla nich za ciężki. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, ten zapach mnie oczarował i sprawił, że czułam się „luksusowo” w zwykłym swetrze.

Ścieżka dźwiękowa- Muse-Plug in baby

Moje odkrycie. Czyli Nowa Ruda!

Nowa Ruda, to miastecko, które nie jest jakoś wybitnie popularne. To nie jest miejsce, które aż krzyczy z każdego przewodnika- odwiedź mnie. Wręcz przeciwnie. To miejsce po prostu czeka na odkrycie jego możliwości, jego piękna i jego tajemnic.

Czemu tam w ogóle trafiłam? Okazało się, że to jedyne większe miasto, w okolicy naszej bazy. Kiedy zaczęłam sprawdzać co w nim ciekawego, od razu pojawiły się informację o niesamowitej kawiarni, Białej Lokomotywie. To kawiarnia bez menu, takie miejsce, gdzie odpowiednio dobrany personel, sam ocenia czego nam akurat potrzeba. Nie ma menu, nie ma cennika, wizyta tam, to niesamowita przyjemność dla każdego fana kawy. I okazja do przeżycia niespodzianki, to taka wersja Kinder Jajka dla dorosłych, nie wiecie co dostaniecie. A naprawdę dostaje się prawdziwe cudeńka. Nigdy nie piłam tak ciekawej kawy, która jakby została dla mnie stworzona. Dostałam pyszny miks kawy z białą i gorzką czekoladą, z kremową pianką z mleka owsianego. Fotograf dostał kawę, którą po 48 godzinach, ożywiono wrzątkiem i parzono z suszonymi jabłkami. A te desery? Po prostu niebo w gębie. Ja to prosta kobieta jestem, wystarczy dać mi gorzką czekoladę i już jestem w siódmym niebie.

Ale nie tylko Nowa Ruda kusi kawiarnią, całe miasto jest przepięknie położone, na wzgórzu, widoki z Rynku, są przepiękne. Na samym Rynku, mamy przecudne, uroczo zmodernizowane kamieniczki. Dodatkowo rezydował tam kotek ( domowy, ale wypuszczany), który wyglądał jak Franusia i wręcz żądał mizianek. Po prostu słodziak.

W Nowej Rudzie należy udać się na spacer, wzdłuż Domów Tkaczy, nad rzeką. To bardzo ładnie odrestaurowany teren, który zachęca do spacerów i odpoczynku wśród kwiatów. W mieście mamy również kopalnię, którą można odwiedzić, bo dziś jest nieczynna, ale otwarta dla zwiedzających. Pod samą Nową Rudą, mamy też przepiękny wiadukt kolejowy. Pewnie dla lokalnych mieszkańców, to już żadna atrakcja, ale dla mnie, ten wiadukt był monumentalny i niemal magiczny. Chociaż jest on w średnim stanie, to wciąż jeżdżą po nim pociągi!

To była krótka relacja, z uroczego miasteczka, w którym warto iść na spacer i na pyszną kawę.

Ścieżka dźwiękowa- The National – Empire Line

Czeskie Skalne Miasto, odwiedzam Adrspach.

Nie lubię tego momentu, kiedy urlop się kończy i trzeba wrócić do codzienności. Ale, ale, od czego są wspomnienia. Wracanie do nich, na nowo rozgrzewa emocje, i przenosi mnie na powrót w cudowne, wakacyjne dni. Dziś zabieram Was na wycieczkę do Skalnego Miasta. Będą emocje!

Miejscowość Adspach leży w Czechach, bardzo blisko naszej granicy. Będąc jak my, w Górach Stołowych, nie sposób nie wybrać się tam na wycieczkę. Najpierw bilety, te najlepiej zamówić przez internet. Wystarczy wybrać dzień i godzinę wejścia. Jeżeli jedziecie autem, od razu ogarnijcie bilet na parking, za dwie dorosłe osoby i parking, zapłaciliśmy 93 złote. Do miasteczka dojeżdża też pociąg kolei Dolnośląskich, jeździ on w sezonie turystycznym, z Wrocławia, przez Wałbrzych. Mała podpowiedź, bilety na poranne i popołudniowe wejścia, objęte są rabatem. My, z racji godzinnego dojazdu, wybraliśmy wejście na 11, ale byliśmy już o 10.30 i weszliśmy bez problemu.

Wrześniową porą, w dzień powszedni, nie było tłumów. Większość gości była z Polski, takie dominowały rejestrację aut. Aczkolwiek, nie było tłumów, zwiedzało się całość wyjątkowo spokojnie i bez jakichkolwiek kolejek. Dlatego w miarę możliwości, radzę omijać weekendy w sezonie. Skalne Miasto możecie zwiedzać cały rok.

Trasa spaceru liczy sobie ponad 3,5 kilometra, trzeba zarezerwować sobie na nią minimum trzy godzinki. Nie mówię, że nie można przejść całego Miasta krócej, ale po co? Czy nie lepiej zachwycać się każdym krokiem i niezwykłymi widokami? Czy nie lepiej szukać w skałach ukrytych zwierząt i przedmiotów codziennego użytku? A już same nazwy inspirują, mamy bowiem Kochanów, Dzban, Wioskę Słoni czy Starostę i Starościnę. To gotowy scenariusz na bajkę…

Na wejściu dostaniecie mapkę w języku polskim, gdzie została opisana cała trasa, i najciekawsze formacje skalne. Na pewno się nie zgubicie. Pierwsza część trasy, do wodospadów, jest łatwa. Pokonywały ją bez problemu rodziny z dziećmi w wózkach. Potem pojawiły się schody, i to dosłownie. Droga robi się stroma i pod górę, w grę wchodzi masa schodów. Nie wymaga ona co prawda wielkiej kondycji, ale na pewno nie jest to komfortowa droga, dla rodziców z maluchami, osób starszych, czy z jakimiś kontuzjami. Skalne schody bywają bowiem strome i naprawdę liczne. Dlatego też warto zadbać o jakieś przekąski, dodające energii. Jeżeli macie ochotę na jeszcze więcej atrakcji, może wykupić rejs łodzią po jeziorku. My podeszliśmy tam szklakiem, idącym w stronę Teplic. To naprawdę stromy i trudny szlak, ale za to widoki były bajeczne.

Trasę polecam zacząć i zakończyć wizytą nad Turkusowym Jeziorkiem( w Skalnym Mieście są ich dwa). To prawdziwy cud natury! Coś niesamowitego, nie tylko urzeka tutaj czysta jak łza woda, ale i skały, które dodają całości magii. To idealne miejsce na mini piknik. A podczas zwiedzania urzekną Was widoki. A te są bajeczne! Po prostu niesamowite, miałam wrażenie, że byłam w bajce. To naprawdę fascynujące, co takiego potrafi stworzyć natura. Ja byłam oczarowana i po prostu nie mogłam nasycić wzroku tym co widzę. Ciekawostka, na trasie wycieczki, przejdziecie przez Mysią Dziurą, czyli przejście między skałami o szerokości 50 cm. Z pewnością będzie to wielka zabawa, ale i dawka niepewności – zmieszczę się, czy też nie?

Jeżeli jesteście w okolicy, to wyprawa do Skalnego Miasta, wydaje się po prostu obowiązkowa. Jest to prawdziwy cud natury, który należy podziwiać, ale i chronić.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Where’s the Revolution

Moje ukochane miejsca nad morzem.

Zaraz mamy jesień. To czas kiedy kończy się sezon nad morzem. A ja przekornie, uważam, że to wtedy jest u nas najpiękniej. I wtedy warto tutaj przyjechać. Nie ma tłumów turystów, jest dużo spokojniej, ciszej, w powietrzu unosi się ogrom jodu, a zapach morza po deszczu, jest niesamowity!

Zacznę od miejsca, do którego bez problemu dojedziemy bez auta, spod dworca głównego w Gdańsku. Podróż autobusem trwa około 40 minut ( po drodze jest pełno przystanków) i już, tylko zostaje nam przejechać most i jesteśmy. I uwaga, wciąż jesteśmy w Gdańsku, w jednej z dzielnic, czyli w Sobieszewie. I teraz ważna uwaga, omijamy główne wejście na plażę, nie idziemy za tłumem. My idziemy w stronę Ptasiego Raju i tą drogą dochodzimy na plażę. Tak wiem to świetnie, spacer jest długi, a droga ma niemal 2 kilometry, ale czy znacie inną tak ustronną plażę, bądź co bądź w wielkim mieście? Ja nie. Owszem, nie ma tutaj infrastruktury, nie ma budek z lodami, goframi i frytkami. Nikt nie zaplecze letnich warkoczyków i nie będzie sprzedawał pamiątek Made in China. Nie ma tutaj toalety, ani prysznicy. Jest za to cisza, spokój i piękne widoki. Miejsce to zaskakuje i relaksuje! Aż trudno uwierzyć, że ledwie kilometr dalej, czeka na nas wakacyjna rozpusta w postaci pełnej infrastruktury i tłocznej plaży.

Jedziemy dalej, i to dużo dalej. Lądujemy w Jastrzębiej Górze, miejscu, które kocham od dziecka miłością wielką i gorącą. Jastrzębia ma piękne klify, cudowną plażę, i bezkres białego piasku. Ma również wszystko to, czego nie znoszę w nadmorskich miejscowościach. Pełno głośnych stoisk, hot dogów z wózków, kramów z tysiącem chińskich drobiazgów, cymbergajów i innych tego typu zapychaczy miejsca. Ale wiecie co? Wystarczy, że mamy późny wrzesień czy zimę, i mamy zupełnie inne miejsce. Ciche i spokojne. Polecam tutaj wpaść na rosół z gęsi i godzinami maszerować po pięknej i pustej plaży! Las, klify, herbata w dłoń i cóż, życie jest piękne!

Lubiatowo. To miejsce, które poznałam dzięki Fotografowi, wcześniej nie miałam o nim najmniejszego pojęcia. Po prostu nigdy nie zapuszczałam się w tamtą okolicę. Chyba było po prostu nieco za daleko? Sama nie wiem. Obecnie od domu, do Lubiatowa mam godzinkę drogi, i lubię tam wyskoczyć. Nieważną jaka obecnie jest pora roku, po prostu tam ruszam! Lubiatowo kusi niezwykłą plażą, po sezonie nie ma tam niczego. W sezonie są zaś dwie smażalnie ryb. Z plaży wchodzimy do lasu, jakże pięknego i bogatego w grzyby i wrzosy. Zbieranie tam grzybów, to jesienna przyjemność. To miejsce nie zaoferuje Wam miliona atrakcji, w postaci kramów i dmuchańców. Za to da Wam ciszę, las, powietrze pachnie tam niezwykle. Plaża jest szeroka, pusta i co najważniejsze, przepiękna. Jeżeli szukacie spokoju, to wiecie gdzie jechać. I to nawet w sezonie!

Smołdzino. To miejsce, które poznałam moment przed pójściem na studia, to były już niemal wrześniowe wakacje, i odkrycie miejsca, wtedy nieco na końcu świata, chociaż to wciąż to samo województwo! Ot, trzeba było jechać pociągiem do Słupska, i autobusem kilkadziesiąt minut. Teraz jeżdżę do niego autem, ponad 1,5 godziny, bo drogi takie sobie. Ale to urok tego miejsca, i jednak to powoduje, że turystów dużo mniej. Bo nie ma też tego całego kurortowego blichtru i szaleństwa. Znów plaża bez atrakcji, ale po co atrakcje, kiedy mamy niemal biały piasek i pustą plażę? Bo na tą plażę możemy dojść wydmami, albo przez las. Nie mijamy po drodze żadnej budki z piwem, magnesami i lodami. Wdychamy za to tony jodu, odświeżamy głowę, i resetujemy wszystko co złe. To plaża dla tych, którzy kochają święty spokój i piękno natury, niezadeptanej przez tłumy.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Blasphemous Rumours

Rok z Franusią

I minął rok, odkąd mała kula szczęścia, zwana Franusią jest z nami!

Nie wiem czy mówiłam Wam, ja mała do nas trafiła? Otóż któregoś dnia przeglądałam OLX, nie wiem co mnie strzeliło, ale weszłam na kocie ogłoszenia. I zobaczyłam ją. I już wiedziałam, że przepadłam. Te słodkie oczka, ten wzrok i słodki pyszczek. Był problem, bo byliśmy chwilę przed ślubem, bo nawet nie wiedzieliśmy, czy chcemy drugiego kota. To znaczy ja to sama z sobą ustaliłam, gorzej z Fotografem. On dowiedział się dostając zdjęcie. I przepadł. Był jednak problem, czy pani z ogłoszenia poczeka miesiąc, do czasu aż wrócimy z podróży i będziemy mogli na spokojnie poświęcić czas nowej kici. Pani na szczęście zgodziła się poczekać. Ba, miała na małą, chętną panią od razu. Ale nie była jej pewna, wolała poczekać na nas!

Pamiętam tę sobotę, o 16 przyjechały dwie panie, z szarą kulką. Frania od razu wbiegła do toalety, zwiedziła kuwetę i schowała się pod szafkę. Całą noc przeraźliwie płakała, a ja byłam pewna, że jest jej u nas źle. Następnego dnia wskoczyła jednak do łóżka i tak jej zostało. Ciągle ze mną śpi! Frania okazała się wielkim miziakiem, uwielbia przytulanie, noszenie na rączkach i kontakt z człowiekiem. Jest niesamowicie jednak nieśmiała. Każdy dzwonek do drzwi, wywołuje u niej strach. Tak naprawdę Franusia kocha tylko trzy osoby, nas i swojego brata. Czasem kocha brata aż za bardzo!

Frania okazała się nieco chorowita. No nawet bardzo. Najpierw zachorowała na koci katar, pamiętam te noce, gdzie nie spałam, a inhalowałam małą nad garnkiem z gotującym się majerankiem i tymiankiem. Te dni, kiedy mała co zjadła to zwracała i miała paskudną biegunkę, a ja z zapaleniem oskrzeli, latałam z nią po weterynarzach, szukając dla niej pomocy. W końcu trafiliśmy na powód jej problemów, wystarczyła zmiana diety, i od kiedy Franka jest na diecie, jest dużo lepiej. Chociaż często odwiedzamy weterynarza, to ostatnio nieco rzadziej.

Mała jest naszą wielką radością. To nasza księżniczka, która domaga się czułości. Dużo z nami rozmawia, bo niezła z niej gaduła. Do tego ma tak czarujące spojrzenie, że wszystko jej się wybaczy. Nawet to jak nocami zrzucała mi doniczki z kwiatkami, udało mi się uchronić jedynie 3 sztuki, przez Franusiowymi łapkami! Nie da się jednak na nią gniewać. Jest naszym promykiem i wielką radością. Nasza mała podróżniczka, ma za sobą kolejny wypad. Była dzielna i maksymalnie grzeczna.

Rok z Franią był trudny, ale jednocześnie magiczny i pełen bezinteresownej miłości. Dla tych zielonych oczek zrobię wszystko!

Ścieżka dźwiękowa- Here Is the News – Electric Light Orchestra

Minął miesiąc . Sierpień.

I skończył się sierpień. Ach, ależ to był piękny i całkiem długi miesiąc. I co tu dużo mówić, był to przecudowny miesiąc. Pogoda nas rozpieszczała, ilość atrakcji i pięknych dni, po prostu oszałamiała!

Sierpień zaczął się upalnie i bardzo miło, bo spotkaniem z blogową Myszą i jej kochaną rodzinką. Mamy farta, że udaje nam się spotykać co roku. Muszę tutaj publicznie złożyć obietnicę, że następne spotkanie powinno być tym razem w Szczecinie! Chociaż mam wrażenie, że mam Myszy do pokazania jeszcze milion fajnych miejsc w mojej okolicy. Także mimo wszystko, zapraszam dalej i częściej!

W ogóle w sierpniu tych spotkań było naprawdę dużo. Dużo się działo, wielu gości, wiele spotkań, aż do nocy. A wiadomo, gorące noce, sprzyjały rozmowom i biesiadowaniu. Czuję ogromną wdzięczność, za rodzinę i wspaniałych przyjaciół, którzy są obok. Sierpień mi pokazał, że jestem w pięknym momencie życia i aż chciałoby się, by ten stan trwał i trwał!

Sierpień to czas podsumowań, ale pozytywnych. W końcu za nami pierwsza rocznica ślubu. Wspomnienia wciąż żywe, jakby to było wczoraj. Impreza rocznicowa bardzo udana. A dzięki tej okazji, mieliśmy możliwość odbycia wielu miłych spotkań. Jak widać, same plusy!

Jako, że pogoda nas rozpieszczała, korzystałam z niej ile się da. Chociaż spacerowo było gorzej niż w lipcu, w końcu w tej najbardziej upalne momenty, spacerować jakby się nie chciało. Za to chętnie rozbijałam obóz w ogrodzie i czytałam tam książki, schowana przed całym światem. To była moja baza, w której jadałam obiady, śniadania i relaksowałam się po pracy. Wiem, że nigdy nie wrócę do mieszkania bez ogrodu. To zdecydowanie moja oaza.

Sierpień obfitował w miłe spotkania, piękne chwile spędzane wspólnie poza domem. Towarzysko to był rewelacyjny czas. Korzystałam z okolicznych atrakcji ile wlezie. Morze, jezioro, a w deszczowy dzień knajpy i kino. Udało mi się namówić moją 91 letnią babcię na wypad do kawiarni. To dla niej spore wydarzenie, a dla mnie sama radość. Byłam też na Męskim Graniu, które zostawiło po sobie niesmak. Próbowałam zatrzeć to złe wrażenie, oglądając finał finałów. Dzielnie dotrwałam niemal do północy. Ale nie dałam rady i pokonał mnie niejaki Sobel. Jego muzyka zadziałała na mnie wyjątkowo wręcz usypiająco i nie dane mi było zobaczyć koncertu Orkiestry. No cóż, najpierw Kortez, potem Sobel, emocje jak na grzybach!

Na MG zostawiłam mój kapelusz. Na szczęście odnalazł się u brata, ale, że dzieli nas ponad 120 km, to nie doszło wciąż do spotkania. Na ostatnie letnie podrygi poszukiwałam solidnego kapelusza, i zonk. W sierpniu można kupić cieplutkie kurtki i kozaczki, za to kapelusze są już cieplutkie i ocieplane. Nigdy tego nie zrozumiem! W każdym razie udało mi się kupić co trzeba i to nawet ze sporą zniżką. Szkoda tylko, że wybór taki mały. W gruncie rzeczy to śmieszne, że wciąż mnie to dziwi. W końcu w lutym, nie mogłam już kupić zimowych butów. Wszędzie trampki i balerinki. Jakoś nie umiem się wstrzelić.

Frania stęskniła się za swoim weterynarzem, zdecydowanie ciążyło jej to, że pan doktor nie wie co u niej słychać. Dlatego też jechałam z nią i jej zmianą na uszku niemal na sygnale. Ok, mi się wydawało, że to jakaś zwykła zmiana, ale pan doktor nie zbagatelizował problemu, wręcz przeciwnie, pochwalił za czujność. Malutka dzielnie znosiła zastrzyki i nacieranie uszka kropelkami. To moja bohaterka! Przy okazji okazało się, że jaka matka, taka córka. Franeczka ma chore zatoki, tak jak ja. To jej powikłanie po kocim katarku z dzieciństwa. Obie równo smarkamy!

Miałam wrażenie, że sierpień był bardzo długi i piękny. I nie mówię tylko o pogodzie. Mam takie poczucie, że wycisnęłam ten miesiąc jak cytrynę i zabrałam wszystko co mogłam.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski – Ósemko

Szumy nad Tanwią

Chwilę przed kolejnym urlopem, wrócę jeszcze do mojego lipcowego wypadu na Roztocze. Zabieram Was w cud natury, czyli witajcie Szumy nad Tanwią.

Przyznam szczerze, że Roztocze to dla mnie wciąż zagadkowa kraina. O wielu jej tajemnicach dowiaduję się zupełnym przypadkiem i jestem tyle samo zaskoczona, co zachwycona możliwościami ich odwiedzenia. I tak, kiedy przeczytałam czym są owe szumy, decyzja była tylko jedna- jedziemy.

Od Zamościa jechaliśmy może z 40 minut, piękną drogą, głównie prowadzącą przez lasy. Upał był niesamowity, ale chęć zobaczenia rezerwatu była silniejsza, i żadne tam 36 stopni nie mogło zatrzymać nas w czterech ścianach. Tanew to rzeka, a szumy to jedyne miejsce w Europie, gdzie gołym okiem widać geologiczną granicę Europy Wschodniej i Zachodniej. Szumy to progi skalne, których podczas spaceru widać niezliczoną ilość. Woda naprawdę szumi, i koi wszystkie zmysły. Ścieżka jest świetnie oznaczona, i tak urokliwa, że można tam spacerować cały długi dzień. Owszem, to przepiękne, niemal magiczne miejsce, ale zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego. Ktoś kto szuka wrażeń, emocji, ludzi i dźwięków, będzie wynudzony. Ja byłam w siódmym niebie. Trasę można zakończyć na szumach, co robi większość. Jest gdzie rozłożyć koc i cieszyć się latem. Ale, ale. Można iść dalej do wodospadu. I tutaj obowiązkowo trzeba iść, bo droga jest malownicza i dzika. My nie spotkaliśmy po drodze nikogo, aż zaczęłam się martwić, czy idziemy w dobrą stronę. Krajobraz wyjątkowo przypomina mi nadmorskie lasy i tutaj zaskoczenie, to miejsce jest wyjątkowo nasycone jodem, nawet bardziej niż nadmorskie plaże. Nie tylko więc mamy wrażenia wzrokowe i słuchowe ( cisza i śpiew ptaków), ale i zdrowotne. Po 25 minutach wita nas największy wodospad na Roztoczu. Szum wody, jej krystaliczna czystość i orzeźwiający chłód, można tam w kompletnej ciszy i spokoju rozłożyć bazę i spędzić tam wiele, wiele godzin.

Jak dla mnie to przepiękne miejsce, gdzie można odpocząć. Nie ma tłumów ludzi, a upalny dzień, taki leśny spacer, to największa rozkosz dla umęczonego ciała i ducha!

Roztocze to cudowne miejsce, idealne dla ludzi, którzy szukają spokoju i prawdziwej natury.

Ścieżka dźwiękowa- Daria ze Śląska – Falstart albo faul

Chwila końca lata

Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem – teraz jest na to czas – nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym dniem.

Ach, co to był za weekend. Lato zaraz się kończy. Dnie są krótsze, nie ma co walczyć z nieuniknionym. Ale nie ma co popadać w melancholię i oddawać smutkowi. W końcu kiedy ma się do dyspozycji tak piękny weekend, nie sposób siedzieć w domu. Kiedy mieszka się w tak magicznym zakątku Polski, nie sposób spontanicznie podjąć decyzji, by porzucić wszystkie plany, te snute wcześniej. Te plany mówiły coś o porządkach, pracach w ogrodzie i nadrabianiu domowych zaległości. I oczywiście tych pracowych. Porzucamy to wszystko. I zamiast tego ruszamy w drogę. I kierujemy się na Kaszuby, by spędzić cały dzień na jeziorze. Łapiemy promienie słońca. Ładujemy serca i duszę witaminą przyjaźni. Nasz uroczy sąsiad, Flokuś, pierwszy raz płynie na supie, i sami zobaczcie, idzie mu rewelacyjnie!

Nie boimy się zabłądzić, by zobaczyć magiczny zachód słońca. I umawiamy się na rano, by ruszyć nad morze i korzystać z pustej, dzikiej plaży. Co prawda plany się lekko przesunęły i rano zamieniło się w południe, ale nie zmienia to faktu, że w pełni skorzystałam z tego dnia. Kąpiel w morzu zaliczona, woda niezwykle ciepła, a te widoki?

Aż chciałoby się poprosić, by lato trwało cały rok!

Ścieżka dźwiękowa-Lao Che- Dym