W zamknięciu, geniusz w 4 odcinkach!

Dziś zapraszam na serialową polecajkę z Netflixa. Będzie to serial, który bez problemu można obejrzeć w 1 wieczór, bo to tylko cztery odcinki, coś na weekendowy wieczór z serialem, domowym popcornem i dobrą herbatą.

Jestem wielką, wielką fanką Doktora Who, i maszeruję za rolami Davida Tennanta. I chociaż w tym serialu gra naprawdę świetnie, to nie da się ukryć, że całe show kradnie mu Stanley Tucci. To on jest owym geniuszem, który nawet oczekując na wyrok śmierci, sprawia, że kochamy go po całości.

No dobrze, co nieco o fabule. Ta toczy się niejako dwutorowo. Harry i Mary, są małżeństwem. On jest pastorem, ona prowadzi dom i zajmuje się ich synem, nastoletnim Benem. Jednym słowem, wzorowa rodzina. Drugi biegun to więzienie, tam na karę śmierci oczekuje niejaki Jefferson Grieff, profesor kryminologii, który ze swoim kolegą spod celi, Dillonem, prowadzą oryginalne biuro porad do spraw beznadziejnych. Trafia do niego Beth, która chce zrobić reportaż o Grieffie. A przy okazji powierza mu sprawę nowo poznanej Janice, która znika bez śladu. Co ciekawe, Janice, jest korepetytorką Bena i w dniu zaginięcia, szła do niego na lekcję. Tego samego dnia, pastor Harry, przypadkowo dostaje pendrive z niepokojącą treścią. Co łączy te postaci, co się wydarzy? To już trzeba zobaczyć.

Serial toczy się wokół pytania- czy każdy z nas, w pewnych okolicznościach, może być sprawcą zła? Czy w każdym z nas jest ukryty morderca? Mamy tutaj grupę bardzo inteligentnych i opanowanych ludzi, których przytłoczyła pewna sytuacja, a jedno posunięcie, przypadek w zasadzie, generuje kolejne. A potem sytuacja jest już nie do odkręcenia, i koło się domyka. I bardzo ważne pytanie, jak daleko można się posunąć, chcąc ratować swoich bliskich?

Serial oparty jest na niedomówieniach i dużej dozie niepewności. To wszystko sprawia, że zaczynamy mieć dużo pytań i wątpliwości, wobec samych siebie. Serial każe się zastanowić nad rolą mediów społecznościowych, nad osądzaniem innych i nad tym, że nie wszystko co jest oczywiste, takim właśnie jest.

Plusem jest świetna obsada, a naprawdę mistrzowsko gra tutaj Stanley Tucci, jest w pełnym sensie psychopatą, ale robi to z takim uśmiechem na ustach, że nie sposób go nie pokochać.

Szczerze polecam, na nadchodzący weekend!

Ścieżka dźwiękowa- Republika-Raz na milion raz

Reklama

Kosmetycznie

Żel do twarzy Ceravee, oczyszczający. To żel stworzony dla potrzeb cery tłustej i mieszanej. Produkt ma świetne opakowanie z pompką, bardzo higieniczne i wydajne. Plusy? Delikatna formuła, bezzapachowa. Żel jest naprawdę delikatny, według producenta ma to zapewnić idealny balans, między oczyszczeniem, a nawilżeniem cery. I moim zdaniem robi to genialnie. Żel bardzo dobrze oczyszcza, zostawia cerę mięciutką, gładką i świeżą. Jest tak delikatny, że można nim zmywać nawet makijaż oczu. Jedyny minus? Cena, żel kosztuje 35,99 zł, dla mnie to trochę dużo, jak za żel do mycia twarzy. Ale na pewno będę go miała na uwadze i wrócę do niego.

Maseczka Dermomask, nocna eksfoliacja. To chyba jedyna maseczka, którą kupiłam w aptece. Potem widziałam je już w Hebe i używam jej dość regularnie. No cóż, naprawdę się z nią polubiłam. Maseczkę producent zaleca używać, pomiędzy godziną 22 a 1 w nocy, kiedy to skóra najbardziej się regeneruje. Maska zawiera 3 % kwas migdałowy, który ma zadanie odnowić skórę, wygładzić ją i wyrównać koloryt. Dodatkowo zawiera kompleks, który zwiększa produkcję witaminy C w skórze i tym samym odmładza skórę. Maska jest bardzo kremowa, nie spływa, nie zastyga, dla mnie to plus. Maseczka naprawdę działa, ale uwaga, musicie jej używać 2-3 razy na tydzień, by zobaczyć efekty. A te efekty to jaśniejsza, odświeżona, dobrze nawilżona cera, która naprawdę jest jakby odnowiona. Polecam, jeżeli macie jakieś niedoskonałości, blizny i przebarwienia. Maseczka jest dostępna w saszetkach i tubkach. Spełniła wszystkie moje oczekiwania!

Podkład Gosh Cameleon. Miał to być mój hit. Czy spełnił moje oczekiwania? Hmm, niekoniecznie. Po pierwsze podkład jest biały, nasycony perełkami koloru, które mają pękać podczas aplikacji i idealnie stapiać się ze skórą i dawać naturalne wykończenie. Owszem, robią to, ale i tak, to nie jest podkład, a jedynie delikatny krem koloryzujący. Miałam odcień najjaśniejszy, nie wiem czy to tylko domena najjaśniejszego koloru, czy wszystkich, ale krycie jest bardzo, ale to bardzo delikatne, wręcz minimalne. Aby go używać trzeba mieć praktycznie idealną cerę, i brak niedoskonałości. A u mnie to chwilowo nie występuje. Plusem na pewno jest lekkość, delikatność, nadanie cerze satynowego wykończenia i uczucie nawilżenia cery, dzięki kompleksowi z witaminą D. Samo to sprawia, że cera wygląda lepiej. Aczkolwiek przy braku krycia, bardzo ciężko jest docenić i prawidłowo ocenić ten produkt. Myślę, że osoby, którym zależy na tym, by coś nałożyć na twarz i czuć się lepiej, będą zadowolone. Jeżeli potrzebujecie podkładu, to warto szukać czegoś innego. Za 60 złotych, uważam, że można znaleźć coś dużo lepszego.

Avon, żel pod prysznic malina i kokos. To bardzo kremowy żel, o cudownym zapachu maliny i kokosa. No cóż, powiem Wam, że kupił mnie całkowicie, pachnie rozkosznie, słodko, niesamowicie relaksująco. Dla mnie to świetny zapach na zimowe wieczory, cudownie otula i odpręża. Dodatkowo żel jest wydajny, dobrze oczyszcza, nie wysusza i nie podrażnia skóry. Dlatego śmiało go polecam, w promocji można złapać go już za 5 złotych, więc warto spróbować, jeżeli lubicie zapachy, takie do zjedzenia!

Ścieżka dźwiękowa-Iron Maiden – Futureal

12 miesięcy, czyli minął rok

Czas na podsumowanie całego minionego roku. Czyli 2022 w dwunastu punktach!

Styczeń. Zaczął się świetnie, powitaliśmy Nowy Rok w gronie przyjaciół. A potem świętowaliśmy 90 urodziny mojej kochanej babci. Było rodzinne spotkanie, dla mnie z jednej strony, piękne, a z drugiej coś czułam, że spotkanie w gronie 40 osób musi się źle skończyć. I oczywiście skończyło się korona-party. 10 osób zachorowało, w tym moja mama i siostra, oraz kuzynka z całą rodziną. Zachorowała też teściowa, więc cały miesiąc w zasadzie spędziliśmy na testowaniu się, W domu to był czas intensywnego szykowania się do sesji na studiach. A także dużo nerwów zjadła mi operacja Franusi, dochodzę do wniosku, że ta nasza pchełka, była dużo dzielniejsza niż ja!

Luty. To bardzo dziwny i trudny miesiąc. Właściwie od początku miesiąca, czuć było napięcie. W nocy, kiedy tylko przebudziłam sprawdzałam czy Kijów się trzyma i nie zaczęła się wojna. Aż 24 lutego, o 5 rano zadzwoniła mama z informacją, że się zaczęło. Nie sądziłam, że powtórzy się rzeczywistość, którą znała z autopsji moja babcia. Przyznaję, że mocno weszłam w wojenne tematy, non stop siedziałam duchem i ciałem też, w informacjach. Czułam niepokój, kiedy przez 5 minut, nie odświeżałam strony, czy wiadomo coś nowego. Mocno to odchorowałam, psychicznie, bo jestem wyjątkowo nadwrażliwa. To był dla mnie trudny czas i starałam się skupić swoją uwagę na pomocy naszym sąsiadom. Nomen omen, nie sądziłam, że ta wojna tyle potrwa i przyniesie tyle ofiar!

Marzec. Czas pierwszych ogrodowych kwiatów i długich spacerów nad morzem. Szukałam spokoju i małych radości. Zimową porą odwiedziłam Jastrzebią Górę, która jak żadne inne nadmorskie miejsce, niesie mi spokój i przywołuje cudowne wspomnienia. Udekorowałam ogród bratkami i od razu poczułam się nieco lepiej. Z tęsknotą oczekiwałam wiosny, która jednak była dość oporna i szła bardzo, ale to bardzo powoli. Marzec jednak wniósł pewne ożywienie towarzysko-rodzinne, i dał nadzieję na lepsze dni.

Kwiecień. Coraz dłuższe dni, szkoda tylko, że wciąż zimne. Wiosna zrobiła się leniwa i nie zaszczyciła na swoim ciepłem i słońcem. Przyszła rodzinna Wielkanoc, którą chyba w tym toku bardzo docenialiśmy. W kwietniu zabrałam się solidnie za akcję Ogród. Stworzyłam nową rabatę, wsadziłam kwitnące na różowo drzewko i cieszyłam się jak dziecko. Koniec miesiąca spędziłam zaś w podróży, w Pieniny. Była to podróż niezwykła, bo na drugi kraniec Polski, zabraliśmy Franusię. Okazało się, że jest ona zapaloną podróżniczką, po prostu kicia idealna!

Maj. Zaczął się pięknie, o dziwo ciepło, słonecznie i niósł magiczne chwile. Chodziliśmy po górach, wybraliśmy się na spływ Dunajcem, jedliśmy pstrąga wprost z rzeki i cieszyliśmy wolnym czasem. Kiedy wróciliśmy po pienińskiej przygodzie, do domu, powitała nas znów jesień, a nie wiosna. I tak do połowy miesiąca, nosiłam ciepłą kurtkę, zamiast lekkiego płaszczyka. Bez pojawił się na chwilę i zniknął jeszcze szybciej. Ale udało się odbyć kilka pięknych spacerów, zjeść pierwsze kalmary nad morzem, ukwiecić ogródek i wybrać na rowerową wycieczkę. Oczywiście nad morze!

Czerwiec. Pojawił się w końcu czas, na nasze kaszubskie truskawki! Miesiąc zaczął się koncertowo, bo z Dawidem Podsiadło na stadionie. Potem było jeszcze więcej truskawek w każdej formie. Posadziłam pelargonie i żurawki, dzielnie pieliłam moje nowe rabatki, i zbierałam pierwsze plony z zielnika. Poza tym zaliczyłam wszystkie egzaminy w terminie, wyprawiłam podwójne przyjęcie urodzinowe- jaka to oszczędność mieć z mężem urodziny tydzień po sobie! Zrobiliśmy kilka mniejszych wycieczek po okolicy, a na koniec miesiąca, ruszyliśmy na ukochane Roztocze. W czerwcu zwiedziliśmy Lublin i wróciliśmy oczarowani. Szwędałam się po Zamościu i odkryłam genialne lody rokitnikowe. Poza tym w końcu poczułam co to znaczy upał!

Lipiec. Zaczął się właśnie na Roztoczu, z każdą kolejną wizytą, uświadamiam sobie jakie to cudowne miejsce na mapie Polski. Tym razem miałam okazję odwiedzić kilka ciekawych miejsc, nasycić oczy zielenią, spokojem. A brzuch pączkami babci Zosi. Kiedy 10 lat temu, pierwszy raz odwiedziłam Zamość, nie sądziłam, że stanie się to mój drugi dom i zyskam tam wielką rodzinę i drugą babcię. W lipcu na termometrze pierwszy raz w życiu zobaczyłam 45 stopni na plusie! Byłam na dwóch ciekawych koncertach, Raz,Dwa, Trzy i na genialnej Kaśce Sochackiej. Spędziłam masę czasu na nadmorskich spacerach i kolejny raz przekonałam się jak kocham Mechelinki. Dodatkowo byłam kolejny raz, na całodniowej wycieczce na wydmach, pamiętajcie Człopino jest super!

Sierpień. To miesiąc w którym naprawdę wiele się działo i który osobiście bardzo lubię. Mieliśmy sporo gości i dużo czasu spędziliśmy na naszej kochanej plaży i na magicznych spacerach. Zachody słońca na mojej plaży, są bajkowe. W sierpniu świętowaliśmy z rodziną i przyjaciółmi naszą pierwszą rocznicę ślubu. Byliśmy na Męskim Graniu, które wzbudziło we mnie mieszane uczucia, ale generalnie było kolejną okazją do spotkania z bratem i posłuchania Miousha. W sierpniu staraliśmy się celebrować każdą chwilę, stąd wycieczki nad morze i nad jezioro. Mam wrażenie, że wycisnęłam ten miesiąc jak cytrynę!

Wrzesień. Zaczął się pięknie! Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę, tym razem los nas poniósł w Góry Stołowe. To było moje pierwsze spotkanie z nimi i wróciłam całkowicie zakochana w tamtych terenach. Kłodzko, Zamek Książ, Ołomuniec, Skalne Miasto, wędrówki po tajemniczych i dostojnych skalnych cudach. To był piękny czas i chętnie tam wrócę. No, a jak już wróciłam, to bach, pochodziłam tydzień do pracy i złapał mnie paskudny covid. Dwa tygodnie siedziałam w domu i czułam się całkowicie otępiona i niesprawna na każdym polu. Druga połowa tego pięknego miesięca, zamieniła się w naprawdę fatalny czas. Nie sądziłam, że mogę tę chorobę, aż tak źle przejść!

Październik. Po siedzeniu w domu, naszło mnie na małe zmiany w wystroju wnętrz, odwiedziliśmy Vintage Skład, i podrasowaliśmy nasze cztery kąty, o meble z epoki PRL. Po covidzie byłam dalej niesamowicie wręcz słaba, nie miałam sił na spacery, i jakiekolwiek aktywności, poza spaniem oczywiście. Atrakcją miesiąca było niespodziewane ogłoszenie Depeszowej trasy koncertowej i szaleństwo. Takie pozytywne, planowanie wyjazdu, kupienie biletów. Raz byłam w lesie, na jesiennym spacerze, zrobiłam zapasy herbaty, pokusiłam się nawet o produkcję pierogów z malinami i serem. Kiedy wydawało się, że idzie ku lepszemu, postanowiliśmy zorganizować wieczór z przyjaciółmi. Ale wiadomo, miesiąc bez chorób? Nie ma mowy. Zamiast wieczoru pełnego rozmów i żartów, leżałam z okropną anginą.

Listopad. Jako, że październik skończył się chorobą, to i listopad się nią zaczął. Moja angina rozsiała się po organizmie, musiałam zmienić antybiotyk i wylądowałam na długim zwolnieniu. Dużo gotowałam, nawet lekko się rozpieszczałam kulinarnie. Udało mi się też nieco nadrobić zaległości towarzyskie, w drugiej połowie miesiąca. Aczkolwiek przez cały miesiąc towarzyszyła mi ogromna i niczym nieokiełznana senność i brak energii do życia. A jak już poszłam na jeden spacer, to okazało się, że będzie miało to poważne skutki. Czyli po prostu, na spacerach można podjąć spontaniczne i odważne decyzje!

Grudzień. W zasadzie ciężko robić podsumowanie po podsumowaniu. Ale cóż, zdrowie znów lekko zaszwankowało, pracy było aż za dużo, miesiąc minął błyskawicznie i przyniósł prawdziwą zimę. Chociaż na chwilkę!

Jaki to był rok? Dużo się działo, dużo dobrego. Było kilka gorszych chwil, głównie spowodowanych przez zdrowie, od września walczę z long covid i osłabioną odpornością. Ale było tyle dobrego, pięknych podróży, cudownych spotkań i miłych wspomnień. Jesteśmy fajną rodzinką, mamy cudowne kociaki, nasi bliscy są zdrowi i blisko nas. Na pewno będę wspominać ten rok, jako czas odwagi i realizacji marzeń!

Ścieżka dźwiękowa- Editors- Harm

Minął grudzień. Książkowo.

W grudniu przeczytałam 18 książek, takich relaksujących, podczas dojazdów do pracy. Przeczytałam również, 5 podręczników do zarządzania i z dziedziny prawa pracy. Ale nie wliczam ich do statystyk.

Byłam dość łaskawa, na najgorszą ocenę, czyli czwórkę, w dziesięciostopniowej skali, zasłużyła ledwie jedna książka, Twoje zdjęcie, Melanie Moreland. Określiłabym jako książkę, do stania w korkach, czyta się i zapomina. To historia, którą mam wrażenie czytałam już z milion razy. Mocno przewidywalna, czyli wielka miłość i masa komplikacji. Nie ma tutaj tak naprawdę nic odkrywczego, nic nowego, nic zaskakującego. Bardzo schematyczna i w sumie niczym mnie nie urzekła. Jedyny plus, napisana tak, że szybko się czyta. Ale jeżeli liczycie na historie, które poruszają i wywołują różne emocje, to tutaj tego nie ma.

Wszystkie te miesiące podsumowane jednym, pięknym, przerażającym słowem: ADAM.

Dużo lepiej, jeżeli chodzi o książki godne polecenia!

Kerry Fisher, Sekretne dziecko. Na okładce możemy doczytać, że książka wzruszy nas do łez. I to prawda, to naprawdę poruszająca historia!
Główną bohaterką jest Susie, którą poznajemy jako młodą dziewczynę, młodą matkę i żonę. Susie musi jednak oddać swoje dziecko. I żyje z tą tajemnicą przez ponad 40 lat. Ale nie udaje jej się uciec od przeszłości. Życie Susie, jest determinowane przez zdarzenia, które były kiedyś. Wydaje się, że Susie ma wszystko, oddanego i kochanego męża, dwie córki, ale jednak w jej sercu jest ogromna zadra…
To historia, która porusza, wzrusza i pokazuje siłę miłości. Siłę zrozumienia i przebaczenia. Była to dla mnie naprawdę cudowna lektura, książka, która pozwoliła się zatrzymać. Czytało mi się ją świetnie i szczerze polecam, każdemu, kto lubi życiowe historie.

Była moją najlepszą przyjaciółką. Jedyną osobą, która mnie rozumiała. Nie popełnij naszych błędów, Gracie. Nie bądź zbyt dumna, uparta albo zbyt głupia, żeby przeprosić. Dużo o niej myślałam przez te lata, tyle razy
chciałam z nią porozmawiać. Pozdrów ją ode mnie.

Firefly Lane, Kristin Hannah. No dobrze, macie mnie. Na sam koniec popłakałam się i po prostu nie umiałam pokonać wzruszenia i łez.
Katie i Tully, przyjaciółki od dziecka. Dwie tak różne osoby, z różnych domów, z różnymi historiami. Z różnymi oczekiwaniami na życie. Zawsze razem. To co je dzieliło, szybko znikało, bo liczyła się przyjaźń. Nie zawsze gładka i piękna. Chwilami naznaczona niezrozumieniem, złymi decyzjami, dużą dawką negatywnych emocji. Ale to co piękne, zawsze były dla siebie jak siostry. Nawet po najgorszej kłótni, czuły, że ta druga wciąż ją kocha i będzie przy niej. Myślę, że o takiej przyjaciółce marzy każda z nas! O kimś, kto w środku nocy rzuci wszystko i stanie obok.
Książka napisana jest z dużą czułością i miłością. Chociaż jest całkiem obszerna, to czyta się ją naprawdę błyskawicznie. To historia, która dzieje się na przełomie 30 lat. Razem z Kate i Tallulah, dorastamy, przeżywamy czas studiów i wkraczamy w dorosłość.
To piękna książka, która poruszy wiele, myślę, nie tylko kobiecych serc!

 Chyba matka Teresa powiedziała, że samotność to najgorszy rodzaj ubóstwa.

B.A. Paris, Terapeutka. Jeżeli lubicie klasyczne thrillery, które zaskakują, trzymają w napięciu i nie pozwalają odłożyć książki na półkę, to musicie ją przeczytać.
Świetnie napisana historia, wciąga niesamowicie i daje czytelnikowi masę satysfakcji. Wyraziści bohaterowie, wielu podejrzanych, emocji nie brakuje od pierwszej do ostatniej strony. Dla mnie bardzo dużym plusem jest zakończenie, które okazało się naprawdę zaskakujące i satysfakcjonujące.
Podoba mi się klasyczny układ, stopniowanie napięcia i budowanie poczucia zagrożenia. Czytało mi się świetnie i polecam każdemu, kto lubi klasyczne historie, które stopniują napięcie i trzymają się schematów, ale w pozytywnym znaczeniu.

Czasami zdarza się coś złego a później przychodzi coś gorszego… jak to, że okłamuje cię ktoś, komu ufasz… u wtedy to pierwsze przestaje wydawać się takie złe.

Louise Candlish, Zniknięcie Emily Marr. Ta książka naprawdę mnie zaskoczyła!
Owszem, ma kilka wad, ale jednak najlepsze w niej jest to, że potrafi bardzo solidnie zaskoczyć i odmienić całkowicie spojrzenie na daną historię. Przyznaję, dałam się autorce nabrać!
Bohaterką książki jest postaci Emily. Emily, która przez swoje zachowanie stała się najbardziej znienawidzoną osobą w Wielkiej Brytanii. Musi uciekać, musi się odciąć…
Historia jest złożona, skomplikowana i bazuje wokół kilku wątków. Po pierwsze dotyczy on medialnego linczu i potęgi internetu do siania nienawiści. A drugi temat, to zaburzenia psychiczne, które powodują życiową degradację…
Mimo złożoności, książkę czyta się świetnie. A zakończenie, solidnie zaskakuje!

Joanna Mokosa-Rykalska, Matka siedzi z tyłu. Opowieści z d**y wzięte. Bardzo lekka, bardzo życiowa, potrafi poprawić nastrój i nieźle rozśmieszyć.
Historie, które opowiada matka dwójki dzieci, żona, siostra, córka i przyjaciółka. Wszystko opisane lekko,okraszone solidną dawką dobrego humoru. Cięte riposty autorki, potrafią doprowadzić niemal do łez śmiechu!
Tak, to nie jest nic poważnego. Ot, historie o życiu, które przeżywa chyba każdy z nas. Irytujące, nękające, męczące. Typowa codzienność. Ale podana w takiej formie, że z tą książką fajnie spędza się czas. I pewnie wiele razy można powiedzieć- mam dokładnie tak samo!

Oczywiście mnie też w życiu wiele rzeczy wyszło, na przykład włosy z głowy. Wyszłam tez parę razy z siebie. To umiejętność każdej matki.

Na koniec polecam Wam Irenę, Małgorzaty Kalicińskiej i Basi Grabowskiej. To książka, która daje do myślenia. Owszem, można do tego podejść jak do babskiego czytadła. Ale myślę, że wiele córek, z chęcią zobaczy perspektywę swojej matki. I vice versa. Szkoda, że nie każdy ma w rodzinie takiego rozjemca, jakim jest Irenka. Postać niemal bajkowa, która swoim sprytem i życiową mądrością, stara się doprowadzić relacje matki i córki na właściwe tory.
To historia o Dorocie, matce, i Jagodzie, o córce. O konflikcie pokoleń, o trudnym godzeniu się z dorosłością dziecka i jego wyborami. To opowieść o poczuciu niezrozumienia i samotności.
Naprawdę mądrze się ją czytało. A postać babci-cioci Irenki, dodawała całości komediowego sznytu.

Jeśli sądzisz, że zmienisz mężczyznę, to lepiej zmień mężczyznę.

Ścieżka dźwiękowa- Interpol – Number 10 

Minął miesiąc. Grudzień.

I za nami ten piękny miesiąc. Ten miesiąc, który jest wielkim oczekiwaniem na Święta. I wielkim rozczarowaniem, że tak szybko minęły!

Początek miesiąca, dość standardowy, czyli walka z kolejną infekcją. Okropny katar, ból gardła i kaszel. Przez trzy dni ledwo żyłam, ale obyło się bez antybiotyku. Okazuje się, że nie ma takiej dawki imbiru i mleka z miodem, której nie dam rady w siebie włożyć. Zaraziłam męża i siostrę. A w dwa dni zużyłam z milion chusteczek! Niestety, ta kataralna infekcja mocno rzuciła mi się na zatoki, i od miesiąca muszę brać sterydy.

Grudzień był biały i mroźny. Co prawda w okresie świąt, niestety było szaro, ale dni ze śniegiem i mrozem, bardzo mnie pozytywnie zaskoczyły. Dawno nie było tak śnieżnie, już w grudniu. A w pracy jak na złość popsuło nam się ogrzewanie, przez trzy dni siedziałam w czapce i kurtce. Mój odczytany rekord, to minus 14, oczywiście nie w pracy, ale na zewnątrz. Zaś w drugi dzień świąt, było plus 7 i deszcz. Pomieszanie, z poplątaniem.

Szkoły było dużo, chyba za dużo. Starałam się wszystko ogarnąć i ruszyć z pracą. Dosłownie zasypiałam nad książkami, ale się opłaciło, pierwszy rozdział, naprawdę ruszył naprzód. Chociaż przyznaję, że obecnie mój stan umysłu, jest w takim stanie, że jedno zdanie piszę i piszę. Wciąż ciężko mi się skupić, uciekają mi słowa, a już cierpię kiedy szukam zamienników. Idzie jak po grudzie, ale idzie. I tego się trzymajmy.

Grudzień był niesamowicie zabieganym miesiącem, do domu przyjeżdżam tak późno, że w tygodniu przestałam gotować. Żywienie się na mieście źle wpłynęło na mój żołądek. Ale już mam plan poprawy, w lodówce mam słoiki z domowym jedzeniem. I to nie tylko świątecznym. Ogólnie muszę wziąć się za siebie, bo grudniowa dieta, była za bardzo monotonna i za mało zdrowa. Odczuwam całkowity brak energii, w zasadzie nie ma takiej ilości godzin, której nie dałabym rady przespać. Czy to 10, czy 14 godzin. Biję rekordy! Znacie jakieś super sposoby na zdrową porcję energii do życia? W styczniu będzie mi niesamowicie potrzebna!

W grudniu nie miałam czasu na nic, odwoływałam spotkania z bliskimi i wszędzie pędziłam. Odwiedziłam za to sporą ilość urzędów i nawet w jednym załatwiłam sprawę od ręki. Jest to o tyle ciekawe, że od lipca byłam tam 4 razy i za każdym razem słyszałam, że nic nie da się zrobić. Kiedy w końcu trafiłam na inną panią, okazało się, że bez problemu temat ogarniemy do Nowego Roku. Liczba różnych miejsc, które musiałam odwiedzić i załatwiać sprawy, po prostu mnie przerażała. Na szczęście wszystko ogarnięte. Oby!

Po dwóch lata zapuszczania włosów, postanowiłam wrócić do boba. Co prawda nie jest jakoś wybitnie krótki, bo kończy się nieco za uszami, ale po dwóch latach, nie mogę zrobić sobie „kitki”. I nawet mi z tym dobrze. A jak szybko schną mi włosy!

W tym dziwnym czasie, po świętach, muszę podróżować do pracy koleją. Mąż nie pracuje do 9 stycznia, ja niestety wolnego nie mam. Jadąc pociągiem, czuję się w jak przychodni u lekarza, wszyscy kaszlą i kichają. Przez moje chorowanie od września było mi ciężko się zaszczepić, ale się udało. Jestem grypoodporna, w teorii. Ale wychodzi na to, że na średnio 30 kaszlących i charczących osób, tylko ja noszę maseczkę. W przedziale dominują takie rozmowy- a ja to już 3 tygodnie walczę z kaszlem, Herbapect nie pomaga, może pójdę do lekarza?- naprawdę dopiero teraz? Wczoraj siekła mnie gorączka, ale proszek nieco pomógł, urlopu wziąć nie mogę bo nagroda przepadnie, zresztą to tylko 3 dni- mówi pani , modnie ubrana, kaszląc i słaniając się na nogach. Kogo nie zapytać, ten chory. I naprawdę, proszę, jak jesteście chorzy, noście maski w komunikacji miejskiej. Ja mam fatalną odporność, i dla mnie każda infekcja oznacza albo antybiotyk, albo zaostrzenie zapalenia zatok i szprycowanie się sterydami. Myślmy też o innych!

W kwestii jazdy pociągami, rano udało mi się znaleźć pociąg z rezerwacją miejsc. Dopłacam do pierwszej klasy, by uniknąć ludzi, bo w styczniu nie mogę chorować. Jak zaś jechałam w pełnym przedziale- druga klasa, to chciałam posłuchać rano nieco muzyki. I o ile nasz generał policji, jako głośnik, miał granatnik, to ja z kieszonki zamiast wyciągnąć słuchawki, wyciągnęłam tampon i próbowałam podłączyć go do telefonu/ Kurtyna……..

W pociągu ludzie mnie zagadują. I to nie tam, żadne nośne tematy, typu inflacja, wojna, ceny gazu. Panie opowiadają mi całe swoje życie. Młodsze, średnie i starsze. To wszystko przez mój mopsowaty wyraz twarzy! Raz też wsiadłam do pociągu. Ujechałam z 200 metrów i już, koniec. Okazało się, że lokomotywa nie działa. Czekaliśmy 45 minut na nową. Było to o tyle dziwne, że to był pociąg podstawiony, czyli startował dopiero z tego przystanku. Nie wiem jak mogli podstawić niesprawną? Ale przy okazji dowiedziałam się wszystkiego o niejakiej Alicji. Super dziewczyna, umiliła mi podróż i oczekiwanie.

Świąteczne prezenty były bardzo udane. Najbardziej ucieszyła mnie kultowa torebka Obag, która umila mi drogę do pracy. Jest piekielnie pojemna! Polecam ją każdemu, kto tak jak ja, lubi zabierać ze sobą pół domu. No dobra, może i dużo zabieram ze sobą, ale dzięki temu, jeżeli utknięcie ze mną w windzie, to mamy jedzenie, apteczkę i rozrywkę na kilka tygodni!

Pierwszy raz odwiedziłam też lokalną Kocią Kawiarnię. Co mi się podoba, kawiarnia to dom tymczasowy dla kotów. Miejsce jest niedostępne dla dzieci poniżej 14 lat. Tym miejscem rządzą koty i tak powinno być. Ja odebrałam stamtąd wylicytowane fanty, z kociego bazarku. Udało się też załapać na kocie cappuccino. A dodatkowo mogłabym adoptować całą dziewiątkę kociaków. Tylko nie wiem co na to Filemon? Bo z charakterem Franki to wiem, że im więcej przyjaciół, tym lepiej!

Ze względu na kociaki, mieliśmy nie mieć choinki. Ale nie mogłam się powstrzymać, potrzebowałam jej. Uznałam, że co najwyżej koty ją „zemdleją”. Filemon przyjął sprawę po męsku-jest to jest. A Frania szczerze się jej wystraszyła i obdarza respektem. Dzięki temu, od ponad 2 tygodni cieszymy się drzewkiem i blaskiem lampek. Sylwester spędziliśmy w połowie pracowicie, na drugą część nie mieliśmy planów. Marzył nam się domowy wieczór, ale po 20, zadzwonili sąsiedzi, że zamówili sushi, przenieśliśmy się do nich, na dres party. Chwilę po północy już grzecznie spaliśmy. Tak się szaleje po 30-stce!

No dobrze, żegnam Cię grudniu. Byłeś wymagający i męczący. Nieźle mnie przeczołgałeś fizycznie i psychicznie. Brakowało mi snu i energii. W dodatku miałam wrażenie, że trwasz co najmniej pół roku. Ale grudniowa, świąteczna magia, i mnie się udzieliła. Pakowanie prezentów, pieczenie piernika z marchewki, który nie doczekał świąt, szybki spacer po jarmarku, w totalnym przelocie…. To był niezwykle intensywny czas.

Ścieżka dźwiękowa- U2 – Acrobat

Kosmetycznie

Avon, rozświetlający olejek opalający. Kupiłam go na ponure jesienne dni. Kiedyś go miałam i byłam naprawdę zadowolona. Ale to było kiedyś. Teraz będzie kiepska recenzja. Kiedyś był dużo lepszy. Teraz musieli coś zmienić. Przede wszystkim zapach, kosmetyk do ciała nie musi pachnieć jak perfumy, ale powinien chociaż być neutralny. Ten produkt niestety, śmierdzi. Zapach kojarzy się z bardzo tanim lakierem do włosów, z kiosku Ruchu. Moje koty uciekały z łazienki, kiedy tylko wyjmowałam ten olejek w sprayu! Olejek nie nawilża za grosz. Nawet nie rozświetla. Także generalnie fatalny produkt i więcej go nie kupię. Aż mnie ciekawi, co się z nim stało?

Garnier, Krem BB, Aloes, cera mieszana. Jako, że ostatnio dużo chorowałam, moja cera jest jakaś taka blada, nijaka. Jak siedziałam w domu, to się nie malowałam, ale żeby nie straszyć siebie samej w lustrze, to używałam kremu BB w domu. I w domu się sprawdzał, ale nic ponadto. Nie zachwyciła mnie aloesowa wersja, w porównaniu do oryginału ma mniejsze krycie, jakby lżejszą konsystencję, szybciej też znika z twarzy. Plus, że jest lekki i dobrze nawilża. Ale w zasadzie to jego jedyny plus. Nie zaskoczył mnie pozytywnie, nawet go nie dokończyłam, gdyby to był zwykły krem, to pewnie zużyłabym go do rąk, ale, że lekko barwi skórę, to musiałam się z nim po prostu pożegnać.

Elseve, Odżywka do włosów, moc olejków. Bardzo ją lubię, chyba przez te złote drobinki, dzięki temu w miarę regularnie jej używam. Bardzo ładnie wygładza włosy, po umyciu są miękkie, lśniące i co ważne, lekkie. Odżywka jest wydajna, moje włosy bardzo ją lubią. A ja lubię ten efekt, po jej użyciu. Czyli mięciutkie włosy, jakbym wyszła właśnie od fryzjera. W kwestii odżywek, żaden ze mnie ekspert, ale tej odżywki mam już 3 opakowanie, więc o czymś to świadczy.

Tołpa, nocna maseczka, bloker sebum. To moje odkrycie. Maseczka w genialnej formie, bez zmywania, zastygania itp. Nakłada się ją na noc i koniec, rano wystarczy jak zwykle przemyć twarz. Cera po użyciu jest miękka, maksymalnie matowa, bardzo gładka. Przy czym nie jest ściągnięta, czy wysuszona. Jedna saszetka starcza na 3-4 użycia, więc jest to bardzo praktyczna inwestycja. W sam raz na zabiegane chwile, kiedy chce się o siebie zadbać, ale kompletnie brakuje czasu. Naprawdę szybko robi porządek z cerą ze skłonnością do nadmiernego przetłuszczania. Warto spróbować.

Ścieżka dźwiękowa- The National – Fake Empire

Minął listopad. Książkowo

W listopadzie na tapecie mam 18 książek. Powiem Wam szczerze, że ciężko było mi się skupić i jakoś tak, dużo książek uznałam za typowe średniaki. Jakaś tak wybredna się zrobiłam!

Co mnie nie porwało, a raczej zirytowało? Adi Alsaid, Nigdy, Trochę, Do szaleństwa. I znów przez pomyłkę zaczęłam czytać książkę o nastolatkach. A ja już chyba zostawiłam ten etap, tak daleko za sobą, że takie książki drażnią mnie jak nigdy. Sama nie wiem po co po nią sięgnęłam? No cóż, nastoletnie porywy serca mnie niestety nie porwały nic a nic! Sorki, ale miłości z tego nie było. Jedna randka i każde idzie w swoją stronę. Może współczesne 16 latki, znajdą w tym coś dla siebie?

Świat zewnętrzny wydawał im się obcy, jakby ich przyjaźń była idylliczną zatoczką, do której dostęp mieli tylko oni.

Z bólem serca, ale nie kupił mnie tym razem Zygmunt Miłoszewski i jego Kwestia ceny. Książkę przeczytałam z szacunku dla autora. Liczyłam na wielkie wow, emocje sięgające zenitu i napięcie, które nie pozwoli mi zasnąć. Tymczasem męczyłam się z tą książką cały tydzień. I odetchnęłam jak się skończyła!
Początek był naprawdę obiecujący i zapowiadał wspaniale spędzony czas z tą książką. Ale im dalej w las, tym książka zmieniała się w lewicowy manifest- przeludnienie świata, zmiany klimatu i dość nachalna koncepcja vege życia. I owszem, to są tematy, które popieram i szanuję, ale tutaj mi nie pasowały, były jakby wciśnięte na siłę i nie korespondowały z początkiem, czyli powstaniem szczepionki na długowieczność.
Ostatecznie zawiodłam się, zmęczyłam i poczułam ulgę, odkładając książkę na półkę.

Myślenie jest najlepszą modlitwą. Lepiej samemu znaleźć dobre rozwiązanie, niż klęczeć w nadziei, że Bóg zrobi to za ciebie. Doświadczenie uczy, że nader rzadko udziela prywatnych konsultacji.

Czas na plusy, bo kilka fajnych książek, o dziwo się znalazło na mojej liście.

Gabriela Gargaś, Taka jak ty. To przykład, jak powinny wyglądać kobiece książki. Nie nudne i bajkowe historie. Nie oklepane tematy, oczywiste zakończenia i brak zaskoczenia. To książka, która ma wszystkie barwy życia. Wszystkie smutki, radości i jego uroku. Wzloty i upadki.
Bohaterki są dwie, to Mariona i Karolina, przyjaciółki od sali porodowej. Ich mamy spotkały się na porodówce, zaprzyjaźniły i tę przyjaźń przeniosły na córki. Dziewczyny razem dorastały, razem się zmieniały i były dla siebie jak siostry. Poznajemy je jako dziewczynki i przechodzimy przez kolejne etapy. Pierwsze miłości, trudne wybory co po maturze, przyjaźnie, pierwsza praca, ślub, dzieci, rozterki codzienności. A one zawsze razem.
Kiedy patrzyłam na tę relację, to aż im zazdrościłam. To takie piękne, wspierające się i szczere. Takie prawdziwe. Los nie oszczędza dziewczyn, ale dzięki swojej przyjaźni nawet najgorsza burza jest łatwiejsza do przeżycia.
Świetnie mi się czytało tę książkę. Naprawdę ciężko ją odłożyć na półkę!


Czasami trzeba się znaleźć na skraju przepaści, by zrozumieć, co jest rzeczywiście ważne, by zrozumieć, o co w tym życiu naprawdę chodzi. Bo przecież nie o to, czy ma się mniej czy więcej zmarszczek, czy tam przybyło, a tu ubyło, czy coś obwisło, a coś się podsunęło. Nie chodzi o stan konta, o wielkość domu, wypasioną furę, o to, by wciąż narzekać, bo to czy tamto się spieprzyło. Co tam porąbany szef, chandra bez powodu, rysa na szkle… Są większe upadki, istnieje mocniejszy ból. O co więc chodzi? Może o to,by się do kogoś uśmiechnąć, napisać wiadomość, że się kocha. Potrzymać za rękę, porozmawiać, przytulić, powiedzieć, że będzie dobrze, upiec furę czekoladowych ciasteczek. Może chodzi o to, by być. Po prostu być.

Magdalena Witkiewicz i Listy pisane szeptem. Karolina i Sławomir, małżeństwo od 25 lat. Żyją razem, a jednak osobno. Przez lata dorobili się dzieci, i zrozumienia swojej niezależności. Kiedy dzieci wyfrunęły z gniazda, dom okazuje się pusty, a odmienność samodzielność małżonków staje się punktem zapalnym do wielu konfliktów i przemyśleń- czy warto…
Oboje odnieśli zawodowy sukces, ale czy ten małżeński też ? Ciężko stwierdzić. Karolina zamiast rozmawiać z mężem, pogrąża się w internetową wymianę listów z Marcinem. Nigdy się nie widzieli, nigdy się nie spotkali, ale łączy ich więź od pierwszego listu. Potrafią dzielić się swoimi sekretami i przemyśleniami. Właśnie tymi o miłości, przywiązaniu i o tym, że niełatwo jest być razem tyle lat….
To rozmowa kobiety z mężczyzną, dwa różne punkty widzenia. Dwa spojrzenia na związek. Autorka pięknie akcentuje różnice i pokazuje, że w życiu najważniejsza jest rozmowa. Takie to banalne, a tak łatwo o tym zapomnieć.

Nie sztuką być ze sobą, gdy jest dobrze. Naturalne jest również wspierać się, gdy jest źle.

Edyta Świętek, Ta sama rzeka. Na pewno nie jest to lekka książka, chociaż książka ostatecznie potrafi dodać nadziei i pokazać, że choć życie bywa trudne, to można znaleźć wyjście z trudnej sytuacji.
Małgosię poznajemy jako młodą matkę i żonę. Jej świat wydaje się być idealny. Ma zdrowego syna, zaradnego męża, dobrą pracę, którą lubi. Ale za drzwiami ich domu panuje psychiczny terror. Piotr jest tyranem, nie znosi sprzeciwu. Dla obcych, to wzór cnót, dla Gosi, to niemal obcy człowiek. Z dnia na dzień ich życie zmienia się na gorsze. A Gosia, kierowana dobrem syna, postanawia trwać w małżeństwie, aż do pełnoletności syna…
Smutna to książka, chociaż często byłam zła na Małgosię, to czułam do niej sympatię. Z każdą kolejną stroną rozumiałam coraz bardziej jej postępowanie i tkwienie w toksycznym układzie.
Czy Małgorzata znajdzie swoje szczęście? Przeczytajcie!

Za każdym razem,gdy spadało na nią jakieś nieszczęście ,myślała,że dochodzi do kresu wytrzymałości.

Trzy siostry, Heather Morris. Sama się sobie dziwię, ale tak, podobała mi się ta książka. Nawet nie drażniła mnie chwilowa zbytnia ckliwość autorki. Historia trzech sióstr, których młodość przerwała wojna. Sióstr, które obiecały sobie i ojcu, że zawsze będą razem i będą dla siebie oparciem. To historia o siostrzanej miłości, tragicznej obozowej codzienności. To walka o życie, o przetrwanie, ale i wielka nadzieja, że jak się jest razem, to musi być dobrze.
Historia oparta jest na prawdziwej historii trzech sióstr. Bardzo szybko ją przeczytałam, i muszę przyznać, kilka razy miałam łzy wzruszenia. Mocno wciąga, i mimo tematyki, nie przytłacza, acz daje nadzieje na lepsze jutro.

– Czy my też tak wyglądamy? – pyta w kółko siostry. Cibi i Magda również się nad tym zastanawiają. Kiedyś to byli szczęśliwi, zdrowi młodzi ludzie, a teraz zniszczyły ich nieludzkie tortury i upokorzenia. Jak to się stało? Kto na to pozwolił? Wszystko, co czyniło ich ludźmi, zostało im odebrane. Zostały jedynie szkielety przygniecione ciężarem doświadczeń.

Lato wielkiej wagi, Jennifer Weiner. Okładka jest mylna. Ta jak i opis, który mówi, że to lekka, wakacyjna historia.
Okazuje się, że dostajemy książkę, która jest połączeniem kryminału, historii miłosnej i peamu na cześć samoakceptacji i ruchu ciałopozytywności. Jest też mocny fragment o tym, jak to siebie nie potrafimy polubić, jak dzieciństwo wpływa na dorosłość i o brakach rodzicielskiej miłości.
Sama historia jest ciekawa, aczkolwiek mam wrażenie, że chwilami autorka trzyma zbyt wiele srok za ogon, przez co nie skupia się dobrze na każdym elemencie. Zaskakujące jest jednak to, że potrafiła połączyć wszystkie wątki, i wyszło to całkiem zgrabnie.
To książka o kobietach, o przyjaźni, niedomówieniach i tajemnicach z przeszłości.
Czytało mi się ją zaskakująco dobrze. I do tego w jesienny czas!

Posty należało szpikować odpowiednią ilością prawdy… z czego z kolei wynikało, że w gruncie rzeczy nigdy nie byłam w nich prawdziwa. Im więcej miałam obserwujących, tym częściej myślałam o tej sprzeczności; im bardziej obserwujący chwalili mnie za odwagę i autentyczność, tym mniej odważna i autentyczna wydawałam się sobie w prawdziwym życiu.

Ścieżka dźwiękowa- The Knack – My Sharona 

Filmowo

Zapraszam na małe filmowe podsumowanie, w sam raz na szary, brzydki listopadowy weekend. Dodatkowo weekend z okropnym przeziębieniem.

Podatek od miłości. Dużo osób chwaliło ten film. Ja oczywiście po kilku latach postanowiłam nadrobić braki i go obejrzeć. Tak, tak, mój kultowy wręcz ogarniacz tematu! Skusiło mnie to, że to miała być komedia romantyczna rodzimej produkcji na wysokim poziomie. A jak wiadomo, nie ma zbyt często takich filmów, pozostało tylko włączenie Playera i nastawienie popcornu. No cóż, film faktycznie, jest lekki i przyjemny, o dziwo nie ogłupia. Naprawdę miło się go ogląda. Żadne tam arcydzieło, czy film, który wspomina się latami, ale jednak było to całkiem udane kino. Świetnie pasuje do zakatarzonego nosa. Mamy dobrych aktorów, dość ciekawa historia, która na pierwszy rzut okna nie trąci banałem. Do tego fajni aktorzy, ci mniej znani, dzięki temu film się dobrze ogląda. Nie mogę powiedzieć, że zmarnowałam czas, a w przypadku rodzimej komedii romantycznej, to olbrzymi plus!

Diuna. No dobrze, miałam na ten film iść w listopadzie do kina, ale się rozchorowałam. Zostałam w domu, na zmianę kichając i kaszląc. A tu proszę, HBO MAX zaproponowało mi seans, drugiej okazji nie mogłam zmarnować! W końcu Fotograf z kina wrócił naprawdę zachwycony, jako, że lubię Gwiezdne Wojny, byłam pewna, że i Diuna mnie wciągnie. No i tutaj pojawił się zgrzyt. Nie mogłam się z Diuną polubić. Za nic! Oglądałam, czas mijał, film się skończył, a ja mimo, że na ekranie pokazywał się ulubiony Timothee Chalamet, to nie mogłam się w niego wczuć. Wręcz poczułam ulgę, że to koniec. Owszem ładne, owszem, ładnie zagrane, ale to tyle. Nie znalazłam w tym głębi. Moja cierpliwość do fantastyki musiała się wyczerpać na Gwiezdnych Wojnach. Nie znałam książki, zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, podeszłam do tego filmu jako do ciekawostki. Ale nie dostałam nic, co by mnie zaintrygowało. Dość sztuczne i drętwe dialogi, brak jakiegokolwiek wprowadzenia w świat bohaterów, sprawia, że z nikim nie mogłam się polubić, i jakoś emocjonalnie wczuć się w ten film. Zabrakło mi konkretów, było tam tyle niedomówień, że miałam wrażenie, że nieznajomość książki całkowicie wyłącza mnie z tego świata. Po prostu film dla fanów, nie dla mnie.

Życie Pi. Dobrze, dobrze, macie mnie. Nie widziałam wcześniej tego filmu, i tak czułam się z tym dziwnie. Ale książkę mam przeczytaną, więc chyba nie jest ze mną aż tak źle? Historię znałam, ale wersję kinową widziałam dopiero niedawno, i powiem Wam, zakochałam się w tym obrazie. Poruszył mnie on niesamowicie, wywołał wielkie emocje. Pozytywne, aczkolwiek trudne. Jeżeli nie widzieliście, albo nie pamiętacie już fabuły. Jest to opowieść życia, w formie wywiadu, jaką dorosły bohater, przedstawia pisarzowi. I chociaż większa część tej historii jest po prostu bajkowa, to elementy wywiadu, sprawiają, że film staje się niesamowicie prawdopodobny. Życie tytułowego bohatera, jest pełne niesamowitych wydarzeń i pełne magicznych chwil. Najpierw poznajemy rodzinę bohatera i decyzję o morskiej podróży. A potem walkę o życie i podróż z tygrysem, którego chyba większość już kojarzy. Tak na marginesie, filmowy tygrys, chociaż to animacja, to prawdziwy majstersztyk. W ogóle cały film wizualnie zachwyca i wywołuje ciarki. Dawno nie widziałam tak pięknie zrealizowanego filmu, od którego nie sposób oderwać wzroku. Cały film jest magiczny, baśniowy, opowiada piękną i uniwersalną historię.Na wielką uwagę i oklaski, zasługuje odtwórca głównej roli, młodziutki aktor, debiutant, który udźwignął ten film na swoich barkach. Dawno nie widziałam tak poruszającego i wzruszającego filmu. Wciągnął mnie bez reszty, zaczarował i dostarczył dwie godziny wzruszeń.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- Money

Ogrodowo

Jak już pewnie wiecie, bo nie daję Wam o tym zapomnieć, jestem posiadaczką ogródka. To mojej dumy i nowa miłość. No dobra, kiedy byłam dzieckiem, miałam okazję jeździć na działkę dziadka Stasia i działki babci Stasi. Byłam mistrzem w sadzeniu truskawek i mistrzynią w zbieraniu malin na czas. Jako dziecko lubiłam ogrodowe życie. Potem zdecydowanie wystarczały mi balkonowe skrzynki. Kilka kwiatów, ładniejszy widok z okna, zieleń i czerwień pelargonii. To był mój cały ogrodowy świat. A teraz? Teraz nie wyobrażam sobie życia bez ogródka. Ba, wyprawy do centrum ogrodniczego, są tak częste, że panie traktują mnie jak członka rodziny. Dwa tygodnie szukałam idealnych ogrodowych rękawic. A wyszukiwanie nowinek z zakresu nawozów, stało się moim hobby.

Ogródek to niecałe 50 metrów, nie jest to metraż, który zniewala z nóg. I tak jest jednak większy od mieszkania. Ale jest położony od zacisznej strony osiedla, bez sąsiadów i przechodni dookoła. Jest to więc idealne miejsce na relaks. I w ciągu tygodnia i w ciągu weekendu. Obiad w ogrodzie? Chwile z książką, albo śniadanie na trawie, jak ja to kocham! Oczywiście nie będę udawać, pielenie jest po prostu koniecznością, a nie przyjemnością. Ale starałam się ostatnio polubić tę czynność, przy pomocy medytacji i praktyki uważności.

Sezon ogrodniczy się kończy. Rzutem na taśmę wsadziłam hiacynty i tulipany, by na wiosnę kusiły kolorami. Zdałam sobie sprawę, że nie zrobiłam zdjęć moim pięknym hortensjom, w tym roku kwitły jak szalone. Świetnie rosły wszystkie zioła, a łąka kwietna, aż za bardzo się rozrosła. Maliny były przesłodkie. Zredukowałam ilość trawnika, robiąc dwie rabaty. Z rozczarowań, to żurawki mnie nie polubiły. I jesienne wrzosy, bardzo szybko straciły fason i kolor. No cóż, mam marny staż ogrodniczy, więc muszę zbierać doświadczenie i wiedzę. Już szukam pomysłów na wiosenne rabatki i nowe nasadzenia!

Ścieżka dźwiękowa- Iron & Wine – Sodom, South Georgia 

Minął październik. Książkowo.

W październiku, bardzo chorobowym miesiącu 23 książki na liczniku. Także wynik zacny, aczkolwiek jakoś ciągnęło mnie znów do lekkich i łatwych w odbiorze historii.

Co na minus? Nieosiągalny, Małgorzata Falkowska, Ewelina Nawara. Nie jest ze mną aż tak źle, skoro uznałam tę książkę za dno totalne. No cóż, jeżeli chcemy czytać bajki, to zdecydowanie lepiej sięgnąć po klasykę. Kopciuszek, Piękna i Bestia…. To są bajki. A nie to coś, co próbuje być książką, a jest topornie napisaną bajką. Nie wiem, tutaj nie ma nawet akcji. Książka to opisy scen erotycznych i ubrań jakie mają na sobie bohaterowie. Niesamowicie to nudne i ciężkostrawne. Radzę omijać szerokim łukiem, bo czasu jaki straciło się na tę książkę, nie da się odzyskać! W skrócie, to naprawdę dno dna.

Ze statusu ojcowskiego „very tragic” dzień awansował do miana „skończ się, do diabła, nim ja skończę ze sobą.

Tomasz Kieres, Nasz kawałek świata. Po tę książkę sięgnęłam, bo naprawdę szanuję autora i wydawało mi się, że to jest pewnik. O, ależ się pomyliłam! Totalne nieporozumienie i stracony czas. Nasz kawałek świata, jednak zupełnie mi nie podszedł. Nie mogłam się wkręcić w akcję. Bohaterowie w ogóle nie przypadli mi do gustu. Wręcz nudziłam się czytając kolejne strony tej powieści. Zdecydowanie nie moja bajka.

To jest ten nasz świat, nieprzywiązany do konkretnego metra kwadratowego. On jest tam gdzie my jesteśmy. Nie ma znaczenia, gdzie to jest. To jest właśnie to miejsce”.

Teraz coś milszego, czyli polecanki.

Diane Chamberline, Światło nie może zgasnąć. Jaka to była wielka czytelnicza przyjemność! Jak miło było czytać tę książkę!
Autorka pokazała nam dwa małżeństwa, 4 osoby. O jednej została tylko pamięć, bo książka zaczyna się tragicznie, umiera Annie. Zostawia po sobie pustkę, żal i pełno wspomnień. Zostawiła też rodzinę, męża i dwoje dzieci. Dla miasta i swojej rodziny była Świętą Anną. Taką samą wyjątkową osobą, była dla męża Olivii, Poula. ..
To historia o tym, jak wiele o sobie wiemy i jak wiele o sobie nie wiemy. Jak strzeżemy swoich tajemnic i jak wiele ukrywamy przed swoimi bliskimi. To książka o miłości, tragicznej wręcz miłości. O żałobie, wielkiej stracie i uczuciu, które nie potrafi znieść rozstania.
To wielowątkowa książka, czyta się ją świetnie i ciężko ją odłożyć na półkę.
Diane Chamberlain, stworzyła naprawdę piękną i poruszającą książkę, która kipi od emocji !

Ewa Przydryga, Topeliska. Wydawać by się mogło, że to taka niepozorna książka. Historia jak inne. A tymczasem dostałam książkę, która zawładnęła moim życiem. Nie potrafiłam jej odłożyć i zapomnieć. Musiałam brnąć dalej, w ten magiczny świat, który utkała autorka.
Tak, to nie jest zwykła książka i banalna historia. Chociaż wydaje się, że ta jest. Pola, żona i matka, nabawiła się przeziębienia. Dlatego wyprawia męża z synem do przychodni na zdjęcie szwów. Po jakimś czasie dostaje telefon, Kuba i Jaś nie dotarli do chirurga. Czy to przez śnieżną zamieć? Czy to tylko korki na drodze? A może coś najgorszego?
Historia gmatwa się na każdym kroku. Pola odkrywa, że Kuba nie był z nią do końca szczery….
Najbardziej podobało mi się połączenie codzienności Poli, z jej snami, które są ważną częścią układanki. Całość dzięki temu nabrała klimatu rodem z filmów Davida Lyncha. A kiedy już wszystko wiemy, albo prawie wszystko i zaczyna nam się klarować, to autorka odpala taką bombę, że tracimy dosłownie dech! I wtedy wszystko się układa, a my czujemy, ze daliśmy się nabrać. Braliśmy udział w grze, i to autorka wygrała. Jej wygraną jest nasze zaskoczenie, nasze emocje i poczucie, że to naprawdę genialna książka!

Mój mózg odcina się od tu i teraz. Zamiast kodować kolejne wydarzenia, prześlizguje się po kolorowych zygzakach, po zasysającej mnie do wnętrza spiralnej linii.

Lily Lindon, Gra na dwa fronty. Georgina, czyli dziewczyna taka jak tysiące innych. Córka, partnerka, przyjaciółka. Nauczycielka, z pasją do muzyki. Ciepła i miła osoba. Uzależniona od planowania i kalendarza. Ale to pozory, otóż Georgina jest bardzo pogubiona, i w tym pogubieniu bardzo samotna. Dziewczyna nie wie kim jest, a świat nie pomaga jej tego w pełni odkryć.
Gina to sumienna pracownica, nudna, zwyczajna dziewczyna Douga. Prowadzi normalne życie i nieśmiało mknie po ulicy. George zaś jest członkinią żeńskiego zespołu, złożonego z samym lesbijek. George chce być częścią tej społeczności i chce spróbować życia z kobietą…
To książka o tym, że życie ma wiele, wiele barw. Że nic nie jest oczywiste i łatwe do interpretacji. To też książka o tym, jak ciężko jest być prawdziwą wersją siebie i w ogóle jak ciężko jest odkryć prawdę o sobie.
Polecam, ku refleksji!

Mogłabyś raz zmienić swoje zwyczaje, wyjść gdzieś
ze mną i dla odmiany trochę się zabawić.
– Serio, co może być przyjemniejszego od oglądania Przyjaciół
w wannie?
– Czy ja wiem… cokolwiek? – odpowiada, nie kryjąc sarkazmu.

Shalini Boland, Sekret matki. Tessa próbuje podnieść się po ciosach, jakie dostała od życia. Jest z mężem w separacji, była matką, ale jej dzieci zmarły. Tessa zaczyna kroczek po kroczku, wychodzić z mroku. I wtedy w jej kuchni, pojawia się 5 letni chłopiec, który przekonuje Tessę, że jest jej synem….
Tak, dość szybko można odgadnąć rozwiązanie. Zagadka nie jest jakoś niesamowicie zawiła i trudna do rozwiązania. Ale, mi to o dziwo nie przeszkadzało. Historia trzyma niezłe tempo, a samą historię chce się czytać. Niech świadczy o tym to, że książkę przeczytałam praktycznie w jeden dzień.
To dość łatwy w odbiorze thriller psychologiczny, niekoniecznie mroczny, ale naprawdę solidny. Polecam tym, którzy mają dość krwi i bebechów na wierzchu. To idealna książka na jesienny wieczór w domowym zaciszu.

Phoebe Morgan, Idealna opiekunka. Wyjątkowo solidna książka, napisana jednak tak lekko, wręcz przyjemnie. Czyta się po prostu sama!
To taki „kobiecy” thriller. W mieszkaniu znaleziono zwłoki kobiety, młodej Caroline Harvey, zniknęła również roczna Eve, którą Caroline się opiekowała. Co się stało z dziewczynką? I czemu musiała zginąć Caroline?
W tym samym czasie, bajkowy francuski urlop pewnej rodziny, zakłóca wizyta policji. Głowa rodziny zostaje aresztowana…
Dużo tutaj rodzinnych i damsko-męskich tajemnic, niedomówień i kłamstw. Dużo tutaj gorzkiej miłości i chwil zwątpienia. Akcja płynie tak wartko, że nim się spostrzegamy, już mamy finał.
Polecam, bo może nie jest to książka, która wbija w fotel, ale pozostawia wrażenie, że poznało się naprawdę świetną historię.

Magdalena Krauze, Porzucona Narzeczona. Z początku byłam pewna, że to komedia. Tak się zaczęło!
W dniu ślubu narzeczony porzuca Zuzę. Odwołuje ślub przez sms. Dziewczyna zostaje sama z gośćmi, którym nie wiem co powiedzieć. Jej przyjaciółki- Basia i Dominika, dbają by Zuza nie czuła się samotna. Wielkim wsparciem jest również Filip, który jest największym przyjacielem.
Kiedy opada kurz z powodu weselnego skandalu, okazuje się, że życie pisze dla Zuzy zaskakujący i bardzo trudny scenariusz. Na szczęście ma obok siebie przyjaciół i rodzinę. A to wsparcie się jej przyda….
Nie czuję się rozczarowana tym, że książka nie okazała się lekką i zabawną komedią, a dotyka poważniejszych tematów. Mimo wszystko lekko się czyta, podoba mi się styl autorki i to, że o poważnych sprawach, można pisać w sposób przystępny i zachęcający do dalszego czytania.

Czy ja naprawdę chciałam z własnej i nieprzymuszonej woli wyjść za tego matoła? Jeszcze trzy tygodnie temu miałam żal do samego Pana Boga. Nie mogłam pogodzić się z losem porzuconej narzeczonej i wylewałam łzy nad utraconym szczęściem. A dziś, teraz, stojąc przed Kamilem, zrozumiałam, że cały czas kochałam człowieka, który istniał wyłącznie w mojej wyobraźni.

Mam nadzieję,że jakiś tytuł Was zaciekawił i spędzicie z nim jesienny wieczór!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – A Question Of Time