Kosmetycznie

Sylveco,regenerujący krem do stóp. Bez kremu do stóp nie wyobrażam sobie kompletnej, codziennej pielęgnacji. Raczej nie mam ukochanego jednego kremu, zazwyczaj biorę coś w promocyjnej cenie. Tym razem wybór padł na krem od Sylveco, dużo słyszałam o tej firmie, postanowiłam więc sprawdzić działanie takiego oto kremu. Co mnie urzekło? Delikatny i świeży zapach. Krem ma lekką konsystencję, bardzo szybko się wchłania. Odświeża, delikatnie nawilża, lekko zmiękcza. Nie jest to krem dla mocno wysuszonych stop, raczej taki do codziennej pielęgnacji skóry bezproblemowej. Tutaj z pewnością się sprawdzi. A jak do niego wrócę, to głównie dla tego rześkiego zapachu. Cudowny na letni czas.

Cera Vee- żel do mycia twarzy, oczyszczający, Nie zawiodłam się na nim. Jest delikatny, ale i naprawdę skuteczny. Nie tylko oczyszcza cerę, ale i poprawia jej stan. Nie wysusza, nie podrażnia, bezwzględny dla makijażu i zanieczyszczeń, a przy tym koi cerę z niedoskonałościami, czy nadmiernym przetłuszczaniem. Pozostawia ją cudownie świeżą i miękką. Jest niesamowicie wręcz wydajny, dlatego też bazowa cena 40 zł, nie jest tutaj w żadnym stopniu nadużyciem. Bardzo go lubię i pewnością będziemy się widzieć ponownie w mojej łazience.

Avon Advanced, szampon do włosów cienkich. Co chwilę zmieniam szampony, jakoś specjalnie wierna im nie jestem. Taka moja natura. Ten szampon zamówiłam z okazji dobrej ceny. I cóż, poza dobrą ceną niewiele więcej miał do zaoferowania. Mocno plącze włosy, bardzo szybko z powrotem się przetłuszczają, przez co wyglądają nieciekawie. Szybko stają się płaskie. Nie widać żadnej objętości, jaką obiecuje producent. Generalnie bardzo żałowałam, że to taka duża butelka, męczyłam się z nim strasznie. Jedyny plus, całkiem ładnie pachniał.

Eveline, krem do rąk Aksamitne dłonie. Bardzo często zmieniam kremy do rąk, po prostu bardzo szybko mi się kończą. Jeden mam w aucie, jeden w pracy, kolejny w domu. Mam bardzo delikatną skórę dłoni, stąd naprawdę często stosuję ten produkt. Krem ma bardzo lekką konsystencję, szybko się wchłania, pięknie pachnie. Ma bardzo dobry skład i korzystną cenę. Mam wrażenie, że dla mojej skóry jest jednak zbyt delikatny i za leciutki. Zużyłam cały, ale nie czułam, że moje dłonie są lepiej nawilżone i bardziej delikatne. To taki zwyklak dla mało wymagającej skóry.

Ścieżka dźwiękowa- Bloc Party – One More Chance

Kosmetycznie

SVR Sebiaclear Creme SPF50. Krem ten kupiłam z myślą o wiośnie, bardzo lubię kremy z filtrami, które jednocześnie solidnie pielęgnują cerę. Ten, jest idealny dla mojej cery, skłonnej do niedoskonałości. To co mnie skusiło to wyjątkowo wysoki filtr! Co mnie zaskoczyło? To, że mimo wysokiego filtra jest taki fajny. Błyskawicznie się wchłania, genialnie rozprowadza, nie zostawia białej powłoki. Matuje cerę, ale i nawilża, nie zostawia uczucia ściągnięcia. Przy regularnym stosowaniu cera wygląda lepiej, jest gładsza, jaśniejsza, niespodzianki stopniowo znikają z twarzy. Minusy? Dla mnie na ten moment brak.

Avon, Attraction Game. Bardzo podobał mi się początek tej serii, czarny Attraction to mój hit! Pachnie ostro, męsko, intensywnie, niebanalnie. Do tego ta trwałość. Po tej wersji spodziewałam się podobnych wrażeń, niestety, po „matce” nie zostało nawet wspomnienie. Zapach jest słodki, nijaki, nie ma w sobie nic z oryginalności. Niczym nie przyciąga uwagi, takich słodziaków to jest na pęczki! Czuję się rozczarowana, liczyłam na zabawę konwencją, coś nowego, ale bazującego na oryginale. Dostałam owszem, coś nowego, ale wtórnego i przesłodzonego. Opis kusił nutami pieprzu i gorzkiej czekolady, a ja mam wrażenie, że wącham mocno mleczną czekoladę, zawiniętą w różową gumę balonową…

Timotei, Szampon głęboko oczyszczający `Ekstrakt z ogórka`. Pamiętam, że bardzo go lubiłam, musiałam kupić szampon na szybko, bo poprzedni się dziwnie szybko i niespodziewanie skończył. Sięgnęłam po ten wyrób, w Biedronce, podczas zwykłych, codziennych zakupów. Nie wiem czy coś zmienili w tym szamponie, ale zdecydowanie jest inny. Jakby gorszy. Po pierwsze jest niesamowicie wręcz „żelowy”. Przez co jest w ogóle niewydajny, nic a nic, znika w moment. A działanie? No cóż, jak na szampon głęboko oczyszczający, nie czuję tego działania. Szampon oczyszcza, ale działanie ogranicza się do 24 godzin, i to naciągając pojęcie świeżości. Dlatego też straciłam do niego cały swój sentyment.

L’ORÉAL PARIS Revitalift Filler – Serum. No dobra, myślę sobie, masz te 34 lata ( zaraz stuknie), to może warto zrobić sobie kurację dla młodej skóry. Postanowiłam więc, że przez 3 tygodnie będę wieczorem, stosować to serum i zobaczę jak działa. Po trzech tygodniach widzę, że cera jest bardziej napięta, dużo gładsza i solidnie nawilżona. Kurację chętnie powtórzę za jakiś czas. Serum jest bardzo wydajne, więc warto je kupić. Myślę, że co jakiś czas taki zastrzyk młodości, sprawi, że moja cera będzie wyglądała na dużo bardziej wypoczętą i zrelaksowaną. Serum bazuje na kwasie hialuronowym, które naprawdę działa. I co ważne, nie zapchał mojej cery, która lubi być tłusta i wrażliwa na niedoskonałości.

Ścieżka dźwiękowa- Tori Amos – Enjoy the silence

Tegoroczne plany podróżnicze

O czym dziś chcę porozmawiać? Ano o wakacjach i miejscach, które chciałabym zobaczyć. Czyli o wakacyjnych planach i marzeniach. W końcu majówka zaczyna sezon wycieczkowy!

I u mnie ten sezon już się zaczyna. No dobrze, miał się zacząć nieco szybciej, ale pech chciał, że zostałam w domu. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Co to to nie!

Gdzie zaczynam sezon wyjazdowy? Na drugim końcu Polski, prawie rok temu ustaliliśmy, że majówkę spędzamy w górach, padło na Pieniny, które widziałam bardzo krótko, w zasadzie miałam na nie ledwie kilka godzin. Teraz będę tam całe pięć dni, więc mam nadzieję poznać te piękne góry nieco lepiej. Wybrałam pensjonat nad samym jeziorem, nieopodal zamku i ledwie moment od Trzech Koron. Lepiej być nie mogło. Pokochałam góry. Oczywiście w moim sercu rządzi morze, ale uwielbiam wyjeżdżać w góry i podziwiać ich monumentalność i dostojność. Mam wrażenie, że tam naprawdę odpoczywam i ładuję baterie. Chociaż po wędrówkach, bywam bardzo zmęczona, to jest to naprawdę pozytywne zmęczenie.

Przez letnie miesiące zamierzam eksplorować okolicę, może odkryję jakąś fajną, zaciszną plażę? W zeszłym roku lato minęło mi na ślubnych przygotowaniach. W tym roku zamierzam nieco bardziej korzystać z pogodnych dni. Będą to niestety jednodniowe wycieczki, ale i tak dadzą mi dużo radości. Już to wiem.

Na lipiec planuję odwiedzić, kolejny już raz, rodzinne strony Fotografa. Już zapowiedziałam, że muszę dokładniej poznać Lublin. I nie zadowoli mnie krótka wycieczka, co to, to nie! Oczywiście nie odpuszczę sobie wielu spacerów po urokliwym Zamościu. W to lato, odpadnie wręczanie ślubnych zaproszeń, będzie więc zdecydowanie więcej czasu na zwiedzanie, odpoczynek i cieszenie się piękną okolicą.

Wrzesień to kolejny wyjazd, zaklepany i zarezerwowany. Na co padło? Bez zaskoczeń, znowu góry. Tym razem bardzo nieoczywisty kierunek, bo Góry Sowie. W planie zwiedzaniu Zamku Książ, górskie spacery i wypad do Czech, by bliżej poznać Skalne Miasta. Z pewnością będzie intensywnie, ale i kojąco. Bo tak właśnie działają na mnie góry. A jako, że będzie to już po sezonie, powinno obyć się bez tłumów.

Na listopadową szarugę planujemy mały wypad, taki zwane city break. Koniecznie w słoneczne miejsce, niezbyt długi będzie to wypad, 3-4 dni. Ale idealne by poznać dla przykładu Włochy. Ja właśnie w te Włochy celuję, marzy mi się Wenecja. Ale i do Grecji bym mogła wyskoczyć. Ważne, żeby choć na moment odciąć się od listopadowej szarugi i naładować baterie na długą zimę. Z doświadczenia ostatnich dwóch lat, wynika, że wiosna przychodzi dopiero w maju, więc taki wypad, będzie idealny by pozwiedzać w spokoju, ale i złapać kilka promieni słońca.

A jak Wasze plany podróżnicze na ten rok?

Ścieżka dźwiękowa- Kings Of Leon – Rememo 

I po Świętach

I znów było zbyt szybko. To już nawet lekko nudne. Staram się spokojnie przetrwać świąteczny i przedświąteczny czas. Nie szaleję z porządkami, bo na bieżąco sprzątam. Wzięłam wolny piątek, by w piątkowy poranek na spokojnie zrobić zakupy i zacząć piec ciasta. Wróć, czy ja napisałam- Spokojne zakupy? Mimo bardzo, ale to bardzo wczesnej pory, w sklepie były dzikie tłumy. Na szczęście ja miałam gotową listę zakupów, i raz, dwa. Poszło szybko, poza kolejką do kasy i mocno zdenerwowanymi ludźmi. Każdy pędzi, kupuje tyle ile utrzyma wózek, i złości się na każdego dookoła. Zupełnie tego nie rozumiem… Niestety, wizyta w dwóch sklepach nadwątliła moje nerwy. Jak co roku! To jest tradycja i chyba nie ma sposobu, na przedświąteczną gorączkę.

Do moich obowiązków należało upieczenie ciast, zrobienie sałatki i obiadu na poniedziałkowe popołudnie. Jako, że lubię wyzwania, postanowiłam wypróbować nowe przepisy. Tak, wiem, dość to odważne, ale do odważnych świat należy. Upiekłam więc sernik baskijski i babkę caffe latte. Zrobiłam wiosenną sałatkę i roladki ze schabu z pieczarkami. Ja to chyba lubię wyzwania! Ale te kuchenne, pieczenie i gotowanie to dla mnie genialny sposób na spędzenie dnia.

W zasadzie mieliśmy jechać w sobotę do mojej siostry, i tam miało zacząć się świętowanie. Ale Franusia w piątkowy wieczór źle się poczuła, znów pojawiły się wymioty, wolałam więc mieć ją na oku i nie zostawiać na noc, nawet pod czujnym okiem sąsiadów. Biedna Franeczka, przespała całą sobotę, ale regularnie chodziła skubać karmę i popijać wodę. Frania każde Święta ubarwia swoimi dolegliwościami, taka jej natura. Sytuacja powtórzyła się w samą Wielkanoc, znów nas czeka weterynarz. Widać mała się za nim stęskniła i chce koniecznie przejechać się autem przez pół miasta. W Wielką sobotę, poszliśmy na spokojnie ze święconką do kościoła. Przypomnijcie mi za rok, bym kupiła świąteczną serwetę. Papierowe, wielkanocne serwetki, w połączeniu z wietrzną aurą, nie mają żadnych szans. Dodatkowo nieco się wstydziłam mego skromnego koszyczka. Ale nie powiem, moje „marmurkowe” jajka były przepiękne. Nie ma to jak kupić dobre farbki, i beztalenciu coś wyjdzie!

W niedzielny poranek ruszyliśmy do moich rodziców. Uzbrojeni w blachy i salaterki. Do pokonania prawie 40 kilometrów, a ja z sercem w gardle i sernikiem na kolanach. Upiekłam genialny sernik, który bez sensu wyjęłam z formy i wiozłam na pięknej paterze. Czasem i mnie opuszcza rozum. No dobrze, było mocno wcześnie, w domu śniadanie jemy bliżej południa, w zasadzie wychodzi z tego brunch. Korzystając z pięknej pogody poszliśmy na godzinny spacer, nad rzekę. Ok, nie było najcieplej, ale słońce pięknie prażyło i umilało spacer. Po nim nadszedł czas na długie świętowanie- przed deserem, czyli maminą, drożdżową babą, a moim sernikiem, dziękowałam za ten spacer! Pobiesiadowali, więc ruszamy nad morze. Babcia była zachwycona, dawno nie była na takim spacerze. Pół Gdańska wpadło na ten sam pomysł, ale co tam, było pięknie. Z kawą w dłoni, spokojnym krokiem, spalamy świąteczne kalorie i szykujemy się na obiad. Nie ma lekko, święta to dużo jedzenia. Mama nie popuści, gotuje pysznie i ma oczekiwania, że wszystko zniknie ze stołu. A tutaj po obiedzie, musimy opuścić towarzystwo. Przyjaciel Fotografa miał urodziny i zapraszał na wieczór.

7 godzin później, tak naprawdę już w poniedziałek, byłam znów u siebie. Na szczęście, przyjaciele to jednocześnie sąsiedzi przez ścianę, mogłam doglądać Franusi. Oczywiście za ścianą była masa pyszności, ba, o 23, podano chilli con carne. Jeżeli mam być szczera, to było bardzo miło, ale tak intensywny dzień, daje mi do zrozumienia, że jednak jestem starszą panią i lubię być w moim łóżku o 22.

Poniedziałek był na szczęście dużo spokojniejszy. Wczesne przedpołudnie spędziliśmy w lesie, na kojącym spacerze. Przygotowałam obiad, bo mieliśmy gościa na obiedzie. Gość idealny, chwalił jedzenie, zabawiał rozmową, ale nie nadużył gościnności, i po dwóch godzinach ruszył do domu. No dobrze, odprowadziliśmy go prawie pod sam dom. W końcu trzeba dbać o ciągłość formy i wychodzić dużo kroków!

Wieczorem, wróć o 19.45 w piżamach, obejrzeliśmy premierowego Batmana. Cóż, fanką nie jestem i raczej nie zostanę, ale to było idealne zakończenie świąt. Bardzo na luzie, z pełnymi brzuszkami, z ciastem jedzonym w łóżku, w otoczeniu ukochanych kotów.

Nie mogło być piękniej!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – World In My Eyes

Minął marzec. Książkowo

W marcu książkowo było bardzo dobrze. Przeczytałam 20 książek. Całkiem udany wynik, jak na fakt, że pogoda przez większość miesiąca dopisywała i w końcu mogłam spacerować bez umiaru.

Tradycyjnie zaczynam od minusów. Przedstawię książkę, która ma niezwykle wysokie opinie. A mnie tak zmęczyła, że samo wracanie do niej w myślach boli! Za rok o tej porze, Katarzyna Grabowska. Bardzo zła książka, łamane na fatalna. Napisana okropnie, infantylnie, bardzo kiepski styl. Fabuła całkiem kosmiczna, ale myślę,że jakby zabrał się za nią ktoś o lepszym warsztacie, mogłoby by być to zjadliwe. A tak jest to bardzo niesmaczne, wręcz trujące dla duszy.
Nie da się polubić głównej bohaterki, chyba przez całą książkę nie powiedziała jednego pełnego zdania, tak to same- aha, tak, nie…. Wyszła z niej niezbyt lotna dziewczyna. Pozostałych bohaterów też nie da się polubić. Ta książka jest bardzo zła. Nikomu nie polecam, totalna strata czasu.

Nie jest to wielki minus, ale rozczarowanie. Liczyłam na wielkie wow, a nie dostałam tego. Ocean Vuong, Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę. Tę książkę poznałam dzięki tacie. Zaintrygowała go polecajka Pana Michała Nogasia. Kupiłam mu ją, a potem, po dłuższym czasie, wzięłam ją z jego półki.
Cóż, książka mnie lekko rozczarowała. Napisana jest naprawdę dobrze i widać kunszt autora. Ale ja spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Mam wrażenie, że historia jest bardzo nierówna. I tak jak mi się podoba, tak potrafi odpychać.
Pomysł na książkę, jako list do matki, jest bardzo trafiony. Aczkolwiek spodziewałam się naprawdę arcydzieła. Dostałam zaś dobrą, chociaż nierówną książkę. Ładnie napisaną, ale jednak nie zapadającą w pamięć na dłuższy czas.

Ponieważ wolność, jak mi powiedziano, jest niczym innym jak odległością między myśliwym, a ofiarą”.

Czas na polecenia!

Kelly Rimmer, Milczenie matki. Jestem zachwycona tą książką! Czytało mi się ją rewelacyjnie, wspaniały pomysł na dwie narratorki, Olivię i Ivy. Obie opowiadały o tym samym mężczyźnie, o tych samych zachowaniach, ale z zupełnie odmiennej perspektywy.
Ivy jest matką Davida. Dla niego poświęciła całe swoje życie. Jest bardzo opiekuńcza, aż po zachowania typowo toksyczne. Jej miłość do syna jest po prostu ślepa. Na każde niegodne zachowanie syna , Ivy zawsze znajdzie wytłumaczenie.
Z drugiej strony mamy Olivię, synową Ivy, która w swoim życiu doświadczyła wiele cierpienia i przemocy. Kocha męża, tłumaczy go, ale czy kiedyś będzie ta granica, która sprawi, że przestanie być manipulowaną ofiarą?
To książka o ciężkim temacie gatunkowym. Genialnie skonstruowany thriller, który z jednej strony niesamowicie wciąga, ale z drugiej potrafi utrzymać dystans.
Nie sposób czytać tej książki bez emocji. Jak dla mnie mistrzostwo swego gatunku.

Widzę pewne rzeczy i wydaje mi się, że je rozumiem, ale to wszystko jest jeszcze niewyraźne, póki Natasha nie dobierze mi szkieł o odpowiedniej ostrości. Wtedy dopiero zobaczę wszystko takim, jakie jest

Santa Montefiore, Sonata o niezapominajce. Ta książka jest magiczna. Potrafi zawładnąć człowiekiem, i sprawić, że nie może się od niej oderwać. Nie patrzymy na zegarek, czytamy tę niezwykłą książkę, a w zasadzie ją chłoniemy i cieszymy każdą kolejną stroną. Santa Montefiore pisze niesamowite książki o miłości. Pisze je lekko, subtelnie, po prostu pięknie.
Główną bohaterką Sonaty jest Audrey, wychowana w Argentynie nastolatka marzy o wielkiej, porywającej miłości. Chce kochać całą sobą i przeżywać wielkie emocje. Jej wybrankiem jest Louis, szalony i nieokiełznany. Rodzinna tragedia powoduje, że Audrey idzie za głosem rozsądku i bierze ślub z Cecilem, rozważnym i miłym człowiekiem. Niby nic mu nie można zarzucić, ale brakuje mu szaleństwa i tej iskry w oczach…
Śledzimy losy Audrey jako nastolatki, młodej żony i statecznej, ponad 50 letniej kobiety. Śledzimy losy jej rodziny, poznajemy zwyczaje panujące w Anglii i Argentynie. Książka płynie, a my razem z nią..
To naprawdę cudownie napisana historia, którą pokocha każda kobieta!

żadnej chwili nie da się zatrzymać, wszystko mija… Wszystko jest ulotne, jak tęcza czy zachód słońca…

Daphne de Maurier, Rebeka. To książka, od której nie można się oderwać! Po prostu klasyk kryminału, romansu, dramatu i sensacji.
Maxim jest przystojnym, świeżym wdowcem. Poślubia niedawno poznaną, młodziutką Karolinę. Raczej z poczucia samotności, niż z miłości. Dla niej to niesamowity awans społeczny i szansa na lepsze życie. Liczy, że po ślubie między małżonkami będzie panować miłość i zgoda. Ale życie niesie niespodzianki…. Niekoniecznie te pozytywne.
W posiadłości de Wintera rządzi duch jego byłej żony Rebeki. Uwielbianej przez wszystkich, inteligentnej, dowcipnej, budzącej szacunek i sympatię. Rebeka, chociaż zmarła rok temu, wciąż rządzi posiadłością. A przyczyny jej śmierci, wcale nie są takie oczywiste, jak wszyscy myślą.
Bardzo zręcznie napisany, manipulujący uczuciami czytelnika. Nie sposób się oderwać od tej historii. Po prostu klasyk literatury.

Jakby to było dobrze – powiedziałam impulsywnie – żeby wynaleziono sposób na przechowywanie wspomnień podobnie jak perfum. Tak, żeby się nie ulatniały i nigdy nie spowszedniały i żeby w dowolnej chwili można było odkorkować butelkę i przeżywać ten moment na nowo.

Joanna Opiat-Bojarska, Gdzie jesteś Leno? 19 letnia Lena, atrakcyjna studentka filologii angielskiej wychodzi sama z dyskoteki. Jest noc, a ona wraca do domu. Następnego dnia jej matka złości się, bo córka nie przychodzi na umówione spotkanie, a jej telefon milczy…
Co się stało z Leną? Gdzie jest młoda kobieta?
Śledztwo, niechętnie zaczyna policyjny, niezbyt dobrany duet. Z pozoru błaha sprawy, zaczyna się komplikować….
To bardzo solidny kryminał. Czyta się go świetnie, aż trudno się oderwać. Bardzo ciekawe, i dość zaskakujące zakończenie. Tę książkę śmiało polecam wszystkim miłośnikom kryminałów, które są tak realne, że mogą się dziać obok nas. 

Jak nie wiesz, co robić… To zrób jak uważasz.

Barbara Wysoczańska, Narzeczona nazisty. Miłość w czasie wojny nie jest niczym łatwym. A już w szczególności miłość między Polką, a Niemcem.
Hania i Johann, dzieli ich wszystko, a łączy ich miłość. Od początku mieli pod górę, niechęć, wręcz nienawiść rodziny, ale i wielką miłość, którą siebie obdarzali. Niestety, wybuchła wojna, i uczucie dwojga zostało wystawione na ogromną próbę.
Nie powiem, historia jest bardzo dobrze napisana i udaje się uchronić przed nadmiarem ckliwości. Ciekawie jest spojrzeć na losy dwóch osób, które chciały po prostu być szczęśliwe…
Jedyne co mi nie pasowało, to główna bohaterka, czyli Hania. Była naprawdę irytująca w swoich wypowiedziach i nie znalazłam do niej sympatii.

I wciąż patrzyli na siebie, jakby znali się od dawna, jakby to, co ich połączyło, było czymś najbardziej naturalnym na świecie.

Joanna Jax, Długa droga do domu. Ta książka niesamowicie mnie zaskoczyła. Bardzo pozytywnie!
Zaczęło się pozornie niewinnie, i jakoś tak mało wciągająco. Ale od połowy historii, nie mogłam się oderwać od losów Antoniny Tańskiej. A te losy są szalone!
Długa droga do domu to wielowątkowa historia życia Antoniny. Młoda dziewczyna zakochuje się w narzeczonym siostry, zachodzi z nim w ciążę i wywołuje skandal. Wyklęta para osiedla się na dalekiej Kubie, gdzie zaczynają się niesamowite losy.
Śladem przeszłości Tosi, rusza młoda rozwódka. A ta przeszłość to wielkie namiętności, terroryzm, olbrzymie dramaty i wielka historia w tle.
Ta książka to połączenie romansu i sensacji. Bardzo udane!

szczęście to tylko momenty wyrwane życiu.

Ścieżka dźwiękowa- The Strokes – You Only Live Once 

Minął miesiąc. Marzec.

I marzec za nami. Czyli koniec zimy, witaj wiosno.

Marzec nie zaczął się w dobrych nastrojach. Wiadomo, wojna, duże emocje. Ale po dłuższym załamaniu, chyba w końcu wyszłam na prostą. Duży w tym udział miała pogoda, która zrobiła się słoneczna i cudownie wiosenna. Dostałam zastrzyk energii, endorfin i sił. Tego było mi trzeba. W końcu sobie uświadomiłam, że nie zbawię całego świata, nie wygram wojny w pojedynkę, a żeby pomagać innym, muszę mieć w sobie siłę i spokój. Inaczej zwariuję. Także zmiana na plus.

Marzec pozwolił mi na małe wycieczki, byłam w Jastrzębiej Górze i Ciechocinku. Niby ten drugi wyjazd, to była asysta rodzicom, ale udało się pospacerować, zjeść dobry obiad i wpaść na pyszną różaną herbatę. Wzmocniły mnie te chwile i to mocno. Codziennie zresztą solidnie spacerowałam, w lutym moja średnia dzienna kroków to 8 tysięcy, w marcu już 11 tysięcy, to mówi samo za siebie. Może moje spacery nie były w jakichś spektakularnych okolicznościach przyrody, ale za to były bardzo regularne. Pilnowałam też regularnej praktyki jogi i medytacji. Koniec z labą!

Marzec to czas wiosennych zakupów. Nieco odświeżyłam swoją szafę. Udało mi się kupić wiosenny płaszczyk. Bardzo to trudna sztuka, kiedy w świecie mody rządzi oversize,a ty bardzo źle w tym wyglądasz. W każdym razie musiałam dwa odesłać i dopiero ten trzeci zaakceptowałam. Bardzo długo szukałam również wiosennych botków. Czyli te buty, które nosimy między kozakami, a trampkami. W marcu, w sklepach rządzi pełnia lata i bardzo ciężko szło mi szukanie botków. W poprzednich, ukochanych czteroletnich, zrobiła się solidna dziura. Ostatecznie botki kupiłam, ale po pierwszym, solidnym spacerze-13 tysięcy kroków, skończyłam z 4 plastrami na palcach. Biorąc pod uwagę ich cenę, jestem solidnie zawiedziona. Zdecydowałam się również na cygaretki i to dwie pary. Chciałam wprowadzić nieco koloru do mojej szafy, skończyło się na ciemniej zieleni i beżu. Szaleństwo! I uwaga, kiedy przygotowałam się na wiosnę, wróciła zima!

Jako, że dawno nie widzieliśmy weterynarza, Fifi postanowił nadrobić braki i odwiedzić pana doktora. Rana na jego łapce była naprawdę solidna, wystraszyłam się okropnie. Ale na miejscu okazało się, że nie jest tak źle. Poza portfelem, który odczuł 3 dni zastrzyków z antybiotyku.

Rozwijam się ogrodowo. Zasadziłam moje pierwsze w życiu drzewko! Ma być z niego najdłużej kwitnące drzewko na świecie, całe cztery miesiące różowych kwiatków. Na razie jest metrowy „patyk”. Zajęłam się lawendą i hortensjami. Stworzyłam kwiatową kompozycję na schodki do ogródka. I żałuję, że po wiośnie zostało wspomnienie i mamy wiosenne przymrozki i śnieg! A ja już planowałam posadzenie niedźwiedzich traw. W każdym razie dzielnie suszę cebule hiacyntowe, za rok wiosna mnie nie zaskoczy.

Zrobiliśmy mały remont w salonie. Co prawda wciąż czekam na półkę w sypialni -bije 8 miesiąc czekania, tyle samo czekam na listwy podłogowe, ale za to zmieniliśmy szafę w salonie. W zasadzie skończyło się na frontach, które połączyły się kolorem z kuchnią. Może w kwietniu doczekam się półek? Drewno jest, ponoć potrzeba ciepła, by je oszlifować na podwórku…

W marcu chętnie gotowałam i w zasadzie pochwalę się, co piekłam ciasto, to było lepsze niż poprzednie. Także tego, mój piekarnik jest cudowny i nigdy mnie nie zawodzi. No, może też tam trochę zasługa mojego talentu?

Udało nam się w końcu spotkać z przyjaciółmi. W końcu! Samo spotkanie było cudowne, aż żal patrzeć, jak ten czas szybko leci, i 7 letnia Zuzia uczyła mnie podstaw kodowania! Weszliśmy za dnia, wyszliśmy praktycznie dnia następnego. Co prawda nastrój po spotkaniu lekko się obniżył, gdy dzień po dostałam informację, że u młodego pojawiła się jelitówka. Czekałam w napięciu kiedy nas dopadnie, ale nie dopadło. Ani nas, ani nikogo od przyjaciół, poza najmłodszym członkiem rodzinki. Uff, odetchnęłam z ulgą.

Poza kilkoma chwilami marzec był naprawdę udany. I zawodowo i prywatnie. Szkoda, że to nie jest ten czas, gdy możemy powiedzieć, że wojna u sąsiada jest wspomnieniem. Może w kwietniu? Modlę się o to!

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Wasted

Serialowo

Na gorąco, kilka recenzji serialowych. Może skorzystacie z nich w najbliższym czasie?

Pajęczyna. Obejrzałam ten serial w jeden weekend, lubię, bo bardzo lubię miniseriale, które ogląda się jednym tchem. A już najbardziej lubię jak serial, od razu w całości jest dostępny na danej platformie i mogę go obejrzeć kiedy chcę, i bez nużącego czekania na kolejny odcinek. Z wiekiem jestem coraz mniej cierpliwa, jeżeli chodzi o nowe odcinki. Jakoś nie lubię czekać. No dobrze, wracamy do fabuły. Do obejrzenia serialu skusiła mnie obsada, a już w szczególności Joanna Kulig, która nie wzięłaby udziału w czymś marnym. Akcja dzieje się w dwóch płaszczyznach czasowych, mi osobiście bardziej podobała się „przeszłość”. Chociaż akurat w niej Joanna nie grała. Dziwne to, prawda? Joanna Kulig gra Kornelię Titko, córkę fizyczki jądrowej, Teresy Titko, która pracowała przy narodowym programie nuklearnym. W 1978 w tajemniczych okolicznościach ginie starsza córka Teresy. Niedługo potem ona sama. W 2010 roku w życiu Kornelii, pojawia się mężczyzna, oskarżony przed laty o śmierć Jagody, siostry Kornelii. Ta sytuacja powoduje, że Kornelia chce poznać prawdę o śmierci matki i siostry, rozliczyć się z przeszłością i zobaczyć kto zniszczył jej dzieciństwo. Powiem szczerze, ostatnie dwa odcinki naprawdę robią robotę! Ogląda się je świetnie, w dużym napięciu. Nieco gorzej jest wcześniej, serial nie wciąga jak powinien, jest dość chaotyczny i łatwo się zrazić. Generalnie, dobry serial, ale bez rewelacji. Z nowości na Playerze, dużo bardziej polecam Skazaną!

Kochane kłopoty. Siostra wspomniała, że go obejrzała, no to ja podążyłam za nią i też po niego sięgnęłam. To dla mnie taki weekendowy serial, kiedy po prostu potrzebuję czegoś do chwili relaksu. Albo przyjemny dodatek podczas gotowania, włączam telewizor i obieram ziemniaki na obiad. Historia samotnej matki i jej nastoletniej córki, potrafi wciągnąć. Aczkolwiek wielkim plusem tego serialu, jest to, że nie angażuje widza w 100 %. Bardzo relaksuje i przyjemnie się go ogląda. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że serialowy tasiemiec i oglądanie go zajmuje wiele, wiele czasu. Odzwyczaiłam się od takich seriali, zdecydowanie wolę krótkie formy, coś co od początku ma wiadomy, rychły koniec. Jakoś lepiej mi się ogląda takie seriale. Ten jest uroczy, kojący, ale nieco za długi. Mimo wszystko warto, szczególnie w szalonych czasach.

Pracujące mamy. Uwielbiam te serial! I od kilku lat oglądam z przyjemnością. Od razu omówię sezony 4 i 5. Obejrzałam je hurtem, aczkolwiek ten ostatni to już z rozpędu. Ale nie dlatego, że był to dobry sezon. Ten poprzedni był dużo, dużo lepszy. W skrócie, dzieci naszych bohaterek rosną i sprawiają coraz więcej problemów. A dziewczynom coraz ciężej połączyć bycie mamą i idealną pracownicą, no i partnerką na piątkę z plusem. Do tego stara prawda małe dzieci mały kłopot, a duże dzieci to coraz więcej kłopotów. No cóż, sezon czwarty oglądałam z ogromną przyjemnością. Sezon 5 zaś obejrzałam, chyba tylko z sentymentu. Dzieje się już w czasach pandemii i może to spowodowało, że wyszedł jakiś taki nijaki. Lekko na siłę, dobrze, że poprzednie sezony były genialne, to ogólne wrażenie dalej jest wysokie.

Ścieżka dźwiękowa- Razorlight – Hostage Of Love

Filmowo

Kilka opinii filmowych, po weekendzie.

Zwyczajna miłość. Bardzo lubię takie obrazy. Piękna i wzruszająca historia o miłości. Uczucie zostaje wystawione na olbrzymią próbę, otóż małżonkowie muszą zmierzyć się z paskudną diagnozą, czyli nowotworem. Najpierw stracili córkę, teraz z podstępną chorobą walczy ona. A on w tej walce jej po prostu towarzyszy. Są trudne momenty, dla niej to wyczerpująca chemioterapia, utrata włosów, utrata kobiecości. Dla niego to czas wielkiej niepewności, smutku i bycia wsparciem. Nawet wtedy kiedy samemu bardzo chce się płakać z bezsilności. Ale łączy ich prawdziwa miłość i naprawdę piękne uczucie. Taka zwyczajna miłość. I ten film też jest taki zwyczajny, piękny, mimo całego zła, bije od niego spokój i pełnia miłości. To taki film, który wzrusza, a jednocześnie dodaje nadziei, że ta prawdziwa miłość po prostu istnieje. A całkiem gratis, świetna rola Liama Neesona.

Powiedzmy sobie wszystko. Gorzka, mocno gorzka rodzinna opowieść. Ale ze sporą dawką komedii. Czemu gorzko i jednocześnie komediowo? Mamy rodzinę, która spotyka się na pogrzebie ojca. Matka postanawia przez tydzień obchodzić pożegnanie głowy rodziny i „zamyka” czwórkę swoich dorosłych dzieci w jednym domu. To okazja by wszyscy mogli pobyć naprawdę razem, szczerze porozmawiać, przełamać dawne urazy i w małym mieście, w domu pełnym wspomnień, odkryć czego się chce od życia. Bardzo dobra obsada, z jeszcze ( wtedy) mało popularnym Adamem Driverem i fenomenalną Jane Fondą. Taki film na wspólny wieczór. Czas miło przy nim mija. Bo to taki film, który jednocześnie porusza i śmieszy. Wszystko w idealnych proporcjach. I chociaż film ma już 8 lat, to nic a nic się nie zestarzał, wciąż jest aktualny i świeży. A może po prostu ponadczasowy?

Jaki ojciec, taka córka. Ona zaraz ma ślub, a on wpada tam przypadkiem. Pan młody ucieka, ale jest wykupiona podróż poślubna, rejs. Szkoda więc tracić pieniądze, bach,płynie niedoszła panna młoda, a za nią podąża tatuś. Czy wakacje w jednej kajucie to dobry pomysł? Niekoniecznie, tak wydaje się z początku. Ale z każdą chwilą między ojcem a córką rośnie zaufanie i wzajemna chęć poznania siebie. Spędzają z sobą dużo czasu i nie tylko mogą przyjrzeć się swoim relacjom, ale i błędom jakie popełniają w życiu. Taki to film, niby nic odkrywczego, bo wszystko jakby dobrze znane i w zasadzie film jest osadzony mocno w konwencji- problemy , dużo problemów, wszystko się klaruje mocno powoli i mamy happy end. Ależ zaskoczenie! Ale czasem fajnie obejrzeć taki film. Szkoda, że w życiu te szczęśliwe zakończenia nie są takie oczywiste jak w filmach!

Ścieżka dźwiękowa-Kasabian – Goodbye Kiss

Minął miesiąc. Luty

I czas na podsumowanie lutego… Tego najdziwniejszego miesiąca. W zasadzie co bym nie napisała, to wszystko i tak przykryje wojna. Nie wiedziałam czy w podsumowaniu mam wspominać, że pogoda była niefajna, że dużo padało, że miałam egzaminy na uczelni, i cierpiałam na niedobór energii. To takie trywialne w obecnej sytuacji. Ale z drugiej strony życie toczy się dalej, i toczyło przed 24 lutego….

Może więc spróbuję.

Początek miesiąca to był czas sesji na uczelni. Jak już pewnie wiecie, było ciężko, bo w zasadzie wszystko zbiegło się w 5 dni. Z czego najtrudniejszy przedmiot zaczęłam chwilę przed egzaminem z niego! Biorąc po uwagę liczbę osób, które go nie zdały, moją trójkę, traktuję jak cenne trofeum. A wierzcie mi, ogarnąć nowy ład, to wielka sztuka. Z mojej strony wszystko zaliczone, a kolejne zajęcia dopiero w połowie tego miesiąca.

Luty to był czas marnej pogody i mojego nijakiego samopoczucia. Zasypiałam chwilę po 20, zapominałam o praktyce jogi. Ba, kilka razy z nadmiaru senności, nie chciało mi się wieczorem myć zębów. Nie rozpieszczała nas pogoda. W lutym rzadko kiedy można było zobaczyć słońce, za to wichury i deszcz, to stały krajobraz mojej okolicy. Było tego zdecydowanie zbyt dużo. Moje zatoki nie znoszą takiej pogody, każdy wiatr, oznacza huragan w mojej głowie. W zasadzie to nie pamiętam, aż tak wietrznego lutego. I tak ponurego. Widać, było to jakieś przygotowanie do końcówki miesiąca.

A ona jak każdy wie, była zła. Te ostatnie dni były spędzone z nosem przy TVN 24. Nawet kiedy wpadli do nas sąsiedzi, to rozmowa toczyła się o jednym, i w zasadzie była drobnym przerywnikiem przy oglądaniu kolejnych newsów. Do tego rozchorował mi się Fotograf, a chyba każdy potwierdzi, że chory mężczyzna w domu, to najgorsze co może spotkać jego żonę. Cierpi taki typ, ale nie, bohatersko omija podawane leki ( serio, znalazłam dwie tabletki na podłodze). Dobrze chociaż, że w tym całym szaleństwie koty są zdrowe, i w lutym ani razu nie wymagały wizyty u weterynarza. To jak na razie rekord w wykonaniu Franciszki. Były tylko dwa „wymiotowe” epizody, w tym jedno ukryte na parapecie, za zasłoną…. Frania jest rozkoszna, ale po wizycie przyjaciół, z dwójką małych dzieci, zaczęła nerwowo reagować na każdy dzwonek do drzwi. Ucieka pod łóżko i znika tam na kilka kwadransów. Maluchy były grzeczne, ale jak to dzieci, nieco głośne i biegające. W każdym razie Frania przestała tolerować obcych w domu. Stała się niesamowitą przytulaską, wróć ona się do mnie przykleiła. Nie mam szans zrobić w domu czegokolwiek, bez Franusiowej asysty. Śpi mi na głowie, kąpie się mną, gotuje, sprząta, czyta książki, i nawet o 3 w nocy ogląda relacje z Ukrainy. Kiedy wychodzę do pracy, żegna mnie ze wzrokiem pełnym żalu, a jak już wrócę, to muszę poświęcić jej cały czas. Mam nadzieję, że to epizod i Frania odda mi odrobinę niezależności. Chociaż w kuchni!

Generalnie wizyta w restauracji, czy też w kinie, czy tylko ja mam wrażenie, że to było w jakimś innym życiu, w jakimś innym świecie? Boję się, co będzie w następnym miesiącu, następnych dniach. Jedynie sił dodawała mi nasza solidarność i chęć pomocy. Ale ciągle mam w głowie pytanie- Jak będziemy wspominać marzec?

A teraz kilka kadrów z lutego.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – Shine On You Crazy Diamond

Łapać chwile…

[…] i staraj się żyć tak ja my wszyscy, a tak w ogóle to niedługo przyjdzie wiosna”.

Alice Munro

To jest dziwny czas i kolejny dziwny weekend. Chociaż bardzo się staram, moje myśli są ponure, a nadzieja zredukowana do minimum. Śpię z telefonem pod poduszką i tak, boję się kolejnych newsów….

Ten weekend miał być inny. Miałam bilety na koncert, na koncert Krzyśka Zalewskiego. Wyprzedany koncert z serii MTV Unplagged. Ale wiecie co? Nie poszłam. Nie miałam ochoty, nastroju, sił… Uznałam, że to nie jest, czego teraz potrzebuje moja dusza i ciało. Po prostu nie poszłam. Zostałam w domu, zaprosiłam brata z dziewczyną. Nakarmiłam młodzież, zabrałam na solidny spacer nad morze, dawno ich nie widziałam. Wolałam spędzić czas z nimi, w domowym zaciszu. W niedzielę wybrałam spacer po Parku Oliwskim. Kilka przebiśniegów, radosne dzieciaki, takie nieświadome i niewinne. Napar rozmarynowy w przytulnej kawiarence. Kilka chwil spokojnej rozmowy, z daleka od informacji.

Niby nic, niby zwykłe chwile. A jakże niezwykłe. Jakże cenne….

A dziś w Dzień Kobiet, bardzo bym chciała, by każda kobieta , każda dziewczynka, mogła żyć w spokojnym świecie i realizować wszystkie swoje marzenia….

Ścieżka dźwiękowa- Liz Longley – Rescue My Heart