Czorsztyn i okolice

Ciąg dalszy majówkowej relacji. W końcu znalazłam odrobinkę wolnego czasu, jednak pogoda kusi i spaceruję ile wlezie. Albo grzebię w ogródkowej ziemi.

Bazą naszej wycieczki był Czorsztyn. W zasadzie pierwszą bazą miała być Niedzica, ale okazało się, że pensjonat akceptuje psy pokojowe, ale nie akceptuje kotów. Dlatego musieliśmy zmienić nasze miejsce docelowe. Padło na Willę Jordanówkę, która okazała się być miejscem sympatycznym i dla kota, i dla nas. Z okien naszego pokoju ( na poddaszu) widzieliśmy Jezioro Czorsztyńskie i góry. Nie muszę Wam mówić, że parapet był ulubionym miejscem Franki, spędzała tam pół dnia, racząc się widoczkiem. Mi też wyjątkowo on pasował! A wystarczyło wyjść przed pensjonat, by zobaczyć ośnieżone Tatry. Coś bajkowego!

Czorsztyn jest rajem dla rowerzystów, następnym razem z pewnością wypożyczę rower i udam się na wycieczkę. Ścieżka rowerowa niemal okala jezioro i można kilometrami pedałować między zamkami. Dla tych co wolą spacery, jest również ścieżka spacerowa, ja korzystałam właśnie z niej, bo po tych wszystkich atrakcjach w ciągu dnia, nie miałam już siły na pedałowanie, a na spokojny spacer. Natura robi wrażenie. Aczkolwiek należy pamiętać, że ten piękny teren został brutalnie zdegradowany, właśnie podczas budowy tamy i zalewu czorsztyńskiego. Całe wsie zostały zalane, a wraz z nimi unikalna roślinność i krajobraz.

Odratowane budynki, znajdują się dziś w Kluszkowcach- w zasadzie jest to Czorsztyn i tworzą Szlak architektury drewnianej. Są to dawne wille i karczmy. Jeszcze kilka lat wstecz, obiekty były czynne i przyjmowały gości. Była tam prężnie działająca restauracja. Dziś wszystko jest opuszczone i tworzy scenografię do westernów. Naprawdę, można tam nakręcić film, rodem z Dzikiego Zachodu. Budynki są drewniane, z murowanymi piwniczkami. Pięknie i bogato zdobione, powstały na przełomie XIX i XX wieku. Cudowne tarasy, balustrady, rzeźbienia okien, wszystko w stylu zakopiańskim i szwajcarskim. Aż żal patrzeć na to, że zaczynają niszczeć. Wielka szkoda, mam nadzieję, że ktoś o to zadba i ponownie udostępni zwiedzającym. Ja w tych willach i domach, widzę ogrom historii i taki sam ogromny potencjał.

Czas na zamek! W Czorsztynie mamy ruiny zamku, bardzo dobrze zachowane i pielęgnowane. Warto je odwiedzić nie tylko ze względu na wartość historyczną, ale i na widoki, które rozpościerają się z samego zamku. A te robią wrażenie! Nie wiem jak Wy, ale kiedy zwiedzam mury pochodzące z XIV wieku, odczuwam prawdziwy zachwyt. Sama historia zamku jest bardzo burzliwa, i te burzliwe losy zaznaczyły się, poprzez obecny wygląd zamku. Na szczęście ktoś w porę się obudził, i powstrzymał dalszą dewastację tego miejsca. Bilety są śmiesznie tanie, razem z dwugodzinnym parkingiem, za osobę zapłacicie 8 złotych, które idą na dalsze prace na terenie zamku. W środku jest kilka ciekawych wystaw, dowiecie się wszystkiego o powstaniu Zalewu Czorsztyńskiego, będziecie podziwiać kolekcję rysunków zamku, niektóre reprodukcje pochodzą z XVIII wieku, można skonfrontować przeszły i obecny wygląd zamku i całego otoczenia. Myślę,że zwiedzanie tego zamku, oraz oczywiście okolic, jest wspaniałą, żywą lekcją historii, dla mniejszych i tych całkiem dużych.

Dużą atrakcją będzie przeprawa jeziorem między zamkami. Ja już płynęłam kilka lat temu, więc teraz sobie to darowałam, ale polecam każdemu. Uroczy będzie też spacer po zaporze, gdzie czekają nas kolejne piękne widoki.

Czorsztyn oferuje naprawdę wiele i dla każdego. Jest cicho i spokojnie. To wymarzone miejsce dla rodzin, amatorów spacerów i rowerowych wypadów. A także tych, którzy szukają idealnej bazy wypadowej na bliższe i dalsze wycieczki po okolicy. W okolicy działa kilka pensjonatów, ale prym wiodą apartamenty na wynajem. Jest jedna fajna restauracja, kilka punktów z lodami, czy burgerami. Jest również najprawdziwsza bacówka, gdzie polecam kupić cudowne owcze sery!

Ja coś czuję, że wrócę w to miejsce!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Poison Heart

Zdobywca Sokolicy

Jak już wiecie, majówkę spędzałam w Pieninach. W ich pięknie zakochałam się kilka lat temu. Wystarczyło mi zaledwie kilka godzin by się w nich zakochać w pełni. I wiedziałam, że wrócę. I jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Wróciłam i spędziłam tam pięć dni. Moją relację zacznę od górskiej wędrówki na Sokolicę.

Kiedy przygotowywałam się do naszej podróży, planowałam wdrapanie się na Trzy Korony. Taki był plan. Ale, ale. Będąc już na miejscu, przeczytałam, że polecane jest zdobycie Sokolicy. Bo ze Szczawnicy prowadzi łagodna ścieżka, i każdy sobie z nią poradzi. A dodatkowo, widoki z Sokolicy naprawdę zapierają dech. Wiecie, mnie długo nie trzeba było namawiać. Łatwa ścieżka- godzina w jedną stronę, piękne widoki, zmieniłam więc plany. Trzy Korony musiały poczekać, wybrałam Sokolicę. Żeby nie było, wysokość Sokolicy to 747 metrów, Trzy Korony 982 metry. Sokolica jest więc nieco mniejsza, ale z pewnością jest idealna na pierwszą górską wędrówkę w sezonie.

Zjedliśmy solidne śniadanko, Lena w naszym pensjonacie, gotowała wyśmienicie. Jej racuszki skradły moje serce. Były dużo lepsze niż moje, ba, nawet moja babcia nie potrafiła zrobić tak lekkich i smakowitych racuchów, a była mistrzynią w ich smażeniu. Najadłam się jajecznicy i racuchów z dżemem. Mogłam zdobywać szczyty. Do plecaczka spakowałam wodę, suszone jabłka i batoniki orzechowe. W nawigację wpisaliśmy, no dobra, Fotograf wpisał- Parking pod Sokolicą. Pojechaliśmy, jakieś 12 minut od naszej czorsztyńskiej bazy. Wycieczki czas start! Owszem, lekko się zdziwiłam kiedy parkingowy zapytał się – idziecie na Trzy Korony? Skinęłam głową, ale w sumie, być może wyglądam jak zdobywca Trzech Koron. Mam odpowiednie buty, kurtkę, plecaczek. Widać, na pierwszy rzut oka, moja kondycja jest rewelacyjna. Idziemy!

Po jakichś 500 metrach zastanawiam się kto napisał, że ten szlak jest taki płaski i przyjemny. Idę prawie stromym wzniesieniem. Trochę też mnie dziwiło, że z nami praktycznie nikt nie idzie. Jak na bardzo popularną ścieżkę, było to co najmniej lekko zadziwiające. Czas płynie, a ścieżka ani myśli robić się płaska i przyjemna. Im dalej w las tym gorzej. Desperacja ma sięgnęła tego poziomu, że sięgnęłam po dwa patyki/gałązki, które robiły za kijki podejściowe. Fotograf się śmiał, ale 5 minut później zrobił to samo. Ścieżka była nie tyle kamienista, co po prostu skalna. Szliśmy po wąskiej skalnej ścieżce, ja i mój lęk wysokości! W końcu pojawił się znak, prosto na Trzy Korony, w bok na Sokolicę. W teorii 45 minut, ale jak to! Droga miała trwać godzinę, my idziemy już 45 minut. Nic mi się nie zgadza, ludzi nie ma, ścieżka nie jest łatwa, i ten czas….

Po 15 minutach trudnego marszu, po skalnych kamieniach, raz w dół, raz w górę, mijamy kolejny znak- Sokolica, ścieżka eksponowana 45 minut. Nie wiem kto to pisał, ale w tym Pienińskim Parku Narodowym, mają problemy z liczeniem, czasem i odległościami. Dalej idziemy praktycznie pustą ścieżką, pogoda piękna, a mi nogi ogłaszają strajk, niczym Bunt na Bounty. No cóż, ostre podejście i proszę bardzo, zdobywamy Czertezik, 772 metrowy szczyt. Zaczynam się zastanawiać, czy nie poprzestać na owym Czerteziku. Widoki, owszem piękne, ale jednak całą sobą czuję, że składam się jedynie z bolących łydek. Podjęta decyzja, idziemy dalej.

I dojście na Sokolicę okazało się wielkim wyzwaniem, ścieżka była naprawdę trudna, i zdradliwa. Nie chciałabym nią iść w jesienny, mokry czas. W każdym razie, w końcu doszliśmy do rozwidlenia, a tam proszę, tłumy w trampkach! Wszyscy szli łagodną i miłą dla ciała ścieżką. Aby wejść na szczyt należy kupić bilet -cena to osiem złotych, uprawnia on do wejścia również na Trzy Korony, jeżeli komuś mało podejść. Miła pani potwierdziła moje obawy- od strony Szczawnicy, jest łagodna, rodzinna wręcz ścieżka dojścia. Szybki rzut oka na mapę, my zaparkowaliśmy w Krościenku. Stąd nasza pomyłka i eksponowana-skalna ścieżka. No cóż, idziemy na szczyt. Szczyt mały i wąski, widoki piękne, ale ludzi tłum. Większość robi sobie piknik, zajada kanapki, i nie baczy na to, że tam jest naprawdę wąziutko. My napawamy się widokiem i dumą z samych siebie. Tak, jest pięknie, widać magię Pienin, widać zaśnieżone Tatry, cały przełom Dunajca. Po wejściu na szczyt ogarnia mnie radość i pewna błogość. Z tej radości kupiłam sobie dyplom zdobywcy Sokolicy! A co tam, jestem z siebie dumna.

Ta błogość i duma, co prawda szybko znika, kiedy okazuje się, że musimy wracać tą samą drogą. Po prostu nie opłaca się iść do Szczawnicy i maszerować z dwie godziny po auto. Wracało się nieco lepiej, aczkolwiek nie zawsze było z górki, duża część jest pod górkę, i są to strome, kamienne podejścia. Nie wiem czy to zasługa endorfin po zdobyciu szczytu, czy to efekt zjedzenia orzechowego batonika, ale szło mi się nieco lepiej. Tak dobrze, że powrót na parking oznaczał pokonanie trasy o 35 minut szybciej niż zakładałam.

Moje wrażenia? Droga była wymagająca, z pewnością nie jest to rodzinna trasa. Ale za to takich widoków, nie ma idąc ścieżką szczawnicką. Przy okazji zdobywa się też Czertezik, i zdobywa się go, w totalnej samotności. To z pewnością dobry szlak, dla tych, co lubią ciszę, spokój, widoki i odrobinę zmęczenia. Tych zapraszamy do Krościenka, wszystkich innych prosimy do Szczawnicy. Ja jestem zadowolona z naszej pomyłki! Była to naprawdę piękna pomyłka. Zresztą, zobaczcie sami.

Ścieżka dźwiękowa- Bang Gang – My Special One

Tegoroczne plany podróżnicze

O czym dziś chcę porozmawiać? Ano o wakacjach i miejscach, które chciałabym zobaczyć. Czyli o wakacyjnych planach i marzeniach. W końcu majówka zaczyna sezon wycieczkowy!

I u mnie ten sezon już się zaczyna. No dobrze, miał się zacząć nieco szybciej, ale pech chciał, że zostałam w domu. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Co to to nie!

Gdzie zaczynam sezon wyjazdowy? Na drugim końcu Polski, prawie rok temu ustaliliśmy, że majówkę spędzamy w górach, padło na Pieniny, które widziałam bardzo krótko, w zasadzie miałam na nie ledwie kilka godzin. Teraz będę tam całe pięć dni, więc mam nadzieję poznać te piękne góry nieco lepiej. Wybrałam pensjonat nad samym jeziorem, nieopodal zamku i ledwie moment od Trzech Koron. Lepiej być nie mogło. Pokochałam góry. Oczywiście w moim sercu rządzi morze, ale uwielbiam wyjeżdżać w góry i podziwiać ich monumentalność i dostojność. Mam wrażenie, że tam naprawdę odpoczywam i ładuję baterie. Chociaż po wędrówkach, bywam bardzo zmęczona, to jest to naprawdę pozytywne zmęczenie.

Przez letnie miesiące zamierzam eksplorować okolicę, może odkryję jakąś fajną, zaciszną plażę? W zeszłym roku lato minęło mi na ślubnych przygotowaniach. W tym roku zamierzam nieco bardziej korzystać z pogodnych dni. Będą to niestety jednodniowe wycieczki, ale i tak dadzą mi dużo radości. Już to wiem.

Na lipiec planuję odwiedzić, kolejny już raz, rodzinne strony Fotografa. Już zapowiedziałam, że muszę dokładniej poznać Lublin. I nie zadowoli mnie krótka wycieczka, co to, to nie! Oczywiście nie odpuszczę sobie wielu spacerów po urokliwym Zamościu. W to lato, odpadnie wręczanie ślubnych zaproszeń, będzie więc zdecydowanie więcej czasu na zwiedzanie, odpoczynek i cieszenie się piękną okolicą.

Wrzesień to kolejny wyjazd, zaklepany i zarezerwowany. Na co padło? Bez zaskoczeń, znowu góry. Tym razem bardzo nieoczywisty kierunek, bo Góry Sowie. W planie zwiedzaniu Zamku Książ, górskie spacery i wypad do Czech, by bliżej poznać Skalne Miasta. Z pewnością będzie intensywnie, ale i kojąco. Bo tak właśnie działają na mnie góry. A jako, że będzie to już po sezonie, powinno obyć się bez tłumów.

Na listopadową szarugę planujemy mały wypad, taki zwane city break. Koniecznie w słoneczne miejsce, niezbyt długi będzie to wypad, 3-4 dni. Ale idealne by poznać dla przykładu Włochy. Ja właśnie w te Włochy celuję, marzy mi się Wenecja. Ale i do Grecji bym mogła wyskoczyć. Ważne, żeby choć na moment odciąć się od listopadowej szarugi i naładować baterie na długą zimę. Z doświadczenia ostatnich dwóch lat, wynika, że wiosna przychodzi dopiero w maju, więc taki wypad, będzie idealny by pozwiedzać w spokoju, ale i złapać kilka promieni słońca.

A jak Wasze plany podróżnicze na ten rok?

Ścieżka dźwiękowa- Kings Of Leon – Rememo 

Minął miesiąc. Marzec.

I marzec za nami. Czyli koniec zimy, witaj wiosno.

Marzec nie zaczął się w dobrych nastrojach. Wiadomo, wojna, duże emocje. Ale po dłuższym załamaniu, chyba w końcu wyszłam na prostą. Duży w tym udział miała pogoda, która zrobiła się słoneczna i cudownie wiosenna. Dostałam zastrzyk energii, endorfin i sił. Tego było mi trzeba. W końcu sobie uświadomiłam, że nie zbawię całego świata, nie wygram wojny w pojedynkę, a żeby pomagać innym, muszę mieć w sobie siłę i spokój. Inaczej zwariuję. Także zmiana na plus.

Marzec pozwolił mi na małe wycieczki, byłam w Jastrzębiej Górze i Ciechocinku. Niby ten drugi wyjazd, to była asysta rodzicom, ale udało się pospacerować, zjeść dobry obiad i wpaść na pyszną różaną herbatę. Wzmocniły mnie te chwile i to mocno. Codziennie zresztą solidnie spacerowałam, w lutym moja średnia dzienna kroków to 8 tysięcy, w marcu już 11 tysięcy, to mówi samo za siebie. Może moje spacery nie były w jakichś spektakularnych okolicznościach przyrody, ale za to były bardzo regularne. Pilnowałam też regularnej praktyki jogi i medytacji. Koniec z labą!

Marzec to czas wiosennych zakupów. Nieco odświeżyłam swoją szafę. Udało mi się kupić wiosenny płaszczyk. Bardzo to trudna sztuka, kiedy w świecie mody rządzi oversize,a ty bardzo źle w tym wyglądasz. W każdym razie musiałam dwa odesłać i dopiero ten trzeci zaakceptowałam. Bardzo długo szukałam również wiosennych botków. Czyli te buty, które nosimy między kozakami, a trampkami. W marcu, w sklepach rządzi pełnia lata i bardzo ciężko szło mi szukanie botków. W poprzednich, ukochanych czteroletnich, zrobiła się solidna dziura. Ostatecznie botki kupiłam, ale po pierwszym, solidnym spacerze-13 tysięcy kroków, skończyłam z 4 plastrami na palcach. Biorąc pod uwagę ich cenę, jestem solidnie zawiedziona. Zdecydowałam się również na cygaretki i to dwie pary. Chciałam wprowadzić nieco koloru do mojej szafy, skończyło się na ciemniej zieleni i beżu. Szaleństwo! I uwaga, kiedy przygotowałam się na wiosnę, wróciła zima!

Jako, że dawno nie widzieliśmy weterynarza, Fifi postanowił nadrobić braki i odwiedzić pana doktora. Rana na jego łapce była naprawdę solidna, wystraszyłam się okropnie. Ale na miejscu okazało się, że nie jest tak źle. Poza portfelem, który odczuł 3 dni zastrzyków z antybiotyku.

Rozwijam się ogrodowo. Zasadziłam moje pierwsze w życiu drzewko! Ma być z niego najdłużej kwitnące drzewko na świecie, całe cztery miesiące różowych kwiatków. Na razie jest metrowy „patyk”. Zajęłam się lawendą i hortensjami. Stworzyłam kwiatową kompozycję na schodki do ogródka. I żałuję, że po wiośnie zostało wspomnienie i mamy wiosenne przymrozki i śnieg! A ja już planowałam posadzenie niedźwiedzich traw. W każdym razie dzielnie suszę cebule hiacyntowe, za rok wiosna mnie nie zaskoczy.

Zrobiliśmy mały remont w salonie. Co prawda wciąż czekam na półkę w sypialni -bije 8 miesiąc czekania, tyle samo czekam na listwy podłogowe, ale za to zmieniliśmy szafę w salonie. W zasadzie skończyło się na frontach, które połączyły się kolorem z kuchnią. Może w kwietniu doczekam się półek? Drewno jest, ponoć potrzeba ciepła, by je oszlifować na podwórku…

W marcu chętnie gotowałam i w zasadzie pochwalę się, co piekłam ciasto, to było lepsze niż poprzednie. Także tego, mój piekarnik jest cudowny i nigdy mnie nie zawodzi. No, może też tam trochę zasługa mojego talentu?

Udało nam się w końcu spotkać z przyjaciółmi. W końcu! Samo spotkanie było cudowne, aż żal patrzeć, jak ten czas szybko leci, i 7 letnia Zuzia uczyła mnie podstaw kodowania! Weszliśmy za dnia, wyszliśmy praktycznie dnia następnego. Co prawda nastrój po spotkaniu lekko się obniżył, gdy dzień po dostałam informację, że u młodego pojawiła się jelitówka. Czekałam w napięciu kiedy nas dopadnie, ale nie dopadło. Ani nas, ani nikogo od przyjaciół, poza najmłodszym członkiem rodzinki. Uff, odetchnęłam z ulgą.

Poza kilkoma chwilami marzec był naprawdę udany. I zawodowo i prywatnie. Szkoda, że to nie jest ten czas, gdy możemy powiedzieć, że wojna u sąsiada jest wspomnieniem. Może w kwietniu? Modlę się o to!

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Wasted

Kogo podglądam w sieci?….

Dziś powiem Wam do kogo regularnie zaglądam, i bez kogo nie wyobrażam sobie dnia. Jakoś tak wyszło, że do autorów tych blogów czuję dużą sympatię i czerpię od nich wiele, wiele inspiracji! Oczywiście do Was zaglądam również z wielką przyjemnością, i stale polecam Wasze blogi 🙂

Najdłużej zaglądam do…. Kasi Tusk. Uwielbiam ją i jej blog, który jest połączeniem mody, urody i stylu życia. Czuję jakąś dziwną więź z Kasią, może to przez to, że mieszkamy w Trójmieście i jesteśmy praktycznie w tym samym wieku? Ale odczuwam dużą przyjemność zaglądając na jej blog. Uwielbiam dowiadywać się co w modzie piszczy ( chociaż i tak wierna jestem klasyce). Lubię jej styl życia, taki skupiony na rodzinie i celebrowaniu codzienności. To naprawdę miejsce, gdzie mając zły humor, szybko go tracę i na chwilę przenoszę się w milszy świat.

https://makelifeeasier.pl/

Jak już zaglądam do Kasi, to od razu wpadam do Zosi, czyli do Make Cooking Easier. Uwielbiam jej stylistykę zdjęć, cudowne przepisy i ciepło jakie bije od Zosi. Zosia uwielbia gotowanie i swoich czytelników, chętnie odpowiada na pytania i podpowiada co zrobić by wszystko wyszło idealnie. Często korzystam z jej przepisów i nigdy, ale to nigdy się nie zawiodłam. Szczególnie u Zosi podoba mi się to, że jest taka „swojska”. Może to dlatego, że mieszka rzut beretem ode mnie. I chociaż jej nie znam, to szczerze lubię!

http://www.makecookingeasier.pl/

Polska po godzinach. Podróże, te małe i nieco większe, to coś co uwielbiam. I  żałuję,że nie mam tyle wolnego czasu, by co weekend gdzieś ruszyć. Kiedy więc nigdzie nie wyjeżdżam, szukam nowych inspiracji na wycieczki na tym właśnie blogu. Nawet nie przypuszczacie, ile miejsc poznałam dzięki temu blogowi! Polecam, jeżeli lubicie ruszać się z domu i poznawać nasz kraj. Ale nie tylko. Po godzinach, poznacie wiele zakątków świata!

Jak już wiecie, od jakiegoś czasu kocham swój ogródek. I staram się by był najpiękniejszym ogródkiem w mojej gminie. No dobrze jeszcze mi do tego daleko, ale ostatnie dwa piątkowe popołudnia spędziłam w kwiatowej szkółce, powiększając zasób swoich ogrodowych roślin. Dużo inspiracji, nie tylko do ogrodu, ale i na balkon, czy taras, znajdziecie na bardzo przyjaznym czytelnikom blogu Leniwa Niedziela. Nawet jeżeli jeszcze nie jesteście maniakami roślinności, to szybko się staniecie. Gwarantuję to Wam!

http://www.leniwaniedziela.pl/

Jak już wiecie, nie grzeszę nadmiarem zdrowia. Dużo czasu spędzam w aptece, próbując jakoś wzmocnić odporność, walcząc z różnymi alergiami, z zatokami i niezbyt współpracującym żołądkiem. Kiedyś kupowałam dużo suplementów, zupełnie bez potrzeby. Uświadomił to nie lekarz- bo oni sami wypisywali mi dużo, dużo magicznych suplementów Ale właśnie Pan Tabletka, kompendium wiedzy o lekach i suplementach wszelakich. Dzięki niemu oszczędziłam dużo pieniędzy, ograniczyłam apteczkę i nie daję się nabrać na reklamowe triki. Polecam tę stronę każdemu!

Ścieżka dźwiękowa- Editors- An end has a start

Moja grzeszna przyjemność

Ostatni czas jest ciężki i trudny. Dlatego też dla oddechu, podzielę się z Wami moją mroczną tajemnicą..

Dobrze, przyznaję się Wam do czegoś. Proszę się nie śmiać, naprawdę, każdy ma bowiem jakieś małe grzeszne przyjemności, którym się oddaje w domowym zaciszu, dla przykładu. Bo ktoś może niekoniecznie w domu? Ja w domowym zaciszu, kiedy świat nie widzi, oglądam maniakalnie programy o szukaniu miłości. Rolnik co szuka żony, czy Ślub od pierwszego wejrzenia, nie mają dla mnie tajemnic. Ba, jak mam przerwę, bo czekam na nową serię, to oglądam wersje zagraniczne. Obecnie oglądam wersję Ślubu z Australii, oraz zaczynam nową rodzimą serię. Wystarczy, że Fotograf ogląda mecz, albo obrabia zdjęcia. A ja już włączam i oglądam jak maniaczka. Ba, wkręciłam w to całe szaleństwo Fotografa!

Teraz oglądamy razem, omawiamy, które pary mają szanse na związek, a które nie. Oceniamy, komentujemy i analizujemy, jakby od tego zależała przyszłość świata. Mogłam co najmniej napisać rozprawę doktorską o tym, kto, po co i dlaczego. Tak wiem, to wyjątkowo głupie, ale w ostatnim czasie wyjątkowo potrzebuję odskoczni i zajęcia głowy czymś tak głupim i banalnym, jak śluby w ciemno. Może i banalne, ale jakie to inspirujące i ciekawe. Ile sukien ślubnych do ocenienia, ile kandydatów na męża do obgadania! Ileż to emocji w każdym odcinku, ile to zakładów – temu się uda, ten jest okropny, a ta zasługuje na kogoś lepszego. Ja naprawdę mogę obejrzeć kilka odcinków pod rząd i nie jest mi za dużo.

W tym chaosie dnia codziennego, odcięcie się i oglądania programów o marzeniach rodem z bajek, jest dla mnie niezwykle kojące. I to taka moja grzeszna przyjemność…

A co jest Waszą grzeszną przyjemnością?

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Precious

Subiektywny prezentownik

Dziś będzie o prezentach. O tym co warto w tym roku położyć bliskim pod choinkę. Oczywiście prezentownik jest wyjątkowo nieobiektywny i oparty na moich osobistych zachwyceniach! Wybrałam rzeczy, które sama chętnie bym dostała. Coś, co nie jest standardową parą skarpet, piżamą czy szalikiem. Mam nadzieję,że znajdziecie tutaj porcję inspiracji last minute!

Zacznę od czegoś typowo kobiecego. Od pięknej, ręcznie robionej biżuterii. Ale w zupełnie niezimowym klimacie. Będzie radośnie, zielono i wiosennie. To taki prezent, który wywoła uśmiech, i przypomni, że niebawem znów będzie wiosna i długie spacery w majowe wieczory. Uwielbiam buszować na Pakamerze, ten wisiorek wpadł mi w oko i wywołał szczery zachwyt. Idealny dla mamy, babci, siostry, przyjaciółki!

naszyjniki - wisiory-Naszyjnik Zieleń z Puszkiem
Naszyjnik

O ile pierwszy prezent był typowo damski, to teraz coś bardziej uniwersalnego. Pyszny miodek i aromatyczna herbata. Zestaw dla każdego, dość bezpieczny, ale z pewnością wywoła uśmiech na wielu twarzach. Nie wiem jak Wy, ale jestem herbaciarą i maniaczką miodku, więc taki prezent, to po prostu cud i miód. Z pewnością skradnie serce przyjaciół, rodziców, dziadków, albo rodzeństwa.

swieta-2021-1080x1080-zestaw-kawa-z-herbata.jpg

Miodo-herbata

Wracamy do damskich klimatów, coś nowego, naturalne perfumy w wosku pszczelim. Dla mnie to nowość, która robi wrażenie! Takie perfumy mają naturalne zapachy, są robione przez małą firmę i na pewno sprawią wiele radości. Ze wszystkich propozycji mi najbardziej do gustu przypadł zapach frezji, jaśminu, pomarańczy i bursztynu. Czy i Wy już czujecie wiosnę? Dodatkowo cena za to cudo, nie jest wygórowana, bo to tylko 45,90 zł, więc jest to prezent budżetowy. Świetny dla żony, córki, mamy czy super siostry.

perfumy w wosku pszczelim LŚNIENIE

perfumy w wosku

Kocham świece zapachowe. Wybieram te robione przez małe, najczęściej rodzinne firmy. Omijam sieciowe zapachy i masowe produkcje. Dziki Las to gwarancja jakości, świetnego zapachu i długiej przyjemności użytkowania. Dodatkowo te piękne opakowania aż się proszą o drugie życie! Można wykorzystać je w kuchni, czy jako pojemnik do przechowywania biżuterii. To świetny prezent dla rodziców, teściów, przyjaciół. Ekologiczna świeca o świątecznym zapachu pierniczków, każdego wprowadzi w świetny nastrój.

świeca zapachowa

Kolejny uniwersalny zestaw na prezent. Coś dla męża, brata, albo siostry. Dla każdego kto sporo czasu spędza poza domem i jada w pracy posiłki. Ten uroczy zestaw uprzyjemni każdy lunch! Pomieści smoothie, jogurt, albo zupę! I oczywiście kanapki, kotleciki czy sałatki. Uroczy design i uniwersalny kolor, sprawią, że ten zestaw zaczaruje każdy poranek! No ja nie mogłabym się doczekać, by włożyć tam porcję pyszności i powędrować do pracy.

Lässig - LUNCHBOX & BOTTLE ADVENTURE UNISEX - Bidon - grey

lunchbox

Ścieżka dźwiękowa- Nirvana – The Man Who Sold The World

Zachciało się remontu!

Remonty lubię. To znaczy uwielbiam moment planowania, wybierania, aranżowania i projektowania. Lubię zakupy i latanie po sklepach. Lubię debatować i zbierać sprzęty. Lubię efekt. Nie lubię momentu prac, nie lubię bałaganu, kurzu i chaosu. Nie lubię wiercenia ( szczególnie kiedy jestem w domu i muszę tego słuchać). Nie znoszę sprzątania po remoncie! Najchętniej to weszłabym do domu jak z telewizyjnego show, że jest pięknie, że jest czysto, jakby jeszcze wszystko poukładali mi w szafach i zaparzyli herbatkę,wsadzili na stopy kapcie i kazali podziwiać efekt, byłabym w szóstym niebie! Ale nie ma lekko! Kiedy człowiek zdecyduje się na remont, musi przejść wszystkie jego etapy. Od radosnego projektu, do męczącego ścierania kurzu i słuchania wiercenia. A potem do niemożności używania kuchni przez cały tydzień! Przyznam się, przez tydzień nie miałam bieżącej wody w kuchni. To naprawdę wielkie, ale to wielkie udogodnienie, za które trzeba dziękować. Bieżąca woda w kuchni- każdego dnia jestem za to wdzięczna!

Niesamowite jak bardzo zmienia się gust. Niedawno uwielbiam białe kuchnie na wysoki połysk. Teraz od początku wiedziałam jedno- ma być drewno, szarości i maty. Żadnego połysku, żadnej bieli. Ma być przytulnie i domowo, a nie sterylnie. Stąd drewno, które niesamowicie ociepla wnętrze. Ale powiem Wam, urządzanie kuchni, połączonej z salonem., jest naprawdę trudne. Trzeba połączyć różne funkcje w jedną całość.

W dzisiejszych czasach remont to wyzwanie. Terminy są niesamowicie odległe, a ceny rosną z dnia na dzień. Ustalamy coś dziś, a przy montażu okazuje się, ze cena jest nieaktualna. Niby wybór wielki, wszystkiego od groma, a tak naprawdę trzeba czekać i czekać. I tak czekasz na zlew czy na okap. Najgorzej jak sobie coś wymyślisz, wybierzesz i nie widzisz opcji zmiany. Czyli czekasz. Akurat ja za czekaniem nie przepadam, ale cóż, musiałam. I tak miałam farta, że nie czekałam jak teściowie, 8 miesięcy na wannę!

Remont dotyczył kuchni. Solidny, wymiana mebli i większości sprzętów. W tej obecnej niewiele mi się podobało. Zamieniłam się więc w projektantkę i bach, remontowałam. To projektowanie jest super, takie rysowanie na czysto, bawienie się kolorami, wybieraniem detali. Debatowaniem jaki kolor uchwycików połączy szarość i drewno, no i jaki kształt? Eh, tyle tego. Szukanie idealnego czegoś na przestrzeń pomiędzy blatem a szafką. Marzył mi się naturalny kamień, ale cena przyprawiała o zawrót głowy. A skoro wiem, że to nie jest moje docelowe mieszkanie, to nie chciałam wydawać niesamowitej ilości pieniędzy. Z drugiej strony nie chciałam iść w półśrodki i wybrać byle co. Wybrałam więc idealne płytki, które dzięki swojemu rozmiarowi dają wrażenie prawdziwego kamienia. Oczywiście z daleka. Dzięki temu, że są matowe idealnie wpasowały się w nowoczesne wnętrze. Bardzo się cieszę, że nie wybrałam zwykłych kafelek, a taki gres, który całkowicie odmienił moją kuchnię i sprawił, że jest piękniejsza niż w marzeniach i skromnych projektach. Wiecie jaka byłam z siebie dumna? W ogóle to cały czas jestem z siebie dumna! Uwielbiam gotować w mojej kuchni, tudzież w aneksie. Warto było się pomęczyć. Teraz czekają mnie trzy miesiące przerwy od remontów. Późną zimą planuję wymianę garderoby salonowej. Na samą myśl, że muszę z niej wyjąć wszystko ogarnia mnie dreszcz, i nie jest to miły dreszcz! A do lutego muszę zaprojektować jej wnętrze. To będzie dużo gorsze niż planowanie kuchni…

A po drodze listwy przypodłogowe, brakujące półki w łazience i lamele na ścianie z telewizorem…. Dobra, odwołuję ten stan przerwy!

Zapraszam na kawę do mojej kuchni!

Ścieżka dźwiękowa- Maanam & Nosowska – Sie Ściemnia

Górski postój

Wracanie z Pragi podzieliliśmy na dwa etapy. Postój zrobiliśmy moment przed Jelenią Górą w przepięknym miejscu, ale zanim do niego trafiliśmy, był postój w Szklarskiej Porębie. Postój którego solidnie żałowałam!

To był całkiem ładny dzień. Tak się zapowiadał i tak prognozowano. Dlatego też celem tego dnia, było odwiedzenie Wodospadu Szklarka. Zgodnie z tym co wyczytałam od parkingu, do wodospadu jest jakieś 5 minut dość wolnego spaceru. Super. Owszem, lekko niebo spochmurniało, ale w pogodzie nie było deszczu. Szukamy miejsca do parkowania i fakt, parking stoi, znak na wodospad stoi, ale miejsca nie ma. Ale co to dla nas, skoro jednego dnia w Pradze zrobiłam 30 tysięcy kroków, to i tutaj się przejdę. Po prostu zaparkujemy w centrum. W tymże centrum zrobiliśmy postój, kupiłam frytki i serek góralski, no i wodę mineralną. Zgodnie ze słowami pani z budki z frytkami, wodospad będzie za 35 minut. Kiedy tylko weszliśmy do lasu zaczęło kropić, ale fan aplikacji pogodowych uspokajał, że to minie za 3 minuty. 10 minut później lało, a my byliśmy w środku drogi nad wodospad. Nie dość, że lało, to ja miałam trampki! Parasol na dwójkę na niewiele się zdał. Byłam mokra, wściekła i szczerze? Jak już zobaczyłam ten wodospad to myślę sobie- serio? Tyle hałasu o nic! Wodospad jak wodospad. No dobra, był z pewnością uroczy i ciekawy, ale w spokojną pogodę. A nie kiedy w trampkach masz ocean! Bardziej niż wodospad , ucieszył mnie widok malutkiego schroniska, oznaczało to bowiem, że ucieknę przed ulewą i wypiję coś ciepłego. W środku był tłok, ale dostałam góralską herbatkę. Nie wiem co to było w środku, ale rozgrzewało niesamowicie! Szkoda tylko, że pomimo czekania w środku, niemal 40 minut, deszcz nie zelżał ani na sekundę…

No cóż, decyzja była tylko jedna, idziemy. Od schroniska do parkingu było 6 minut spaceru. Kilka kramów, daszki, odetchnęłam, zaraz zamawiam taksówkę, która zawiezie mnie do auta. I wiecie co? Nigdy, ale to nigdy nie spotkałam się z czymś takim. Do auta było z 3 kilometry. Gdyby kierowca powiedział mi, że podwózkę zrobi za 100 złotych, byłabym w siódmym niebie. Marzyłam by schować się przed deszczem i czym prędzej być u celu. Ale tego się nie spodziewałam. Pan odebrał, zapytał gdzie ma podjechać i już widziałam się w jego aucie, gdy powiedział- a ile osób będzie jechać? Mówię, że dwie, chociaż co to za różnica, płaci się za kurs przecież. Na to słyszę- dla dwóch osób mi się nie opłaca! Słucham? A co to za standardy? Jeden wielki dramat. Nikomu nie polecam taksówek w Szklarskiej Porębie.

Musiałam kupić i przywdziać płaszcz, tudzież pelerynkę w kolorze worka na śmieci. I iść główna drogą, bez pobocza i chodnika. To była dla mnie taka absurdalna scena, że po prostu cały czas się śmiałam. A może to i efekt tej góralskiej herbaty? Najgorsze, że ta droga w ogóle się nie kończyła. To były najdłuższe 3 kilometry w całym moim życiu. I nie kłamię! Droga tak się dłużyła, deszcz lał, w butach Ocean, i daję słowo, wcale nie Spokojny!

Kiedy w końcu doszłam do auta, musiałam się w nim przebrać.Tutaj ciekawostka, na wyjazd wzięłam tylko jedną parę butów, także tego, tych mokrych trampek nie mogłam na nic zamienić, po prostu je zdjęłam.Przed nami było 30 minut drogi do hotelu. A hotel był tak cudownym miejscem, że szybko zapomniałam o wszystkich niedogodnościach. Czytaj o weselu z dużą dawką disco polo. O tym, że do restauracji musiałam iść w pluszowych kapciach, o tym, że byłam przemoczona, ale w gruncie rzeczy zadowolona. Tam odpoczęłam, zjadłam dużo pyszności, a po wysuszeniu butów suszarką poszłam na mały spacer po pięknym ogrodzie. Dopiero tutaj, za Jelenią Górą znalazłam górski spokój. Szklarska Poręba nie zdobyła mojego serca…

Ścieżka dźwiękowa – Anna Jantar – Staruszek świa

Minął miesiąc. Wrzesień.

I minął wrzesień, zaczęła się jesień. Minął już ten wrzesień całkiem dawno, prawie połowa października, a ja dopiero podsumowuję wrzesień. Wstyd!

Tegoroczny wrzesień to deszcz, zimno, czas czapek i tych ciepłych jesiennych kurtek. Jak nie deszcz, to wiatr. Jak nie ulewa, to szarość i zimnica. I tak przez 90 % tego miesiąca. Początek był ładny, miałam , a w zasadzie mieliśmy sesję zdjęciową poślubną. Dwóch fotografów, a wyszło tak, że nie sprawdzili w jakich godzinach czynny jest skansen, gdzie ma być sesja. Także tego, pocałowaliśmy klamkę. Z drugiej strony to dziwne, że od września skansen w niedzielę jest czynny do godziny 16! Mówimy tutaj o dniu 4 września, dniu ładnej pogody, dniu pełnym słońca. Jako, że byliśmy na Kaszubach, mieliśmy sesję kaszubską, aczkolwiek odrobina rozczarowania we mnie się pojawiła. Ale zniknęła w dniu kiedy dostaliśmy zdjęcia ze ślubu i wesela. Pojawiły się u nas błyskawicznie, 3 tygodnie po ślubie. Ciągle do nich wracam i mam do nich ogromny sentyment! Moim skromnym zdaniem wyszły pięknie, ale to już zasługa idealnej fotografki, z wielkim talentem i sercem do pracy.

We wrześniu chętnie chodziłam do kina, byłam tam dwa razy. Nasze rodzime filmy, naprawdę są świetne i warto wspierać naszą filmografię. Mam jeszcze w planie dwa kolejne tytuły, ale to kiedy indziej. O ile znajdę czas i nie zamkną kin. W każdym razie wyjścia do kina to świetny pomysł kiedy na dworze była jesień w pełni, chociaż w kalendarzu wciąż lato.

We wrześniu zakładałam już czapkę i rękawiczki. A to dlatego, że poranki witały mnie 2-3 stopniami. Czapkę musiałam zakupić, bo zgubiłam moją idealną jesienną czapę. Nieco za nią tęsknię, ale nowa nie jest taka zła. Aczkolwiek nie nosiłam chyba nigdy we wrześniu czapki.

Cały wrzesień czekałam na wyjazd w Bieszczady, i ostatniego dnia września w końcu wyruszyłam, chociaż tego dnia trafiłam do Zamościa by szerzyć weselne wspomnienia. Mimo nawału pracy, udało się wyjechać i cieszyć wspólnym czasem. Od jakiegoś czasu uwielbiam długie jazdy autem. Nadrabiam wtedy czytanie 🙂

We wrześniu niezbyt wiele spacerowałam. Bo i pogoda, i brak czasu i coraz szybsze wieczory-podczas popołudniowego spaceru po Gdyni, odkryłam ze zdumieniem, że to nie jest 21.30, a dopiero 19!. Ale kilka razy udało mi się zajść nad morze, wypić pierwszą pumpkin latte i cieszyć słońcem. Albo chociaż brakiem deszczu. Zakochałam się za to w lawendowej herbacie i zbożowej kawie po południu. Znalazłam też kartonik kokosowych pralinek, które za 3 dni kończyły termin ważności. Podjęłam wyzwanie i zjadłam wszystkie w 3 dni. Brawo ja.

Upiekłam kilka świetnych ciast. Jedno zaniosłam na do przyjaciół i rozdałam 4 przepisy na prosty jabłecznik. Od jakiegoś czasu najlepiej wychodzą mi najprostsze ciasta, które robię jakby mimochodem. Te zyskują największe uznanie i znikają błyskawicznie. Opracowałam sobie szybką kuchnię, bo ciągle cierpię na brak czasu.

Wrzesień to planowanie remontu i dużo siedzenia na projektem kuchni. Spotkania ze stolarzami, latanie po sklepach i szukanie idealnego okapu. Meble się tworzą, sprzęty są, zostało czekanie na nową kuchnię. Nie mogę się doczekać, bo sama wszystko sobie zaprojektowałam. Ale wiadomo jak dziś jest, na wszystko się czeka. Okazuje się,że mój zlew jest robiony na zamówienie, a to stolarz ciągle czekał na materiały. W efekcie pół miesiąca mieszkałam z kartonami pełnymi sprzętów. W sumie wciąż mieszkam. Ale za to przemalowaliśmy sypialnię, ze zwykłej białej, stała się granitową białą, czyli wpadającą w odrobinę szarości. Poszło to mega sprawnie, uwielbiam malowanie! Myślę, że mogłabym to robić zawodowo.

Największą wrześniową zmianą, było pojawienie się Frani. Malutka, prześliczna, ale wymagająca kotka. Malutka, mimo szczepienia, zachorowała na szczątkowy koci katar. Kosztowało mnie to tydzień, kiedy to kompletnie nie spałam, bo inhalowałam malutki zatkany nosek. Dodatkowo Frania została porzucona przez matkę, cierpi na chorobę sierocą. Budzi mnie w nocy po 4-5 razy, domaga się głaskania, przytulania i pełni uwagi. Musi ze mną spać, a raczej na mnie. Odkąd Franusia jest z nami, nie przespałam ciurkiem żadnej nocy. Ale nie żałuję, bo Franeczka, chociaż szalona, daje nam masę miłości. Jest bardzo dzielna, pełna radości i oddania. Ma najpiękniejsze oczka na świecie!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Get the Balance Right