Filmowo

Przegląd covidowych filmów, oglądanych z perspektywy łóżka.

Najmro. Kocha, kradnie, szanuje. Ależ dobry film! Idealny na weekend, lekki, bardzo przyjemny, szalone tempo, świetna muzyka, kolory, zdjęcia, aktorstwo-rozrywka na najwyższym poziomie. Naprawdę świetnie się go oglądało! Przegapiłam go w kinie, ale nadrobiłam w domowym, chorobowym zaciszu. To zdecydowanie film, dla tych, którzy lubią jak dużo się dzieje, jak akcja pędzi, jest dużo emocji. Przy tym filmie nie da się nudzić. Oparty na prawdziwej historii Zdzisława Najmrodzkiego, czyli przestępcy celebryty, który wielokrotnie wymykał się służbom. Ba, w tym filmie postać Najmrodzkiego, jest tak przedstawiona, że nie da się jemu nie kibicować! A do tego to kosmiczne i niesamowite zakończenie! Po prostu wow. Tak wiem, to nie jest film, który coś zmienia w życiu, ale za to daje niesamowitą i czystą przyjemność. Nie sposób nie uśmiechnąć się podczas oglądania. Naprawdę udana produkcja, ale kiedy w obsadzie mamy Dawida Ogrodnika i Roberta Więckiewicza, nie sposób mieć nieudany film. Czyli, jeżeli szukacie czystej rozrywki, to macie pomysł na wieczór.

Ojciec panny młodej. To taki film, który świetnie się oglądało w tym czasie, kiedy wciąż chora, ale już były jakieś tam przebłyski świadomości. Nowość z HBO MAX, co ciekawe film wyprodukował Brad Pitt, czyli po prostu trzeba obejrzeć. W głównej roli mamy Glorię Estefan i Andy’go Garcię. Tak jak mamy w tytule, jest panna młoda, będzie ślub i jej ojciec. Jak łatwo się domyślić, wyszła z tego komedia. Sytuacja jest następująca- Billy i Ingrid Herrera, mają za sobą kilkadziesiąt lat razem, i dwie dorosłe córki. Właśnie podejmują decyzję o rozwodzie, ale ogłoszenie tej rewelacji, przyćmiewa informacja o ślubie pierworodnej córki Sofii. Aby nie przeszkadzać córce w spokojnym przygotowaniu się do ślubu, rodzice postanowili trochę poudawać. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że ślub już tuż, tuż, a rodzice nie znają pana młodego. Ot, taka komedia, która może jakoś specjalnie nie cieszy, długo się rozkręca i w zasadzie jest bardzo przewidywalna. Ale mimo to ogląda się to w miarę miło i bez nerwowego zerkania na zegarek- kiedy koniec. Aczkolwiek moja opinia jest podyktowana chorobą i całkiem możliwe, że podczas normalnego stanu świadomości, byłabym na nie. Także ani nie namawiam, ani nie odradzam. Ot, sprawdźcie sami.

Elvis. To film o dziwnej relacji między królem muzyki, a jego agentem, Tomem Parkerem. To film o uzależnieniu ich od siebie, wykorzystywaniu artysty i o wielkiej chciwości, która prowadziła do upadku. No dobrze, wiemy jak wyglądało życie Elvisa, nie ma tutaj alternatywnego zakończenia. W teorii nic Was nie zaskoczy,ale po tym filmie, uznacie, że Elvis to zagubiony i bardzo wrażliwy człowiek. Nieco to teledyskowy obraz, głośny, kolorowy i błyszczący. Ale zdecydowanie ma coś w sobie. Przede wszystkim genialna rola główna, Austin Butler zagrał bardzo dobrze, albo nawet świetnie. Genialnie zagrał Tom Hanks. Jego Tom Parker, jest chciwy, egoistyczny i brutalnie pewny siebie. Film jest długi, ale się nie dłuży. Bardzo dobrze się go ogląda, i nóżka sama chodzi w rytm muzyki. Ten film niewiele zmieni w życiu, ale pozwoli dostrzec w królu, kogoś więcej niż gwiazdora w białym stroju. Polecam na sobotni wieczór, z pewnością będziecie śpiewać Elvisowe przeboje, niejeden raz!

Jak mądrze wydawać pieniądze. Ha, to nie jest typowy film, a dokument, bardzo na czasie. Bo opowiada o pieniądzach. Mamy tutaj czworo bohaterów i czwórkę ekspertów, mamy cztery różne problemy, cztery poważne tematy. Jeden temat to całkowity brak oszczędności, drugi to przeciwnie, nadwyżka finansowa i brak wiedzy co z nią zrobić. Jedna bohaterka ma długi, a kolejna para chce zapewnić sobie w ciągu kilku-kilkunastu lat, niezależność finansową i wczesną emeryturę. Wiem, że nie jest to może najbardziej porywający temat na weekendowe oglądanie, ale muszę przyznać, że ja oglądałam ten film z ogromną przyjemnością. W bardzo prosty sposób, pokazuje jak można zacząć oszczędzać i wykorzystać swój potencjał. To nowość, więc skupiamy się na obecnej sytuacji gospodarczej na świecie, próbujemy przechytrzyć inflację. Bardzo ciekawy, nawet dla laika. Nie zadręcza fachowymi terminami i zbyteczną wiedzą, a pokazuje co robić by nie stać się ofiarą obecnej sytuacji, a wynieść z niej korzyści. Dlatego serdecznie wszystkim polecam!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- World in my eyes

Moje odkrycie. Czyli Nowa Ruda!

Nowa Ruda, to miastecko, które nie jest jakoś wybitnie popularne. To nie jest miejsce, które aż krzyczy z każdego przewodnika- odwiedź mnie. Wręcz przeciwnie. To miejsce po prostu czeka na odkrycie jego możliwości, jego piękna i jego tajemnic.

Czemu tam w ogóle trafiłam? Okazało się, że to jedyne większe miasto, w okolicy naszej bazy. Kiedy zaczęłam sprawdzać co w nim ciekawego, od razu pojawiły się informację o niesamowitej kawiarni, Białej Lokomotywie. To kawiarnia bez menu, takie miejsce, gdzie odpowiednio dobrany personel, sam ocenia czego nam akurat potrzeba. Nie ma menu, nie ma cennika, wizyta tam, to niesamowita przyjemność dla każdego fana kawy. I okazja do przeżycia niespodzianki, to taka wersja Kinder Jajka dla dorosłych, nie wiecie co dostaniecie. A naprawdę dostaje się prawdziwe cudeńka. Nigdy nie piłam tak ciekawej kawy, która jakby została dla mnie stworzona. Dostałam pyszny miks kawy z białą i gorzką czekoladą, z kremową pianką z mleka owsianego. Fotograf dostał kawę, którą po 48 godzinach, ożywiono wrzątkiem i parzono z suszonymi jabłkami. A te desery? Po prostu niebo w gębie. Ja to prosta kobieta jestem, wystarczy dać mi gorzką czekoladę i już jestem w siódmym niebie.

Ale nie tylko Nowa Ruda kusi kawiarnią, całe miasto jest przepięknie położone, na wzgórzu, widoki z Rynku, są przepiękne. Na samym Rynku, mamy przecudne, uroczo zmodernizowane kamieniczki. Dodatkowo rezydował tam kotek ( domowy, ale wypuszczany), który wyglądał jak Franusia i wręcz żądał mizianek. Po prostu słodziak.

W Nowej Rudzie należy udać się na spacer, wzdłuż Domów Tkaczy, nad rzeką. To bardzo ładnie odrestaurowany teren, który zachęca do spacerów i odpoczynku wśród kwiatów. W mieście mamy również kopalnię, którą można odwiedzić, bo dziś jest nieczynna, ale otwarta dla zwiedzających. Pod samą Nową Rudą, mamy też przepiękny wiadukt kolejowy. Pewnie dla lokalnych mieszkańców, to już żadna atrakcja, ale dla mnie, ten wiadukt był monumentalny i niemal magiczny. Chociaż jest on w średnim stanie, to wciąż jeżdżą po nim pociągi!

To była krótka relacja, z uroczego miasteczka, w którym warto iść na spacer i na pyszną kawę.

Ścieżka dźwiękowa- The National – Empire Line

Czeskie Skalne Miasto, odwiedzam Adrspach.

Nie lubię tego momentu, kiedy urlop się kończy i trzeba wrócić do codzienności. Ale, ale, od czego są wspomnienia. Wracanie do nich, na nowo rozgrzewa emocje, i przenosi mnie na powrót w cudowne, wakacyjne dni. Dziś zabieram Was na wycieczkę do Skalnego Miasta. Będą emocje!

Miejscowość Adspach leży w Czechach, bardzo blisko naszej granicy. Będąc jak my, w Górach Stołowych, nie sposób nie wybrać się tam na wycieczkę. Najpierw bilety, te najlepiej zamówić przez internet. Wystarczy wybrać dzień i godzinę wejścia. Jeżeli jedziecie autem, od razu ogarnijcie bilet na parking, za dwie dorosłe osoby i parking, zapłaciliśmy 93 złote. Do miasteczka dojeżdża też pociąg kolei Dolnośląskich, jeździ on w sezonie turystycznym, z Wrocławia, przez Wałbrzych. Mała podpowiedź, bilety na poranne i popołudniowe wejścia, objęte są rabatem. My, z racji godzinnego dojazdu, wybraliśmy wejście na 11, ale byliśmy już o 10.30 i weszliśmy bez problemu.

Wrześniową porą, w dzień powszedni, nie było tłumów. Większość gości była z Polski, takie dominowały rejestrację aut. Aczkolwiek, nie było tłumów, zwiedzało się całość wyjątkowo spokojnie i bez jakichkolwiek kolejek. Dlatego w miarę możliwości, radzę omijać weekendy w sezonie. Skalne Miasto możecie zwiedzać cały rok.

Trasa spaceru liczy sobie ponad 3,5 kilometra, trzeba zarezerwować sobie na nią minimum trzy godzinki. Nie mówię, że nie można przejść całego Miasta krócej, ale po co? Czy nie lepiej zachwycać się każdym krokiem i niezwykłymi widokami? Czy nie lepiej szukać w skałach ukrytych zwierząt i przedmiotów codziennego użytku? A już same nazwy inspirują, mamy bowiem Kochanów, Dzban, Wioskę Słoni czy Starostę i Starościnę. To gotowy scenariusz na bajkę…

Na wejściu dostaniecie mapkę w języku polskim, gdzie została opisana cała trasa, i najciekawsze formacje skalne. Na pewno się nie zgubicie. Pierwsza część trasy, do wodospadów, jest łatwa. Pokonywały ją bez problemu rodziny z dziećmi w wózkach. Potem pojawiły się schody, i to dosłownie. Droga robi się stroma i pod górę, w grę wchodzi masa schodów. Nie wymaga ona co prawda wielkiej kondycji, ale na pewno nie jest to komfortowa droga, dla rodziców z maluchami, osób starszych, czy z jakimiś kontuzjami. Skalne schody bywają bowiem strome i naprawdę liczne. Dlatego też warto zadbać o jakieś przekąski, dodające energii. Jeżeli macie ochotę na jeszcze więcej atrakcji, może wykupić rejs łodzią po jeziorku. My podeszliśmy tam szklakiem, idącym w stronę Teplic. To naprawdę stromy i trudny szlak, ale za to widoki były bajeczne.

Trasę polecam zacząć i zakończyć wizytą nad Turkusowym Jeziorkiem( w Skalnym Mieście są ich dwa). To prawdziwy cud natury! Coś niesamowitego, nie tylko urzeka tutaj czysta jak łza woda, ale i skały, które dodają całości magii. To idealne miejsce na mini piknik. A podczas zwiedzania urzekną Was widoki. A te są bajeczne! Po prostu niesamowite, miałam wrażenie, że byłam w bajce. To naprawdę fascynujące, co takiego potrafi stworzyć natura. Ja byłam oczarowana i po prostu nie mogłam nasycić wzroku tym co widzę. Ciekawostka, na trasie wycieczki, przejdziecie przez Mysią Dziurą, czyli przejście między skałami o szerokości 50 cm. Z pewnością będzie to wielka zabawa, ale i dawka niepewności – zmieszczę się, czy też nie?

Jeżeli jesteście w okolicy, to wyprawa do Skalnego Miasta, wydaje się po prostu obowiązkowa. Jest to prawdziwy cud natury, który należy podziwiać, ale i chronić.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Where’s the Revolution

Moje ukochane miejsca nad morzem.

Zaraz mamy jesień. To czas kiedy kończy się sezon nad morzem. A ja przekornie, uważam, że to wtedy jest u nas najpiękniej. I wtedy warto tutaj przyjechać. Nie ma tłumów turystów, jest dużo spokojniej, ciszej, w powietrzu unosi się ogrom jodu, a zapach morza po deszczu, jest niesamowity!

Zacznę od miejsca, do którego bez problemu dojedziemy bez auta, spod dworca głównego w Gdańsku. Podróż autobusem trwa około 40 minut ( po drodze jest pełno przystanków) i już, tylko zostaje nam przejechać most i jesteśmy. I uwaga, wciąż jesteśmy w Gdańsku, w jednej z dzielnic, czyli w Sobieszewie. I teraz ważna uwaga, omijamy główne wejście na plażę, nie idziemy za tłumem. My idziemy w stronę Ptasiego Raju i tą drogą dochodzimy na plażę. Tak wiem to świetnie, spacer jest długi, a droga ma niemal 2 kilometry, ale czy znacie inną tak ustronną plażę, bądź co bądź w wielkim mieście? Ja nie. Owszem, nie ma tutaj infrastruktury, nie ma budek z lodami, goframi i frytkami. Nikt nie zaplecze letnich warkoczyków i nie będzie sprzedawał pamiątek Made in China. Nie ma tutaj toalety, ani prysznicy. Jest za to cisza, spokój i piękne widoki. Miejsce to zaskakuje i relaksuje! Aż trudno uwierzyć, że ledwie kilometr dalej, czeka na nas wakacyjna rozpusta w postaci pełnej infrastruktury i tłocznej plaży.

Jedziemy dalej, i to dużo dalej. Lądujemy w Jastrzębiej Górze, miejscu, które kocham od dziecka miłością wielką i gorącą. Jastrzębia ma piękne klify, cudowną plażę, i bezkres białego piasku. Ma również wszystko to, czego nie znoszę w nadmorskich miejscowościach. Pełno głośnych stoisk, hot dogów z wózków, kramów z tysiącem chińskich drobiazgów, cymbergajów i innych tego typu zapychaczy miejsca. Ale wiecie co? Wystarczy, że mamy późny wrzesień czy zimę, i mamy zupełnie inne miejsce. Ciche i spokojne. Polecam tutaj wpaść na rosół z gęsi i godzinami maszerować po pięknej i pustej plaży! Las, klify, herbata w dłoń i cóż, życie jest piękne!

Lubiatowo. To miejsce, które poznałam dzięki Fotografowi, wcześniej nie miałam o nim najmniejszego pojęcia. Po prostu nigdy nie zapuszczałam się w tamtą okolicę. Chyba było po prostu nieco za daleko? Sama nie wiem. Obecnie od domu, do Lubiatowa mam godzinkę drogi, i lubię tam wyskoczyć. Nieważną jaka obecnie jest pora roku, po prostu tam ruszam! Lubiatowo kusi niezwykłą plażą, po sezonie nie ma tam niczego. W sezonie są zaś dwie smażalnie ryb. Z plaży wchodzimy do lasu, jakże pięknego i bogatego w grzyby i wrzosy. Zbieranie tam grzybów, to jesienna przyjemność. To miejsce nie zaoferuje Wam miliona atrakcji, w postaci kramów i dmuchańców. Za to da Wam ciszę, las, powietrze pachnie tam niezwykle. Plaża jest szeroka, pusta i co najważniejsze, przepiękna. Jeżeli szukacie spokoju, to wiecie gdzie jechać. I to nawet w sezonie!

Smołdzino. To miejsce, które poznałam moment przed pójściem na studia, to były już niemal wrześniowe wakacje, i odkrycie miejsca, wtedy nieco na końcu świata, chociaż to wciąż to samo województwo! Ot, trzeba było jechać pociągiem do Słupska, i autobusem kilkadziesiąt minut. Teraz jeżdżę do niego autem, ponad 1,5 godziny, bo drogi takie sobie. Ale to urok tego miejsca, i jednak to powoduje, że turystów dużo mniej. Bo nie ma też tego całego kurortowego blichtru i szaleństwa. Znów plaża bez atrakcji, ale po co atrakcje, kiedy mamy niemal biały piasek i pustą plażę? Bo na tą plażę możemy dojść wydmami, albo przez las. Nie mijamy po drodze żadnej budki z piwem, magnesami i lodami. Wdychamy za to tony jodu, odświeżamy głowę, i resetujemy wszystko co złe. To plaża dla tych, którzy kochają święty spokój i piękno natury, niezadeptanej przez tłumy.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Blasphemous Rumours

Szumy nad Tanwią

Chwilę przed kolejnym urlopem, wrócę jeszcze do mojego lipcowego wypadu na Roztocze. Zabieram Was w cud natury, czyli witajcie Szumy nad Tanwią.

Przyznam szczerze, że Roztocze to dla mnie wciąż zagadkowa kraina. O wielu jej tajemnicach dowiaduję się zupełnym przypadkiem i jestem tyle samo zaskoczona, co zachwycona możliwościami ich odwiedzenia. I tak, kiedy przeczytałam czym są owe szumy, decyzja była tylko jedna- jedziemy.

Od Zamościa jechaliśmy może z 40 minut, piękną drogą, głównie prowadzącą przez lasy. Upał był niesamowity, ale chęć zobaczenia rezerwatu była silniejsza, i żadne tam 36 stopni nie mogło zatrzymać nas w czterech ścianach. Tanew to rzeka, a szumy to jedyne miejsce w Europie, gdzie gołym okiem widać geologiczną granicę Europy Wschodniej i Zachodniej. Szumy to progi skalne, których podczas spaceru widać niezliczoną ilość. Woda naprawdę szumi, i koi wszystkie zmysły. Ścieżka jest świetnie oznaczona, i tak urokliwa, że można tam spacerować cały długi dzień. Owszem, to przepiękne, niemal magiczne miejsce, ale zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego. Ktoś kto szuka wrażeń, emocji, ludzi i dźwięków, będzie wynudzony. Ja byłam w siódmym niebie. Trasę można zakończyć na szumach, co robi większość. Jest gdzie rozłożyć koc i cieszyć się latem. Ale, ale. Można iść dalej do wodospadu. I tutaj obowiązkowo trzeba iść, bo droga jest malownicza i dzika. My nie spotkaliśmy po drodze nikogo, aż zaczęłam się martwić, czy idziemy w dobrą stronę. Krajobraz wyjątkowo przypomina mi nadmorskie lasy i tutaj zaskoczenie, to miejsce jest wyjątkowo nasycone jodem, nawet bardziej niż nadmorskie plaże. Nie tylko więc mamy wrażenia wzrokowe i słuchowe ( cisza i śpiew ptaków), ale i zdrowotne. Po 25 minutach wita nas największy wodospad na Roztoczu. Szum wody, jej krystaliczna czystość i orzeźwiający chłód, można tam w kompletnej ciszy i spokoju rozłożyć bazę i spędzić tam wiele, wiele godzin.

Jak dla mnie to przepiękne miejsce, gdzie można odpocząć. Nie ma tłumów ludzi, a upalny dzień, taki leśny spacer, to największa rozkosz dla umęczonego ciała i ducha!

Roztocze to cudowne miejsce, idealne dla ludzi, którzy szukają spokoju i prawdziwej natury.

Ścieżka dźwiękowa- Daria ze Śląska – Falstart albo faul

Spacerem po Lublinie

Dziś zabieram Was na mały spacer po Lublinie. Był to dość krótki spacer, z prostego powodu. Otóż, tego dnia, w Muzeum Wsi Lubelskiej, spędziliśmy naprawdę dużo czasu. Zdecydowanie więcej niż planowaliśmy. Spacer musiał zawierać obiadowy przystanek, a w głowie mieliśmy jeszcze powrót do Zamościa, i zawiezienie babci zakupów, na produkcję zapomnianych pączków. Na spacer poświęciliśmy nieco ponad dwie godziny. Z racji upałów, szliśmy bardzo, ale to bardzo powolnie. Często też wracaliśmy do wodnej kurtyny, która stała się chyba główną atrakcją Lublina. Przynajmniej w tym wyjątkowo upalnym dniu. Jako, że staram się turystycznie iść nieco pod prąd, ominęłam główną ulicę Starego Miasta. Tą, gdzie tłum gęsto maszerował i podziwiał uroki miasta. Ja, dalej będą w okolicy Starówki, poszłam w inną stronę. I to był strzał w dziesiątkę. Bo nie dość, że odkryłam dzięki temu, najlepszą pizzę na świecie, to i skryłam się przed turystami. Swobodnie eksplorowałam okolicę, wypiłam mrożoną kawę i cieszyłam typowym la dolce vita. Bo Lublin, dość mocno skojarzył mi się z Włochami!

Wiem, że wrócę i to na dłużej. Za rok!

Ścieżka dźwiękowa-Natalia Sikora – Poszłabym za Tobą

Pomysł na randkę. Wagary

Wakacje, lato, praca, codzienność, ogród, spotkania ze znajomymi. Łatwo się w tym zagubić. Trzeba dbać o chwile dla siebie i dla swoich bliskich. Nieważne czy chodzi o partnera, siostrę czy przyjaciół. Czasem by spędzić z sobą więcej czasu, trzeba udać się na wagary… Najpierw odzywa się moje poczucie obowiązku, ale jak to dzień wolny? Tak bez potrzeby i bez planów? Ale w sumie czemu nie! Każdemu pracusiowi to się po prostu bardzo przyda!

Ja wzięłam wolny piątek. Fotograf również. Przedłużyliśmy sobie weekend, i daliśmy szansę na fajne spędzenie dnia, bez cienia gonitwy i codzienności. Najpierw leniwy poranek, spokojne śniadanie i spacer do centrum ogrodniczego. Nowa kompozycja w skrzynkach, już taka na późne lato, czyli witajcie wrzośce! Spokojne wybieranie kwiatków, powrót do domu i można sadzić kwiatki i bluszczyk.

Potem zabieramy ciasteczka i do miasta. Zaczynamy od długiego spaceru, nie ma tłumów, nie ma problemów z parkowaniem. Pierwszy przystanek to kawiarnia, uzbrojeni w pyszne cappucino, idziemy na Kamienną Górę. Nie ma to jak spacer z rana! Ludzi malutko, względna cisza, można chłonąć nieco inną atmosferę miasta. Posilamy się ciasteczkami, idziemy nad morze. Turyści są, ale znów, nie ma tłumów, nie ma weekendowego chaosu i zamieszania. Nie da się ukryć, sprzyja nam pogoda. Bez upałów, słonecznie tak, ale bez temperatur, które aż krzyczą-biegnij na plażę. Można przysiąść, zajadać się ciasteczkami, chłonąć widoki i po prostu odpocząć od codzienności. Kolejnym celem jest klub filmowy. I oglądanie filmu w całkowitej samotności. Tak, pójście do kina w inny dzień niż weekend, to niezwykłe doświadczenie. O 14, w kinie nie było nikogo. Takie rzeczy, tylko w wagarowy dzień!

A, żeby było jeszcze bardziej na luzie, zamawiamy obiad i bierzemy go do domu. Jemy w ogrodzie. I niczym się nie martwimy. Wieczorem robię sobie seans spa, w domowej łazience. I wiecie co?

Niby jeden dzień, a czułam się jak w niebie! No dobra, kto z Was zrobi sobie takie wagary?

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Runaway 

Czego nie znoszę robić w domu?

Jak to mówią sobota dzień mopa, dlatego przychodzę z adekwatnym tematem.

Nie jestem perfekcyjną panią domu. I nie zamierzam być, nie kandyduję to tytułu najbardziej zapracowanej kobiety na świecie, bo nie zasnę póki nie usunę niewidocznego pyłku ze ściany. Aczkolwiek lubię mieć czysto i porządnie. Uważam, że wystarczy systematyczność. Ot, codziennie wystarczy kilka prostych czynności, by w domu było schludnie i niespodziewani goście nie będą zmorą. Dla mnie obowiązkowe jest codzienne odkurzanie- dwa koty w domu, więc jest to naprawdę obowiązek. Na bieżąco wkładam naczynia do zmywarki i na bieżąco sprzątam po gotowaniu. Staram się wszystko odkładać na miejsce i już, proszę bardzo. Jest odpowiednio. W soboty zaś sprzątanie zawiera dodatkowo mycie podłogi, przecieranie półek i półeczek z kurzu, mycie łazienki. Co druga sobota, to dla mnie mycie okien. Na szczęście obecnie jestem posiadaczką sztuk 3, więc ich mycie to chwila i moment. Aczkolwiek jest to kolejna syzyfowa praca, w końcu moja Franka prowadzi parapetowe życie i żywo konwersuje z oknem, a raczej tym co za oknem. W każdym razie odbicia jej łapek i pyszczka są wszędzie. A ja sprzątam, chociaż wiem, że efekt będzie trwać góra godzinę.

No dobrze, są rzeczy, które uwielbiam, ale są takie, które wywołują we mnie istne dreszcze. Niechlubną listę, rzeczy, których nie znoszę robić, otwiera mycie łazienki. Nie cierpię tego i cierpię, jeżeli mam to robić. Na szczęście Fotograf bierze to na siebie. Nie wiem czy mu się podoba, czy nie, ale dzielnie co sobotę wszystko pucuje. Ma nawet swoje ulubione „kosmetyki”, które mu w tym pomagają. Nie wnikam, oddaję tutaj pole w całości. Mycie łazienki zawsze mnie przerażało i chyba lekko obrzydzało! Szorowanie kafli, mycie toalety, pucowanie prysznicowej szyby? O, nie. To nie dla mnie. Dobrzy Bogowie, strzeżcie mnie przed tym!

Wiem, że wiele, naprawdę wiele osób lubi prasowanie, ja nie znoszę. Niby można przy tej czynności oglądać seriale, słuchać audiobooka, albo ciekawego podcastu, ale nie, nie przekonałam sama siebie. Znalazłam porady, jak wieszać pranie, by nie musieć go prasować. Latem noszę w 90 % ubrania z lnu, które mogą być pogniecione i nie jest to żadna wada. Jak już muszę coś uprasować, to wewnętrznie cierpię. I mówię tutaj szczerą prawdę. Zazwyczaj prasuję tylko to, co muszę, czyli to co chcę założyć danego dnia. Nie mam sterty ubrań do prasowania, nie prasuję regularnie i nie znoszę tego robić. Co ciekawe, bo jestem wielką fanką prania, godzinami mogę wybierać proszki do prania, uwielbiam wieszać i zdejmować pranie. Generalnie sam temat prania jest bliski memu sercu. Lubię deski do prasowania z bajerami, i dobre żelazka. Problem w tym, że z tych gadżetów, nie zamierzam regularnie korzystać. Nie i koniec. Ktoś też tak ma? Czekam aż ktoś wymyśli, ubrania które nigdy się nie gniotą, a jak się pogniotą, to same się wyprasują i doprowadzą do ładu. Świecie, szukaj rozwiązań!

Ten kto wymyślił zmywarkę, powinien dostać nagrodę Nobla. I to od razu pokojowego Nobla! Ileż to oszczędza kłótni i pretensji. Zmywania naczyń nie znoszę, tak jak diabeł wody święconej. Nie i koniec. Bardzo żałuję, że do zmywarki nie mogę wsadzić bambusowych desek do krojenia, czy patelni. Moje blachy do ciasta też niekoniecznie chcą się kąpać w tej maszynie. I cierpię, jeżeli muszę zmywać ręcznie. Staram się tego unikać jak mogę, nie wiem czemu. Mój brat uwielbia zmywać naczynia, bardzo go to relaksuje i pozwala uporządkować myśli. Moje myśli gubią się się, niczym płyn do naczyń na gąbce. O dziwo, uwielbiam wkładać i wyjmować naczynia ze zmywarki. Nałogowo wręcz sprawdzam nowości w kategorii tabletek do zmywarki. Odczuwam dziką radość, kiedy widzę czyste naczynia. Moją zmywarkę szanuję, cenię i wielbię. Chucham na nią i dmucham, to mój największy skarb!

Ścieżka dźwiękowa- Joe Bonamassa – Sloe Gin

Stawy Echo w Zwierzyńcu

Dziś zabieram Was do Zwierzyńca. To miasto leży 30 km od Zamościa i jest niezwykle urokliwe. Małe, spokojne, z wieloma atrakcjami dla małych i dużych. Pewnie kojarzycie, cudowny i piękny kościółek na Wodzie. Jak tam romantycznie! To piękna sceneria do zdjęć, ale i do podziwiania uroczej architektury. Dookoła woda, most i proszę, na wysepce mamy kościółek.

Jako, że tego dnia było naprawdę gorąco – termometry uparcie pokazywały 35 kresek, ruszyliśmy do Stawów Echo. Czyli miejsca, gdzie można pospacerować w cieniu, w otoczeniu lasu i wody. To miejsce, gdzie można spędzić cały dzień! Zachwycająca przyroda i przyjemna woda. Ci, co wolą gwar, wybiorą piaszczystą plażę. Ci, którzy preferują spokój, chętnie rozłożą się w lasku. Teren jest bardzo dobrze zadbany, są ratownicy, jest czyściutko. Dla amatorów spacerów, mamy wygodną, drewnianą ścieżkę wzdłuż stawów. Spacer w upalny dzień, w dodatku arbuzową lemoniadą, to przedsmak nieba!

Stawy powstały na miejscu mokradeł, niemal 100 lat temu. Ich budowa uchroniła wiele osób, przed wysyłką do Niemiec. Jako, że jest tam pięknie, przybywało turystów, powstał nawet ośrodek wczasowy. Niestety, głęboka ingerencja człowieka, spowodowała szkody w naturze. Dlatego też Roztoczański Park Narodowy podjął działania, ku ochronie stawów, a w szczególności zagrożona stała jest wydma, okalająca wodę. Powstała drewniana ścieżka, która ogranicza ruch pieszy. Aczkolwiek ludzie, nie lubią spacerować i podjeżdżają do stawów, najbliżej jak się da. Jest to smutne, bo ścieżką przez las, z centrum Zwierzyńca, mamy niecały kilometr spaceru. Taka nadmierna wygoda, kosztem przyrody, zawsze mnie irytuje, i przeraża. Na pewno są wyjątkowe przypadki, kiedy to nie ma wyboru, trzeba podjechać blisko-mówię o osobach chorych. Ale całe stada nastolatków i rodziców przedszkolaków, śmiało mogą udać się na przyjemny spacer. I odciążyć przyrodę….

No dobrze, koniec dygresji. W Zwierzyńcu, znajdziecie też browar. Nie piję alkoholu, a zapach piwa, mnie ogólnie odrzuca. Ale mąż kupił buteleczkę lekkiego, wakacyjnego piwa. Jemu smakowało. Jest okazja by zwiedzić browar, i myślę, że wielu amatorów złotego trunku, chętnie skorzysta. Browar powstał na początku XIX wieku, jest więc co zwiedzać. Ja osobiście, czuję niedosyt, że zabrakło mi czasu na zwiedzanie. Sama produkcja piwa, niekoniecznie mnie fascynuje, ale zabytkowy budynek, mocno kusił!

W samym mieście i okolicach możecie zwiedzić Ostoję Konika Polskiego, oryginalny pomnik Szarańczy, Osadę Guciów, park linowy, wybrać się na spływ kajakowy, albo udać kolejką, na wycieczkę po mieście. Ja na pewno wrócę, i na pewno na dłużej.

Ścieżka dźwiękowa- Chris Cornell – Nearly Forgot My Broken Heart

Trudne tematy, czyli poślubnie.

Dziś będzie o temacie trudnym. Trudnym przynajmniej dla mnie. A dlaczego?

Od ślubu minęło już tyle czasu, prawie rok. A ja wciąż nie wiem jak mam zwracać się do mamy mojego męża, czyli do mojej teściowej. Moi rodzice załatwili sprawę od razu, już na weselu podeszli do Fotografa i powiedzieli – mów mi mamo, mów mi tato. I on jakoś tak od razu to załapał i nie ma żadnych problemów z mówieniem do nich per mamo i tato. I tyle, temat załatwiony. Ja zaś ciągle tkwię w niepewności- jak właściwie powinnam zwracać się do teściowej? Po imieniu? A jeżeli się obrazi, mama męża jest dość tradycyjna? Mamo? Tu jest problem, bo mamę mam jedną, i jakoś nie potrafię się przełamać, przynajmniej na ten moment.

Teściowa nie określiła jak mam się do niej zwracać. I tak się zwracam bezosobowo. Czyli staram się jak ognia unikać takich zdań, pytań, czy obwieszczeń, które wymagają używania bezpośrednich zwrotów. Unikam i już. I nie wiem jak powinnam się zwracać. Zawsze mi się wydawało mi się, że to od tej starszej strony powinna paść propozycja zwracania się. Ja chyba nie mam śmiałości. Ale żeby nie było, teściową mam jak złoto. I narzekać nie mogę. Ale teraz spędziłam z teściową cały tydzień. I naprawdę nie miałam pomysłu jak się zwracać bezpośrednio. Nic a nic. Czasem wolałam ominąć pytanie, niż wpaść na minę. Było ciężko!

Wygląda na to, że długo, długo, będę jeszcze kombinować i uprawiać językową gimnastykę.

A jak było u Was? A może ktoś miał podobny problem?

Ścieżka dźwiękowa- The Black Keys – Fever