Moje odkrycie. Czyli Nowa Ruda!

Nowa Ruda, to miastecko, które nie jest jakoś wybitnie popularne. To nie jest miejsce, które aż krzyczy z każdego przewodnika- odwiedź mnie. Wręcz przeciwnie. To miejsce po prostu czeka na odkrycie jego możliwości, jego piękna i jego tajemnic.

Czemu tam w ogóle trafiłam? Okazało się, że to jedyne większe miasto, w okolicy naszej bazy. Kiedy zaczęłam sprawdzać co w nim ciekawego, od razu pojawiły się informację o niesamowitej kawiarni, Białej Lokomotywie. To kawiarnia bez menu, takie miejsce, gdzie odpowiednio dobrany personel, sam ocenia czego nam akurat potrzeba. Nie ma menu, nie ma cennika, wizyta tam, to niesamowita przyjemność dla każdego fana kawy. I okazja do przeżycia niespodzianki, to taka wersja Kinder Jajka dla dorosłych, nie wiecie co dostaniecie. A naprawdę dostaje się prawdziwe cudeńka. Nigdy nie piłam tak ciekawej kawy, która jakby została dla mnie stworzona. Dostałam pyszny miks kawy z białą i gorzką czekoladą, z kremową pianką z mleka owsianego. Fotograf dostał kawę, którą po 48 godzinach, ożywiono wrzątkiem i parzono z suszonymi jabłkami. A te desery? Po prostu niebo w gębie. Ja to prosta kobieta jestem, wystarczy dać mi gorzką czekoladę i już jestem w siódmym niebie.

Ale nie tylko Nowa Ruda kusi kawiarnią, całe miasto jest przepięknie położone, na wzgórzu, widoki z Rynku, są przepiękne. Na samym Rynku, mamy przecudne, uroczo zmodernizowane kamieniczki. Dodatkowo rezydował tam kotek ( domowy, ale wypuszczany), który wyglądał jak Franusia i wręcz żądał mizianek. Po prostu słodziak.

W Nowej Rudzie należy udać się na spacer, wzdłuż Domów Tkaczy, nad rzeką. To bardzo ładnie odrestaurowany teren, który zachęca do spacerów i odpoczynku wśród kwiatów. W mieście mamy również kopalnię, którą można odwiedzić, bo dziś jest nieczynna, ale otwarta dla zwiedzających. Pod samą Nową Rudą, mamy też przepiękny wiadukt kolejowy. Pewnie dla lokalnych mieszkańców, to już żadna atrakcja, ale dla mnie, ten wiadukt był monumentalny i niemal magiczny. Chociaż jest on w średnim stanie, to wciąż jeżdżą po nim pociągi!

To była krótka relacja, z uroczego miasteczka, w którym warto iść na spacer i na pyszną kawę.

Ścieżka dźwiękowa- The National – Empire Line

Czeskie Skalne Miasto, odwiedzam Adrspach.

Nie lubię tego momentu, kiedy urlop się kończy i trzeba wrócić do codzienności. Ale, ale, od czego są wspomnienia. Wracanie do nich, na nowo rozgrzewa emocje, i przenosi mnie na powrót w cudowne, wakacyjne dni. Dziś zabieram Was na wycieczkę do Skalnego Miasta. Będą emocje!

Miejscowość Adspach leży w Czechach, bardzo blisko naszej granicy. Będąc jak my, w Górach Stołowych, nie sposób nie wybrać się tam na wycieczkę. Najpierw bilety, te najlepiej zamówić przez internet. Wystarczy wybrać dzień i godzinę wejścia. Jeżeli jedziecie autem, od razu ogarnijcie bilet na parking, za dwie dorosłe osoby i parking, zapłaciliśmy 93 złote. Do miasteczka dojeżdża też pociąg kolei Dolnośląskich, jeździ on w sezonie turystycznym, z Wrocławia, przez Wałbrzych. Mała podpowiedź, bilety na poranne i popołudniowe wejścia, objęte są rabatem. My, z racji godzinnego dojazdu, wybraliśmy wejście na 11, ale byliśmy już o 10.30 i weszliśmy bez problemu.

Wrześniową porą, w dzień powszedni, nie było tłumów. Większość gości była z Polski, takie dominowały rejestrację aut. Aczkolwiek, nie było tłumów, zwiedzało się całość wyjątkowo spokojnie i bez jakichkolwiek kolejek. Dlatego w miarę możliwości, radzę omijać weekendy w sezonie. Skalne Miasto możecie zwiedzać cały rok.

Trasa spaceru liczy sobie ponad 3,5 kilometra, trzeba zarezerwować sobie na nią minimum trzy godzinki. Nie mówię, że nie można przejść całego Miasta krócej, ale po co? Czy nie lepiej zachwycać się każdym krokiem i niezwykłymi widokami? Czy nie lepiej szukać w skałach ukrytych zwierząt i przedmiotów codziennego użytku? A już same nazwy inspirują, mamy bowiem Kochanów, Dzban, Wioskę Słoni czy Starostę i Starościnę. To gotowy scenariusz na bajkę…

Na wejściu dostaniecie mapkę w języku polskim, gdzie została opisana cała trasa, i najciekawsze formacje skalne. Na pewno się nie zgubicie. Pierwsza część trasy, do wodospadów, jest łatwa. Pokonywały ją bez problemu rodziny z dziećmi w wózkach. Potem pojawiły się schody, i to dosłownie. Droga robi się stroma i pod górę, w grę wchodzi masa schodów. Nie wymaga ona co prawda wielkiej kondycji, ale na pewno nie jest to komfortowa droga, dla rodziców z maluchami, osób starszych, czy z jakimiś kontuzjami. Skalne schody bywają bowiem strome i naprawdę liczne. Dlatego też warto zadbać o jakieś przekąski, dodające energii. Jeżeli macie ochotę na jeszcze więcej atrakcji, może wykupić rejs łodzią po jeziorku. My podeszliśmy tam szklakiem, idącym w stronę Teplic. To naprawdę stromy i trudny szlak, ale za to widoki były bajeczne.

Trasę polecam zacząć i zakończyć wizytą nad Turkusowym Jeziorkiem( w Skalnym Mieście są ich dwa). To prawdziwy cud natury! Coś niesamowitego, nie tylko urzeka tutaj czysta jak łza woda, ale i skały, które dodają całości magii. To idealne miejsce na mini piknik. A podczas zwiedzania urzekną Was widoki. A te są bajeczne! Po prostu niesamowite, miałam wrażenie, że byłam w bajce. To naprawdę fascynujące, co takiego potrafi stworzyć natura. Ja byłam oczarowana i po prostu nie mogłam nasycić wzroku tym co widzę. Ciekawostka, na trasie wycieczki, przejdziecie przez Mysią Dziurą, czyli przejście między skałami o szerokości 50 cm. Z pewnością będzie to wielka zabawa, ale i dawka niepewności – zmieszczę się, czy też nie?

Jeżeli jesteście w okolicy, to wyprawa do Skalnego Miasta, wydaje się po prostu obowiązkowa. Jest to prawdziwy cud natury, który należy podziwiać, ale i chronić.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Where’s the Revolution

Moje ukochane miejsca nad morzem.

Zaraz mamy jesień. To czas kiedy kończy się sezon nad morzem. A ja przekornie, uważam, że to wtedy jest u nas najpiękniej. I wtedy warto tutaj przyjechać. Nie ma tłumów turystów, jest dużo spokojniej, ciszej, w powietrzu unosi się ogrom jodu, a zapach morza po deszczu, jest niesamowity!

Zacznę od miejsca, do którego bez problemu dojedziemy bez auta, spod dworca głównego w Gdańsku. Podróż autobusem trwa około 40 minut ( po drodze jest pełno przystanków) i już, tylko zostaje nam przejechać most i jesteśmy. I uwaga, wciąż jesteśmy w Gdańsku, w jednej z dzielnic, czyli w Sobieszewie. I teraz ważna uwaga, omijamy główne wejście na plażę, nie idziemy za tłumem. My idziemy w stronę Ptasiego Raju i tą drogą dochodzimy na plażę. Tak wiem to świetnie, spacer jest długi, a droga ma niemal 2 kilometry, ale czy znacie inną tak ustronną plażę, bądź co bądź w wielkim mieście? Ja nie. Owszem, nie ma tutaj infrastruktury, nie ma budek z lodami, goframi i frytkami. Nikt nie zaplecze letnich warkoczyków i nie będzie sprzedawał pamiątek Made in China. Nie ma tutaj toalety, ani prysznicy. Jest za to cisza, spokój i piękne widoki. Miejsce to zaskakuje i relaksuje! Aż trudno uwierzyć, że ledwie kilometr dalej, czeka na nas wakacyjna rozpusta w postaci pełnej infrastruktury i tłocznej plaży.

Jedziemy dalej, i to dużo dalej. Lądujemy w Jastrzębiej Górze, miejscu, które kocham od dziecka miłością wielką i gorącą. Jastrzębia ma piękne klify, cudowną plażę, i bezkres białego piasku. Ma również wszystko to, czego nie znoszę w nadmorskich miejscowościach. Pełno głośnych stoisk, hot dogów z wózków, kramów z tysiącem chińskich drobiazgów, cymbergajów i innych tego typu zapychaczy miejsca. Ale wiecie co? Wystarczy, że mamy późny wrzesień czy zimę, i mamy zupełnie inne miejsce. Ciche i spokojne. Polecam tutaj wpaść na rosół z gęsi i godzinami maszerować po pięknej i pustej plaży! Las, klify, herbata w dłoń i cóż, życie jest piękne!

Lubiatowo. To miejsce, które poznałam dzięki Fotografowi, wcześniej nie miałam o nim najmniejszego pojęcia. Po prostu nigdy nie zapuszczałam się w tamtą okolicę. Chyba było po prostu nieco za daleko? Sama nie wiem. Obecnie od domu, do Lubiatowa mam godzinkę drogi, i lubię tam wyskoczyć. Nieważną jaka obecnie jest pora roku, po prostu tam ruszam! Lubiatowo kusi niezwykłą plażą, po sezonie nie ma tam niczego. W sezonie są zaś dwie smażalnie ryb. Z plaży wchodzimy do lasu, jakże pięknego i bogatego w grzyby i wrzosy. Zbieranie tam grzybów, to jesienna przyjemność. To miejsce nie zaoferuje Wam miliona atrakcji, w postaci kramów i dmuchańców. Za to da Wam ciszę, las, powietrze pachnie tam niezwykle. Plaża jest szeroka, pusta i co najważniejsze, przepiękna. Jeżeli szukacie spokoju, to wiecie gdzie jechać. I to nawet w sezonie!

Smołdzino. To miejsce, które poznałam moment przed pójściem na studia, to były już niemal wrześniowe wakacje, i odkrycie miejsca, wtedy nieco na końcu świata, chociaż to wciąż to samo województwo! Ot, trzeba było jechać pociągiem do Słupska, i autobusem kilkadziesiąt minut. Teraz jeżdżę do niego autem, ponad 1,5 godziny, bo drogi takie sobie. Ale to urok tego miejsca, i jednak to powoduje, że turystów dużo mniej. Bo nie ma też tego całego kurortowego blichtru i szaleństwa. Znów plaża bez atrakcji, ale po co atrakcje, kiedy mamy niemal biały piasek i pustą plażę? Bo na tą plażę możemy dojść wydmami, albo przez las. Nie mijamy po drodze żadnej budki z piwem, magnesami i lodami. Wdychamy za to tony jodu, odświeżamy głowę, i resetujemy wszystko co złe. To plaża dla tych, którzy kochają święty spokój i piękno natury, niezadeptanej przez tłumy.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Blasphemous Rumours

Szumy nad Tanwią

Chwilę przed kolejnym urlopem, wrócę jeszcze do mojego lipcowego wypadu na Roztocze. Zabieram Was w cud natury, czyli witajcie Szumy nad Tanwią.

Przyznam szczerze, że Roztocze to dla mnie wciąż zagadkowa kraina. O wielu jej tajemnicach dowiaduję się zupełnym przypadkiem i jestem tyle samo zaskoczona, co zachwycona możliwościami ich odwiedzenia. I tak, kiedy przeczytałam czym są owe szumy, decyzja była tylko jedna- jedziemy.

Od Zamościa jechaliśmy może z 40 minut, piękną drogą, głównie prowadzącą przez lasy. Upał był niesamowity, ale chęć zobaczenia rezerwatu była silniejsza, i żadne tam 36 stopni nie mogło zatrzymać nas w czterech ścianach. Tanew to rzeka, a szumy to jedyne miejsce w Europie, gdzie gołym okiem widać geologiczną granicę Europy Wschodniej i Zachodniej. Szumy to progi skalne, których podczas spaceru widać niezliczoną ilość. Woda naprawdę szumi, i koi wszystkie zmysły. Ścieżka jest świetnie oznaczona, i tak urokliwa, że można tam spacerować cały długi dzień. Owszem, to przepiękne, niemal magiczne miejsce, ale zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego. Ktoś kto szuka wrażeń, emocji, ludzi i dźwięków, będzie wynudzony. Ja byłam w siódmym niebie. Trasę można zakończyć na szumach, co robi większość. Jest gdzie rozłożyć koc i cieszyć się latem. Ale, ale. Można iść dalej do wodospadu. I tutaj obowiązkowo trzeba iść, bo droga jest malownicza i dzika. My nie spotkaliśmy po drodze nikogo, aż zaczęłam się martwić, czy idziemy w dobrą stronę. Krajobraz wyjątkowo przypomina mi nadmorskie lasy i tutaj zaskoczenie, to miejsce jest wyjątkowo nasycone jodem, nawet bardziej niż nadmorskie plaże. Nie tylko więc mamy wrażenia wzrokowe i słuchowe ( cisza i śpiew ptaków), ale i zdrowotne. Po 25 minutach wita nas największy wodospad na Roztoczu. Szum wody, jej krystaliczna czystość i orzeźwiający chłód, można tam w kompletnej ciszy i spokoju rozłożyć bazę i spędzić tam wiele, wiele godzin.

Jak dla mnie to przepiękne miejsce, gdzie można odpocząć. Nie ma tłumów ludzi, a upalny dzień, taki leśny spacer, to największa rozkosz dla umęczonego ciała i ducha!

Roztocze to cudowne miejsce, idealne dla ludzi, którzy szukają spokoju i prawdziwej natury.

Ścieżka dźwiękowa- Daria ze Śląska – Falstart albo faul

Spacerem po Lublinie

Dziś zabieram Was na mały spacer po Lublinie. Był to dość krótki spacer, z prostego powodu. Otóż, tego dnia, w Muzeum Wsi Lubelskiej, spędziliśmy naprawdę dużo czasu. Zdecydowanie więcej niż planowaliśmy. Spacer musiał zawierać obiadowy przystanek, a w głowie mieliśmy jeszcze powrót do Zamościa, i zawiezienie babci zakupów, na produkcję zapomnianych pączków. Na spacer poświęciliśmy nieco ponad dwie godziny. Z racji upałów, szliśmy bardzo, ale to bardzo powolnie. Często też wracaliśmy do wodnej kurtyny, która stała się chyba główną atrakcją Lublina. Przynajmniej w tym wyjątkowo upalnym dniu. Jako, że staram się turystycznie iść nieco pod prąd, ominęłam główną ulicę Starego Miasta. Tą, gdzie tłum gęsto maszerował i podziwiał uroki miasta. Ja, dalej będą w okolicy Starówki, poszłam w inną stronę. I to był strzał w dziesiątkę. Bo nie dość, że odkryłam dzięki temu, najlepszą pizzę na świecie, to i skryłam się przed turystami. Swobodnie eksplorowałam okolicę, wypiłam mrożoną kawę i cieszyłam typowym la dolce vita. Bo Lublin, dość mocno skojarzył mi się z Włochami!

Wiem, że wrócę i to na dłużej. Za rok!

Ścieżka dźwiękowa-Natalia Sikora – Poszłabym za Tobą

Minął miesiąc. Lipiec

Żegnaj lipcu, witaj sierpniu. Ale nim rozgościmy się w sierpniu, zajrzyjmy bliżej do lipca!

Lipiec, pogoda w kratkę. Niemal marcowy garniec. I te nieziemskie upały i słoneczne dni. I te burzowo-deszczowe, i te kiedy musiałam zakładać kurtkę i solidnie otulać szyję chustą. Totalny misz-masz. Niestety ten miszmasz i miks, przepłaciłam zapaleniem zatok. Kiedy standardowe leki przestały sobie dawać radę, musiałam zasięgnąć porady lekarza. Werdykt? Jak zwykle, antybiotyk. Dobrze, że tym razem jedynie na 3 dni. Aczkolwiek mam wrażenie, że moje zapalenie przeszło w stan jeszcze bardziej przewlekły. Jakoś tak, ostatnio kichanie, smarkanie i używanie sterydów przeszło u mnie w stan bardziej niż pernamentny!

Lipiec jednak zaczął się dobrze, bo wyjazdem na Roztocze. Pogoda dopisała, w głowie i sercu zostały piękne wspomnienia i cudowne widoki. Byłam i jestem do teraz, zachwycona tym wszystkim co się tam działo. Bardzo bym chciała, by taki urlop mógł trwać nieco dłużej, a nie jedynie tydzień. Marzą mi się takie dwa pełne tygodnie. Dwa tygodnie luzu i odpoczynku. Bardzo mi się marzą. Ale to niezbyt realne. Dlatego też cieszę się tym co mam. A mam wiele. Takie piękne wakacje, cudowne wspomnienia, wiele pięknych miejsc odwiedzonych i zjedzonych pyszności na koncie. To był prawdziwie cudowny początek lipca!

W lipcu pracy było co niemiara! Zdecydowanie skrócił mi się sen. Ogólnie to był wyjątkowo zapracowany i zabiegany miesiąc. Jak chyba żaden inny lipiec. Zamiast urlopowego odprężenia, mieliśmy ciągły chaos. W pracy spędzałam dużo czasu i ciągle z tyłu głowy miałam kolejne wyceny i zaległości. Do domu wracałam zdecydowanie zbyt późno, co głośno wykrzykiwała mi Franusia i Fifi. Bywało pełno takich dni, kiedy to wracałam do domu po 14 godzinach do wyjścia z niego. Narobiłam sobie sporo domowych zaległości. Jak na złość, weekendy były jakby krótsze i skupiały się głównie na niwelowaniu owych zaległości. Ale wiecie, nie jestem bez winy. Co chwilę znajdowałam sobie coś nowego do roboty. Ot, chociażby nową rabatę w ogrodzie. Nową aranżację skrzynek, które zdobią taras. Zrobiłam też lawendową alejkę. Uff!

A jakby tego było mało, po powrocie z pracy, zabierałam się za przerabianie wiśni na konfitury, wyprodukowałam też testowo syrop lawendowy. Musiałam obrobić całą wielką michę kwiatów lawendy, i wiecie co? Wyszło mi z tego ledwo trzy słoiczki. Takie po musztardzie. Ale po testach mogę śmiało powiedzieć, to nie koniec! To jest prawdziwa petarda, kropla przenosi mnie w prawdziwie lawendowe niebo. Syrop będę dodawała do herbaty, na zabiegane i męczące wieczory. A zabiegane to teraz były chwile, kiedy próbowałam zdobyć cukier do przetworów. Na co dzień w domu mam tylko erytrytol i nieco cukru pudru. Tak do dekoracji wypieków. Przed sezonem kupiłam jeden żelfiks i tyle. Teraz w pięciu sklepach szukaliśmy cukru i nic. Nie było też żelfiksów. Miła pani wytłumaczyła mi, że ludzie też to kupują, bo w środku jest nieco cukru. Zastanawiam się kto słodzi herbatkę żelfiksem? Szaleństwo. Cukier zdobyłam następnego dnia. Uwaga, był tylko cukier puder….

Odwiedziłam w końcu fryzjera. Pierwotnie miałam jedynie podciąć grzywkę. Ostatecznie, po półtorej roku zapuszczania włosów, wróciłam do boba. Tym razem jednak wersja dłuższa, taka, że mogę włosy zebrać w małą kiteczkę. Fajna odmiana. Na razie cieszę się morzem możliwości i włosami, które mogę albo rozpuścić, albo związać. Poprzednio, mogłam je tylko związać, bo ja i dłuższe rozpuszczone włosy? To się nie łączy!

W lipcu pogoda nie pozwoliła mi w pełni skorzystać z możliwości jakie daje mi moje miejsce zamieszkania. Standardowo kiedy przychodzi dwudzionek, albo pada, albo jest zimno. Ogrodowe wieczory trzeba spędzać po kocem, i w kamizelce. Owszem, były spacery, ale często z parasolem w ręku. Jak wtedy kiedy mieliśmy gości i lataliśmy w ulewie, pokazując im Gdynię. Albo gdy umówiłam się z moim bratem i kiedy tylko dojechałam na miejsce, rozpętała się burza… Mimo to udało mi się zorganizować jedną szaloną wycieczkę na ukochane wydmy. Przekrój pór roku, od zimowego wiatru, po upał i chodzenie bez butów. A jak poszłam na koncert Kaśki Sochackiej, to deszcz przestał padać dopiero pół godziny przed koncertem.

Jeżeli mowa o koncercie, to byłam też na koncercie Raz, dwa, trzy, i był to kolejny i kolejny bardzo miły koncert. I wiele muzycznych doznań. Udało mi się też nieco bawić się w turystkę i pozwiedzać Gdańsk i Gdynię. Fajnie poszwędać się w znane miejsca, tak jakby szło się tam pierwszy raz. A to wszystko dzięki naszym gościom, którzy chcieli by pokazać im wszystko. To był kulturalny miesiąc, dwa koncerty i kino. Co ciekawe, w tym czasie byliśmy sami na sali, w powtórce covidowej fali, to wyjątkowo fajne i bezpieczne. W dodatku nikt nie jadł popcornu i nie siorbał coli!

W lipcu usiadła na mnie pszczoła, albo osa, akurat nie odróżniam jednego od drugiego. Usiadła i tyle, nie zdążyła mnie ugryźć. Ale to starczyło bym dostała uczulenia. Pęcherz, swędzenie i silne zaczerwienienie, spuchła mi też ręka. Pamiętacie jak 3 lata wstecz wylądowałam na pogotowiu po kontakcie z pszczołą? Wtedy mnie ugryzła, teraz tylko usiadła. Muszę naprawdę zaopatrzyć się w adrenalinę, w razie konieczności!

Mam wrażenie, że lipiec był naprawdę długi i konkretny. Dużo się działo i to dużo fajnego. To był dobry miesiąc! Minus? Z babcią Fotografa zrobiliśmy 65 pączków, w upale. Nic nie zjadłam, zapomniałam ich wziąć !

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – High Hopes 

Stawy Echo w Zwierzyńcu

Dziś zabieram Was do Zwierzyńca. To miasto leży 30 km od Zamościa i jest niezwykle urokliwe. Małe, spokojne, z wieloma atrakcjami dla małych i dużych. Pewnie kojarzycie, cudowny i piękny kościółek na Wodzie. Jak tam romantycznie! To piękna sceneria do zdjęć, ale i do podziwiania uroczej architektury. Dookoła woda, most i proszę, na wysepce mamy kościółek.

Jako, że tego dnia było naprawdę gorąco – termometry uparcie pokazywały 35 kresek, ruszyliśmy do Stawów Echo. Czyli miejsca, gdzie można pospacerować w cieniu, w otoczeniu lasu i wody. To miejsce, gdzie można spędzić cały dzień! Zachwycająca przyroda i przyjemna woda. Ci, co wolą gwar, wybiorą piaszczystą plażę. Ci, którzy preferują spokój, chętnie rozłożą się w lasku. Teren jest bardzo dobrze zadbany, są ratownicy, jest czyściutko. Dla amatorów spacerów, mamy wygodną, drewnianą ścieżkę wzdłuż stawów. Spacer w upalny dzień, w dodatku arbuzową lemoniadą, to przedsmak nieba!

Stawy powstały na miejscu mokradeł, niemal 100 lat temu. Ich budowa uchroniła wiele osób, przed wysyłką do Niemiec. Jako, że jest tam pięknie, przybywało turystów, powstał nawet ośrodek wczasowy. Niestety, głęboka ingerencja człowieka, spowodowała szkody w naturze. Dlatego też Roztoczański Park Narodowy podjął działania, ku ochronie stawów, a w szczególności zagrożona stała jest wydma, okalająca wodę. Powstała drewniana ścieżka, która ogranicza ruch pieszy. Aczkolwiek ludzie, nie lubią spacerować i podjeżdżają do stawów, najbliżej jak się da. Jest to smutne, bo ścieżką przez las, z centrum Zwierzyńca, mamy niecały kilometr spaceru. Taka nadmierna wygoda, kosztem przyrody, zawsze mnie irytuje, i przeraża. Na pewno są wyjątkowe przypadki, kiedy to nie ma wyboru, trzeba podjechać blisko-mówię o osobach chorych. Ale całe stada nastolatków i rodziców przedszkolaków, śmiało mogą udać się na przyjemny spacer. I odciążyć przyrodę….

No dobrze, koniec dygresji. W Zwierzyńcu, znajdziecie też browar. Nie piję alkoholu, a zapach piwa, mnie ogólnie odrzuca. Ale mąż kupił buteleczkę lekkiego, wakacyjnego piwa. Jemu smakowało. Jest okazja by zwiedzić browar, i myślę, że wielu amatorów złotego trunku, chętnie skorzysta. Browar powstał na początku XIX wieku, jest więc co zwiedzać. Ja osobiście, czuję niedosyt, że zabrakło mi czasu na zwiedzanie. Sama produkcja piwa, niekoniecznie mnie fascynuje, ale zabytkowy budynek, mocno kusił!

W samym mieście i okolicach możecie zwiedzić Ostoję Konika Polskiego, oryginalny pomnik Szarańczy, Osadę Guciów, park linowy, wybrać się na spływ kajakowy, albo udać kolejką, na wycieczkę po mieście. Ja na pewno wrócę, i na pewno na dłużej.

Ścieżka dźwiękowa- Chris Cornell – Nearly Forgot My Broken Heart

Muzeum Wsi Lubelskiej

Kolejna część z wakacyjnego wyjazdu. Lublin zapamiętałam jako naprawdę piękne i chyba mocno niedoceniane miasto. Ale, ale, nie byłabym sobą, gdybym przeszła się jedynie po Starówce. Szukając ciekawych atrakcji, trafiłam na Muzeum Wsi Lubelskiej, czyli na skansen. A kto jak kto, ale ja kocham takie klimaty. Uważam, że to żywa i fascynująca lekcja historii. Taka lekcja, którą chce się powtarzać i chłonie się z niej dużo, dużo więcej, niż z kart podręcznika. To atrakcja dla całej rodziny. Gwarantuję, że nikt nie będzie się nudził. Rok temu opisywałam Wam pobyt w Skansenie, w naszych kaszubskich Wdzydzach. Dziś zabieram Was na drugi kraniec kraju. Przywdziejcie wygodne trampki, upał był straszny, przyda się kapelusz i butelka z wodą.

Muzeum Wsi Lubelskiej, mieści się w samym mieście, spokojnie dojedziecie czy to swoim autem, czy autobusem, pod samą bramę skansenu. Bilet normalny kosztuje 20 złotych i uważam, że zdecydowanie warto wydać te pieniądze. Sam teren jest rozległy, ale i świetnie oznaczony, mimo to warto wziąć mapkę, i ustalić plan zwiedzania. Wolimy zacząć do Roztocza? Powiśla, czy może od razu przejść do miasteczka? Każdy zwiedza jak lubi, nie istnieje jeden słuszny kierunek. Ja szłam chyba dość banalną trasą, bo kierowałam się po prostu przed siebie. Odwiedzałam napotkane zabudowania i cieszyłam się jak dziecko.

Jak już wspominałam, skansen podzielony jest na coś w rodzaju sektorów, każdy zajmuje się innym regionem, dzięki temu łatwo możemy porównać stopień zamożności ich mieszkańców. Hasło ” średniozamożni” ma bowiem wiele znaczeń. W jednej części, oznaczało to całkiem wygodny dom, z salonikiem, osobnymi sypialniami i sporym terenem dookoła. Gdzie indziej była to jedna izba, która pełniła wszystkie możliwe funkcje.

Sam skansen, jest bardzo zadbany, świetnie opisany, i dobrze pielęgnowany. Do większości chat można wejść, i na spokojnie podziwiać ich wyposażenie. Wielu rzeczy można dotknąć, w wielu miejscach można sobie przycupnąć. Pamiętajcie, nie ma się co śpieszyć, to nie wyścigi. Zwiedzanie zajmuje około 3 godzin, z dziećmi pewnie jeszcze dłużej. Ale co ważne, w ogóle się nie dłuży!

Co mi najbardziej się podobało? Zdecydowanie miasteczko! Rewelacyjnie odtworzone, pełne najdrobniejszych szczegółów. W miasteczku odwiedzimy pocztę, szkołę, sklep, czy restaurację. Wstąpimy do remizy strażackiej i odważnie zapukamy do drzwi dentysty! Takie cuda, cieszą tych starszych i tych młodszych. Nie muszę wspominać, że cały teren jest genialnym tłem do uroczych zdjęć. Dodatkowo, na miejscu jest całkiem spora armia zwierzątek- koniec, owce, kozy, gęsi. Są takie pięknie utrzymane ogrody, i te przy bogatym dworze i te wiejskie, pełne malw i lawendy. To idealne miejsce, by odpocząć od zgiełku miasta, a jednocześnie wciąż w nim pozostać. To świetne miejsce, by nabrać dystansu, i co najważniejsze, przenieść się w czasie.

Osobiście uwielbiam takie miejsca, zapraszam Was w tą piękną podróż w czasie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i chętnie je odwiedzicie.

Ścieżka dźwiękowa- Blur-Chemical World

Wąwóz Homole

Nowy tydzień zaczniemy wizytą w Wąwozie Homole, czyli wracamy na majówkę! Jestem fanką takich miejsc i wiedziałam, że muszę je odwiedzić. Przeczytałam, że wąwóz prowadzi na najwyższy szczyt Pienin, czyli Wysoką. Poza tym jest bardzo kameralnym i atrakcyjnym miejsce. Idealny dla rodzin z dziećmi, ze względu na łagodną ścieżkę i urocze widoki po drodze. Cały wąwóz wije się w wokół potoku Kamionki, jest to z pewnością jedna z większych atrakcji Pienin, a co najważniejsze, wstęp jest bezpłatny.

My do Wąwozu, wybraliśmy się po wędrówce na Sokolicę. Nie wiedzieliśmy, że tutaj padało, kiedy więc przyjechaliśmy zaskoczyli nas przemoczeni ludzi, mokre oraz śliskie skalne ścieżki. Z pewnością to spowodowało, że nie mogliśmy w pełni czerpać z tego miejsca. Poślizgnęłam się trzy razy, i musiałam po prostu patrzeć pod nogi bardzo, ale to bardzo uważnie. Dodatkowo, nie było to spokojne miejsce. Wraz ze słońcem otoczył nas dziki tłum, faktycznie całych rodzin, które przybyły na to miejsce. Zakłócało to z pewnością odbiór tego miejsca, i chociaż było przepięknie, to ja nie czułam się tam jakoś wyjątkowo. Było za głośno, jak na miejsce pełne natury, a do tego nieco zbyt mokro, przez co starałam po prostu przejść wąwóz i wrócić w jednym kawałku.

Oczywiście, Wąwóz Homole jest wart zobaczenia, faktycznie, ta dość łatwa i świetnie zagospodarowana ścieżka, spodoba się całym rodzinom. Najlepiej będzie odwiedzić to miejsce wcześnie rano, tak by uniknąć tłumów. I w pełni cieszyć się niesamowitymi skalnymi ścianami i pięknem Kamionki, która naprawdę jest urokliwym górskim potoczkiem.

Czy wrócę? Z pewnością. Mam bowiem duży, duży niedosyt!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Czorsztyn i okolice

Ciąg dalszy majówkowej relacji. W końcu znalazłam odrobinkę wolnego czasu, jednak pogoda kusi i spaceruję ile wlezie. Albo grzebię w ogródkowej ziemi.

Bazą naszej wycieczki był Czorsztyn. W zasadzie pierwszą bazą miała być Niedzica, ale okazało się, że pensjonat akceptuje psy pokojowe, ale nie akceptuje kotów. Dlatego musieliśmy zmienić nasze miejsce docelowe. Padło na Willę Jordanówkę, która okazała się być miejscem sympatycznym i dla kota, i dla nas. Z okien naszego pokoju ( na poddaszu) widzieliśmy Jezioro Czorsztyńskie i góry. Nie muszę Wam mówić, że parapet był ulubionym miejscem Franki, spędzała tam pół dnia, racząc się widoczkiem. Mi też wyjątkowo on pasował! A wystarczyło wyjść przed pensjonat, by zobaczyć ośnieżone Tatry. Coś bajkowego!

Czorsztyn jest rajem dla rowerzystów, następnym razem z pewnością wypożyczę rower i udam się na wycieczkę. Ścieżka rowerowa niemal okala jezioro i można kilometrami pedałować między zamkami. Dla tych co wolą spacery, jest również ścieżka spacerowa, ja korzystałam właśnie z niej, bo po tych wszystkich atrakcjach w ciągu dnia, nie miałam już siły na pedałowanie, a na spokojny spacer. Natura robi wrażenie. Aczkolwiek należy pamiętać, że ten piękny teren został brutalnie zdegradowany, właśnie podczas budowy tamy i zalewu czorsztyńskiego. Całe wsie zostały zalane, a wraz z nimi unikalna roślinność i krajobraz.

Odratowane budynki, znajdują się dziś w Kluszkowcach- w zasadzie jest to Czorsztyn i tworzą Szlak architektury drewnianej. Są to dawne wille i karczmy. Jeszcze kilka lat wstecz, obiekty były czynne i przyjmowały gości. Była tam prężnie działająca restauracja. Dziś wszystko jest opuszczone i tworzy scenografię do westernów. Naprawdę, można tam nakręcić film, rodem z Dzikiego Zachodu. Budynki są drewniane, z murowanymi piwniczkami. Pięknie i bogato zdobione, powstały na przełomie XIX i XX wieku. Cudowne tarasy, balustrady, rzeźbienia okien, wszystko w stylu zakopiańskim i szwajcarskim. Aż żal patrzeć na to, że zaczynają niszczeć. Wielka szkoda, mam nadzieję, że ktoś o to zadba i ponownie udostępni zwiedzającym. Ja w tych willach i domach, widzę ogrom historii i taki sam ogromny potencjał.

Czas na zamek! W Czorsztynie mamy ruiny zamku, bardzo dobrze zachowane i pielęgnowane. Warto je odwiedzić nie tylko ze względu na wartość historyczną, ale i na widoki, które rozpościerają się z samego zamku. A te robią wrażenie! Nie wiem jak Wy, ale kiedy zwiedzam mury pochodzące z XIV wieku, odczuwam prawdziwy zachwyt. Sama historia zamku jest bardzo burzliwa, i te burzliwe losy zaznaczyły się, poprzez obecny wygląd zamku. Na szczęście ktoś w porę się obudził, i powstrzymał dalszą dewastację tego miejsca. Bilety są śmiesznie tanie, razem z dwugodzinnym parkingiem, za osobę zapłacicie 8 złotych, które idą na dalsze prace na terenie zamku. W środku jest kilka ciekawych wystaw, dowiecie się wszystkiego o powstaniu Zalewu Czorsztyńskiego, będziecie podziwiać kolekcję rysunków zamku, niektóre reprodukcje pochodzą z XVIII wieku, można skonfrontować przeszły i obecny wygląd zamku i całego otoczenia. Myślę,że zwiedzanie tego zamku, oraz oczywiście okolic, jest wspaniałą, żywą lekcją historii, dla mniejszych i tych całkiem dużych.

Dużą atrakcją będzie przeprawa jeziorem między zamkami. Ja już płynęłam kilka lat temu, więc teraz sobie to darowałam, ale polecam każdemu. Uroczy będzie też spacer po zaporze, gdzie czekają nas kolejne piękne widoki.

Czorsztyn oferuje naprawdę wiele i dla każdego. Jest cicho i spokojnie. To wymarzone miejsce dla rodzin, amatorów spacerów i rowerowych wypadów. A także tych, którzy szukają idealnej bazy wypadowej na bliższe i dalsze wycieczki po okolicy. W okolicy działa kilka pensjonatów, ale prym wiodą apartamenty na wynajem. Jest jedna fajna restauracja, kilka punktów z lodami, czy burgerami. Jest również najprawdziwsza bacówka, gdzie polecam kupić cudowne owcze sery!

Ja coś czuję, że wrócę w to miejsce!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Poison Heart