Wąwóz Homole

Nowy tydzień zaczniemy wizytą w Wąwozie Homole, czyli wracamy na majówkę! Jestem fanką takich miejsc i wiedziałam, że muszę je odwiedzić. Przeczytałam, że wąwóz prowadzi na najwyższy szczyt Pienin, czyli Wysoką. Poza tym jest bardzo kameralnym i atrakcyjnym miejsce. Idealny dla rodzin z dziećmi, ze względu na łagodną ścieżkę i urocze widoki po drodze. Cały wąwóz wije się w wokół potoku Kamionki, jest to z pewnością jedna z większych atrakcji Pienin, a co najważniejsze, wstęp jest bezpłatny.

My do Wąwozu, wybraliśmy się po wędrówce na Sokolicę. Nie wiedzieliśmy, że tutaj padało, kiedy więc przyjechaliśmy zaskoczyli nas przemoczeni ludzi, mokre oraz śliskie skalne ścieżki. Z pewnością to spowodowało, że nie mogliśmy w pełni czerpać z tego miejsca. Poślizgnęłam się trzy razy, i musiałam po prostu patrzeć pod nogi bardzo, ale to bardzo uważnie. Dodatkowo, nie było to spokojne miejsce. Wraz ze słońcem otoczył nas dziki tłum, faktycznie całych rodzin, które przybyły na to miejsce. Zakłócało to z pewnością odbiór tego miejsca, i chociaż było przepięknie, to ja nie czułam się tam jakoś wyjątkowo. Było za głośno, jak na miejsce pełne natury, a do tego nieco zbyt mokro, przez co starałam po prostu przejść wąwóz i wrócić w jednym kawałku.

Oczywiście, Wąwóz Homole jest wart zobaczenia, faktycznie, ta dość łatwa i świetnie zagospodarowana ścieżka, spodoba się całym rodzinom. Najlepiej będzie odwiedzić to miejsce wcześnie rano, tak by uniknąć tłumów. I w pełni cieszyć się niesamowitymi skalnymi ścianami i pięknem Kamionki, która naprawdę jest urokliwym górskim potoczkiem.

Czy wrócę? Z pewnością. Mam bowiem duży, duży niedosyt!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Czorsztyn i okolice

Ciąg dalszy majówkowej relacji. W końcu znalazłam odrobinkę wolnego czasu, jednak pogoda kusi i spaceruję ile wlezie. Albo grzebię w ogródkowej ziemi.

Bazą naszej wycieczki był Czorsztyn. W zasadzie pierwszą bazą miała być Niedzica, ale okazało się, że pensjonat akceptuje psy pokojowe, ale nie akceptuje kotów. Dlatego musieliśmy zmienić nasze miejsce docelowe. Padło na Willę Jordanówkę, która okazała się być miejscem sympatycznym i dla kota, i dla nas. Z okien naszego pokoju ( na poddaszu) widzieliśmy Jezioro Czorsztyńskie i góry. Nie muszę Wam mówić, że parapet był ulubionym miejscem Franki, spędzała tam pół dnia, racząc się widoczkiem. Mi też wyjątkowo on pasował! A wystarczyło wyjść przed pensjonat, by zobaczyć ośnieżone Tatry. Coś bajkowego!

Czorsztyn jest rajem dla rowerzystów, następnym razem z pewnością wypożyczę rower i udam się na wycieczkę. Ścieżka rowerowa niemal okala jezioro i można kilometrami pedałować między zamkami. Dla tych co wolą spacery, jest również ścieżka spacerowa, ja korzystałam właśnie z niej, bo po tych wszystkich atrakcjach w ciągu dnia, nie miałam już siły na pedałowanie, a na spokojny spacer. Natura robi wrażenie. Aczkolwiek należy pamiętać, że ten piękny teren został brutalnie zdegradowany, właśnie podczas budowy tamy i zalewu czorsztyńskiego. Całe wsie zostały zalane, a wraz z nimi unikalna roślinność i krajobraz.

Odratowane budynki, znajdują się dziś w Kluszkowcach- w zasadzie jest to Czorsztyn i tworzą Szlak architektury drewnianej. Są to dawne wille i karczmy. Jeszcze kilka lat wstecz, obiekty były czynne i przyjmowały gości. Była tam prężnie działająca restauracja. Dziś wszystko jest opuszczone i tworzy scenografię do westernów. Naprawdę, można tam nakręcić film, rodem z Dzikiego Zachodu. Budynki są drewniane, z murowanymi piwniczkami. Pięknie i bogato zdobione, powstały na przełomie XIX i XX wieku. Cudowne tarasy, balustrady, rzeźbienia okien, wszystko w stylu zakopiańskim i szwajcarskim. Aż żal patrzeć na to, że zaczynają niszczeć. Wielka szkoda, mam nadzieję, że ktoś o to zadba i ponownie udostępni zwiedzającym. Ja w tych willach i domach, widzę ogrom historii i taki sam ogromny potencjał.

Czas na zamek! W Czorsztynie mamy ruiny zamku, bardzo dobrze zachowane i pielęgnowane. Warto je odwiedzić nie tylko ze względu na wartość historyczną, ale i na widoki, które rozpościerają się z samego zamku. A te robią wrażenie! Nie wiem jak Wy, ale kiedy zwiedzam mury pochodzące z XIV wieku, odczuwam prawdziwy zachwyt. Sama historia zamku jest bardzo burzliwa, i te burzliwe losy zaznaczyły się, poprzez obecny wygląd zamku. Na szczęście ktoś w porę się obudził, i powstrzymał dalszą dewastację tego miejsca. Bilety są śmiesznie tanie, razem z dwugodzinnym parkingiem, za osobę zapłacicie 8 złotych, które idą na dalsze prace na terenie zamku. W środku jest kilka ciekawych wystaw, dowiecie się wszystkiego o powstaniu Zalewu Czorsztyńskiego, będziecie podziwiać kolekcję rysunków zamku, niektóre reprodukcje pochodzą z XVIII wieku, można skonfrontować przeszły i obecny wygląd zamku i całego otoczenia. Myślę,że zwiedzanie tego zamku, oraz oczywiście okolic, jest wspaniałą, żywą lekcją historii, dla mniejszych i tych całkiem dużych.

Dużą atrakcją będzie przeprawa jeziorem między zamkami. Ja już płynęłam kilka lat temu, więc teraz sobie to darowałam, ale polecam każdemu. Uroczy będzie też spacer po zaporze, gdzie czekają nas kolejne piękne widoki.

Czorsztyn oferuje naprawdę wiele i dla każdego. Jest cicho i spokojnie. To wymarzone miejsce dla rodzin, amatorów spacerów i rowerowych wypadów. A także tych, którzy szukają idealnej bazy wypadowej na bliższe i dalsze wycieczki po okolicy. W okolicy działa kilka pensjonatów, ale prym wiodą apartamenty na wynajem. Jest jedna fajna restauracja, kilka punktów z lodami, czy burgerami. Jest również najprawdziwsza bacówka, gdzie polecam kupić cudowne owcze sery!

Ja coś czuję, że wrócę w to miejsce!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Poison Heart

Zdobywca Sokolicy

Jak już wiecie, majówkę spędzałam w Pieninach. W ich pięknie zakochałam się kilka lat temu. Wystarczyło mi zaledwie kilka godzin by się w nich zakochać w pełni. I wiedziałam, że wrócę. I jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Wróciłam i spędziłam tam pięć dni. Moją relację zacznę od górskiej wędrówki na Sokolicę.

Kiedy przygotowywałam się do naszej podróży, planowałam wdrapanie się na Trzy Korony. Taki był plan. Ale, ale. Będąc już na miejscu, przeczytałam, że polecane jest zdobycie Sokolicy. Bo ze Szczawnicy prowadzi łagodna ścieżka, i każdy sobie z nią poradzi. A dodatkowo, widoki z Sokolicy naprawdę zapierają dech. Wiecie, mnie długo nie trzeba było namawiać. Łatwa ścieżka- godzina w jedną stronę, piękne widoki, zmieniłam więc plany. Trzy Korony musiały poczekać, wybrałam Sokolicę. Żeby nie było, wysokość Sokolicy to 747 metrów, Trzy Korony 982 metry. Sokolica jest więc nieco mniejsza, ale z pewnością jest idealna na pierwszą górską wędrówkę w sezonie.

Zjedliśmy solidne śniadanko, Lena w naszym pensjonacie, gotowała wyśmienicie. Jej racuszki skradły moje serce. Były dużo lepsze niż moje, ba, nawet moja babcia nie potrafiła zrobić tak lekkich i smakowitych racuchów, a była mistrzynią w ich smażeniu. Najadłam się jajecznicy i racuchów z dżemem. Mogłam zdobywać szczyty. Do plecaczka spakowałam wodę, suszone jabłka i batoniki orzechowe. W nawigację wpisaliśmy, no dobra, Fotograf wpisał- Parking pod Sokolicą. Pojechaliśmy, jakieś 12 minut od naszej czorsztyńskiej bazy. Wycieczki czas start! Owszem, lekko się zdziwiłam kiedy parkingowy zapytał się – idziecie na Trzy Korony? Skinęłam głową, ale w sumie, być może wyglądam jak zdobywca Trzech Koron. Mam odpowiednie buty, kurtkę, plecaczek. Widać, na pierwszy rzut oka, moja kondycja jest rewelacyjna. Idziemy!

Po jakichś 500 metrach zastanawiam się kto napisał, że ten szlak jest taki płaski i przyjemny. Idę prawie stromym wzniesieniem. Trochę też mnie dziwiło, że z nami praktycznie nikt nie idzie. Jak na bardzo popularną ścieżkę, było to co najmniej lekko zadziwiające. Czas płynie, a ścieżka ani myśli robić się płaska i przyjemna. Im dalej w las tym gorzej. Desperacja ma sięgnęła tego poziomu, że sięgnęłam po dwa patyki/gałązki, które robiły za kijki podejściowe. Fotograf się śmiał, ale 5 minut później zrobił to samo. Ścieżka była nie tyle kamienista, co po prostu skalna. Szliśmy po wąskiej skalnej ścieżce, ja i mój lęk wysokości! W końcu pojawił się znak, prosto na Trzy Korony, w bok na Sokolicę. W teorii 45 minut, ale jak to! Droga miała trwać godzinę, my idziemy już 45 minut. Nic mi się nie zgadza, ludzi nie ma, ścieżka nie jest łatwa, i ten czas….

Po 15 minutach trudnego marszu, po skalnych kamieniach, raz w dół, raz w górę, mijamy kolejny znak- Sokolica, ścieżka eksponowana 45 minut. Nie wiem kto to pisał, ale w tym Pienińskim Parku Narodowym, mają problemy z liczeniem, czasem i odległościami. Dalej idziemy praktycznie pustą ścieżką, pogoda piękna, a mi nogi ogłaszają strajk, niczym Bunt na Bounty. No cóż, ostre podejście i proszę bardzo, zdobywamy Czertezik, 772 metrowy szczyt. Zaczynam się zastanawiać, czy nie poprzestać na owym Czerteziku. Widoki, owszem piękne, ale jednak całą sobą czuję, że składam się jedynie z bolących łydek. Podjęta decyzja, idziemy dalej.

I dojście na Sokolicę okazało się wielkim wyzwaniem, ścieżka była naprawdę trudna, i zdradliwa. Nie chciałabym nią iść w jesienny, mokry czas. W każdym razie, w końcu doszliśmy do rozwidlenia, a tam proszę, tłumy w trampkach! Wszyscy szli łagodną i miłą dla ciała ścieżką. Aby wejść na szczyt należy kupić bilet -cena to osiem złotych, uprawnia on do wejścia również na Trzy Korony, jeżeli komuś mało podejść. Miła pani potwierdziła moje obawy- od strony Szczawnicy, jest łagodna, rodzinna wręcz ścieżka dojścia. Szybki rzut oka na mapę, my zaparkowaliśmy w Krościenku. Stąd nasza pomyłka i eksponowana-skalna ścieżka. No cóż, idziemy na szczyt. Szczyt mały i wąski, widoki piękne, ale ludzi tłum. Większość robi sobie piknik, zajada kanapki, i nie baczy na to, że tam jest naprawdę wąziutko. My napawamy się widokiem i dumą z samych siebie. Tak, jest pięknie, widać magię Pienin, widać zaśnieżone Tatry, cały przełom Dunajca. Po wejściu na szczyt ogarnia mnie radość i pewna błogość. Z tej radości kupiłam sobie dyplom zdobywcy Sokolicy! A co tam, jestem z siebie dumna.

Ta błogość i duma, co prawda szybko znika, kiedy okazuje się, że musimy wracać tą samą drogą. Po prostu nie opłaca się iść do Szczawnicy i maszerować z dwie godziny po auto. Wracało się nieco lepiej, aczkolwiek nie zawsze było z górki, duża część jest pod górkę, i są to strome, kamienne podejścia. Nie wiem czy to zasługa endorfin po zdobyciu szczytu, czy to efekt zjedzenia orzechowego batonika, ale szło mi się nieco lepiej. Tak dobrze, że powrót na parking oznaczał pokonanie trasy o 35 minut szybciej niż zakładałam.

Moje wrażenia? Droga była wymagająca, z pewnością nie jest to rodzinna trasa. Ale za to takich widoków, nie ma idąc ścieżką szczawnicką. Przy okazji zdobywa się też Czertezik, i zdobywa się go, w totalnej samotności. To z pewnością dobry szlak, dla tych, co lubią ciszę, spokój, widoki i odrobinę zmęczenia. Tych zapraszamy do Krościenka, wszystkich innych prosimy do Szczawnicy. Ja jestem zadowolona z naszej pomyłki! Była to naprawdę piękna pomyłka. Zresztą, zobaczcie sami.

Ścieżka dźwiękowa- Bang Gang – My Special One

Tegoroczne plany podróżnicze

O czym dziś chcę porozmawiać? Ano o wakacjach i miejscach, które chciałabym zobaczyć. Czyli o wakacyjnych planach i marzeniach. W końcu majówka zaczyna sezon wycieczkowy!

I u mnie ten sezon już się zaczyna. No dobrze, miał się zacząć nieco szybciej, ale pech chciał, że zostałam w domu. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Co to to nie!

Gdzie zaczynam sezon wyjazdowy? Na drugim końcu Polski, prawie rok temu ustaliliśmy, że majówkę spędzamy w górach, padło na Pieniny, które widziałam bardzo krótko, w zasadzie miałam na nie ledwie kilka godzin. Teraz będę tam całe pięć dni, więc mam nadzieję poznać te piękne góry nieco lepiej. Wybrałam pensjonat nad samym jeziorem, nieopodal zamku i ledwie moment od Trzech Koron. Lepiej być nie mogło. Pokochałam góry. Oczywiście w moim sercu rządzi morze, ale uwielbiam wyjeżdżać w góry i podziwiać ich monumentalność i dostojność. Mam wrażenie, że tam naprawdę odpoczywam i ładuję baterie. Chociaż po wędrówkach, bywam bardzo zmęczona, to jest to naprawdę pozytywne zmęczenie.

Przez letnie miesiące zamierzam eksplorować okolicę, może odkryję jakąś fajną, zaciszną plażę? W zeszłym roku lato minęło mi na ślubnych przygotowaniach. W tym roku zamierzam nieco bardziej korzystać z pogodnych dni. Będą to niestety jednodniowe wycieczki, ale i tak dadzą mi dużo radości. Już to wiem.

Na lipiec planuję odwiedzić, kolejny już raz, rodzinne strony Fotografa. Już zapowiedziałam, że muszę dokładniej poznać Lublin. I nie zadowoli mnie krótka wycieczka, co to, to nie! Oczywiście nie odpuszczę sobie wielu spacerów po urokliwym Zamościu. W to lato, odpadnie wręczanie ślubnych zaproszeń, będzie więc zdecydowanie więcej czasu na zwiedzanie, odpoczynek i cieszenie się piękną okolicą.

Wrzesień to kolejny wyjazd, zaklepany i zarezerwowany. Na co padło? Bez zaskoczeń, znowu góry. Tym razem bardzo nieoczywisty kierunek, bo Góry Sowie. W planie zwiedzaniu Zamku Książ, górskie spacery i wypad do Czech, by bliżej poznać Skalne Miasta. Z pewnością będzie intensywnie, ale i kojąco. Bo tak właśnie działają na mnie góry. A jako, że będzie to już po sezonie, powinno obyć się bez tłumów.

Na listopadową szarugę planujemy mały wypad, taki zwane city break. Koniecznie w słoneczne miejsce, niezbyt długi będzie to wypad, 3-4 dni. Ale idealne by poznać dla przykładu Włochy. Ja właśnie w te Włochy celuję, marzy mi się Wenecja. Ale i do Grecji bym mogła wyskoczyć. Ważne, żeby choć na moment odciąć się od listopadowej szarugi i naładować baterie na długą zimę. Z doświadczenia ostatnich dwóch lat, wynika, że wiosna przychodzi dopiero w maju, więc taki wypad, będzie idealny by pozwiedzać w spokoju, ale i złapać kilka promieni słońca.

A jak Wasze plany podróżnicze na ten rok?

Ścieżka dźwiękowa- Kings Of Leon – Rememo 

Minął miesiąc. Marzec.

I marzec za nami. Czyli koniec zimy, witaj wiosno.

Marzec nie zaczął się w dobrych nastrojach. Wiadomo, wojna, duże emocje. Ale po dłuższym załamaniu, chyba w końcu wyszłam na prostą. Duży w tym udział miała pogoda, która zrobiła się słoneczna i cudownie wiosenna. Dostałam zastrzyk energii, endorfin i sił. Tego było mi trzeba. W końcu sobie uświadomiłam, że nie zbawię całego świata, nie wygram wojny w pojedynkę, a żeby pomagać innym, muszę mieć w sobie siłę i spokój. Inaczej zwariuję. Także zmiana na plus.

Marzec pozwolił mi na małe wycieczki, byłam w Jastrzębiej Górze i Ciechocinku. Niby ten drugi wyjazd, to była asysta rodzicom, ale udało się pospacerować, zjeść dobry obiad i wpaść na pyszną różaną herbatę. Wzmocniły mnie te chwile i to mocno. Codziennie zresztą solidnie spacerowałam, w lutym moja średnia dzienna kroków to 8 tysięcy, w marcu już 11 tysięcy, to mówi samo za siebie. Może moje spacery nie były w jakichś spektakularnych okolicznościach przyrody, ale za to były bardzo regularne. Pilnowałam też regularnej praktyki jogi i medytacji. Koniec z labą!

Marzec to czas wiosennych zakupów. Nieco odświeżyłam swoją szafę. Udało mi się kupić wiosenny płaszczyk. Bardzo to trudna sztuka, kiedy w świecie mody rządzi oversize,a ty bardzo źle w tym wyglądasz. W każdym razie musiałam dwa odesłać i dopiero ten trzeci zaakceptowałam. Bardzo długo szukałam również wiosennych botków. Czyli te buty, które nosimy między kozakami, a trampkami. W marcu, w sklepach rządzi pełnia lata i bardzo ciężko szło mi szukanie botków. W poprzednich, ukochanych czteroletnich, zrobiła się solidna dziura. Ostatecznie botki kupiłam, ale po pierwszym, solidnym spacerze-13 tysięcy kroków, skończyłam z 4 plastrami na palcach. Biorąc pod uwagę ich cenę, jestem solidnie zawiedziona. Zdecydowałam się również na cygaretki i to dwie pary. Chciałam wprowadzić nieco koloru do mojej szafy, skończyło się na ciemniej zieleni i beżu. Szaleństwo! I uwaga, kiedy przygotowałam się na wiosnę, wróciła zima!

Jako, że dawno nie widzieliśmy weterynarza, Fifi postanowił nadrobić braki i odwiedzić pana doktora. Rana na jego łapce była naprawdę solidna, wystraszyłam się okropnie. Ale na miejscu okazało się, że nie jest tak źle. Poza portfelem, który odczuł 3 dni zastrzyków z antybiotyku.

Rozwijam się ogrodowo. Zasadziłam moje pierwsze w życiu drzewko! Ma być z niego najdłużej kwitnące drzewko na świecie, całe cztery miesiące różowych kwiatków. Na razie jest metrowy „patyk”. Zajęłam się lawendą i hortensjami. Stworzyłam kwiatową kompozycję na schodki do ogródka. I żałuję, że po wiośnie zostało wspomnienie i mamy wiosenne przymrozki i śnieg! A ja już planowałam posadzenie niedźwiedzich traw. W każdym razie dzielnie suszę cebule hiacyntowe, za rok wiosna mnie nie zaskoczy.

Zrobiliśmy mały remont w salonie. Co prawda wciąż czekam na półkę w sypialni -bije 8 miesiąc czekania, tyle samo czekam na listwy podłogowe, ale za to zmieniliśmy szafę w salonie. W zasadzie skończyło się na frontach, które połączyły się kolorem z kuchnią. Może w kwietniu doczekam się półek? Drewno jest, ponoć potrzeba ciepła, by je oszlifować na podwórku…

W marcu chętnie gotowałam i w zasadzie pochwalę się, co piekłam ciasto, to było lepsze niż poprzednie. Także tego, mój piekarnik jest cudowny i nigdy mnie nie zawodzi. No, może też tam trochę zasługa mojego talentu?

Udało nam się w końcu spotkać z przyjaciółmi. W końcu! Samo spotkanie było cudowne, aż żal patrzeć, jak ten czas szybko leci, i 7 letnia Zuzia uczyła mnie podstaw kodowania! Weszliśmy za dnia, wyszliśmy praktycznie dnia następnego. Co prawda nastrój po spotkaniu lekko się obniżył, gdy dzień po dostałam informację, że u młodego pojawiła się jelitówka. Czekałam w napięciu kiedy nas dopadnie, ale nie dopadło. Ani nas, ani nikogo od przyjaciół, poza najmłodszym członkiem rodzinki. Uff, odetchnęłam z ulgą.

Poza kilkoma chwilami marzec był naprawdę udany. I zawodowo i prywatnie. Szkoda, że to nie jest ten czas, gdy możemy powiedzieć, że wojna u sąsiada jest wspomnieniem. Może w kwietniu? Modlę się o to!

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Wasted

Pomysł na randkę. Jesienne Lubiatowo.

Kto nie lubi spacerów nad morzem? Ja uwielbiam. Ale najbardziej lubię te spacery jesienią i zimą. Ostatnie 3 weekendy musiałam spędzić w domu, bo uczelnia, bo choroba… Nudziłam się kosmicznie. Bo ileż można patrzeć się w sufit, albo w komputer? Kiedy więc pojawiła się okazja, by w końcu wyjść z domu, to ruszyłam. Oczywiście musiało to być miejsce bezludne, tak by ominąć wszelkie wirusy i bakterie. Jako, że nie mieliśmy ostatnio okazji do randkowania, to spontaniczny wyjazd, okazał się ciekawą randką. Duży zapas zimowej herbaty, domowe ciasteczka, i w drogę!

Jedyne 45 minut jazdy od domu, mam Lubiatowo. Cudowne miejsce, gdzie cisza i spokój koją duszę i ciało. Herbatka rozgrzewa, ciasto dodaje sił do długiego spaceru. A można spacerować albo plażą, albo lasem. Albo i tu i tam. Pięknie, chociaż niekoniecznie słonecznie. Wietrznie, ale to było mi. To najlepsza randka, i niekoniecznie w duecie. Spacer to idealny czas dla samego siebie. Chodzenie i skupienie się tylko na tym co tu i teraz, to najlepsza metoda na reset i zebranie energii na kolejny tydzień.

Idźcie więc do lasu, albo nad jezioro! Bo przecież nie każdy ma morze koło siebie. Ale, jeżeli chcecie ruszyć nad morze, to pomyślcie o skromnym Lubiatowie. Nie trzeba przecież tam jechać tylko latem! Idziemy….. Dla zdrowia, dla siebie…

Ścieżka dźwiękowa-Depeche Mode – Perfect

Polańczyk

Kończąc moją bieszczadzką przygodę, zabieram Was do Polańczyka. Bo będąc tak blisko, nie wypada nie zobaczyć jak wygląda Solina i te zielone zbocza nad nią! Także zapinamy pasy i w drogę!

Polańczyk to miejscowość uzdrowiskowa i sanatoryjna. Takie miasteczka żyją swoim rytmem, szczególnie w sezonie ładnej pogody. Pełno tu kuracjuszy, a co za tym idzie, knajpek, lodziarni i stoisk z pamiątkami wszelakimi. Kupicie tam przysłowiowe mydło i powidło, i pełno lokalnych pamiątek Made in China. Ale cóż, taki urok!

Miasteczko nie jest zbyt duże, ale pełno w nim ludzi. Miejsc parkingowych praktycznie brak, i to uwaga, nawet tych płatnych. Czyli w poszukiwaniu wolnego miejsca, można zwiedzić całe miasto i w zasadzie odjechać. Ale, ale! Omijamy wtedy cudowny widok na Solinę. Aby w pełni dojrzeć ten cud natury i człowieka. Jest nowy punkt widokowy, wystarczy wdrapać się na górę i już można podziwiać. W oddali widać beskidzkie szczyty, rysunki gór, do tego pełno zieleni i olbrzymie jezioro Solińskie. Tak, ten widok robi magiczne wrażenie! Czy warto było jechać? Myślę,że tak, ale to była chyba jednorazowa wycieczka, na kilka godzin.

Ścieżka dźwiękowa- Metallica – Seek & Destroy

Sine Wiry

Wracam do wspomnień z Bieszczad. Nie wiem jak u Was, ale u mnie od piątku pada i pada. I wieje. Wspomnienia słonecznych dni, są na wagę złota!

Kilka dni przed wyjazdem w Bieszczady zaczęłam się zastanawiać co by tam odwiedzić? I widziałam, że bardzo chcę zobaczyć rezerwat Sine Wiry. Obie aktywności zaplanowaliśmy na jeden dzień. Jajecznica poranna z 12 jajek 4 osoby i w drogę. Z naszej kwatery do Sinych Wirów nie było zbyt daleko. Po 20 minutach byliśmy na miejscu. Ale, ale. My szliśmy przez opuszczoną, ukraińską wieś Zawój. Moim zdaniem jest to ciekawszy szlak, wystarczy podjechać pod schronisko górskie, zostawić auto, wziąć plecaczek, wodę ( było naprawdę ciepło), do tego solidne buty- kilka razy trzeba przejść przez strumień i można nie trafić na kamienie, a wtedy buty solidnie zmoczone. Do tego teren jest bardzo grząski, bywają solidne błotniste niespodzianki. Główna trasa jest pięknie utwardzona, ale wtedy omija się Zawój i tak wiele miejsc do odwiedzenia.

Zawój to dawna wieś, zamieszkana przez Ukraińców. Po wojnie doszczętnie zniszczona, ludność została przymusowo przesiedlona. Zostały dziś jedynie szczątki Cerkwii i domostwa. Kilka zabudowań gospodarczych, albo raczej śladów po nich. Wszystko pięknie opisane i oznakowane. To taka żywa lekcja historii, to miejsca, gdzie czuje się ducha przeszłości. Do tego cudowna górska natura. I najważniejsze, czyli Sine Wiry, do których idzie się przeskakując po kamieniach. Widoki są bajeczne, co zaraz sami zobaczycie.

Taki spacer trwał ponad 2,5 godziny, powolny, poświęcony przeszłości i naturze. Przestrzeń, wolność, płynąca Wetlina, cisza, i obcowanie z historią. Dla mnie to miejsce, to kwintesencja tamtych terenów! Zresztą sami zobaczcie, tam po prostu jest przepięknie.Jak będziecie w okolicy, to idźcie tamtym szlakiem.

Ścieżka dźwiękowa- Belle and Sebastian – Heaven in the Afternoon

Połonina Caryńska

Ależ mam zaległości! Wszystko przez ten remont. Z miesięcznym, ponad już miesięcznym opóźnieniem, zabieram się za relację z Bieszczadzkiej podróży. Jako, że wyjazd był dość krótki, to będą dwie części. Plany były dużo ambitniejsze, ale po wspinaczce nie mieliśmy sił i ochoty na nic, więc jeden dzień spędziłam na totalnym lenistwie.

Będę szczera, nie jestem największym na świecie amatorem górskich spacerów. Góry mam daleko, a jako człowiek z Trójmiasta, chodzę raczej po płaskim. Nie mam ma koncie zbyt wielu szczytów, którymi mogłam się pochwalić. Ale cóż, od czegoś trzeba zacząć. Raz zeszłam ze Śnieżki, raz weszłam na taką mniejszą górkę, a teraz zaliczyłam Połoninę Caryńską. Brawo ja!

Na dzień wędrówki wybraliśmy sobotę, poranek nie był słoneczny, nawet spadło kilka kropel deszczu. Miałam solidne obawy przed wejściem, przecież nie zejdę stamtąd ot tak! Ale podjęłam wyzwanie. Uzbroiłam się w orzechowe batony z solą morską i herbatę. Do tego czapka, polarowa cieplutka buza i sofshell. Nie, nie miałam trampek,.a solidne buty do górskich wędrówek. Byłam w pełni gotowa. Zgodnie z informacją, trasę powinnyśmy przejść w 3 godziny i 25 minut. Biorąc pod uwagę naszą kondycję, dawałam nam 4 godziny, co najmniej. To co? W drogę!

Chociaż dzień zrobił się pogodny, to jednak ostatnie 3 dni nieźle padało i na szlaku było zarówno mokro, ślisko i błotniście. W leśnych zakątkach szło się dużo lepiej, ale przez początkowe polanki, szłam siłą woli. Bo wiecie, ja nie znoszę błota i jak jeszcze to błoto jest na mnie…. A fuj, ale dzielnie szłam. Po drodze były lżejsze odcinki, ale i te, które wymagały większej dawki uwagi. Było dużo leśnych schodków, dużo stromych podejść, do tego szło tam naprawdę sporo ludzi. Ale oni dodawali mi nadziei. Skoro szli z dziećmi, często przedszkolakami, do tego z psami, to wiedziałam, że i ja tam wejdę. Aczkolwiek będę znów szczera, po koronawirusie, mam dużo mniejszą tolerancję wysiłku i musiałam kilka razy robić dłuższe postoje, bo zaczynało mi wariować serce. Na szczęście po zjedzeniu batonika, złożonego z samych orzechów, dostałam energii. Tym bardziej, że zaczął się ten najbardziej malowniczy moment trasy. Co prawda trzeba było iść i iść, ale widoki zaczęły zapierać dech. W końcu dookoła pojawiła się przestrzeń i genialne poczucie wolności. Dodatkowo pojawiła się kosmiczna wręcz mgła. Jedni narzekali, ja ostatecznie uznałam, że dzięki niej, to miejsce wygląda jeszcze piękniej. Było niezwykle magicznie, typowo jesiennie, a dominującym kolorem okazał się złoty. Ach, nie żałowałam żadnego postawionego kroku, ani żadnej sekundy, którą poświęciłam na marsz. Owszem, na górze było naprawdę zimno i musiałam wyjąć zestaw zima w pełni-czapka, szalik, dodatkowa bluza, ale dalej twierdzę, że te widoki to było najlepsze co widziałam w tym roku. A musicie mi wierzyć, wiele w nim widziałam!

Zejście z góry okazało się dla mnie drobnostką, O ile pod górę, zatrzymywałam się co chwilę, to w drugą stronę ledwie raz. Ostatecznie nie dość, że zmieściłam się w czasie , założonym przez ludzi z parku, to cała wycieczka zajęła mi 2 minuty mniej. Brawo ja!

Połonina Caryńska urzeka pięknem. Jest tam po prostu wyjątkowo, magicznie, i niezwykle Bieszczadzko. Trzeba pamiętać o wygodnych butach i zapasach na drogę. I wiecie co? W ogóle nie żałowałam tego, że przez następne 4 dni ledwo chodziłam! Myślę, że ta wędrówka i radość z widoków, przekonają do Bieszczad każdego. A jak Wam się podobają mgliste Bieszczady?

Ścieżka dźwiękowa-David Bowie – Let’s Dance

Smolnikowe Klimaty

Przez chorobę i siedzenie w domu bardzo marzy mi się jakiś urlop, ba, nawet weekend poza domem! Ale na taki wyjazd nie zanosi się aż do maja. Plany na majowy wypad są bardzo, ale to bardzo konkretne. Ale, ale, kiedy myślę o podróży, i kolejnej wyjazdowej bazie, wspominam ostatnie miejsce w Bieszczadach. Nigdy nie przepadałam za wakacjami w hotelach, wielkie molochy na tysiąc osób są nie dla mnie. Na urlopie szukam ciszy, spokoju i komfortu. A milion osób za ścianą mi tego nie gwarantuje. Oczywiście, kiedy wyruszyłam do Pragi, liczyłam się z tym, że nie znajdę tam domu z ogródkiem na wyłączność. Ale unikam wszystkiego co modne i oblegane. Oraz oczywiście tego co tłoczne! Być może wynika to z tego, że na co dzień odbieram dziesiątki telefonów, rozmawiam z klientami, i na urlopie szukam odwrotności tego co mam w pracy.

Kiedy szukaliśmy ostoi na bieszczadzki wypad, korzystaliśmy z portalu Slowhoop, czyli miejsca dla fanów spokojnego i powolnego wypoczynku. To już moje kolejne poszukiwania i rezerwacje i cóż, nie jest to żadna reklama, ale jeżeli chcecie uciec z miasta i znaleźć się w bajce, to musicie tam zajrzeć. W Bieszczadach łatwo znaleźć koniec świata, ale w Smolnikowych Klimatach, naprawdę można się zatracić. Można wybrać pokój w agroturystyce, albo całą chatę dla 6 osób ( oczywiście można wpaść w mniejszą ilość osób). My jechaliśmy z dwójką przyjaciół, wzięliśmy więc chatę, nowiutką, ale budowaną na wzór łemkowskiej chaty. Było więc dużo, dużo drewna i gliny, ale i nowoczesność, czytaj ogrzewanie podłogowe, zmywarka, czy toster. W chacie o wdzięcznej nazwie- Chyżula, nie ma telewizora, zasięg się gubi, internetu praktycznie brak ( chociaż jest wifi), ale za to nigdzie indziej nie zobaczycie tak pięknego nieba! Jest wielki ogród, miejsce na ognisko, dla dzieci super plac zabaw, a dla wszystkich stado wspaniałych kociaków. Kociaki domagają się wkupnego w postaci jedzonka, nie zadziwia się widok stadka, które koczuje od samego rana pod drzwiami chatki. Wszystkie są kochane i domagają się czułości. Jak dla mnie, to konkretny powód by tam pojechać i je poznać i wygłaskać za wsze czasy!

A kolejnym powodem jest najlepszy chleb, który piecze gospodyni tego miejsca. Można wykupić śniadania w gospodarstwie, albo zamówić chleb. Taki domowy, cieplutki, przepyszny. Z odrobiną masełka smakuje wybitnie! Po prostu poezja! Tylko jedna uwaga, ten chlebek zjada się właściwie sam i nie wiadomo kiedy okazuje się, że zamiast jednej kromki, wciągnęło się ich sześć! A te wieczory pod gwiazdami? Naprawdę nigdzie nocne niebo nie wygląda tak wspaniale, jestem totalnie zakochana w tym widoku. Jednak nie ma co udawać, miasto jest skażone światłem i nie da nigdy takich wrażeń, jak niezwykle granatowe niebo i miliony gwiazd.

Smolnikowe klimaty to piękne miejsce, czyste powietrze, wspaniali ludzie, wszędzie jest blisko, Cisna, Wetlina, czy Polańczyk- to świetna baza wypadowa,do bardziej popularnych miejsc, ale zapewnia magiczne i niezwykle spokojne wieczory. Mam nadzieję,że wrócę w Bieszczady. A może i Wy sprawdzicie to piękne miejsce i się zakochacie tak jak ja?

Smolnikowe Klimaty Cisna, w Cisnej
zdjęcie Booking.com

Smolnikowe Klimaty - Chyżula, Komańcza – aktualne ceny na rok 2021

Zdjęcie -Booking.com

Ścieżka dźwiękowa- Mela Koteluk – Spadochron