Pomysł na randkę. Pchli targ i spacer

Co byście powiedzieli na niedzielę poza domem? Niedzielę w Oliwie? Uwielbiam tę gdańską dzielnicę. Jest taka inna od wszystkich innych, pełna historii, pięknych kamienic i willi. I co najważniejsze- jest cudownie zielona i kolorowa. Szczególnie wiosną i latem, uwielbiam tam spacerować i spędzać czas.

W niedzielne ranki i przedpołudnia polecam wpaść na Pchli Targ, który odbywa się zaraz przy Parku Oliwskim. To miejsce, gdzie rządzą zwykli ludzie. Jest kameralnie, apetycznie, kolorowo i można złapać setki okazji. Nieważne czy szukacie domowych konfitur, regionalnych dżemów, sukienki z drugiej ręki, czy zastawy stołowej po prababci- znajdziecie to właśnie tam. Piękne i niebanalne dodatki do codziennego życia. Talerzyki, łyżeczki, przeczytane już książki za 1/3 ceny, dziecięce zabawki z duszą, i regionalne przysmaki. Kawa z termosu, i jeszcze ciepłe ciasto od sąsiadki. Pełnia szczęścia!

A kiedy już znajdziecie coś idealnego dla siebie, to ruszajcie dalej, przecież obok mamy Park Oliwski. Zanim wejdziemy, oczywiście idziemy na lody do Ole Swawole! Nigdzie nie ma tak różnych smaków- mleko z rumem? pomidor z chilli? a może lukrecja? Uwielbiam gdy mnie tam zaskakują! Więc tak, bierzemy lody. Oczywiście prosimy by z kranika polali nam wafelek dużą ilością czekolady. Idziemy do parku!

Kwitną wciąż magnolie, w końcu mamy otwartą palmiarnię, wszędzie kwitną kolorowe kwiaty, jest tak zielono! Na szczęście nie ma wakacji, więc nie ma jeszcze dzikich tłumów, jest za to kameralnie i romantycznie.

Spędziliśmy tak ponad trzy godziny. Było pięknie!

Jeżeli w Waszej okolic jest pchli targ, koniecznie idźcie. Albo zapraszam do cudownej Oliwy.

Ścieżka dźwiękowa- Kortez- Z imbirem

Wąwóz Homole

Nowy tydzień zaczniemy wizytą w Wąwozie Homole, czyli wracamy na majówkę! Jestem fanką takich miejsc i wiedziałam, że muszę je odwiedzić. Przeczytałam, że wąwóz prowadzi na najwyższy szczyt Pienin, czyli Wysoką. Poza tym jest bardzo kameralnym i atrakcyjnym miejsce. Idealny dla rodzin z dziećmi, ze względu na łagodną ścieżkę i urocze widoki po drodze. Cały wąwóz wije się w wokół potoku Kamionki, jest to z pewnością jedna z większych atrakcji Pienin, a co najważniejsze, wstęp jest bezpłatny.

My do Wąwozu, wybraliśmy się po wędrówce na Sokolicę. Nie wiedzieliśmy, że tutaj padało, kiedy więc przyjechaliśmy zaskoczyli nas przemoczeni ludzi, mokre oraz śliskie skalne ścieżki. Z pewnością to spowodowało, że nie mogliśmy w pełni czerpać z tego miejsca. Poślizgnęłam się trzy razy, i musiałam po prostu patrzeć pod nogi bardzo, ale to bardzo uważnie. Dodatkowo, nie było to spokojne miejsce. Wraz ze słońcem otoczył nas dziki tłum, faktycznie całych rodzin, które przybyły na to miejsce. Zakłócało to z pewnością odbiór tego miejsca, i chociaż było przepięknie, to ja nie czułam się tam jakoś wyjątkowo. Było za głośno, jak na miejsce pełne natury, a do tego nieco zbyt mokro, przez co starałam po prostu przejść wąwóz i wrócić w jednym kawałku.

Oczywiście, Wąwóz Homole jest wart zobaczenia, faktycznie, ta dość łatwa i świetnie zagospodarowana ścieżka, spodoba się całym rodzinom. Najlepiej będzie odwiedzić to miejsce wcześnie rano, tak by uniknąć tłumów. I w pełni cieszyć się niesamowitymi skalnymi ścianami i pięknem Kamionki, która naprawdę jest urokliwym górskim potoczkiem.

Czy wrócę? Z pewnością. Mam bowiem duży, duży niedosyt!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Czorsztyn i okolice

Ciąg dalszy majówkowej relacji. W końcu znalazłam odrobinkę wolnego czasu, jednak pogoda kusi i spaceruję ile wlezie. Albo grzebię w ogródkowej ziemi.

Bazą naszej wycieczki był Czorsztyn. W zasadzie pierwszą bazą miała być Niedzica, ale okazało się, że pensjonat akceptuje psy pokojowe, ale nie akceptuje kotów. Dlatego musieliśmy zmienić nasze miejsce docelowe. Padło na Willę Jordanówkę, która okazała się być miejscem sympatycznym i dla kota, i dla nas. Z okien naszego pokoju ( na poddaszu) widzieliśmy Jezioro Czorsztyńskie i góry. Nie muszę Wam mówić, że parapet był ulubionym miejscem Franki, spędzała tam pół dnia, racząc się widoczkiem. Mi też wyjątkowo on pasował! A wystarczyło wyjść przed pensjonat, by zobaczyć ośnieżone Tatry. Coś bajkowego!

Czorsztyn jest rajem dla rowerzystów, następnym razem z pewnością wypożyczę rower i udam się na wycieczkę. Ścieżka rowerowa niemal okala jezioro i można kilometrami pedałować między zamkami. Dla tych co wolą spacery, jest również ścieżka spacerowa, ja korzystałam właśnie z niej, bo po tych wszystkich atrakcjach w ciągu dnia, nie miałam już siły na pedałowanie, a na spokojny spacer. Natura robi wrażenie. Aczkolwiek należy pamiętać, że ten piękny teren został brutalnie zdegradowany, właśnie podczas budowy tamy i zalewu czorsztyńskiego. Całe wsie zostały zalane, a wraz z nimi unikalna roślinność i krajobraz.

Odratowane budynki, znajdują się dziś w Kluszkowcach- w zasadzie jest to Czorsztyn i tworzą Szlak architektury drewnianej. Są to dawne wille i karczmy. Jeszcze kilka lat wstecz, obiekty były czynne i przyjmowały gości. Była tam prężnie działająca restauracja. Dziś wszystko jest opuszczone i tworzy scenografię do westernów. Naprawdę, można tam nakręcić film, rodem z Dzikiego Zachodu. Budynki są drewniane, z murowanymi piwniczkami. Pięknie i bogato zdobione, powstały na przełomie XIX i XX wieku. Cudowne tarasy, balustrady, rzeźbienia okien, wszystko w stylu zakopiańskim i szwajcarskim. Aż żal patrzeć na to, że zaczynają niszczeć. Wielka szkoda, mam nadzieję, że ktoś o to zadba i ponownie udostępni zwiedzającym. Ja w tych willach i domach, widzę ogrom historii i taki sam ogromny potencjał.

Czas na zamek! W Czorsztynie mamy ruiny zamku, bardzo dobrze zachowane i pielęgnowane. Warto je odwiedzić nie tylko ze względu na wartość historyczną, ale i na widoki, które rozpościerają się z samego zamku. A te robią wrażenie! Nie wiem jak Wy, ale kiedy zwiedzam mury pochodzące z XIV wieku, odczuwam prawdziwy zachwyt. Sama historia zamku jest bardzo burzliwa, i te burzliwe losy zaznaczyły się, poprzez obecny wygląd zamku. Na szczęście ktoś w porę się obudził, i powstrzymał dalszą dewastację tego miejsca. Bilety są śmiesznie tanie, razem z dwugodzinnym parkingiem, za osobę zapłacicie 8 złotych, które idą na dalsze prace na terenie zamku. W środku jest kilka ciekawych wystaw, dowiecie się wszystkiego o powstaniu Zalewu Czorsztyńskiego, będziecie podziwiać kolekcję rysunków zamku, niektóre reprodukcje pochodzą z XVIII wieku, można skonfrontować przeszły i obecny wygląd zamku i całego otoczenia. Myślę,że zwiedzanie tego zamku, oraz oczywiście okolic, jest wspaniałą, żywą lekcją historii, dla mniejszych i tych całkiem dużych.

Dużą atrakcją będzie przeprawa jeziorem między zamkami. Ja już płynęłam kilka lat temu, więc teraz sobie to darowałam, ale polecam każdemu. Uroczy będzie też spacer po zaporze, gdzie czekają nas kolejne piękne widoki.

Czorsztyn oferuje naprawdę wiele i dla każdego. Jest cicho i spokojnie. To wymarzone miejsce dla rodzin, amatorów spacerów i rowerowych wypadów. A także tych, którzy szukają idealnej bazy wypadowej na bliższe i dalsze wycieczki po okolicy. W okolicy działa kilka pensjonatów, ale prym wiodą apartamenty na wynajem. Jest jedna fajna restauracja, kilka punktów z lodami, czy burgerami. Jest również najprawdziwsza bacówka, gdzie polecam kupić cudowne owcze sery!

Ja coś czuję, że wrócę w to miejsce!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Poison Heart

Pomysł na randkę. Wycieczka rowerowa.

Wiosna, maj, piękna pogoda, dużo słonecznych dni, ale brak wyniszczających ciało upałów. To idealny czas by wybrać się na rowerową randkę!

Ja wybrałam się na wycieczkę przed las, klifem nad morze. Planowanie wycieczki to już okazja by wspólnie spędzić czas. By ustalić trasę, porozmawiać co lubimy i czego oczekujemy. To okazja by zadbać o przekąski, i może wspólnie przygotować kanapki i zdrowe przekąski. W końcu rowerzyście nie przystoi zjadać czipsów i pić gazowanych napoi.

A potem obowiązkowy przegląd rowerów i w drogę! Jak będziecie w Trójmieście, bardzo polecam Wam trasę z Gdyni do Mechelinek. Niestety, na miejskie rowery, trzeba poczekać aż do przyszłej wiosny( znów będą dostępne elektryki), ale można podróżować swoim, bądź wypożyczonym z wypożyczalni. Trójmiasto jest bardzo przyjazne fanom czterech kółek. A Mechelinki zachwycą klifem, na którym możecie pogrillować, zrobić sobie piknik i cieszyć oczy pięknymi widokami. Mam wrażenie, że tylko tutaj woda jest taka niebiesko-zielona, a powietrze pachnie tak wyjątkowo.

Moja pierwsza, w tym sezonie rowerowa wycieczka, była ponad 10 kilometrowa. Sama się dziwie, że moja miętowa Rozalka dała radę i jechała po piachu i gałęziach. Jeździmy powoli, tempem turystycznym, rozmawiamy z sobą, cieszymy ładną pogodą i samą przejażdżką. To naprawdę cudowny, wspólny czas!

Najważniejsze, na wycieczkę możecie jechać z siostrą, przyjaciółką, mężem, mamą, czy sąsiadką. Nieważne z kim, ważne by razem zmierzać do celu i świetnie się razem bawić.

Kazik i Rozalka dojechali nad morze!

Widok wart każdego wysiłku!

Ścieżka zdjęciowa- Edyta Górniak- Dotyk

Kosmetycznie

Sylveco,regenerujący krem do stóp. Bez kremu do stóp nie wyobrażam sobie kompletnej, codziennej pielęgnacji. Raczej nie mam ukochanego jednego kremu, zazwyczaj biorę coś w promocyjnej cenie. Tym razem wybór padł na krem od Sylveco, dużo słyszałam o tej firmie, postanowiłam więc sprawdzić działanie takiego oto kremu. Co mnie urzekło? Delikatny i świeży zapach. Krem ma lekką konsystencję, bardzo szybko się wchłania. Odświeża, delikatnie nawilża, lekko zmiękcza. Nie jest to krem dla mocno wysuszonych stop, raczej taki do codziennej pielęgnacji skóry bezproblemowej. Tutaj z pewnością się sprawdzi. A jak do niego wrócę, to głównie dla tego rześkiego zapachu. Cudowny na letni czas.

Cera Vee- żel do mycia twarzy, oczyszczający, Nie zawiodłam się na nim. Jest delikatny, ale i naprawdę skuteczny. Nie tylko oczyszcza cerę, ale i poprawia jej stan. Nie wysusza, nie podrażnia, bezwzględny dla makijażu i zanieczyszczeń, a przy tym koi cerę z niedoskonałościami, czy nadmiernym przetłuszczaniem. Pozostawia ją cudownie świeżą i miękką. Jest niesamowicie wręcz wydajny, dlatego też bazowa cena 40 zł, nie jest tutaj w żadnym stopniu nadużyciem. Bardzo go lubię i pewnością będziemy się widzieć ponownie w mojej łazience.

Avon Advanced, szampon do włosów cienkich. Co chwilę zmieniam szampony, jakoś specjalnie wierna im nie jestem. Taka moja natura. Ten szampon zamówiłam z okazji dobrej ceny. I cóż, poza dobrą ceną niewiele więcej miał do zaoferowania. Mocno plącze włosy, bardzo szybko z powrotem się przetłuszczają, przez co wyglądają nieciekawie. Szybko stają się płaskie. Nie widać żadnej objętości, jaką obiecuje producent. Generalnie bardzo żałowałam, że to taka duża butelka, męczyłam się z nim strasznie. Jedyny plus, całkiem ładnie pachniał.

Eveline, krem do rąk Aksamitne dłonie. Bardzo często zmieniam kremy do rąk, po prostu bardzo szybko mi się kończą. Jeden mam w aucie, jeden w pracy, kolejny w domu. Mam bardzo delikatną skórę dłoni, stąd naprawdę często stosuję ten produkt. Krem ma bardzo lekką konsystencję, szybko się wchłania, pięknie pachnie. Ma bardzo dobry skład i korzystną cenę. Mam wrażenie, że dla mojej skóry jest jednak zbyt delikatny i za leciutki. Zużyłam cały, ale nie czułam, że moje dłonie są lepiej nawilżone i bardziej delikatne. To taki zwyklak dla mało wymagającej skóry.

Ścieżka dźwiękowa- Bloc Party – One More Chance

Byłoby idealnie…..

Byłoby idealnie, gdybym mogła zwolnić. Ostatnie tygodnie, ba miesiące w pracy, są wyjątkowo ciężkie. Z jednej strony, trzeba się cieszyć, że branża nie zwalnia, a były takie obawy. Bo pandemia- po co komu biurowce, bo wojna-odpływ pracowników, bo ceny materiałów wprost szaleją. Ale budownictwo ma się świetnie. Nie można narzekać. Pracy mamy aż za dużo. Ale kiedy pracy jest tak dużo, dochodzi do zaburzenia życiowej równowagi. Ciężko złapać balans, ciężko wyjść z pracy i przestać myśleć o tym, co mnie czeka jutro. Mam więc wrażenie, że jestem w pracy non stop. Generalnie wszyscy są jacyś tacy nerwowi, a wszystko przez to, że gonią nas terminy, a klienci się złoszczą, że w ciągu pięciu minut, nie mogę przygotować oferty.

Wystarczyło mi kilka dni urlopu i proszę bardzo, nie tylko odpoczęłam, co i zamarzyłam o nieco innym życiu. W górach życie płynie jakoś tak inaczej. Było mi tak błogo i lekko na sercu. Marzę o tym, byśmy wypadli z tego wyścigu szczurów. Marzy mi się życie na uboczu, w jakiejś małej wsi. Najlepiej w górach, w drewnianej chatce. Mieć własne warzywa, po jajka i mleko chodzić do sąsiada. Żyć powoli i nie oglądać informacji. Celebrować codzienność. Nie stać w korkach, nie budzić się z budzikiem i nie pędzić. Zwolnić, żyć prościej, lepiej, pełniej.

Oboje mamy takie plany. Pracować na własny rachunek, z dala od miasta. Mieć wielki ogród, niedaleko jeziora. Dookoła pełni zieleni, a w moim domu biblioteczkę z oknem na całą ścianę. Będę robić konfitury, zamiast odpowiadać na dziesiątki telefonów w pracy. Nigdzie nie będę się śpieszyć i przestanę żyć od weekendu, do weekendu.

Nie wiem czy to marzenie kiedyś się spełni. Ale byłoby idealnie, gdyby tak się stało. Dla mnie wielkim szczęściem byłoby gdybym nie musiała być codziennie w firmie. Gdyby odpadł stres biurowej codzienności i pogoni za klientami.

Ot, takie marzenie…. Tak na mnie wpływa ta wiosna i górski urlop. Kwiaty, zieleń, słońce, przestrzeń i spokój. To dla mnie najważniejsze składowe życia.

Ścieżka dźwiękowa -Bitamina- Dom

Zdobywca Sokolicy

Jak już wiecie, majówkę spędzałam w Pieninach. W ich pięknie zakochałam się kilka lat temu. Wystarczyło mi zaledwie kilka godzin by się w nich zakochać w pełni. I wiedziałam, że wrócę. I jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Wróciłam i spędziłam tam pięć dni. Moją relację zacznę od górskiej wędrówki na Sokolicę.

Kiedy przygotowywałam się do naszej podróży, planowałam wdrapanie się na Trzy Korony. Taki był plan. Ale, ale. Będąc już na miejscu, przeczytałam, że polecane jest zdobycie Sokolicy. Bo ze Szczawnicy prowadzi łagodna ścieżka, i każdy sobie z nią poradzi. A dodatkowo, widoki z Sokolicy naprawdę zapierają dech. Wiecie, mnie długo nie trzeba było namawiać. Łatwa ścieżka- godzina w jedną stronę, piękne widoki, zmieniłam więc plany. Trzy Korony musiały poczekać, wybrałam Sokolicę. Żeby nie było, wysokość Sokolicy to 747 metrów, Trzy Korony 982 metry. Sokolica jest więc nieco mniejsza, ale z pewnością jest idealna na pierwszą górską wędrówkę w sezonie.

Zjedliśmy solidne śniadanko, Lena w naszym pensjonacie, gotowała wyśmienicie. Jej racuszki skradły moje serce. Były dużo lepsze niż moje, ba, nawet moja babcia nie potrafiła zrobić tak lekkich i smakowitych racuchów, a była mistrzynią w ich smażeniu. Najadłam się jajecznicy i racuchów z dżemem. Mogłam zdobywać szczyty. Do plecaczka spakowałam wodę, suszone jabłka i batoniki orzechowe. W nawigację wpisaliśmy, no dobra, Fotograf wpisał- Parking pod Sokolicą. Pojechaliśmy, jakieś 12 minut od naszej czorsztyńskiej bazy. Wycieczki czas start! Owszem, lekko się zdziwiłam kiedy parkingowy zapytał się – idziecie na Trzy Korony? Skinęłam głową, ale w sumie, być może wyglądam jak zdobywca Trzech Koron. Mam odpowiednie buty, kurtkę, plecaczek. Widać, na pierwszy rzut oka, moja kondycja jest rewelacyjna. Idziemy!

Po jakichś 500 metrach zastanawiam się kto napisał, że ten szlak jest taki płaski i przyjemny. Idę prawie stromym wzniesieniem. Trochę też mnie dziwiło, że z nami praktycznie nikt nie idzie. Jak na bardzo popularną ścieżkę, było to co najmniej lekko zadziwiające. Czas płynie, a ścieżka ani myśli robić się płaska i przyjemna. Im dalej w las tym gorzej. Desperacja ma sięgnęła tego poziomu, że sięgnęłam po dwa patyki/gałązki, które robiły za kijki podejściowe. Fotograf się śmiał, ale 5 minut później zrobił to samo. Ścieżka była nie tyle kamienista, co po prostu skalna. Szliśmy po wąskiej skalnej ścieżce, ja i mój lęk wysokości! W końcu pojawił się znak, prosto na Trzy Korony, w bok na Sokolicę. W teorii 45 minut, ale jak to! Droga miała trwać godzinę, my idziemy już 45 minut. Nic mi się nie zgadza, ludzi nie ma, ścieżka nie jest łatwa, i ten czas….

Po 15 minutach trudnego marszu, po skalnych kamieniach, raz w dół, raz w górę, mijamy kolejny znak- Sokolica, ścieżka eksponowana 45 minut. Nie wiem kto to pisał, ale w tym Pienińskim Parku Narodowym, mają problemy z liczeniem, czasem i odległościami. Dalej idziemy praktycznie pustą ścieżką, pogoda piękna, a mi nogi ogłaszają strajk, niczym Bunt na Bounty. No cóż, ostre podejście i proszę bardzo, zdobywamy Czertezik, 772 metrowy szczyt. Zaczynam się zastanawiać, czy nie poprzestać na owym Czerteziku. Widoki, owszem piękne, ale jednak całą sobą czuję, że składam się jedynie z bolących łydek. Podjęta decyzja, idziemy dalej.

I dojście na Sokolicę okazało się wielkim wyzwaniem, ścieżka była naprawdę trudna, i zdradliwa. Nie chciałabym nią iść w jesienny, mokry czas. W każdym razie, w końcu doszliśmy do rozwidlenia, a tam proszę, tłumy w trampkach! Wszyscy szli łagodną i miłą dla ciała ścieżką. Aby wejść na szczyt należy kupić bilet -cena to osiem złotych, uprawnia on do wejścia również na Trzy Korony, jeżeli komuś mało podejść. Miła pani potwierdziła moje obawy- od strony Szczawnicy, jest łagodna, rodzinna wręcz ścieżka dojścia. Szybki rzut oka na mapę, my zaparkowaliśmy w Krościenku. Stąd nasza pomyłka i eksponowana-skalna ścieżka. No cóż, idziemy na szczyt. Szczyt mały i wąski, widoki piękne, ale ludzi tłum. Większość robi sobie piknik, zajada kanapki, i nie baczy na to, że tam jest naprawdę wąziutko. My napawamy się widokiem i dumą z samych siebie. Tak, jest pięknie, widać magię Pienin, widać zaśnieżone Tatry, cały przełom Dunajca. Po wejściu na szczyt ogarnia mnie radość i pewna błogość. Z tej radości kupiłam sobie dyplom zdobywcy Sokolicy! A co tam, jestem z siebie dumna.

Ta błogość i duma, co prawda szybko znika, kiedy okazuje się, że musimy wracać tą samą drogą. Po prostu nie opłaca się iść do Szczawnicy i maszerować z dwie godziny po auto. Wracało się nieco lepiej, aczkolwiek nie zawsze było z górki, duża część jest pod górkę, i są to strome, kamienne podejścia. Nie wiem czy to zasługa endorfin po zdobyciu szczytu, czy to efekt zjedzenia orzechowego batonika, ale szło mi się nieco lepiej. Tak dobrze, że powrót na parking oznaczał pokonanie trasy o 35 minut szybciej niż zakładałam.

Moje wrażenia? Droga była wymagająca, z pewnością nie jest to rodzinna trasa. Ale za to takich widoków, nie ma idąc ścieżką szczawnicką. Przy okazji zdobywa się też Czertezik, i zdobywa się go, w totalnej samotności. To z pewnością dobry szlak, dla tych, co lubią ciszę, spokój, widoki i odrobinę zmęczenia. Tych zapraszamy do Krościenka, wszystkich innych prosimy do Szczawnicy. Ja jestem zadowolona z naszej pomyłki! Była to naprawdę piękna pomyłka. Zresztą, zobaczcie sami.

Ścieżka dźwiękowa- Bang Gang – My Special One

Kosmetycznie

SVR Sebiaclear Creme SPF50. Krem ten kupiłam z myślą o wiośnie, bardzo lubię kremy z filtrami, które jednocześnie solidnie pielęgnują cerę. Ten, jest idealny dla mojej cery, skłonnej do niedoskonałości. To co mnie skusiło to wyjątkowo wysoki filtr! Co mnie zaskoczyło? To, że mimo wysokiego filtra jest taki fajny. Błyskawicznie się wchłania, genialnie rozprowadza, nie zostawia białej powłoki. Matuje cerę, ale i nawilża, nie zostawia uczucia ściągnięcia. Przy regularnym stosowaniu cera wygląda lepiej, jest gładsza, jaśniejsza, niespodzianki stopniowo znikają z twarzy. Minusy? Dla mnie na ten moment brak.

Avon, Attraction Game. Bardzo podobał mi się początek tej serii, czarny Attraction to mój hit! Pachnie ostro, męsko, intensywnie, niebanalnie. Do tego ta trwałość. Po tej wersji spodziewałam się podobnych wrażeń, niestety, po „matce” nie zostało nawet wspomnienie. Zapach jest słodki, nijaki, nie ma w sobie nic z oryginalności. Niczym nie przyciąga uwagi, takich słodziaków to jest na pęczki! Czuję się rozczarowana, liczyłam na zabawę konwencją, coś nowego, ale bazującego na oryginale. Dostałam owszem, coś nowego, ale wtórnego i przesłodzonego. Opis kusił nutami pieprzu i gorzkiej czekolady, a ja mam wrażenie, że wącham mocno mleczną czekoladę, zawiniętą w różową gumę balonową…

Timotei, Szampon głęboko oczyszczający `Ekstrakt z ogórka`. Pamiętam, że bardzo go lubiłam, musiałam kupić szampon na szybko, bo poprzedni się dziwnie szybko i niespodziewanie skończył. Sięgnęłam po ten wyrób, w Biedronce, podczas zwykłych, codziennych zakupów. Nie wiem czy coś zmienili w tym szamponie, ale zdecydowanie jest inny. Jakby gorszy. Po pierwsze jest niesamowicie wręcz „żelowy”. Przez co jest w ogóle niewydajny, nic a nic, znika w moment. A działanie? No cóż, jak na szampon głęboko oczyszczający, nie czuję tego działania. Szampon oczyszcza, ale działanie ogranicza się do 24 godzin, i to naciągając pojęcie świeżości. Dlatego też straciłam do niego cały swój sentyment.

L’ORÉAL PARIS Revitalift Filler – Serum. No dobra, myślę sobie, masz te 34 lata ( zaraz stuknie), to może warto zrobić sobie kurację dla młodej skóry. Postanowiłam więc, że przez 3 tygodnie będę wieczorem, stosować to serum i zobaczę jak działa. Po trzech tygodniach widzę, że cera jest bardziej napięta, dużo gładsza i solidnie nawilżona. Kurację chętnie powtórzę za jakiś czas. Serum jest bardzo wydajne, więc warto je kupić. Myślę, że co jakiś czas taki zastrzyk młodości, sprawi, że moja cera będzie wyglądała na dużo bardziej wypoczętą i zrelaksowaną. Serum bazuje na kwasie hialuronowym, które naprawdę działa. I co ważne, nie zapchał mojej cery, która lubi być tłusta i wrażliwa na niedoskonałości.

Ścieżka dźwiękowa- Tori Amos – Enjoy the silence

Minął kwiecień. Książkowo.

W kwietniu przeczytałam 16 książek. Co przy nawale pracy, uważam, za duży, duży sukces.

Co nie przypadło mi do gustu?

Zdecydowanie wielki minus należy do Kazimierza Kiljana, którego Znajdę cię wszędzie, bardzo mnie zmęczyło. Zapowiadało się bardzo dobrze. Historia Dominiki, kobiety, która ucieka z małżeńskiego piekła przemocy i upokorzeń. Ale coś się zdarzyło po drodze, co sprawia, że ta książka jest po prostu mierna.
To historia o zakonnicach, a nie o przemocy i trudnym związku. Całość brzmi jak broszurka o życiu zakonnym i o tym, jakie szczęście panuje za murami zakonu. Nie mówię, że to kłamstwo i przesada, ale ta książka jest niezgodna z opisem na okładce.
Cała historia bardzo, bardzo średnia, spłaszczona i w sumie bez większych emocji.

No dobrze, idziemy w pozytywne opinie. Co mnie zachwyciło?

Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka. Prawdziwe mistrzostwo. Dziennikarstwo najwyższej próby. Reportaż, od którego nie można się oderwać.
Głośna sprawa Grzegorza Przemyka, krok po kroku. Zrekonstruowane wydarzenia i niezwykle metodycznie odtworzone śledztwo. Ta książka obnaża mechanizm propagandy, kłamstwa i fałszerstw. Pokazuje zgniłą elitę władzy, która dla tej władzy zrobi wszystko.
Mimo całej dramatyczności wydarzeń, książka jakby sama się czyta. To efekt talentu autora,. jego dociekliwości i erudycji.

Nikt nie jest w stanie jej adoptować, bo nie ma tej Polski, do której ona kiedyś należała.

Nicole Trope, Zaginiony chłopiec. Megan jest młodą matką, samotnie wychowuje syna, sześcioletniego Daniela. Rozwód wiele ją kosztował, chce stanąć na nogi, uwierzyć w siebie i być najlepszą matką dla syna. Któregoś dnia jej szczęścia znika…
A znika razem z Danielem. Nie ma go w szkole, nigdzie go nie ma. Chłopiec zaginął, a w raz z nim cząstka życia Megan. Mija jednak kolejne 6 lat i Daniel zostaje odnaleziony. Ale nic nie jest takie, jak sobie wyobrażała Megan. Powrót Daniela, to początek nowych kłopotów…
Bardzo solidnie napisana, trzyma w napięciu. Tej książki nie chce się zostawić! Jeżeli szukacie historii, która Was mocno wciągnie i zaskoczy, to koniecznie po nią sięgnijcie.

Liane Moriarty, Kilka dni z życia Alice. To dość dziwna książka. Liane Moriarty pisze świetnie i potrafi opowiadać historie. Ta historia też jest świetna, ale jednak zostawia niedosyt. Może po prostu wiem, że Liane stać na wielkie dzieła, a tutaj mamy po prostu bardzo solidną książkę?
Alice Love traci pamięć. Banalny wypadek na siłowni, ale Alice utraciła ostatnie 10 lat. I to jakie 10 lat! Brakuje jej siebie, kiedy się obudziła została wsadzona w ramy matki trójki dzieci, rozwodzącej się kobiety, pani domu. Alice zaś pamięta siebie jako szczęśliwą, młodą kobietę, która dopiero szykuje się do roli matki, do tego jest szaleńczo zakochana w swoim mężu.
Alice musi wszystko sobie poukładać, od nowa poznać swoje życie, swoją rodzinę. Czy da się żyć bez wspomnień? To przed Alice…
Książka dość wolno się rozkręca, i to w zasadzie ten główny zarzut. Nie wciąga jak powinna. Ale za to druga część zdecydowanie przyśpiesza i funduje naprawdę zaskakujące zakończenie!

Warto pamiętać, że na każde paskudne wspomnienie przypada też jedno szczęśliwe.

Kelly Rimmer, Tego ci nie powiedziałam. Alina i Alice, babcia i wnuczka, to one są narratorkami tej niezwykłej książki.
Alina żyła w Polsce, jej młodość zdefiniowała wojna. Alice jest mamą na pełen etat, córka Pascale jest niezwykle inteligentna, a Eddie to chłopiec specjalnej troski. U kresu życia Alina prosi wnuczkę, by pojechała do Polski, dowiedzieć się więcej o tajemniczym Tomaszu. Kim on jest, jaki jest jego związek z babcią Aliną i czemu ona tak nalega na tę sentymentalną podróż wnuczki?
To naprawdę przejmująca i pasjonująca historia, którą poznajemy z dwóch stron.
Książka jest pięknie napisana, ale pozbawiona jest taniego sentymentalizmu. Czytałam ją z olbrzymim wręcz zainteresowaniem.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że opiekowanie się dzieckiem z autyzmem jest jak podróż do obcego kraju, którego mieszkańcy posługują się nieznanym ci językiem.

Lisa Scottoline, Powrót Anny. Noah i Maggie prowadzą uporządkowane życie. Ich życie w końcu osiągnęło stabilizację, razem wychowują Caleba i cieszą codziennością. W pewną Wielkanoc dzwoni Anna, córka Maggie, do której straciła prawa do opieki. Anna chce zamieszkać z matką. Maggie po latach ma szanse na odbudowanie relacji z córką. Przeprowadzka Anny ma zwiastować sielankę, ale szybko się kończy, Anna zostaje zamordowana, a o mordercę zostaje oskarżony Noah.
Bardzo solidny thriller psychologiczny, połączony z rodzinnym dramatem. Bardzo szybko się czyta, a ciekawy sposób narracji powoduje, że naprawdę ciężko się oderwać od tej historii.

(…) życie nie byłoby takie zabawne, gdybyśmy wiedzieli, gdzie ukrywa swoje skarby. Czasami trzeba ich poszukać. Czasami trzeba o nie zawalczyć. A czasami masz je u swoich stóp. Tak czy owak, czekają. Na ciebie”.

A na koniec, Lucy Foley i Idealny ślub. Czy Idealny ślub istnieje? Czy uroczystość Jules i Willa przejdzie do historii jako ślub roku?
Młoda para na miejsce zaślubin wybiera odludną wyspę, idealne miejsce na luksusowy ślub. Ostatnie dwa dni przygotowań relacjonują goście i młoda para. Okazuje się jednak, że za piękną fasadą kryją się różne emocje i napięcia. I nic nie jest takie jakim się wydaje. A ślub wyzwala ogrom nieszczęść…
Zarzut dla tej książki, to ten, że bardzo wolno się rozkręca. Spokojny początek, nie każdego wciągnie. Ja jednak myślę ,że warto dać jej szansę.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Precious