Minął miesiąc. Listopad.

I pożegnałam listopad. Mówiłam, że go nie lubię? To już wiecie. A wiecie, że listopad nie lubi mnie z wzajemnością? No to już wiecie. Pierwszy listopada spędziłam w domu, zastanawiając się dlaczego przy anginie mam taki kaszel? 2 listopada byłam u lekarza, który orzekł, że infekcja zeszła niżej, zalecił kolejny antybiotyk i przedłużył mi długi weekend do 14 listopada, bo ponoć nie wyglądało to dobrze. Jak łatwo sobie wyobrazić, wszystkie plany wzięły w łeb. Siedziałam w domu, gdzie wynudziłam się za stado mopsów. Stopował mnie ciągły i uporczywy kaszel, który zniknął ja za dotykiem czarodziejskiej różdżki, dokładnie w dzień powrotu do pracy. I tak wróciłam do pracy, pochodziłam 10 dni roboczych i znów mnie dopadło paskudztwo. Tym razem katar, który pretendował do mistrzostwa w swojej klasie. I ból gardła, który dzierżył palmę zwycięstwa. Kolejny weekend spędzony w piżamie i towarzystwie chusteczek. Nie pomogło mi popijanie imbirowej nalewki z miodem i cytryną ( bezalkoholowa, ale smakowo paskudztwo). Nie pomógł sumiennie zażywany tran i propolis. Mam w sobie tyle czosnku, że jego mocą obronię całą Europę, przed atakiem Zombie. Wszystko na nic. Walczę wciąż z kolejnym przeziębieniem i modlę się, by obyło się bez antybiotyku. Już mi wstyd wracać do tego lekarza! Po wrześniowym covidzie, moja odporność nie istnieje. Nie wiem co się dzieje, ale chyba przedszkolaki tyle nie chorują!

Miałam dużo planów na ten miesiąc, ale niewiele się udało mi zrealizować. Miałam solidnie ruszyć z pracą na uczelnię, ale cóż, udało mi się okienku chorobowym podjechać na uczelnię i pożyczyć książki. Udało mi się też ogarnąć jedną książkę z zarządzania zasobami ludzkimi. I tak naprawdę to tyle w kwestii uczelnianej. Ból głowy i osłabienie, totalna niechęć i dalsza część mgły mózgowej spowodowały to, że nie mogłam się na niczym mądrym skupić. W zamian za to na bieżąco ogarniałam Ślub od pierwszego wejrzenia i Rolnika, co żony szuka. To tyle jeżeli chodzi o mój poziom intelektualny. Zdecydowanie pikowanie w dół, aż sama jestem sobą przerażona. Motywacjo, hop, hop, wracaj!

Listopad obfitował w stres, który sama sobie zafundowałam. Człowiek chce lepiej, a wychodzi? Gorzej? Może nie, ale za to jak nerwowo. Nie miał człowiek kłopotów, to sobie dołożył nerwów, kłopotów i niekoniecznie miłych emocji. Ale co najgorsze, w to moje życie, wkroczyła taka gonitwa, że doba jest zdecydowanie zbyt krótka. Terminy gonią, dnia brakuje, i już jestem w lesie. A mogłabym wybrać święty spokój, tak teraz mi potrzebny…. A to jeszcze Filemon dostarczył zmartwień. Powinien przejść szkolenie z zakresu obrony przed samym sobą, Jego ostatni skok na półkę, skończył się szyciem głowy.

Zmęczyłam się tym siedzeniem w domu i chorowaniem. Źle to wpłynęło na moje samopoczucie, i fizyczne i psychiczne. Kolejna infekcja, nie pomogła. Mam do siebie wielkie pretensje i sama siebie nie lubię. Po prostu trochę mam dość tego kołowrotka, ciagłego odwiedzania apteki, wstydzę się znów dzwonić do przychodni. To nie jest normalne, i ja z pewnością nie czuję się normalnie.

Moja opaska sportowa przeżywa załamanie, kiedy pokazuje ile wykonałam kroków. Jest bardzo, ale to bardzo słabo. W ogóle dużo bardziej ciekawe i żwawe życie, prowadzi obecnie moja 91 letnia babcia. Ja jestem za nią daleko w tyle. Trochę żałuję, że zdrowie mam po mamie, a nie po babci.

W listopadzie przez niemal tydzień, mieliśmy prawdziwą zimę. Pojawił się mróz i śnieg. Szybko! W przerwie między chorowaniem, spotkałam się z siostrą na zupie popcornowej i zaprosiłam do nas znajomych, na spontaniczny sernik. A potem znów byłam chora. Po drodze miałam przeboje ze swoim bankiem, który nie chciał mi wysłać nowej karty. To znaczy on się upierał, że wysłał miesiąc temu. Ostatecznie zmusili mnie do płatnej wysyłki. W międzyczasie anulowali mi karty, które rzekomo mi powysyłali. A przy kasie w sklepie, dowiedziałam się też, że anulowali mi aktualną kartę. Lubię swój bank!

Bardzo się cieszę, że listopad za nami. Co prawda grudzień, zapowiada się na szalony, ale wciąż, o ja naiwna, mam nadzieję, że będzie zdrowy. Albo chociaż zdrowszy. Stara prawda bowiem mówi, że bez zdrowia nic nie cieszy i się nie układa jak powinno. I tak właśnie jest. Dawno nie miałam tak przekichanego miesiąca. Dosłownie i w przenośni.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – The Endless River Side 4 

Reklama

Prezentownik!

Zaraz święta, bo już za niecały miesiąc. Ale, ale. Jeszcze bliżej do Mikołajek, bo to już za moment, dosłownie za momencik. Pokażę Wam więc kilka inspiracji!

Pan tu nie stał, to marka, która oferuje solidny wybór, niebanalnych produktów. Jeżeli zależy Wam na zabawnym prezencie, który przypadnie każdemu do gustu, to musicie odwiedzić ten sklep i wybrać co Wam dusza podpowie. Może zabawne skarpetki dla posiadacza kredytu, z napisem- Stopa procentowa? Może cukiernica z ostrzeżeniem o próchnicy? A może body dla malucha z napisem na strategicznym miejscu- Balast? Śmiało, znajdziecie tam prezent dla każdego. Osobiście uwielbiam takie prezenty i myślę, że wiele osób byłoby zadowolonych z takich upominków.

Dushka. Jeżeli chcecie podarować komuś chwilę dla siebie, to zapraszam na zakupy do Dushki. Krem do ciała, lizak tęczowy, jest przepiękny wizualnie i zapachowo. Żel pod prysznic, o zapachu jeżynowej muffinki, rozgrzeje w zimowy wieczór. A może czekoladki do kąpieli, zapakowane niczym najlepsza bombonierka? Myślę, że każda z nas miałaby poważny dylemat- zjeść, czy się kąpać/smarować? Takie kosmetyki, są wręcz stworzone do tego, by stać się miłym prezentem. Pamiętajcie, poza fajnym kosmetykiem, dajecie też komuś czas dla siebie.

One More Day– teraz coś dla fanów praktycznych prezentów. Co byście powiedzieli na prezent, który można bezkarnie zjeść? Prezenty, które mogą być początkiem zmian, w kierunku zdrowszego stylu życia? Osobiście polecam musli dla Sowy- kawowa granola na ciężkie poranki. A te zimowe chwile umili musli ciasteczkowe z białą czekoladą. Musli mają bardzo dobre składy, a tuby są świetne do ponownego użycia. Spróbujcie też ich wersji nutelli, czy karmelowej owsianki. Myślę, że wiele łakomczuchów bardzo by się ucieszyło z takiego pysznego prezentu! Jedyny minus? Ciężko nie kupić czegoś dla siebie!

Moya Matcha to miejsce, gdzie znajdziecie ciekawy prezent dla fana herbaty Matcha, ale nie tylko bo znajdują się tutaj również eleganckie zestawy z herbatami, które ucieszą naszych rodziców i dziadków, ale i każdego fana dobrej herbaty. Jako, że jestem herbacianą maniaczką, to zawsze mnie cieszy herbaciany upominek. A taki zestaw, z ręcznie robionym kubkiem, bądź czarką, to już maksimum radości!

Ania Kruk, czyli biżuteria, która jest piękna, ale jej cena, nie nadwyręża budżetu. Myślę, że nie ma kobiety, której nie ucieszyłaby nowa bransoletka, czy para kolczyków. W końcu każda z nas chce się czuć dobrze i fajnie, w każdej sytuacji. Mi osobiście fajna biżuteria, potrafi bardzo poprawić humor. A kiedy dostaję ją w prezencie, naprawdę bardzo, ale to bardzo się cieszę. Polecam Wam biżuterię Ani Kruk, ja się na niej nie zawiodłam!

Pomalunki. Czas na personalizowany i unikalny prezent, który pozwoli Wam zachować piękne chwile, daty i wspomnienia, na zawsze. Data ślubu, data urodzenia dziecka, rocznica ślubu rodziców? A może rodzinny portret? To naprawdę bardzo intymny i rodzinny prezent, który ucieszy Was wszystkich, albo rodziców czy dziadków. Dla mnie wielkim plusem jest minimalistyczny styl tych plakatów, stąd pasują do wszystkich wnętrz.

Ścieżka dźwiękowa- Metallica- Atlas, Rise

Filmowo

Zapraszam na małe filmowe podsumowanie, w sam raz na szary, brzydki listopadowy weekend. Dodatkowo weekend z okropnym przeziębieniem.

Podatek od miłości. Dużo osób chwaliło ten film. Ja oczywiście po kilku latach postanowiłam nadrobić braki i go obejrzeć. Tak, tak, mój kultowy wręcz ogarniacz tematu! Skusiło mnie to, że to miała być komedia romantyczna rodzimej produkcji na wysokim poziomie. A jak wiadomo, nie ma zbyt często takich filmów, pozostało tylko włączenie Playera i nastawienie popcornu. No cóż, film faktycznie, jest lekki i przyjemny, o dziwo nie ogłupia. Naprawdę miło się go ogląda. Żadne tam arcydzieło, czy film, który wspomina się latami, ale jednak było to całkiem udane kino. Świetnie pasuje do zakatarzonego nosa. Mamy dobrych aktorów, dość ciekawa historia, która na pierwszy rzut okna nie trąci banałem. Do tego fajni aktorzy, ci mniej znani, dzięki temu film się dobrze ogląda. Nie mogę powiedzieć, że zmarnowałam czas, a w przypadku rodzimej komedii romantycznej, to olbrzymi plus!

Diuna. No dobrze, miałam na ten film iść w listopadzie do kina, ale się rozchorowałam. Zostałam w domu, na zmianę kichając i kaszląc. A tu proszę, HBO MAX zaproponowało mi seans, drugiej okazji nie mogłam zmarnować! W końcu Fotograf z kina wrócił naprawdę zachwycony, jako, że lubię Gwiezdne Wojny, byłam pewna, że i Diuna mnie wciągnie. No i tutaj pojawił się zgrzyt. Nie mogłam się z Diuną polubić. Za nic! Oglądałam, czas mijał, film się skończył, a ja mimo, że na ekranie pokazywał się ulubiony Timothee Chalamet, to nie mogłam się w niego wczuć. Wręcz poczułam ulgę, że to koniec. Owszem ładne, owszem, ładnie zagrane, ale to tyle. Nie znalazłam w tym głębi. Moja cierpliwość do fantastyki musiała się wyczerpać na Gwiezdnych Wojnach. Nie znałam książki, zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, podeszłam do tego filmu jako do ciekawostki. Ale nie dostałam nic, co by mnie zaintrygowało. Dość sztuczne i drętwe dialogi, brak jakiegokolwiek wprowadzenia w świat bohaterów, sprawia, że z nikim nie mogłam się polubić, i jakoś emocjonalnie wczuć się w ten film. Zabrakło mi konkretów, było tam tyle niedomówień, że miałam wrażenie, że nieznajomość książki całkowicie wyłącza mnie z tego świata. Po prostu film dla fanów, nie dla mnie.

Życie Pi. Dobrze, dobrze, macie mnie. Nie widziałam wcześniej tego filmu, i tak czułam się z tym dziwnie. Ale książkę mam przeczytaną, więc chyba nie jest ze mną aż tak źle? Historię znałam, ale wersję kinową widziałam dopiero niedawno, i powiem Wam, zakochałam się w tym obrazie. Poruszył mnie on niesamowicie, wywołał wielkie emocje. Pozytywne, aczkolwiek trudne. Jeżeli nie widzieliście, albo nie pamiętacie już fabuły. Jest to opowieść życia, w formie wywiadu, jaką dorosły bohater, przedstawia pisarzowi. I chociaż większa część tej historii jest po prostu bajkowa, to elementy wywiadu, sprawiają, że film staje się niesamowicie prawdopodobny. Życie tytułowego bohatera, jest pełne niesamowitych wydarzeń i pełne magicznych chwil. Najpierw poznajemy rodzinę bohatera i decyzję o morskiej podróży. A potem walkę o życie i podróż z tygrysem, którego chyba większość już kojarzy. Tak na marginesie, filmowy tygrys, chociaż to animacja, to prawdziwy majstersztyk. W ogóle cały film wizualnie zachwyca i wywołuje ciarki. Dawno nie widziałam tak pięknie zrealizowanego filmu, od którego nie sposób oderwać wzroku. Cały film jest magiczny, baśniowy, opowiada piękną i uniwersalną historię.Na wielką uwagę i oklaski, zasługuje odtwórca głównej roli, młodziutki aktor, debiutant, który udźwignął ten film na swoich barkach. Dawno nie widziałam tak poruszającego i wzruszającego filmu. Wciągnął mnie bez reszty, zaczarował i dostarczył dwie godziny wzruszeń.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- Money

Ogrodowo

Jak już pewnie wiecie, bo nie daję Wam o tym zapomnieć, jestem posiadaczką ogródka. To mojej dumy i nowa miłość. No dobra, kiedy byłam dzieckiem, miałam okazję jeździć na działkę dziadka Stasia i działki babci Stasi. Byłam mistrzem w sadzeniu truskawek i mistrzynią w zbieraniu malin na czas. Jako dziecko lubiłam ogrodowe życie. Potem zdecydowanie wystarczały mi balkonowe skrzynki. Kilka kwiatów, ładniejszy widok z okna, zieleń i czerwień pelargonii. To był mój cały ogrodowy świat. A teraz? Teraz nie wyobrażam sobie życia bez ogródka. Ba, wyprawy do centrum ogrodniczego, są tak częste, że panie traktują mnie jak członka rodziny. Dwa tygodnie szukałam idealnych ogrodowych rękawic. A wyszukiwanie nowinek z zakresu nawozów, stało się moim hobby.

Ogródek to niecałe 50 metrów, nie jest to metraż, który zniewala z nóg. I tak jest jednak większy od mieszkania. Ale jest położony od zacisznej strony osiedla, bez sąsiadów i przechodni dookoła. Jest to więc idealne miejsce na relaks. I w ciągu tygodnia i w ciągu weekendu. Obiad w ogrodzie? Chwile z książką, albo śniadanie na trawie, jak ja to kocham! Oczywiście nie będę udawać, pielenie jest po prostu koniecznością, a nie przyjemnością. Ale starałam się ostatnio polubić tę czynność, przy pomocy medytacji i praktyki uważności.

Sezon ogrodniczy się kończy. Rzutem na taśmę wsadziłam hiacynty i tulipany, by na wiosnę kusiły kolorami. Zdałam sobie sprawę, że nie zrobiłam zdjęć moim pięknym hortensjom, w tym roku kwitły jak szalone. Świetnie rosły wszystkie zioła, a łąka kwietna, aż za bardzo się rozrosła. Maliny były przesłodkie. Zredukowałam ilość trawnika, robiąc dwie rabaty. Z rozczarowań, to żurawki mnie nie polubiły. I jesienne wrzosy, bardzo szybko straciły fason i kolor. No cóż, mam marny staż ogrodniczy, więc muszę zbierać doświadczenie i wiedzę. Już szukam pomysłów na wiosenne rabatki i nowe nasadzenia!

Ścieżka dźwiękowa- Iron & Wine – Sodom, South Georgia 

Spontanicznie czy też po długich przemyśleniach?

Zeszłam z plaży. Można powiedzieć na ziemię. I będę snuć rozmyślania. A rozmyślania będą o tym, jak podejmować decyzje, spontanicznie, czy jednak zbadać wszystkie za i przeciw?

Przyznam szczerze, że jestem najbardziej niezdecydowaną osóbką na ziemi. Kiedy idę na zakupy, to nie wiem jaki wybrać jogurt. Stoję przed wielką szafą jogurtową i dumam na co mam ochotę. Czy na wersję wiśniową z czekoladą, czy może śmietankę? A może jogurt grecki z miodem, tudzież miks maliny i ananasa? Mogłabym tak z godzinę, albo i więcej, od otwarcia do zamknięcia! I w zasadzie mam tak ze wszystkim. Każda dziedzina życia, każda czynność, która wymaga podjęcia decyzji, jest dla mnie solidnym wyzwaniem. Jeżeli byłby jakiś konkurs na najbardziej niezdecydowanego człowieka, to pierwsze miejsce jest dla mnie i mam wrażenie, że mam już wykupiony abonament, na wygrane do końca życia.

Często mam wrażenie, że ja po prostu za dużo myślę i zbyt dużo analizuję. Czasem lubię się pomartwić i pomęczyć tym myśleniem i analizowaniem w kółko tego samego. Oczywiście doprowadzam tym otoczenie do szału, ale nic na to nie mogę poradzić. Taka moja natura. Dużo myślę, mam wrażenie, że zbyt dużo, ale dzięki temu jak już podejmę jakąś decyzję to po długich wahaniach o sprawdzeniu wszystkich za i wszystkich przeciw. Jestem w miarę pewna, wiem już czego chcę, i nie boję się. Albo przynajmniej, nie powinnam.

Ale czasem to życie za mnie decyduje. Nim zdążę pomyśleć, ot bach. Mało jest takich kwestii, ale proszę, zdarzają się. W takich chwilach muszę powiedzieć głośno – pomyślę o tym jutro. Albo i wcale? To jest naprawdę dziwaczne, ale okazuje się, że jestem spontaniczna. Widzę to ostatnio i coś czuję, że postawi to moje życie na głowie. No chyba, że chodzi o wybór jogurtu. Jutro znów będę mieć ten sam dylemat i chyba od wieczora zacznę już o tym myśleć!

Ścieżka dźwiękowa- The Beatles – Dear Prudence

Ależ ja lubię te Wydmy! Czyli, Czołpino wita!

Ależ mnie wzięło na te letnie wspomnienia! Mam w sobie ogromną tęsknotę za słońcem, latem, spacerami i wycieczkami. To efekt chorowania i cóż, marnej pogody. Przez cały tydzień nie udało mi się dojrzeć słońca. Ani jego grama! A jak go nie ma, to czuję się jakby chora. A i ten tydzień był szalony. Zabiegany, zaganiany, męczący. Jakby los specjalnie, najpierw uraczył mnie długim zwolnieniem, a potem bach, wszystko w jednym czasie. Dużo emocji, dużo nowych rzeczy i spraw na głowie. Chwilami zapominam jak się tak naprawdę nazywam!

A ta moja zabiegana dusza, tak bardzo tęskni za latem. I cóż robić? Ano nic, mamy jedynie wspomnienia. Wakacyjne. Te z tych beztroskich weekendów. Chciałam dodać, że leniwych, ale kiedy wybiera się na 5 kilometrowy marsz, to chyba aż tak leniwie nie jest. Ale za to jak pięknie!

Uwielbiam tę plażę, do której trzeba iść po wydmach i solidnie pod górę. Uwielbiam ten biały piasek, ciszę, spokój i otwarte morze. Jestem fanką spokoju i te plaże na końcu świata, to moja wielka miłość…

Dziś sobota, ale znów szalona. Od rana działam zgodnie z harmonogramem i terminami wpisanymi w kalendarz. Ale w głębi duszy marzę o tej chwili. Siadam z kubkiem kakao i wspominam…. Już czuję nadmorski spokój.

Ścieżka dźwiękowa- Bobby Fuller Four – I Fought The Law

Rzucewo

Ależ mi się marzy nie tyle urlop, co jakiś wyjazd weekendowy. Niedaleki, ot, gdzieś blisko. Nawet na kilka godzin. Tymczasem u mnie, tylko chorowanie, a potem uczelnia, masa spraw do ogarnięcia, więcej pracy w tygodniu, nadrabianie zaległości. Wracam do domu późno. A jeszcze muszę na niedzielę przygotować 2 prace na zaliczenie z zarządzania projektami. Coś czuję, że przydałyby mi się ćwiczenia z zarządzania czasem i to jak!

Marzą mi się spacery, takie długie i kojące. Ale kiedy wracam do domu, to jest już prawie noc. No może nie na zegarze, ale ciemno i mroczno. Spacery odpadają, szczególnie te długie, leśne, albo nadmorskie. Przynajmniej w ciągu tygodnia. Ach, jak tęsknię za latem. Za tymi spacerami nad morzem. Po 19 wsiadaliśmy w auto i bach, byliśmy w Rzucewie! To cudowne miejsce, plaża jest wąska, i nieco dzika. Nie ma tam parawanów, i atrakcji, które oferują miejsce plaże. Tam jest cisza, spokój i pełen relaks. Coś dla fanów natury i prywatności. Czyli idealne miejsce dla mnie. Zaraz obok, Osada Łowców Fok, piękne molo, i krajobraz, który koi duszę.

Marzy mi się taki spacer….

Ścieżka dźwiękowa- The Cure – Why Can’t I Be You

Wesele i ślub. Co bym zrobiła inaczej!

Jako, że od ślubu minął ponad rok, to ja, jako wielki znawca tematu, wszakże sama zorganizowałam swój ślub i wesele, celebryckim zwyczajem powinnam napisać książkę. Mam wrażenie, że już to kiedyś wspominałam. Mam taką wiedzę, że ho ho! Dziś powspominam sobie temat, ale od innej strony. Ano od tej co bym z perspektywy czasu, zrobiła nieco inaczej.

Z perspektywy czasu z pewnością wzięłabym ślub w moim kościele parafialnym. Miejsce ślubu wybrałam sercem, ale z pewnością nie rozumem. Nie znałam się na tych wszystkich formalnościach i w pewnym momencie, po prostu wyszły mi bokiem. Nie wiedziałam, że nie w każdym kościele można wziąć ślub. To znaczy, można, w kwestii miejsca, ale papierologicznie jest to po prostu niemożliwe. Dlatego też formalnie ślub brałam w najbliższym kościele parafialnym. Najbliższym temu, w którym brałam ślub. Do tego należy dodać dwie parafie, każdej ze stron. W sumie w jedną uroczystość były zaangażowane cztery kościoły. A ja musiałam biegać między jednym a drugim. -Dodatkowo, wakacje, nagle dostaję telefon- proboszcz wyjeżdża, potrzebny jest jego podpis. A ty jesteś 120 km dalej, i nie ma to tamto, lecisz na złamanie karku, bo bez podpisu, nici ze ślubu. I tak się krążyło między biurami parafialnymi, tak naprawdę dobre cztery miesiące. A to jeden ksiądz zapomniał wywiesić zapowiedzi, a to drugi zapomniał o spotkaniu, a to trzeci na cito potrzebuje jednej karteczki. Nie sprawdziłam jak to wygląda w praktyce. Ale chociaż mogę służyć doświadczeniem. Oczywiście ślub w Zakonie, tak dla mnie bliskim, był spełnieniem marzeń, ale nadmiar formalności, chwilami przytłaczał. Coś czuję, że ślub w mojej parafii, byłby sto razy prostszy i szybszy do ogarnięcia. Taka to rada dla przyszłych pokoleń, zbadaj temat i zdecyduj świadomie. Może się okazać, że po prostu cała krzątanina będzie zbyt męcząca i zabierze za dużo czasu.

Zrezygnowałam z kamerzysty na rzecz ładnych zdjęć i pięknych dekoracji. Nudzą mnie cudze filmy z wesela, uznałam, że ja swój też bym tak potraktowała. Ot, nudy na pudy i strata pieniędzy. Po czasie jednak nieco żałuję! Pamięć jest ulotna, zdjęcia są piękne, ale jakby pewne kwestie wylatują już z głowy. I chciałabym do nich wrócić. Ale, ale! Jak tu do nich wrócić, kiedy nie ma jak. Dlatego dziś na pewno skusiłabym się na opcję video. Na pewno nie taką tradycyjną, rodem z lat 90. Ale coś krótszego, nowoczesnego, może w formie teledysku? Chciałabym wrócić do pewnych chwil, i w zasadzie to żałuję, że nie mogę do tego wrócić, odtworzyć i po prostu poczuć, jakbym znów tam była!

Żałuję, że tak mało czasu, spędziłam z gośćmi. Starałam się, ale nie udało się, tak jak bym chciała. Po prostu ogarnięcie 85 osób, było ponad moje siły. Najpierw sobie obiecywałam, że z każdym porozmawiam, wymienię kilka zdań, podziękuję za obecność. Ale okazało się, że ludzi było za dużo, a czasu zdecydowanie za mało. Kuzynka męża za 1,5 roku robi wesele na…. 300 osób. Raz byłam na takim, gdzie było 240 gości. Wydawało mi się, że przy nich moje to maleństwo i będę miała czas na wszystko. O ja naiwna! Żałuję tych chwil, bo jednak było to niepowtarzalne wydarzenie i przykro mi, że czas leciał tak szybko, a mi nie udało się spędzić czasu z dawno niewidzianymi kuzynkami i ciociami. Nie wiem w zasadzie jak miałabym to zrobić? Może jeszcze mniejsze wesele? Albo inna organizacja czasu?

Podeszłabym na pewno dużo, dużo rozważniej do kwestii…. sukni ślubnej. Jestem chaotyczna, kompletnie niezdecydowana, i podejmuję decyzję pod wpływem chwili. Po chwili, dłuższej, albo krótszej, miłość mija i cóż, jestem w kropce. Suknię ślubną kupowałam tak nierozważnie, że skończyłam z trzema różnymi! Starałam się dwie sprzedać, prawie za darmo, byleby tylko przestały zajmować miejsce w szafie. Ale bez efektu. Także tego, tyle czasu po ślubie, a ja dalej mam trzy sukienki. Popełniłam tutaj naprawdę spory błąd, dziś podeszłabym do tematu rozważniej. Nie kupowała sukienki na wyścigi, dała sobie czas na zastanowienie się i dokładniej przemyślała temat. Nie podeszłam do tematu sukienki zbyt rozsądnie, i niestety szkoda mi sukienek i straconych pieniędzy.

Prawie na koniec, coś może śmiesznego, ale z pewnością więcej bym zjadła! To nawet nie z powodu emocji, czy ściśniętego żołądka, jakoś tak wyszło. Chyba główną przyczyną, był brak czasu. Najbardziej żałuję deserów, goście chwalili ciasta, do teraz je wspominają, a ja nic nie skosztowałam. Nic a nic. W dodatku wszystkie pozostałości rozdaliśmy gościom, więc nie mogłam na drugi dzień spróbować pysznego sernika, czy brownie. Dobrze chociaż, że zjadłam tort, jako, że to było elementem wesela.

I jeszcze jedno. Zdecydowanie sprawdziłabym godziny otwarcia skansenu, gdzie miała być sesja poślubna. To było bardzo śmieszne, ale i przykre. Na podkładzie dwóch fotografów, i żaden nie sprawdził kiedy powinnyśmy pojechać. Przybyliśmy kwadrans przed zamknięciem, więc zrobiliśmy sobie bardzo spontaniczną sesję w okolicznym lesie. Nie to, że wyszło źle. Bo wyszło fajnie, ale jakiś tam smuteczek został. I takie niespełnienie, bo tę sesję planowałam ponad trzy miesiące….

To wszystko. Ciekawi mnie jakie Wy mieliście spostrzeżenia, albo coś Was zaskoczyło u mnie?

Ścieżka dźwiękowa- Belle and Sebastian – The Eighth Station of the Cross Kebab House

Na Ekranie

Mam problem z dobrymi filmami, powiem Wam co widziałam i liczę na Wasze polecenia!

Annette. To film, który albo się pokocha, albo znienawidzi. Nie da się być gdzieś pośrodku. Albo przyjmie się ten obraz za arcydzieło, albo będzie się miało poczucie straconych dwóch godzin życia. To nagrodzony musical, który jest kiczem, pastiżem i celowo zrobionym komiksem. Aczkolwiek treść tego musicalu, nie jest wcale komediowa. Owszem, to wszystko jest przerysowane i dziwaczne, ale temat dotyczy zazdrości, poczucia winy i miłości , która rozwija się w świecie kolorowej prasy i mediów. Każdy krok bohaterów jest śledzony, media niby kibicują, ale tak naprawdę czekają na upadek i doniosły kryzys. Henry i Ann, łączą dwa różne światy. On jest komikiem, stand-uperem. Ona śpiewaczką operową. On żeruje na najniższych instynktach i marnych żartach. Ona wzbudza wielkie emocje i prezentuje klasę, elegancję, wielką sztukę. Łączy ich miłość, ślub i córka, tytułowa Annette. A następnie dzieli olbrzymia tragedia. Ok, ten opis może zachęcać. Ale, ale… W filmie padają pojedyncze słowa, reszta to śpiew. Tak z 99, 9% czasu, postaci z sobą śpiewają. A utwory, cóż, poza motywem przewodnim, nic nie wpada w ucho. Ja sama mam z tym filmem problem. Miałam duże oczekiwania i nadzieję. Wystarczyło, że spojrzałam na obsadę i już mi się spodobało. Ale potem? Cóż, w ogóle mnie nie porwał ten film, byłam nim bardzo rozczarowana. Po prostu nie kupiłam tej konwencji. Wynudziłam się i marzyłam o końcu. Naiwnie liczyłam, że jednak coś mnie porwie. Ale nie, do końca nie porwało mnie nic. A na samym końcu mogłam odetchnąć. Uff, to już koniec! To film dla fanów gatunku, i samego twórcy. Dla kogoś kto doceni karykaturalność i znajdzie w tym prawdziwą sztukę!

Kiedyś byłem sławny. Ten film mnie pozytywnie zaskoczył i to mocno! Nie sądziłam, że ot, taki zwyklak, włączony kompletnym przypadkiem, tak mi się spodoba. Film wydaje się banalny, ot, upadły gwiazdor. Jako młodzieniec Vince był członkiem boysbandu. Zdobył sławę, pieniądze i poczuł jak to jest być na szczycie. Ale wiadomo, kiedy zwykły człowiek nagle doznaje sławy, to bardzo szybko upada. Alkohol, narkotyki, nieumiejętność wykorzystania swoich pięciu minut. Ze szczytu Vince trafił na samo dno. Z gwiazdy światowych scen, trafił na ulicę, gdzie gra i śpiewu na lokalnym ryneczku. Brakuje mu pieniędzy na jedzenie i życie. Przypadkowe spotkanie, z nastoletnim Steviem, to wielka szansa dla Vince’a. Razem mogą wiele. Ale jest problem, Stevie cierpi na autyzm, ma nadopiekuńczą matkę i jest kiepskim materiałem na gwiazdę, Ale to spotkanie, to nie tylko połączenie sił dwóch muzyków, to szansa na nowe, lepsze życie dla dwojga. Bardzo to optymistyczny i pogodny film. W sam raz na ponury jesienny dzień. Takie niby nic, a ogląda się go z wielką przyjemnością!

Czas dla siebie. O nie, to film, po którym przez długi czas pozostaje się w poczuciu żenady i straconego czasu, Pan domowy kogut, idealny mąż i ojciec, dostaje od żony czas dla siebie. Ona, wzięta architekt robi oszałamiającą karierę, on tłumaczy radzie rodziców, że dzieci powinny pić mleko konopne. Ona obraca się w eleganckim świecie, a on układa kolorowe lunchboxy, Wolny czas, z dawno niewidzianym kumplem, wymyka się jednak spod kontroli. Żarty są żenujące, gagi jeszcze bardziej smutne. Dialogi okropne. W tym filmie wszystko jest okropnie złe. Wielka strata czasu! Żenujący moment, go żenujący moment, i najgorsze, nie zmierza to, do jakiegoś konkretnego celu.

Ścieżka dźwiękowa- Budka Suflera- Nic nie boli tak jak życie

Wino, piwo i dzieci

Myślę sobie, że wypowiedź pewnego, starszego pana, o tym, że spada w kraju dzietność przez picie dziewczyn do 25 roku życia, jest wyjątkowo śmieszna. No bo jak inaczej traktować takie opowiastki? To oczywiście żenujące i krzywdzące, ale przede wszystkim śmieszne. Nie ma w tym żadnego sensu i logiki. Ale chyba już się do tego zdążyliśmy przyzwyczaić. Nie warto szukać sensu, tam gdzie go nie ma.

Zawsze wychodziłam z założenia, że kwestie posiadania, czy też rezygnacji z dzieci, to sprawy wyjątkowo wręcz osobiste. I dotyczą one tylko zainteresowanej osoby, albo zainteresowanych osób. Rozumiem to, że ktoś może po prostu tego nie czuć, z różnych względów. Ale można też chcieć, ale nie można z powodu niepłodności. Można też chcieć, ale nie można się zdecydować, bo…..

Bo kobiety nie chcą mieć dzieci z byle kim. Nie każdy ma szczęście w liceum poznać miłość życia. Czasem trzeba na nią poczekać. Czasem naprawdę długi czas. Ale zdecydowanie, nie warto mieć dzieci z kimś, kto na to nie zasługuje i nie rokuje na dobrego ojca, i na dobrego partnera.

Bo kobiety nie czują się pewnie na rynku pracy. Bo mamy fatalny dostęp do żłobków. Bo przedszkola są drogie. Bo to kobiety ponoszą koszty urlopów macierzyńskich i wychowawczych. Bo to kobiety ( najczęściej) biorą zwolnienia na chore dziecko. Bardzo ciężko jest godzić pracę na pełen etat i wychowywanie dzieci. A nie każdy ma możliwość zostać w domu i poświęcić się w pełni macierzyństwu na x lat. Nie każdy też chce. Szkoda tylko, że nie ma się wyboru i dobrych alternatyw.

Bo kobiety nie czują się bezpiecznie w kwestiach zdrowotnych. W szpitalu, u lekarza, jesteśmy jedynie inkubatorem. I możemy być ofiarą lekarskiej trwogi przed bezdusznym prawem, w najtrudniejszym momencie życia!

Bo nasz system opieki zdrowotnej jest fatalny! W życiu nie byłam u ginekologa, który przyjmuje na NFZ, jak pewnie wiele z Was. Każda wizyta to koszt, a w ciąży wizyt jest naprawdę sporo. Kiepskie szpitale, odległe terminy do pediatry, badania widmo, płatne szczepienia, które warto wykonać poza zalecanymi. Na zdrowiu dzieci nikt oszczędzać nie będzie, ale nie każdego na to stać.

Bo nasz system szkolny jest po prostu fatalny! Przeładowane klasy, kiepsko opłacani nauczyciele i nauka na kilka zmian. Do tego upolityczniony , przestarzały program nauczania i minister, który budzi grozę.

Bo rodzina musi gdzieś mieszkać. Bo nie wystarczy kawałek podłogi i toaleta w korytarzu. Rodzina, każda rodzina, powinna mieć godne warunki. Takie gdzie każdy ma swój kąt, swoją prywatność i pewność, że to moje miejsce, że nikt mnie nie wyrzuci, ani nie podwyższy czynszu o tysiąc procent. Tylko jak to zrobić, jak raty kredytów szaleją, ceny mieszkać są po prostu horrendalne, a zdolność kredytowa, przez fatalną politykę finansową państwa, spadła na łeb na szyję? Młodzi ludzie, młode rodziny, nie będą się rozwijać i tworzyć, jeżeli mieszkanie dalej będzie aż takim luksusem.

Dzieci powinny być chciane, kochane i wyczekane. A każdy ma prawo realizować się tak jak chce. Jedna z nas będzie świetnie się czuła jako mama na pełen etat. Jedna, będzie chciała robić karierę, a kolejna spełni się jako matka kotów. Ważne jednak, żeby każdy miał takie same szanse. Ci co chcą mieć rodzinę, i ci co nie chcą jej mieć. Ważne by mieć uważność na siebie, na swoje potrzeby i oczekiwania. Ważne by w tym kraju pojawiła się pełnokrwista polityka prorodzinna, tak by każdy kto chce mieć rodzinę, mógł ją mieć. Ważne też, by ten kto nie chce mieć dzieci, czuł się spokojnie, nie był nękany pytaniami -kiedy, powiększysz rodzinę, czemu nie chcesz mieć dzieci, a dlaczego nie planujesz bąbelka?

Ścieżka dźwiękowa- The White Stripes – Little acorns