Covid. Wersja druga, poprawiona

W poniedziałek tydzień temu test pokazał jasno i stanowczo – ma pani covid. Zapraszamy na ekscytujący czas, pełen dziwacznych doznań…

Wiem, że wiele osób zapomniało, że istnieje taki sobie tam wirusik. Ale serio, on istnieje i atakuje, i chyba się cieszy, że wszyscy o nim zapomnieli. W mediach mówią – teraz to owszem, szybciej zaraża, ale za to jakie to łagodne, ledwo tam go zauważycie, ot, przeziębionko. I to takie, że w sumie niewiele kto się zorientuje. Także tego, ludzie zdjęli maski, przestali dbać o jakikolwiek dystans, przestali dbać o siebie.

Ja dbałam, nosiłam maseczkę w tłocznych miejscach, a już szczególnie byłam na to uczulona w komunikacji miejskiej. Jestem potrójnie zaszczepiona ( o ironio losu, miałam się doszczepić 4 dawką w ten weekend), jestem wyczulona na innych ludzi z infekcjami. Dezynfekcja? W każdej torebeczce mam zapas żeli i płynów. Unikam tłumów, zdrowo jem, codziennie posiłkuje się tranem i witaminą D. I co? I nic, co z tego, że ja to wszystko zrobię, skoro wejdę do autobusu, gdzie nikt nie nosi maski, gdzie ludzie kichają na potęgę i stoją na sobie… I właśnie ten dzień, kiedy musiałam do domu wracać pociągiem i autobusem, pociągnął mnie na samo dno…

Także tego, sprawdziłam to na sobie, byście nie musieli tego robić. Taka jestem gotowa do poświęceń. Ale naprawdę, proszę, nie powtarzajcie tego w domu…

We wtorek Fotograf miał wyjazdową sesję w Stolicy. Mi zostało dojechać do pracy i do domu komunikacją miejską, którą staram się omijać jak mogę. Tego dnia musiałam… I bach.

W niedzielę pojawiło się uczucie zatkanego ucha, ale pojawiło się zaraz po umyciu włosów, ot, musiała się tam wlać woda. Wzięłam kropelki do ucha i zapomniałam o sprawie. Po kilku godzinach pojawił się nieśmiały ból głowy, ale w zasadzie na dworze szalała burza, więc to żadna dla mnie niespodzianka, że tak reaguję na zmiany w pogodzie. Potem lekko drapało mnie w gardle, wzięłam tabletki z porostu, zrobiłam na wieczór herbatę z miodem, wzięłam nawet aspirynkę. Ot, tak dla spokoju sumienia. Zasiadłam przed ekran, bo właśnie Rolnik miał lecieć ( wybaczcie, to moja grzeszna przyjemność) i uderzyła mnie nagle taka niemoc, w połączeniu z okropnym bólem gardła. Tak jakby nagle w moim gardle zamieszkała banda dzikich bestii. Gardło mi płonęło, szczypało, drapało, kąsało, nie wiem co jeszcze. Szybciutko wzięłam silniejszy lek na gardło. Poczułam też tak silny ból nóg, że czułam, że nie dojdę do łóżka! Ból był niesamowity, jakbym spadła z roweru. Jakoś dotarłam do łóżka, targały mną dreszcze, na sucho, bez gorączki. Gardło piekło i bolało, głowa pękała, oj, nie było to miłe. I tak całą noc. Rano termometr pokazał 39 kresek, a musicie wiedzieć, że mój organizm nie gorączkuje bez powodu. Ja już tak mam, 99 % chorób przechodzę bez podwyższonej temperatury, ale jak już ona jest, to oznacza jedno – sprawa jest poważna! To był czas by zrobić test na koronawirusa, nie było na co czekać. Od razu pojawiły się dwie covidowe kreseczki. Dla pewności, tego samego rana zrobiłam kolejny test, który mąż przyniósł na świeżo z apteki, z innej firmy. I tak samo pozytywny. Nie było co się oszukiwać, zaczęło się piekło. I wcale nie żartuję i nie przesadzam!

Przez dwa dnia walczyłam z gorączką, która bawiła się ze mną w chowanego. Rosła, rosła i rosła. Na chwilę spadała i bach, znów rośnie. W życiu nie miałam takich dreszczy, leżałam w piżamie, swetrze, pod dwiema kołdrami, dwoma kocami, z termoforem w stopach, a i tak było mi przeraźliwie wręcz zimno. Najgorsze było to, że największe dawki Pyralginy nie dawały rady z tą temperaturą. Czułam, że zaczyna ścinać mi się mózg. W którejś godzinie gorączki zaczęłam coś tam mówić do męża, że na stypie po mnie, mają podać frytki, devolaye i surówkę z marchewki. A nie, to chyba jednak powinna być surówka z pora? Zdecydowanie wolę porową, i co z tego, że mi już będzie raczej wszystko jedno, chcę porowej, ja tego wymagam. Inaczej będę straszyć po nocach.

Jak minęła gorączka, to z racji równowagi pojawił się kaszel. Natychmiast straciłam głos i całkiem wszystkie siły. Bo te resztki sił, zabierał mi kaszel. Od razu mój kaszel przeszedł w tryb mokry i rozrywał wnętrzności. Nie było to w żaden sposób miłe i w zasadzie nie miałam chyba nigdy aż tak męczącego kaszlu. Może jak miałam 8 lat i miałam zapalenie płuc? Coś kojarzę, że wtedy nie było mi za fajnie. Katar nie dawał żyć, ucho bolało, a potem przytkało się, wydawać by się mogło, że na amen w pacierzu. Jakby było mało, to przeraźliwie bolała mnie głowa, nawet cichutkie radio grało za głośno. Dopadł mnie światłowstręt, dźwiękowstręt, generalnie chyba wszystkowstręt. Nic mi nie smakowało, nie miałam apetytu. Już nie mówiąc o piciu, to też słabiutko wchodziło. Okropnie bolało mnie całe ciało, każda kosteczka, każda chrząstka i każdy stawik w moim wnętrzu. Oczywiście mięśnie też. Nie byłam w stanie utrzymać sama kubka, piłam przez słomkę, i pod przymusem. Nie miałam siły na nic i było to obezwładniające i wyjątkowo przerażające uczucie. Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie mąż w domu, chyba musiałabym wezwać pomoc. Nie byłam w stanie przełożyć się na drugi bok, bez pomocy. Było to mocno upokarzające, czułam się jakby poraziło całe moje ciało, wszystkie funkcje życiowe zostały jakby wyłączone i przytłumione. To jedno z najgorszych odczuć w życiu, totalna niemoc, ból całego ciała, całkowity brak sił. Miałam wrażenie, że boli mnie wszystko, oddychanie, generalnie życie. Było to skrajne wyczerpanie, na granicy śmierci. I nie żartuję tutaj nic a nic. Dodatkowo pojawiły się niesamowite nocne poty. Owszem, latem trafiałam wiele razy na nagłówki artykułów- kiedy rano budzisz się zlany potem, to może być covid. I co? Fakt, ja się budziłam rano jakbym brała całą noc prysznic. Mąż mnie budził w nocy i zmieniał mi piżamę, po prostu ze mnie ciekła woda, jak z kranu. Nigdy nie miałam takiego przerobu piżam i pościeli, pralka działała codziennie. Nie będę Wam mówić jakie to męczące, wstydliwe i nieprzyjemne…. Schudłam ostatecznie 4 kilogramy, co przy mojej wadze wyjściowej, oznacza 8,3 % masy mojego ciała. Jestem trupio blada, widać mi wszystkie żyły i czuję się jak zombie. Do dziś nie mam siły by wyjść z łóżka, przebrać się w domowy dres i chociaż poleżeć pod kocem….

Czułam całkowity brak kontaktu z moim ciałem. Ja mówiłam jemu podnieś rękę, a ono nie, nie chciało słuchać. Z moim mózgiem też działo się coś dziwnego, proszę się nie śmiać. No dobra, możecie. Nie wiem co mi się popsuło, ale wyobraźcie sobie, że w sobotę, mąż poszedł na zakupy. Ja uznałam, że jednak bym coś zjadła i chciałam zrobić sobie kanapkę. Mąż wszystko przygotował, na stole leżał pokrojony chleb, ser, szynka, pomidorki, nic tylko zrobić sobie kanapeczki. Kanapkę złożyłam, ot zwykła, chleb żytni, szynka, pomidor. Położyłam to na talerzyku, wsadziłam talerz do mikrofalówki, i cóż, włączyłam największą moc, największy czas i wróciłam do łóżka. Szybko zaczęło się dymić, mieszkanie w gryzącym dymie, a ja dzwonię do męża, że mamy pożar. Ten wraca przerażony co się dzieje, i znalazł, spalony talerz ze zwęgloną kanapką. A ja o niej kompletnie zapomniałam. Przy czym nie chciałam zrobić sobie tostów, tudzież kanapki na ciepło. Ja nie kojarzyłam w ogóle po co ją tam włożyłam, i zapomniałam o tej czynności. Już mnie dopadła mgła covidowa….

Tak naprawdę to po tygodniu ciągle się czuję jakbym była z waty. Nie mam siły, po 13-14 godzinach snu, jestem zmęczona i senna. Mam kaszel, chrypę, katar i ból ucha. Moja aktywność ogranicza się do spacerów do łazienki. W kąpieli musi mi towarzyszyć mąż, bo stanie pod prysznicem generuje ogromne zawroty głowy. W zasadzie to wciąż mam wrażenie jakbym płynęła na jakiś jachcie w czasie sztormu, w głowie mi wiruje non stop. Ale nic nie przebije tego jak bolą mnie nogi. Z jednej strony czytam, że to dość normalne, ale z drugiej codziennie płaczę z tego bólu. To jakiś kosmos!

Generalnie jest bardzo źle, i tak naprawdę to w całym swoim 34 letnim życiu, aż tak nigdy nie byłam chora. Nie życzę tego nikomu. Ale za to życzę Wam dużo dystansu… do innych ludzi. Unikania tłumów i życzę Wam maseczki na buzi. Lepiej mieć kwadrans dyskomfortu, niż chociaż godzinę męczarni, którą przechodzę od tygodnia!

Ja dodatkowo mam to szczęście, że mam kochanego brata, który jest lekarzem, i do z tego praktyką po oddziale covidowym. Mogę do niego dzwonić 24 h na dobę i czuwa nade mną, mam dobrą opiekę. Ale nie każdy tak ma….

Nie ściskam, by nie zarazić.

Ścieżka dźwiękowa- Lenny Kravitz – Frankenstein

Stranger Things, czyli coś na czasie.

Na weekend coś lekkiego, albo i nie, bo jednak serial Stranger Things, nie jest taki lekki!

Przyznaję, kiedy mój brat powiedział mi te 6 lat wstecz, że powstał całkiem fajny serial i trzeba go oglądać, nie byłam zbytnio przekonana. Opis brzmiał dość dziecinnie. No jak to? Jakieś dzieciaki, lata 80, tajemnicze zjawiska. Zabawa dla małolatów! Ale jakoś postanowiłam rzucić okiem, tak od niechcenia, i wiecie co? Przepadłam. Przepadłam i po prostu wchłonął mnie ten niesamowity świat!

Wielkim plusem tego serialu, jest genialnie dobrana obsada. Młodzi aktorzy zaczynali jako dzieci, ciężko tutaj mówić o jakichś bardzo doświadczonych aktorach, to prostu dzieciaki, które dorastały na naszych oczach. Aczkolwiek intuicja produkcji nie zawiodła, wszyscy zostali perfekcyjnie dobrani i okazali się urodzonymi aktorami. Przy czym pamiętajmy, ten serial skupiał się głównie na grze młodzieży, a raczej w początkach dzieciaków. Dorośli byli raczej dodatkiem, to oni wzięli na siebie cały ciężar serialu, i zrobili to koncertowo. Kupili mnie totalnie i od pierwszego odcinka, stałam się ich wielką fanką. Fantastycznie było oglądać ich dorastanie na ekranie i to jak się rozwijają, z każdym rokiem, są coraz pewniejsi siebie, i jeszcze lepsi. Chociaż wydawałoby się, że już osiągnęli mistrzostwo.

Niesamowicie odtworzono klimat lat 80, scenografia, muzyka, rekwizyty. Po prostu przenoszą nas tam żywcem. Autorzy serialu, nie poszli na żadne kompromisy, stworzyli perełkę, która świetnie oddziałuje na zmysły. Ale najważniejsze, to pomysł! Nie wiem jak ten serial został wymyślony, ale ktoś miał natchnienie! Serial, po prostu stał się elementem popkultury i mimo upływu lat, wciąż budzi wielkie, ale to wielkie emocje. Dość powiedzieć, że piosenki, który autorzy wykorzystali w serialu, zyskały drugie życie i podbijają listy przebojów i serca młodych słuchaczy.

W lipcu oglądałam sezon czwarty, w zasadzie oglądałam od początku, bo Fotografa ominęły poprzednie sezony. Ależ on był zadowolony! A miałam wątpliwości czy się to spodoba! W końcu to nie jest serial, który pociągnie za sobą każdego. Po prostu trzeba dać mu szansę, poddać się i wejść w ten świat. I nie patrzeć wstecz…

Bardzo się cieszyłam na każdy nowy odcinek, który mogę obejrzeć. Zostałam wciągnięta do tego świata, okazało się, że to nie jest serial dla dzieciaków, a po prostu dla każdego fana dobrego serialu. Nie będę Wam streszczać fabuły, bo chyba nie starczyłoby mi stron w internecie, by opisać wszystko co tam się dzieje. Powiem tylko, że to najbardziej pokręcony serial jaki miałam okazję oglądać. I mówię to ja, osoba, która nie lubi fantastyki, i rzeczy, które są tak odklejone od normalnego życia. Ale tutaj przepadłam, i bardzo mnie mierzi, że ostatni sezon skończył się jak skończył, i będę musiała czekać na kolejne odcinki!

A Wy, oglądacie, oglądaliście czy oparliście się fenomenowi tego serialu?

Ścieżka dźwiękowa- Marilyn Manson – FATED, FAITHFUL, FATAL 

Moje ukochane miejsca nad morzem.

Zaraz mamy jesień. To czas kiedy kończy się sezon nad morzem. A ja przekornie, uważam, że to wtedy jest u nas najpiękniej. I wtedy warto tutaj przyjechać. Nie ma tłumów turystów, jest dużo spokojniej, ciszej, w powietrzu unosi się ogrom jodu, a zapach morza po deszczu, jest niesamowity!

Zacznę od miejsca, do którego bez problemu dojedziemy bez auta, spod dworca głównego w Gdańsku. Podróż autobusem trwa około 40 minut ( po drodze jest pełno przystanków) i już, tylko zostaje nam przejechać most i jesteśmy. I uwaga, wciąż jesteśmy w Gdańsku, w jednej z dzielnic, czyli w Sobieszewie. I teraz ważna uwaga, omijamy główne wejście na plażę, nie idziemy za tłumem. My idziemy w stronę Ptasiego Raju i tą drogą dochodzimy na plażę. Tak wiem to świetnie, spacer jest długi, a droga ma niemal 2 kilometry, ale czy znacie inną tak ustronną plażę, bądź co bądź w wielkim mieście? Ja nie. Owszem, nie ma tutaj infrastruktury, nie ma budek z lodami, goframi i frytkami. Nikt nie zaplecze letnich warkoczyków i nie będzie sprzedawał pamiątek Made in China. Nie ma tutaj toalety, ani prysznicy. Jest za to cisza, spokój i piękne widoki. Miejsce to zaskakuje i relaksuje! Aż trudno uwierzyć, że ledwie kilometr dalej, czeka na nas wakacyjna rozpusta w postaci pełnej infrastruktury i tłocznej plaży.

Jedziemy dalej, i to dużo dalej. Lądujemy w Jastrzębiej Górze, miejscu, które kocham od dziecka miłością wielką i gorącą. Jastrzębia ma piękne klify, cudowną plażę, i bezkres białego piasku. Ma również wszystko to, czego nie znoszę w nadmorskich miejscowościach. Pełno głośnych stoisk, hot dogów z wózków, kramów z tysiącem chińskich drobiazgów, cymbergajów i innych tego typu zapychaczy miejsca. Ale wiecie co? Wystarczy, że mamy późny wrzesień czy zimę, i mamy zupełnie inne miejsce. Ciche i spokojne. Polecam tutaj wpaść na rosół z gęsi i godzinami maszerować po pięknej i pustej plaży! Las, klify, herbata w dłoń i cóż, życie jest piękne!

Lubiatowo. To miejsce, które poznałam dzięki Fotografowi, wcześniej nie miałam o nim najmniejszego pojęcia. Po prostu nigdy nie zapuszczałam się w tamtą okolicę. Chyba było po prostu nieco za daleko? Sama nie wiem. Obecnie od domu, do Lubiatowa mam godzinkę drogi, i lubię tam wyskoczyć. Nieważną jaka obecnie jest pora roku, po prostu tam ruszam! Lubiatowo kusi niezwykłą plażą, po sezonie nie ma tam niczego. W sezonie są zaś dwie smażalnie ryb. Z plaży wchodzimy do lasu, jakże pięknego i bogatego w grzyby i wrzosy. Zbieranie tam grzybów, to jesienna przyjemność. To miejsce nie zaoferuje Wam miliona atrakcji, w postaci kramów i dmuchańców. Za to da Wam ciszę, las, powietrze pachnie tam niezwykle. Plaża jest szeroka, pusta i co najważniejsze, przepiękna. Jeżeli szukacie spokoju, to wiecie gdzie jechać. I to nawet w sezonie!

Smołdzino. To miejsce, które poznałam moment przed pójściem na studia, to były już niemal wrześniowe wakacje, i odkrycie miejsca, wtedy nieco na końcu świata, chociaż to wciąż to samo województwo! Ot, trzeba było jechać pociągiem do Słupska, i autobusem kilkadziesiąt minut. Teraz jeżdżę do niego autem, ponad 1,5 godziny, bo drogi takie sobie. Ale to urok tego miejsca, i jednak to powoduje, że turystów dużo mniej. Bo nie ma też tego całego kurortowego blichtru i szaleństwa. Znów plaża bez atrakcji, ale po co atrakcje, kiedy mamy niemal biały piasek i pustą plażę? Bo na tą plażę możemy dojść wydmami, albo przez las. Nie mijamy po drodze żadnej budki z piwem, magnesami i lodami. Wdychamy za to tony jodu, odświeżamy głowę, i resetujemy wszystko co złe. To plaża dla tych, którzy kochają święty spokój i piękno natury, niezadeptanej przez tłumy.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Blasphemous Rumours

Rok z Franusią

I minął rok, odkąd mała kula szczęścia, zwana Franusią jest z nami!

Nie wiem czy mówiłam Wam, ja mała do nas trafiła? Otóż któregoś dnia przeglądałam OLX, nie wiem co mnie strzeliło, ale weszłam na kocie ogłoszenia. I zobaczyłam ją. I już wiedziałam, że przepadłam. Te słodkie oczka, ten wzrok i słodki pyszczek. Był problem, bo byliśmy chwilę przed ślubem, bo nawet nie wiedzieliśmy, czy chcemy drugiego kota. To znaczy ja to sama z sobą ustaliłam, gorzej z Fotografem. On dowiedział się dostając zdjęcie. I przepadł. Był jednak problem, czy pani z ogłoszenia poczeka miesiąc, do czasu aż wrócimy z podróży i będziemy mogli na spokojnie poświęcić czas nowej kici. Pani na szczęście zgodziła się poczekać. Ba, miała na małą, chętną panią od razu. Ale nie była jej pewna, wolała poczekać na nas!

Pamiętam tę sobotę, o 16 przyjechały dwie panie, z szarą kulką. Frania od razu wbiegła do toalety, zwiedziła kuwetę i schowała się pod szafkę. Całą noc przeraźliwie płakała, a ja byłam pewna, że jest jej u nas źle. Następnego dnia wskoczyła jednak do łóżka i tak jej zostało. Ciągle ze mną śpi! Frania okazała się wielkim miziakiem, uwielbia przytulanie, noszenie na rączkach i kontakt z człowiekiem. Jest niesamowicie jednak nieśmiała. Każdy dzwonek do drzwi, wywołuje u niej strach. Tak naprawdę Franusia kocha tylko trzy osoby, nas i swojego brata. Czasem kocha brata aż za bardzo!

Frania okazała się nieco chorowita. No nawet bardzo. Najpierw zachorowała na koci katar, pamiętam te noce, gdzie nie spałam, a inhalowałam małą nad garnkiem z gotującym się majerankiem i tymiankiem. Te dni, kiedy mała co zjadła to zwracała i miała paskudną biegunkę, a ja z zapaleniem oskrzeli, latałam z nią po weterynarzach, szukając dla niej pomocy. W końcu trafiliśmy na powód jej problemów, wystarczyła zmiana diety, i od kiedy Franka jest na diecie, jest dużo lepiej. Chociaż często odwiedzamy weterynarza, to ostatnio nieco rzadziej.

Mała jest naszą wielką radością. To nasza księżniczka, która domaga się czułości. Dużo z nami rozmawia, bo niezła z niej gaduła. Do tego ma tak czarujące spojrzenie, że wszystko jej się wybaczy. Nawet to jak nocami zrzucała mi doniczki z kwiatkami, udało mi się uchronić jedynie 3 sztuki, przez Franusiowymi łapkami! Nie da się jednak na nią gniewać. Jest naszym promykiem i wielką radością. Nasza mała podróżniczka, ma za sobą kolejny wypad. Była dzielna i maksymalnie grzeczna.

Rok z Franią był trudny, ale jednocześnie magiczny i pełen bezinteresownej miłości. Dla tych zielonych oczek zrobię wszystko!

Ścieżka dźwiękowa- Here Is the News – Electric Light Orchestra

Minął miesiąc . Sierpień.

I skończył się sierpień. Ach, ależ to był piękny i całkiem długi miesiąc. I co tu dużo mówić, był to przecudowny miesiąc. Pogoda nas rozpieszczała, ilość atrakcji i pięknych dni, po prostu oszałamiała!

Sierpień zaczął się upalnie i bardzo miło, bo spotkaniem z blogową Myszą i jej kochaną rodzinką. Mamy farta, że udaje nam się spotykać co roku. Muszę tutaj publicznie złożyć obietnicę, że następne spotkanie powinno być tym razem w Szczecinie! Chociaż mam wrażenie, że mam Myszy do pokazania jeszcze milion fajnych miejsc w mojej okolicy. Także mimo wszystko, zapraszam dalej i częściej!

W ogóle w sierpniu tych spotkań było naprawdę dużo. Dużo się działo, wielu gości, wiele spotkań, aż do nocy. A wiadomo, gorące noce, sprzyjały rozmowom i biesiadowaniu. Czuję ogromną wdzięczność, za rodzinę i wspaniałych przyjaciół, którzy są obok. Sierpień mi pokazał, że jestem w pięknym momencie życia i aż chciałoby się, by ten stan trwał i trwał!

Sierpień to czas podsumowań, ale pozytywnych. W końcu za nami pierwsza rocznica ślubu. Wspomnienia wciąż żywe, jakby to było wczoraj. Impreza rocznicowa bardzo udana. A dzięki tej okazji, mieliśmy możliwość odbycia wielu miłych spotkań. Jak widać, same plusy!

Jako, że pogoda nas rozpieszczała, korzystałam z niej ile się da. Chociaż spacerowo było gorzej niż w lipcu, w końcu w tej najbardziej upalne momenty, spacerować jakby się nie chciało. Za to chętnie rozbijałam obóz w ogrodzie i czytałam tam książki, schowana przed całym światem. To była moja baza, w której jadałam obiady, śniadania i relaksowałam się po pracy. Wiem, że nigdy nie wrócę do mieszkania bez ogrodu. To zdecydowanie moja oaza.

Sierpień obfitował w miłe spotkania, piękne chwile spędzane wspólnie poza domem. Towarzysko to był rewelacyjny czas. Korzystałam z okolicznych atrakcji ile wlezie. Morze, jezioro, a w deszczowy dzień knajpy i kino. Udało mi się namówić moją 91 letnią babcię na wypad do kawiarni. To dla niej spore wydarzenie, a dla mnie sama radość. Byłam też na Męskim Graniu, które zostawiło po sobie niesmak. Próbowałam zatrzeć to złe wrażenie, oglądając finał finałów. Dzielnie dotrwałam niemal do północy. Ale nie dałam rady i pokonał mnie niejaki Sobel. Jego muzyka zadziałała na mnie wyjątkowo wręcz usypiająco i nie dane mi było zobaczyć koncertu Orkiestry. No cóż, najpierw Kortez, potem Sobel, emocje jak na grzybach!

Na MG zostawiłam mój kapelusz. Na szczęście odnalazł się u brata, ale, że dzieli nas ponad 120 km, to nie doszło wciąż do spotkania. Na ostatnie letnie podrygi poszukiwałam solidnego kapelusza, i zonk. W sierpniu można kupić cieplutkie kurtki i kozaczki, za to kapelusze są już cieplutkie i ocieplane. Nigdy tego nie zrozumiem! W każdym razie udało mi się kupić co trzeba i to nawet ze sporą zniżką. Szkoda tylko, że wybór taki mały. W gruncie rzeczy to śmieszne, że wciąż mnie to dziwi. W końcu w lutym, nie mogłam już kupić zimowych butów. Wszędzie trampki i balerinki. Jakoś nie umiem się wstrzelić.

Frania stęskniła się za swoim weterynarzem, zdecydowanie ciążyło jej to, że pan doktor nie wie co u niej słychać. Dlatego też jechałam z nią i jej zmianą na uszku niemal na sygnale. Ok, mi się wydawało, że to jakaś zwykła zmiana, ale pan doktor nie zbagatelizował problemu, wręcz przeciwnie, pochwalił za czujność. Malutka dzielnie znosiła zastrzyki i nacieranie uszka kropelkami. To moja bohaterka! Przy okazji okazało się, że jaka matka, taka córka. Franeczka ma chore zatoki, tak jak ja. To jej powikłanie po kocim katarku z dzieciństwa. Obie równo smarkamy!

Miałam wrażenie, że sierpień był bardzo długi i piękny. I nie mówię tylko o pogodzie. Mam takie poczucie, że wycisnęłam ten miesiąc jak cytrynę i zabrałam wszystko co mogłam.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski – Ósemko

Chwila końca lata

Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem – teraz jest na to czas – nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym dniem.

Ach, co to był za weekend. Lato zaraz się kończy. Dnie są krótsze, nie ma co walczyć z nieuniknionym. Ale nie ma co popadać w melancholię i oddawać smutkowi. W końcu kiedy ma się do dyspozycji tak piękny weekend, nie sposób siedzieć w domu. Kiedy mieszka się w tak magicznym zakątku Polski, nie sposób spontanicznie podjąć decyzji, by porzucić wszystkie plany, te snute wcześniej. Te plany mówiły coś o porządkach, pracach w ogrodzie i nadrabianiu domowych zaległości. I oczywiście tych pracowych. Porzucamy to wszystko. I zamiast tego ruszamy w drogę. I kierujemy się na Kaszuby, by spędzić cały dzień na jeziorze. Łapiemy promienie słońca. Ładujemy serca i duszę witaminą przyjaźni. Nasz uroczy sąsiad, Flokuś, pierwszy raz płynie na supie, i sami zobaczcie, idzie mu rewelacyjnie!

Nie boimy się zabłądzić, by zobaczyć magiczny zachód słońca. I umawiamy się na rano, by ruszyć nad morze i korzystać z pustej, dzikiej plaży. Co prawda plany się lekko przesunęły i rano zamieniło się w południe, ale nie zmienia to faktu, że w pełni skorzystałam z tego dnia. Kąpiel w morzu zaliczona, woda niezwykle ciepła, a te widoki?

Aż chciałoby się poprosić, by lato trwało cały rok!

Ścieżka dźwiękowa-Lao Che- Dym

Koncert z dzieckiem

Ostatnio byłam na kilku, plenerowych koncertach. Co jak co, ale takie koncerty to ja uwielbiam. Przede wszystkim lubię je, za dużą przestrzeń, większy luz i spokój. Bo ja z tych, co jakoś tak szczególnie nie uwielbiają dzikich tłumów. A w plenerze to jednak nieco co innego!

Plenerowe koncerty sprawiają, że ludzie chętnie zabierają na nie swoje pociechy. I jestem jak najbardziej za! To naprawdę genialne, widzieć szkraby, które śpiewają, tańczą, cieszą się tym wszystkim. Mali fani muzycy, są uroczy, szczerzy i bardzo cieszą się każdą chwilą. To naprawdę fajne, i uważam, że zabieranie dzieci na koncerty jest naprawdę super opcją. Ale…

No właśnie, o ile niektóre dzieci lubią muzykę, lubią zamieszanie, kolory, hałas, to nie ma sprawy. Gorzej, kiedy dziecko ewidentnie tego nie lubi. I tutaj uważam, że jednak komfort dziecka, jest priorytetem. Jeżeli 3 latek, dostaje ataku histerii, bo jest za głośno, to prostu trzeba albo zainwestować w odpowiednie słuchawki, albo nie chodzić z dzieckiem na koncert. Kiedy widziałam malucha, który pół godziny płakał, krzyczał, kopał siedzenia, a rodzice go olewali, miałam ochotę, wziąć chłopca i wynieść go z tego terenu. Tak by się uspokoił, odpoczął od nadmiaru bodźców i poczuł się pewnie. Rodzice postanowili nie zwracać uwagi na swoje dziecko, bo oni są na koncercie, a dziecko? Kiedyś mu przejdzie. Nie muszę mówić, że nie da się słuchać koncertu, kiedy obok ciebie, koncert daje przerażone dziecko. Na uwagę, że mały naprawdę mocno płacze, można było usłyszeć – on tak ma. Skoro tak ma, to może warto zapewnić dziecku opiekę, na czas wieczornego wyjścia? Chyba każdy byłby zadowolony….

Smutno mi patrzeć na dzieci, które rodzicie zabierają na siłę na takie wydarzenie. Są maluchy, które świetnie się bawią. I nawet te roczne bąble, skaczą w rytm muzyki. I super. Ale są takie maluszki, które po prostu się piekielnie nudzą na takim koncercie. Zaczepiają rodziców, i innych uczestników. Jedyne o czym marzą, to jakieś atrakcje. Muzyka im nie wystarcza, szukają rozrywek gdzie indziej. A to zaczepiają rodziców, a to zaczepiają inne osoby. Są głośne, domagają się uwagi. Zupełnie nie interesuje ich to co, interesuje ich rodziców i ludzi dookoła. Jeszcze pal licho, jak rodzice orientują się, że dziecku się nudzi i jakoś zapewniają mu rozrywki. Najgorzej jak rodzice „olewają” nudę dziecka. Ostatnio jeden chłopiec rzucał kamykami. W ludzi. Rodzicom koncert się podobał, w ogóle zapomnieli, że są z dzieckiem, które cóż, stracili z oczu. A młodzieniec, na oko mający z 6-7 lat, strzelał w ludzi tymi kamykami, ciesząc się z każdego trafienia. Myślę, że chłopiec byłby dużo bardziej szczęśliwy, spędzając ten wieczór podczas szaleństw na placu zabaw.

Ciekawą rzeczą, było to, kiedy maleństwo usnęło na koncercie. Przy czym mówiąc maleństwo, naprawdę mam na myśli niemowlę. Kiedy dziewczyneczka, na oko 3-4 miesiące, usnęła, mama prosiła parę koło mnie, by byli cichutko, bo dziecko śpi. A ta para, po prostu cichutko nuciła sobie refren. Co jak co, ale koncert to chyba ostatnie miejsce, gdzie można oczekiwać ciszy i spokoju dla komfortowego snu niemowlaka. Ostatecznie matka wyszła z koncertu, dość głośno komentując fakt, że nie ma tutaj ciszy i spokoju!

Wnioski? Koncert z dzieckiem? Jak najbardziej, ale trzeba pamiętać o komforcie pociechy. Ale i pamiętać, że dookoła są ludzie, którzy mają ochotę miło spędzić wieczór. Chyba po prostu trzeba znać swoje dziecko i jego możliwości i nie robić nic na siłę.

A jakie jest Wasze zdanie?

Ścieżka dźwiękowa- U2 – Get On Your Boots 

Coraz mniej Męskie…..

Tak, byłam na Męskim Graniu, udało mi się w przedsprzedaży kupić bilety. Liczyłam na to, że postpandemiczna edycja będzie wyjątkowa, bardzo się na nią cieszyłam i nie mogłam się po prostu jej doczekać! Dlatego teraz mogę się podzielić z Wami wrażeniami, z piątkowego koncertu. To co? Zaczynamy!

Tegoroczna edycja przyniosła zasadniczą zmianę, albowiem mieliśmy zamiast jednodniowej imprezy, aż dwudniową. Kiedy kupowałam bilety w ciemno, byłam zachwycona. Wiedziałam już, że 20 sierpnia Fotograf będzie w pracy, i pasowało mi jedynie wydarzenie z 19 sierpnia. Po prostu miłe zrządzenie losu. Kiedy więc kupowałam bilety nie wiedziałam kto zagra, kto będzie w składzie orkiestry. I w ogóle mi to nie przeszkadzało, przecież nie mogło być źle, pod kątem muzycznym. Wielkim rozczarowaniem okazało się to, że piątkowe koncerty to wstęp do soboty. I w sobotę gra tegoroczna orkiestra. Piątki to ledwie rozgrzewka, przed sobotą. Ze specjalnym koncertem Dawida Podsiadło, jako coś niesamowitego. Dawid na finał zamiast regularnej okiestry? Hmm, byłam bardzo rozczarowana i dużo myślałam nad sprzedażą biletów. w regularnej cenie, miałam bowiem nie widzieć, i nie słyszeć, orkiestry. Wyjątkowo zaś się poirytowałam, kiedy okazało się, że Krzysiek Zalewski, jest w orkiestrze. A ja go nie zobaczę! Rozczarowanie razy milion. Ostatecznie biletów nie sprzedałam….

Drugą zasadniczą zmianą, była zmiana miejsca. Zamiast cudownego, kameralnego parku Kolibki, nad samym morzem, dostaliśmy Polsat Arenę, czyli nasz bursztynowy stadion. Pardon, parking przez nim. To co było wspaniałe w Kolibkach, czyli zieleń, atmosfera pikniku, luz, i natura, zostało zastąpione betonem. No cóż, betonoza uderza wszędzie, również w Męskie Granie. Ta zmiana na ogromny minus. Może i wpuścili więcej ludzi, ale za to teren był i tak dość mały, do tego niesamowicie niekomfortowy. Od godziny 17, do 24, na stojąco, względnie na betonowych schodach stadionu. Ochrona była niesamowicie skuteczna w usuwaniu ludzi, którzy rozkładali się na kocach, na niewielkich kawałkach zieleni, okalających stadion. Nas też usunęli z naszego kocyka. Jedna pani, matka niemowlaka, powiedziała, że zejdzie, dopiero jak wyląduje tutaj helikopter! Miejsce oceniam jako nieprzyjazne. Co innego, jeden dwugodzinny koncert, a co innego 7-8 godzinne spędzanie czasu na festiwalu, często z całymi rodzinami. W strefie gastro było nieco leżaków, ale mimo tego, że na stadionie( tudzież parkingu), byłam 20 minut, po otwarciu bram, nie było już żadnego wolnego leżaka. Także tego…. Pamiętacie moją relację z koncertu Dawida, również na tym stadionie? Również było jedno wejście i wyjście, to samo co wejście! Jedno wąskie gardło, które w przypadku jakiegoś zagrożenia, stanowiłoby niesamowite zagrożenie. Zresztą, tego dnia dostałam Alert RCB, ostrzegający przed burzami. Organizatorzy mieli mega szczęście, że burze przyszły, ale od 2 w nocy. Ochrona była bardziej zaangażowana, i sprawdzała plecaki, dokumenty tożsamości. Mimo jednego wejścia, weszliśmy bardzo sprawnie, wszystko dzięki temu, że na terenie festiwalu byliśmy naprawdę szybko. Po pracy, o 17.14, zaparkowaliśmy auto i w drogę, 5 minutowy spacer do bramek!

Kiedy weszliśmy na festiwal, nawet mi się podobało. Strefa gastronomiczna, była bardzo przyjemna. Zamówiłam ( bez żadnej kolejki) pierożki Din Sum, zjadłam je smakiem, na betonowych schodach. Ale wiecie, byliśmy po pracy, bez obiadu. Na wejściu każdy dostawała bezpłatny kupon na puszkę piwa Limonż. I tutaj zaskoczenie, bo na imprezach masowych, piwo powinno być łagodne i rozcieńczone, o maksymalnej ilości procentów 3,5. Limonż ma 4,5 %. My go nie wzięliśmy, ja nie piję alkoholu, a mąż kiedyś spróbował ten wynalazek, i wylał 3/4 puszki, a poza tym byliśmy autem. Widać napój słabo się sprzedaje, skoro dodawali go jako gratis do biletów. I ogólnie piwo przelewali do kubeczków ( wielorazowych i za kaucją), z normalnych butelek. Na pewno nie było to żadne lekkie piwo, przystosowane do masowych imprez. Z pewnością miało to wpływ, na to co zaraz opiszę….

Zacznę od tego, że tego dnia pogoda była niesamowicie wręcz upalna! Dacie wiarę, że o 23.55, było 29 stopni? W taki dzień należy solidnie się nawadniać, ale na pewno chodzi tutaj o zwykłą wodę, względnie piwo bezalkoholowe. Tymczasem ludzie chłodzili się piwem, i solidnie z nim przesadzali. Zresztą, już przed bramkami dopijali na wyścigi ćwiarteczki wódeczki! Jedna para, przerzucała butelki wódki przez płot, swojej koleżance, która weszła wcześniej i łagodnie łapała owe butelki… Naprawdę nie rozumiem, płacisz 200 zł za bilet i upijasz się jak świnia? Słońce nie pomagało, panowie ledwo szli prowadzeni przez swoje partnerki, siusiali gdzie bliżej, a wymiotowali jak na wyścigi… Czułam się niesamowicie zniesmaczona. Jak w recenzjach, mogę potwierdzić, atmosfera była letnio-sopotowo-klubowo-imprezowa. Może z 10% ludzi, przyszło tam na koncerty. Reszta przyszła na dobre picie, jakby to był jakiś piwny maraton. Największym hitem okazywały się staniki zamiast koszulek, skórzane spodenki i poprute kabaretki. Kolorowe makijaże, starannie ułożone włosy, elektroniczne papierosy i niekończąca się dolewka piwa. Na takich imprezach jestem za zakazem sprzedaży alkoholu. Ludzie psują koncerty, innym dookoła. Nie każdy ma ochotę oglądać przegląd żołądka nieznajomego. Albo nie chce wiedzieć, że po alkoholu kłócisz się z dziewczyną, która chce dociągnąć cię do domu, a ty uważasz, że właśnie zaczyna się świetna zabawa. Wiem, że Męskie Granie sponsoruje Żywiec, ale większości Ż wszedł za mocno! I żeby nie było, na poprzednich edycjach, najważniejsza była muzyka, ludzie nie przesadzali z alkoholem, potrafili się zachować, było pełno rodzin, nie tylko rodzice z dziećmi, ale i z dziadkami. Była atmosfera święta muzyki. Teraz zaś świętowano, ale piwo. A przecież do Octoberfest, zostało nieco czasu!

Czas opisać co działo się muzycznie. Zaczęło się od konceptu Johna Portera i Nergala, czyli Me and that men. Bardzo przyjemna muzyka, bardzo pasujące do idei Męskiego Grania! Takie rokowe, mocniejsze, ale w wersji łatwo dostępnej dla wszystkich. Po nim wystąpili bracia, czyli zespół Fisz Emade Tworzywo. Panowie mają talent, to moje pierwsze spotkanie z nimi i naprawdę było ciekawie. Szkoda tylko, że dostali tyle czasu, że mogli zaprezentować pięć utworów… Skromnie, skromnie. Kto dalej? Mioush, który porwał się na przedstawienie projektu Pieśni Współczesne, zaprosił sporo gości. Całość miała wielki rozmach i pokazała, że gość ma talent i muzyczne wyczucie. To było na pewno coś wielkiego, ale czy na pewno pasowało tego dnia? To było bardzo podniosłe, eleganckie, z klasą, osobiście wolałabym to usłyszeć w jakiejś sali koncertowej, najlepiej w filharmonii, bądź w teatrze. Na pewno nie w obecności piwnego miasteczka. Nie mniej, Mioush jest wyjątkowo ambitnym i wszechstronnym twórcą. Ma dar łączenia różnych gatunków muzyki i doboru gości. Czas na Ralpha Kamińskiego, który jest fenomenem na naszym rynku muzycznym. Chłopak jest odważny, utalentowany, perfekcyjnie przygotowany. Zarówno scenografia, układy taneczne i stroje-wszystko na tip top. I chociaż, jak i reszta, dostał niewiele czasu, to pokazał, że Bal u Rafała, to coś, na czym warto bywać. Mój jedyny zarzut? No cóż, tutaj wystąpił blok, nieco smętny Fisz, bardzo podniosły Mioush i liryczny Ralph. Nie było żadnego energetycznego artysty, kogoś kto porwałby tłumy, albo przynajmniej rozruszał przypadkową publiczność. Tym kimś miał być Dawid…

Niestety nie zrecenzuję Wam jego koncertu. Czemu? Gdyż koncert opóźniał się i opóźniał. Nie dziwi mnie to, wszakże pamiętacie z czerwcowego koncertu, że Dawid, niczym diva spóźnił się kawał czasu. Teraz przebił nawet reklamy na Polsacie, po prostu nie mogliśmy się go doczekać. A, że Fotograf rano szedł do pracy, wymęczony czekaniem i staniem, po prostu zarządził odwrót. Ja sama również byłam zmęczona, senna i rozczarowana. Dlatego chętnie ruszyłam do wyjścia i do auta. Dopiero przy wjeździe na obwodnicę, czyli jakieś 10 minut po naszym wyjściu, brat napisał- pojawił się. Kilkadziesiąt minut, po planowanym koncercie. Zaśpiewał 7 piosenek, dokładnie 40 minut! Taki to projekt specjalny, Dawid zaśpiewał 2 nowe piosenki, dwa hity i 3 hymny Męskiego Grania, w których miał zaszczyt zaśpiewać. I tyle. Żadnych gości, żadnych efektów specjalnych, żadnego niesamowitego wykonania. Ot, 40 minut, cześć jesteście wspaniali, wracajcie bezpieczenie do domu. W ogóle nie żałowałam, że nie zostałam, straciłabym chyba do niego całą swoją sympatię…

Totalnym nieporozumieniem było ustawienie scen. Były tak blisko siebie, że chcąc nie chcąc, wszystko ze Sceny Ż trzeba było posłuchać. A niekoniecznie miałam na to ochotę. Zaproszenie na scenę Ż takiego artysty jak Zdechły Osa. Ja nawet rozumiem, że ktoś lubi taką muzyczkę i kogoś to kręci. Ale na Boga muzyki, słuchanie tego czegoś, po prostu zabija we mnie wiarę w ludzkość. Najgorsze, że pod sceną stało dużo dzieciaków. Jakbym określić gatunek, to melorecytacje, taki punk-hip hop. Przed Wami fragmenty tekstów, które w żadnym radiu by nie poleciały, a ja musiałam tego słuchać.

Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny
Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny

co ty kur* piłaś spirytus
po wodzie chodzę z tobą jak Jezus Chrustus

..

kocham cie mała
mimo wyroków
na chu* jumałaś tamten samochód
teraz możemy być w dołku
bardziej niż teraz na dołku

No i Bedoes. Ten gość jest w Orkiestrze. Jego koncert umilał oczekiwanie na koncert Dawida. Ale czy umilał? Nie to, że mam coś do hip hopu, rapu, czy jak to tam nazywacie. Ale Męskie Granie, przyciąga całe rodziny, kiedy zaś słyszysz coś takiego, znów tracisz wiarę w ludzkość. Przede wszystkim Pan Bedoes przyśpieszył naszą decyzję o ucieczce. Tego nie dało się słuchać. Tego nie da się obronić. Może na jakimś blokowym festiwalu rapu?

I wiele z tych kurew chcialo by miec w ustach mojego chuja
zadna z tych kurew w polowie tak dobra jak moja niunia
nie jest smieje sie z was wyre i ta jedna ma skurwiele
moga przegrac no bo leje na nich zdeczka

Młody byk spójrz robię flex
ona pisze do mnie tekst
koleżanki z mojej klasy mnie nie chciały
dzisiaj pytają o seks (wróć)
dzisiaj pytają o seks ziomek
nie mam czasu pojebana pizdo
nie widzisz że kurwa robię cash borek

Mówię szczerze, jeżeli to ma iść w taką stronę, to ja dziękuję. Wolność artystyczna wolnością artystyczną, ale z kulturą, nawet i masową, to nie ma nic wspólnego. Ani nawet z muzyką, bo ciężko tam się dopatrzeć, czy dosłuchać jakiegoś rytmu, ładu i składu. Zawsze mi się podobało, że MG jest na poziomie. Niestety, ten poziom sięgnął bruku. Wszystko przez, w większości przypadkową publiczność, za dużą ilość Ż w głowie i trzewiach, oraz doborze artystów….

P.S. Czytam opinie o sobotniej imprezie, i tutaj wszyscy recenzenci byli zgodni – przyszła w 100 % inna publiczność, ta muzyczna. Taka która się po prostu świetnie bawiła przy świetnej muzyce, skupiona na muzyce, dająca innych jedynie pozytywną energię. Taka, która zrozumiała ideę Męskiego Grania. Chciałabym to sprawdzić na własnej skórze. Na ten moment wiem jedno, na piątkowe koncerty MG, nigdy w życiu już nie pójdę! Mam wrażenie, że ludzie, którzy złapali bilety na piątek, dowiedziawszy się, że nie będzie Orkiestry, sprzedali bilety przypadkowym ludziom.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Papierowe przemyślenia

„Miłość jest nie tylko uczuciem,
nie jest wzruszeniem ani zakochaniem się.
Jest dojrzewaniem, troską i wzajemną
odpowiedzialnością
za siebie.”

I tak, minął rok! Rok temu, dokładnie o tej porze, szykowałam się do tego wydarzenia, które zwało się nazywać sakramentem małżeństwa. I to już rok…

Czy coś zmieniło? Z jednej strony nic się nie zmieniło, z drugiej zaś, zmieniło się wszystko. Jesteśmy rodziną. Niby na papierze, bo przecież bez papierka, też można tworzyć rodzinę. Aczkolwiek, dla mnie osobiście, ten papier, był naprawdę ważny. Papier, sakrament, podpisy pod urzędowym dokumentem. To była ważna deklaracja, wobec siebie, Najwyższego i kilkudziesięciu świadków. Wiecie, nie jestem naiwna, nie mam 16 lat, nie wierzę we wróżki, wiem, że sama deklaracja i podpis, niewiele znaczą. Wiem, że to samo z siebie się nie uda i w ogóle, sam fakt, wzięcia ślubu, nic nie znaczy, bez pracy nas obojga. Ale ta deklaracja, pokazała mi, że traktujemy się poważnie i naszą relację, chcemy prowadzić to życie razem i razem przez nie iść. Że nie boimy się publicznie powiedzieć, że od dziś razem i na wieki i wieków. W zdrowiu i w chorobie. W niedostatku i w radości. Po prostu razem.

Dla mnie, osobiście, była to bardzo ważna chwila. I taki symboliczny moment założenia naszej małej rodziny. Jako żona czuję się świetnie. Jakoś tak dojrzalej i bardziej świadomie. Cieszę się, że jesteśmy małżeństwem. Że nie mieliśmy obaw i wątpliwości, że to po prostu był naturalny i kolejny krok. Tylko tyle, i aż tyle. No, może jeszcze to, że czujemy się jakoś tak, jakby silniejsi. Czy to magia obrączki?

Przez ten rok przyzwyczaiłam się do słowa – mąż i żona. Dzień po dniu, budujemy naszą rodzinę i jest nam naprawdę świetnie. Nasze kociaki są dopełnieniem naszej paczki. Codzienność nie zawsze jest bajkowa, ale to piękne móc na kogoś aż tak liczyć i wiedzieć, że ktoś za tobą zawsze stoi. Wspiera, popycha do przodu i wierzy w ciebie. Razem jakoś łatwiej znosić kolejne podwyżki rat kredytu hipotecznego!

Z wielką czułością wspominam dzień sprzed roku. Te emocje wciąż są we mnie, co do jednej. Wszystkie wspomnienia trzymam głęboko w sercu, pielęgnuje je i wzmacniam. I wracam dzień w dzień…

Jest naprawdę dobrze. I niech to trwa.

Ścieżka dźwiękowa- Budka Suflera – Szaro szary film

Pomysł na randkę. Wagary

Wakacje, lato, praca, codzienność, ogród, spotkania ze znajomymi. Łatwo się w tym zagubić. Trzeba dbać o chwile dla siebie i dla swoich bliskich. Nieważne czy chodzi o partnera, siostrę czy przyjaciół. Czasem by spędzić z sobą więcej czasu, trzeba udać się na wagary… Najpierw odzywa się moje poczucie obowiązku, ale jak to dzień wolny? Tak bez potrzeby i bez planów? Ale w sumie czemu nie! Każdemu pracusiowi to się po prostu bardzo przyda!

Ja wzięłam wolny piątek. Fotograf również. Przedłużyliśmy sobie weekend, i daliśmy szansę na fajne spędzenie dnia, bez cienia gonitwy i codzienności. Najpierw leniwy poranek, spokojne śniadanie i spacer do centrum ogrodniczego. Nowa kompozycja w skrzynkach, już taka na późne lato, czyli witajcie wrzośce! Spokojne wybieranie kwiatków, powrót do domu i można sadzić kwiatki i bluszczyk.

Potem zabieramy ciasteczka i do miasta. Zaczynamy od długiego spaceru, nie ma tłumów, nie ma problemów z parkowaniem. Pierwszy przystanek to kawiarnia, uzbrojeni w pyszne cappucino, idziemy na Kamienną Górę. Nie ma to jak spacer z rana! Ludzi malutko, względna cisza, można chłonąć nieco inną atmosferę miasta. Posilamy się ciasteczkami, idziemy nad morze. Turyści są, ale znów, nie ma tłumów, nie ma weekendowego chaosu i zamieszania. Nie da się ukryć, sprzyja nam pogoda. Bez upałów, słonecznie tak, ale bez temperatur, które aż krzyczą-biegnij na plażę. Można przysiąść, zajadać się ciasteczkami, chłonąć widoki i po prostu odpocząć od codzienności. Kolejnym celem jest klub filmowy. I oglądanie filmu w całkowitej samotności. Tak, pójście do kina w inny dzień niż weekend, to niezwykłe doświadczenie. O 14, w kinie nie było nikogo. Takie rzeczy, tylko w wagarowy dzień!

A, żeby było jeszcze bardziej na luzie, zamawiamy obiad i bierzemy go do domu. Jemy w ogrodzie. I niczym się nie martwimy. Wieczorem robię sobie seans spa, w domowej łazience. I wiecie co?

Niby jeden dzień, a czułam się jak w niebie! No dobra, kto z Was zrobi sobie takie wagary?

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Runaway