Kupiliśmy dom!

No dobrze, czas odkryć wszystkie karty. Dlaczego też miałam kryzys, i ostatnie dwa miesiące były niczym maraton? Dlaczego żyłam zestresowana i przerażona zawartością kalendarza, który krzyczał – dziewczyno, jesteś spóźniona! I to nie o kilka godzin, ani tygodni, ale i miesięcy? Otóż, staliśmy się dumnymi posiadaczami 95 metrowego domu!

Tak, to była najbardziej spontaniczna decyzja w całym moim życiu. W przerwie między moim listopadowym chorowaniem, poszliśmy na jesienny spacer. Naszym oczom ukazała się tabliczka- na sprzedaż. Był to dom, który oglądaliśmy rok temu, przekonał nas do siebie prawie wszystkim. Prawie, robi wielką różnicę. Do oddania był bowiem gotów za 10-12 miesięcy, a transze należało płacić w ciągu 30 dni od dnia podpisania umowy. Developer był nieugięty, płać teraz, i czekaj na oddanie budynku do użytku. Było to dla nas nieosiągalne, bo przecież pieniądze na większe mieszkanie, ukryte są w obecnym mieszkaniu. Opcja była jedna- sprzedać je i przez rok wynajmować kolejne mieszkanie. Była to opcja absurdalna, więc odłożyliśmy marzenie o domu, na nieokreślony bliżej czas. Tak, było nam ciasnawo. Wiem, że nie powinno się narzekać, ale mieliśmy 42 metry, nas dwoje i nasze dwa kociaki, ciężko było myśleć o jakiejś perspektywie powiększenia rodziny. Do tego mąż potrzebował swojego gabinetu, albo chociaż solidnej przestrzeni do pracy. Mnie męczyła mała kuchnia, ale sąsiedztwo i ogród wynagradzało wszystko. Natomiast wiedzieliśmy, że to przejściowe mieszkanie i docelowo marzą nam się 3- 4 pokoje, z dużym ogrodem w formie bliźniaka, czy też szeregu. Najważniejsze dla nas było to, by nad sobą nie mieć sąsiadów. Ale nie mieliśmy presji, że to już, dziś czy pojutrze. Obserwowaliśmy lokalny rynek nieruchomości, ale ceny nic tylko rosły, tak samo jak rosły raty kredytów. Czułam, że to nie jest dobry moment, ale czy w życiu jest jakikolwiek dobry moment na zmiany?

Teściowa, która pracuje w banku i od 30 lat udziela kredytów hipotecznych, mówiła, że to okazja i by drugi raz nie stracić jej oczu. Czemu to była okazja? Ktoś kto dokonał rezerwacji, wpłacił zaliczkę i podpisał umowę przedwstępną nie dostał kredytu. Dom wrócił na sprzedaż i jakby na nas czekał. Nie mogliśmy pozostać głusi na ten zbieg okoliczności…

Także ten ostatni czas był szalony z prostego powodu. Sprzedaliśmy nasze mieszkanie i 29 stycznia oddaliśmy klucze nowej właścicielce. Od teraz nasze życie toczy się kilkanaście ulic dalej. W naszym wymarzonym domu. To nowy rozdział i nowy początek.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski- Jaśniej

Reklama

Mały kryzys

Macie tak czasami, że bardzo czegoś chcecie, ale przytłacza Was droga do tego celu? Jesteście już tak blisko, ale im dalej w las, tym gorzej i gorzej….A niby tak bardzo tego chciałam!

Goni mnie presja czasu, zadania piętrzą się i piętrzą. Nie mogę nawalić. To wyzwala we mnie kolejną presję.

I tak bardzo chciałam tych wszystkich zmian, ale myślałam, że będzie trochę lżej.

O ja naiwna!

Jak ja marzę o wolnej głowie, o spokoju ciała i po prostu o braku kalendarza, który w każdej minucie przypomina mi jak już bardzo jestem spóźniona…

Mam w sobie tyle napięcia, niepewności i stresu, że zaczynam żałować. To znaczy, nie żałuję. Ale chwilowo jestem przytłoczona….

Ścieżka dźwiękowa- The Sugarcubes – Birthday

Brak pokory

Ostatnio wracałam z pracy do domu kolejką, zajęłam czteroosobowy zestaw miejsc, przedział był pusty, ale i tak na następnym przystanku wsiadły dwie panie i dosiadły się do mnie. Chcąc nie chcąc, musiałam przysłuchiwać się ich rozmowom. Panie pracują w dużej firmie, takiej która projektuje i wykonuje mosty oraz tory tramwajowe i kolejowe – tym dość głośno się chwaliły i opowiadały o dniu w pracy. I podkreślały swoją wielką odpowiedzialność. Ale i mocno narzekały. A narzekały na to, że ostatnio jedna z nich szukała swojego zastępcy, czy też asystenta. Wiadomo, osoba po politechnice, która zna się na projektowaniu. Panie były zaskoczone, bo kandydaci zgłosili, że chcieliby zarabiać 3,5 tyś na rękę. Obie stwierdziły, że kiedy one zaczynały stawki były inne, i teraz młodych cechuje cyniczny Brak Pokory. Wiadomo, panie były po 40, kiedy więc zaczynały, niemal 20 lat temu, albo i więcej, sytuacja była inna, ceny mieszkań, w moim mieście, wzrosły o 350 %. Z ciekawości sprawdziłam sobie temat w internecie, bo takich firm w okolicy dużo nie ma, i faktycznie, wisi ogłoszenie, wymagania? Wykształcenie wyższe kierunkowe techniczne, biegła znajomość języka angielskiego, znajomość programów Auto CAD i Microstation(cokolwiek to jest), dodatkowo prawo jazdy i oczywiście doświadczenie. Oferują za to możliwość uczestniczenia w ciekawych projektach i jako super gadżet kartę Multisport.

Ale wracam do rzeczy, czy naprawdę brakiem pokory jest, oczekiwanie za wymagającą i skomplikowaną pracę, która wymaga dużej wiedzy, 3,5 tysiąca na rękę? Z taką pensją młody człowiek nie dostanie kredytu na mieszkanie, albo będzie mieszkać z rodzicami, albo z trudem wynajmie kawalerkę i będzie liczył każde 10 złotych. Nie oszukujmy się, w tak dużym mieście jak u mnie, wynajem kawalerki ze wszystkimi opłatami to koszt 2,5 tysiąca złotych. Wiadomo, fajnie mieszkać we dwójkę, czy trójkę, i dzielić koszty. Ale nie każdy ma z kim wynająć mieszkanie. Albo wolałby po prostu mieszkać sam. Już w ogóle nie mówię o tym, by zakładać rodzinę, czy zbierać na wkład własny, z taką pensją.

Czy uważam, że oburzenie tych pań jest słuszne, że młodzi, wchodzący na rynek pracy mają brak pokory? Oczywiście, że nie. Być może te panie byłyby zadowolone, gdyby ich asystent zarabiał pensję minimalną, czyli na rękę 2700 złotych. Ale za tę kwotę, bardzo ciężko się utrzymać w pojedynkę. W zasadzie skazuje to na życie z rodzicami, jeżeli nie mamy towarzysza niedoli, z kim można wynająć mieszkanie. Czy 3,5 tysiąca na rękę, dla osoby, która ma projektować mosty to dużo? Jak dla mnie nie i proszenie o taką pensję nie jest oznaką braku pokory, a po prostu normalną pensją, na dzisiejsze czasy. Oczywiście wiem, że są osoby z mniejszą pensją, odnoszę się do tej konkretnej sytuacji, konkretnych oczekiwań, wymagań i wiedzy, którą musi dysponować kandydat by zostać przyjętym.

A jakie jest Wasze zdanie? Czy taka pensja, to brak pokory i gdyby ktoś aplikował o takie wynagrodzenie, to też z zalewającego Was żalu rozmawialibyście o tym całe 35 minut?

Ścieżka dźwiękowa- Accept – Metal Heart

12 miesięcy, czyli minął rok

Czas na podsumowanie całego minionego roku. Czyli 2022 w dwunastu punktach!

Styczeń. Zaczął się świetnie, powitaliśmy Nowy Rok w gronie przyjaciół. A potem świętowaliśmy 90 urodziny mojej kochanej babci. Było rodzinne spotkanie, dla mnie z jednej strony, piękne, a z drugiej coś czułam, że spotkanie w gronie 40 osób musi się źle skończyć. I oczywiście skończyło się korona-party. 10 osób zachorowało, w tym moja mama i siostra, oraz kuzynka z całą rodziną. Zachorowała też teściowa, więc cały miesiąc w zasadzie spędziliśmy na testowaniu się, W domu to był czas intensywnego szykowania się do sesji na studiach. A także dużo nerwów zjadła mi operacja Franusi, dochodzę do wniosku, że ta nasza pchełka, była dużo dzielniejsza niż ja!

Luty. To bardzo dziwny i trudny miesiąc. Właściwie od początku miesiąca, czuć było napięcie. W nocy, kiedy tylko przebudziłam sprawdzałam czy Kijów się trzyma i nie zaczęła się wojna. Aż 24 lutego, o 5 rano zadzwoniła mama z informacją, że się zaczęło. Nie sądziłam, że powtórzy się rzeczywistość, którą znała z autopsji moja babcia. Przyznaję, że mocno weszłam w wojenne tematy, non stop siedziałam duchem i ciałem też, w informacjach. Czułam niepokój, kiedy przez 5 minut, nie odświeżałam strony, czy wiadomo coś nowego. Mocno to odchorowałam, psychicznie, bo jestem wyjątkowo nadwrażliwa. To był dla mnie trudny czas i starałam się skupić swoją uwagę na pomocy naszym sąsiadom. Nomen omen, nie sądziłam, że ta wojna tyle potrwa i przyniesie tyle ofiar!

Marzec. Czas pierwszych ogrodowych kwiatów i długich spacerów nad morzem. Szukałam spokoju i małych radości. Zimową porą odwiedziłam Jastrzebią Górę, która jak żadne inne nadmorskie miejsce, niesie mi spokój i przywołuje cudowne wspomnienia. Udekorowałam ogród bratkami i od razu poczułam się nieco lepiej. Z tęsknotą oczekiwałam wiosny, która jednak była dość oporna i szła bardzo, ale to bardzo powoli. Marzec jednak wniósł pewne ożywienie towarzysko-rodzinne, i dał nadzieję na lepsze dni.

Kwiecień. Coraz dłuższe dni, szkoda tylko, że wciąż zimne. Wiosna zrobiła się leniwa i nie zaszczyciła na swoim ciepłem i słońcem. Przyszła rodzinna Wielkanoc, którą chyba w tym toku bardzo docenialiśmy. W kwietniu zabrałam się solidnie za akcję Ogród. Stworzyłam nową rabatę, wsadziłam kwitnące na różowo drzewko i cieszyłam się jak dziecko. Koniec miesiąca spędziłam zaś w podróży, w Pieniny. Była to podróż niezwykła, bo na drugi kraniec Polski, zabraliśmy Franusię. Okazało się, że jest ona zapaloną podróżniczką, po prostu kicia idealna!

Maj. Zaczął się pięknie, o dziwo ciepło, słonecznie i niósł magiczne chwile. Chodziliśmy po górach, wybraliśmy się na spływ Dunajcem, jedliśmy pstrąga wprost z rzeki i cieszyliśmy wolnym czasem. Kiedy wróciliśmy po pienińskiej przygodzie, do domu, powitała nas znów jesień, a nie wiosna. I tak do połowy miesiąca, nosiłam ciepłą kurtkę, zamiast lekkiego płaszczyka. Bez pojawił się na chwilę i zniknął jeszcze szybciej. Ale udało się odbyć kilka pięknych spacerów, zjeść pierwsze kalmary nad morzem, ukwiecić ogródek i wybrać na rowerową wycieczkę. Oczywiście nad morze!

Czerwiec. Pojawił się w końcu czas, na nasze kaszubskie truskawki! Miesiąc zaczął się koncertowo, bo z Dawidem Podsiadło na stadionie. Potem było jeszcze więcej truskawek w każdej formie. Posadziłam pelargonie i żurawki, dzielnie pieliłam moje nowe rabatki, i zbierałam pierwsze plony z zielnika. Poza tym zaliczyłam wszystkie egzaminy w terminie, wyprawiłam podwójne przyjęcie urodzinowe- jaka to oszczędność mieć z mężem urodziny tydzień po sobie! Zrobiliśmy kilka mniejszych wycieczek po okolicy, a na koniec miesiąca, ruszyliśmy na ukochane Roztocze. W czerwcu zwiedziliśmy Lublin i wróciliśmy oczarowani. Szwędałam się po Zamościu i odkryłam genialne lody rokitnikowe. Poza tym w końcu poczułam co to znaczy upał!

Lipiec. Zaczął się właśnie na Roztoczu, z każdą kolejną wizytą, uświadamiam sobie jakie to cudowne miejsce na mapie Polski. Tym razem miałam okazję odwiedzić kilka ciekawych miejsc, nasycić oczy zielenią, spokojem. A brzuch pączkami babci Zosi. Kiedy 10 lat temu, pierwszy raz odwiedziłam Zamość, nie sądziłam, że stanie się to mój drugi dom i zyskam tam wielką rodzinę i drugą babcię. W lipcu na termometrze pierwszy raz w życiu zobaczyłam 45 stopni na plusie! Byłam na dwóch ciekawych koncertach, Raz,Dwa, Trzy i na genialnej Kaśce Sochackiej. Spędziłam masę czasu na nadmorskich spacerach i kolejny raz przekonałam się jak kocham Mechelinki. Dodatkowo byłam kolejny raz, na całodniowej wycieczce na wydmach, pamiętajcie Człopino jest super!

Sierpień. To miesiąc w którym naprawdę wiele się działo i który osobiście bardzo lubię. Mieliśmy sporo gości i dużo czasu spędziliśmy na naszej kochanej plaży i na magicznych spacerach. Zachody słońca na mojej plaży, są bajkowe. W sierpniu świętowaliśmy z rodziną i przyjaciółmi naszą pierwszą rocznicę ślubu. Byliśmy na Męskim Graniu, które wzbudziło we mnie mieszane uczucia, ale generalnie było kolejną okazją do spotkania z bratem i posłuchania Miousha. W sierpniu staraliśmy się celebrować każdą chwilę, stąd wycieczki nad morze i nad jezioro. Mam wrażenie, że wycisnęłam ten miesiąc jak cytrynę!

Wrzesień. Zaczął się pięknie! Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę, tym razem los nas poniósł w Góry Stołowe. To było moje pierwsze spotkanie z nimi i wróciłam całkowicie zakochana w tamtych terenach. Kłodzko, Zamek Książ, Ołomuniec, Skalne Miasto, wędrówki po tajemniczych i dostojnych skalnych cudach. To był piękny czas i chętnie tam wrócę. No, a jak już wróciłam, to bach, pochodziłam tydzień do pracy i złapał mnie paskudny covid. Dwa tygodnie siedziałam w domu i czułam się całkowicie otępiona i niesprawna na każdym polu. Druga połowa tego pięknego miesięca, zamieniła się w naprawdę fatalny czas. Nie sądziłam, że mogę tę chorobę, aż tak źle przejść!

Październik. Po siedzeniu w domu, naszło mnie na małe zmiany w wystroju wnętrz, odwiedziliśmy Vintage Skład, i podrasowaliśmy nasze cztery kąty, o meble z epoki PRL. Po covidzie byłam dalej niesamowicie wręcz słaba, nie miałam sił na spacery, i jakiekolwiek aktywności, poza spaniem oczywiście. Atrakcją miesiąca było niespodziewane ogłoszenie Depeszowej trasy koncertowej i szaleństwo. Takie pozytywne, planowanie wyjazdu, kupienie biletów. Raz byłam w lesie, na jesiennym spacerze, zrobiłam zapasy herbaty, pokusiłam się nawet o produkcję pierogów z malinami i serem. Kiedy wydawało się, że idzie ku lepszemu, postanowiliśmy zorganizować wieczór z przyjaciółmi. Ale wiadomo, miesiąc bez chorób? Nie ma mowy. Zamiast wieczoru pełnego rozmów i żartów, leżałam z okropną anginą.

Listopad. Jako, że październik skończył się chorobą, to i listopad się nią zaczął. Moja angina rozsiała się po organizmie, musiałam zmienić antybiotyk i wylądowałam na długim zwolnieniu. Dużo gotowałam, nawet lekko się rozpieszczałam kulinarnie. Udało mi się też nieco nadrobić zaległości towarzyskie, w drugiej połowie miesiąca. Aczkolwiek przez cały miesiąc towarzyszyła mi ogromna i niczym nieokiełznana senność i brak energii do życia. A jak już poszłam na jeden spacer, to okazało się, że będzie miało to poważne skutki. Czyli po prostu, na spacerach można podjąć spontaniczne i odważne decyzje!

Grudzień. W zasadzie ciężko robić podsumowanie po podsumowaniu. Ale cóż, zdrowie znów lekko zaszwankowało, pracy było aż za dużo, miesiąc minął błyskawicznie i przyniósł prawdziwą zimę. Chociaż na chwilkę!

Jaki to był rok? Dużo się działo, dużo dobrego. Było kilka gorszych chwil, głównie spowodowanych przez zdrowie, od września walczę z long covid i osłabioną odpornością. Ale było tyle dobrego, pięknych podróży, cudownych spotkań i miłych wspomnień. Jesteśmy fajną rodzinką, mamy cudowne kociaki, nasi bliscy są zdrowi i blisko nas. Na pewno będę wspominać ten rok, jako czas odwagi i realizacji marzeń!

Ścieżka dźwiękowa- Editors- Harm

Minął miesiąc. Grudzień.

I za nami ten piękny miesiąc. Ten miesiąc, który jest wielkim oczekiwaniem na Święta. I wielkim rozczarowaniem, że tak szybko minęły!

Początek miesiąca, dość standardowy, czyli walka z kolejną infekcją. Okropny katar, ból gardła i kaszel. Przez trzy dni ledwo żyłam, ale obyło się bez antybiotyku. Okazuje się, że nie ma takiej dawki imbiru i mleka z miodem, której nie dam rady w siebie włożyć. Zaraziłam męża i siostrę. A w dwa dni zużyłam z milion chusteczek! Niestety, ta kataralna infekcja mocno rzuciła mi się na zatoki, i od miesiąca muszę brać sterydy.

Grudzień był biały i mroźny. Co prawda w okresie świąt, niestety było szaro, ale dni ze śniegiem i mrozem, bardzo mnie pozytywnie zaskoczyły. Dawno nie było tak śnieżnie, już w grudniu. A w pracy jak na złość popsuło nam się ogrzewanie, przez trzy dni siedziałam w czapce i kurtce. Mój odczytany rekord, to minus 14, oczywiście nie w pracy, ale na zewnątrz. Zaś w drugi dzień świąt, było plus 7 i deszcz. Pomieszanie, z poplątaniem.

Szkoły było dużo, chyba za dużo. Starałam się wszystko ogarnąć i ruszyć z pracą. Dosłownie zasypiałam nad książkami, ale się opłaciło, pierwszy rozdział, naprawdę ruszył naprzód. Chociaż przyznaję, że obecnie mój stan umysłu, jest w takim stanie, że jedno zdanie piszę i piszę. Wciąż ciężko mi się skupić, uciekają mi słowa, a już cierpię kiedy szukam zamienników. Idzie jak po grudzie, ale idzie. I tego się trzymajmy.

Grudzień był niesamowicie zabieganym miesiącem, do domu przyjeżdżam tak późno, że w tygodniu przestałam gotować. Żywienie się na mieście źle wpłynęło na mój żołądek. Ale już mam plan poprawy, w lodówce mam słoiki z domowym jedzeniem. I to nie tylko świątecznym. Ogólnie muszę wziąć się za siebie, bo grudniowa dieta, była za bardzo monotonna i za mało zdrowa. Odczuwam całkowity brak energii, w zasadzie nie ma takiej ilości godzin, której nie dałabym rady przespać. Czy to 10, czy 14 godzin. Biję rekordy! Znacie jakieś super sposoby na zdrową porcję energii do życia? W styczniu będzie mi niesamowicie potrzebna!

W grudniu nie miałam czasu na nic, odwoływałam spotkania z bliskimi i wszędzie pędziłam. Odwiedziłam za to sporą ilość urzędów i nawet w jednym załatwiłam sprawę od ręki. Jest to o tyle ciekawe, że od lipca byłam tam 4 razy i za każdym razem słyszałam, że nic nie da się zrobić. Kiedy w końcu trafiłam na inną panią, okazało się, że bez problemu temat ogarniemy do Nowego Roku. Liczba różnych miejsc, które musiałam odwiedzić i załatwiać sprawy, po prostu mnie przerażała. Na szczęście wszystko ogarnięte. Oby!

Po dwóch lata zapuszczania włosów, postanowiłam wrócić do boba. Co prawda nie jest jakoś wybitnie krótki, bo kończy się nieco za uszami, ale po dwóch latach, nie mogę zrobić sobie „kitki”. I nawet mi z tym dobrze. A jak szybko schną mi włosy!

W tym dziwnym czasie, po świętach, muszę podróżować do pracy koleją. Mąż nie pracuje do 9 stycznia, ja niestety wolnego nie mam. Jadąc pociągiem, czuję się w jak przychodni u lekarza, wszyscy kaszlą i kichają. Przez moje chorowanie od września było mi ciężko się zaszczepić, ale się udało. Jestem grypoodporna, w teorii. Ale wychodzi na to, że na średnio 30 kaszlących i charczących osób, tylko ja noszę maseczkę. W przedziale dominują takie rozmowy- a ja to już 3 tygodnie walczę z kaszlem, Herbapect nie pomaga, może pójdę do lekarza?- naprawdę dopiero teraz? Wczoraj siekła mnie gorączka, ale proszek nieco pomógł, urlopu wziąć nie mogę bo nagroda przepadnie, zresztą to tylko 3 dni- mówi pani , modnie ubrana, kaszląc i słaniając się na nogach. Kogo nie zapytać, ten chory. I naprawdę, proszę, jak jesteście chorzy, noście maski w komunikacji miejskiej. Ja mam fatalną odporność, i dla mnie każda infekcja oznacza albo antybiotyk, albo zaostrzenie zapalenia zatok i szprycowanie się sterydami. Myślmy też o innych!

W kwestii jazdy pociągami, rano udało mi się znaleźć pociąg z rezerwacją miejsc. Dopłacam do pierwszej klasy, by uniknąć ludzi, bo w styczniu nie mogę chorować. Jak zaś jechałam w pełnym przedziale- druga klasa, to chciałam posłuchać rano nieco muzyki. I o ile nasz generał policji, jako głośnik, miał granatnik, to ja z kieszonki zamiast wyciągnąć słuchawki, wyciągnęłam tampon i próbowałam podłączyć go do telefonu/ Kurtyna……..

W pociągu ludzie mnie zagadują. I to nie tam, żadne nośne tematy, typu inflacja, wojna, ceny gazu. Panie opowiadają mi całe swoje życie. Młodsze, średnie i starsze. To wszystko przez mój mopsowaty wyraz twarzy! Raz też wsiadłam do pociągu. Ujechałam z 200 metrów i już, koniec. Okazało się, że lokomotywa nie działa. Czekaliśmy 45 minut na nową. Było to o tyle dziwne, że to był pociąg podstawiony, czyli startował dopiero z tego przystanku. Nie wiem jak mogli podstawić niesprawną? Ale przy okazji dowiedziałam się wszystkiego o niejakiej Alicji. Super dziewczyna, umiliła mi podróż i oczekiwanie.

Świąteczne prezenty były bardzo udane. Najbardziej ucieszyła mnie kultowa torebka Obag, która umila mi drogę do pracy. Jest piekielnie pojemna! Polecam ją każdemu, kto tak jak ja, lubi zabierać ze sobą pół domu. No dobra, może i dużo zabieram ze sobą, ale dzięki temu, jeżeli utknięcie ze mną w windzie, to mamy jedzenie, apteczkę i rozrywkę na kilka tygodni!

Pierwszy raz odwiedziłam też lokalną Kocią Kawiarnię. Co mi się podoba, kawiarnia to dom tymczasowy dla kotów. Miejsce jest niedostępne dla dzieci poniżej 14 lat. Tym miejscem rządzą koty i tak powinno być. Ja odebrałam stamtąd wylicytowane fanty, z kociego bazarku. Udało się też załapać na kocie cappuccino. A dodatkowo mogłabym adoptować całą dziewiątkę kociaków. Tylko nie wiem co na to Filemon? Bo z charakterem Franki to wiem, że im więcej przyjaciół, tym lepiej!

Ze względu na kociaki, mieliśmy nie mieć choinki. Ale nie mogłam się powstrzymać, potrzebowałam jej. Uznałam, że co najwyżej koty ją „zemdleją”. Filemon przyjął sprawę po męsku-jest to jest. A Frania szczerze się jej wystraszyła i obdarza respektem. Dzięki temu, od ponad 2 tygodni cieszymy się drzewkiem i blaskiem lampek. Sylwester spędziliśmy w połowie pracowicie, na drugą część nie mieliśmy planów. Marzył nam się domowy wieczór, ale po 20, zadzwonili sąsiedzi, że zamówili sushi, przenieśliśmy się do nich, na dres party. Chwilę po północy już grzecznie spaliśmy. Tak się szaleje po 30-stce!

No dobrze, żegnam Cię grudniu. Byłeś wymagający i męczący. Nieźle mnie przeczołgałeś fizycznie i psychicznie. Brakowało mi snu i energii. W dodatku miałam wrażenie, że trwasz co najmniej pół roku. Ale grudniowa, świąteczna magia, i mnie się udzieliła. Pakowanie prezentów, pieczenie piernika z marchewki, który nie doczekał świąt, szybki spacer po jarmarku, w totalnym przelocie…. To był niezwykle intensywny czas.

Ścieżka dźwiękowa- U2 – Acrobat

I znów po….

Ciągle się zastanawiam jak to jest, że tyle odliczania, szykowania, czekania i potem bach. Chwila, ledwie moment i po Świętach!

W tym roku miało być na luzie, na spokojnie, we dwoje. No cóż, plany zmieniają się tak szybko, że przestałam nad nimi panować. Ostatni czas, przypomina rozpędzoną kolejkę górską. Sama nie wiem czemu na nią wsiadłam?

Kiedy miało być tak spokojnie, okazało się, że mam dwie Wigilie. Dwie Wigilie, które dzieliło 45 kilometrów. Spędziłam więc ten dzień, tak jak wszystkie dni grudnia, w biegu, w aucie, pędzie i zerkaniu na zegarek, czy aby na pewno nie trzeba już wychodzić… Do domu wróciłam moment przed północą. W sumie, postanowiłam poczekać aż koty nie zaczną mi opowiadać ciekawych historii. No cóż, chwilę po magicznej godzinie Filemon, obsikał podłogę w korytarzu. A dwie godziny później płytę w kuchni. Ewidentnie nie podoba mu się ostatnia surowa polityka- nie ma spacerów po ogródku.

W niedzielny poranek, udało mi się pospać dłużej niż zwykle, obejrzeć Listy do M, i zjeść serniczek w piżamie. Potem rodzinny obiad, który również wyniknął bardzo spontanicznie, spacer i spotkanie u sąsiadów. Które również zorganizowało się w ten sam dzień. Wzięliśmy sałatki, sernik i kompot. Oczywiście też prezenty dla sąsiadów. Wieczór spędziliśmy na planszówkach, plotkach i dopijaniu kompotu z suszu. Było miło, ale bardzo intensywnie.

Poniedziałek, czyli drugi świąteczny dzień, spędziliśmy wybitnie domowo. Było nadrabianie zaległości w postaci prania, odkurzania i prasowania. I dużo nadrabiania spraw uczelnianych. Na obiad kubek barszczu i odsmażone pierożki z kapustą i grzybami. Wieczorem udało się nawet obejrzeć kawałek filmu. I cóż, dzień minął zbyt szybko. A dziś? Dziś już praca!

Ścieżka dźwiękowa-Archive – Lights

Tęsknota za świętami….

W mojej głowie, miałam wizję tegorocznych Świąt. Przygotowywałam się do nich sumiennie, bo to jedyny czas, kiedy będę mogła schować kalendarz. Kiedy odpocznę, może nie fizycznie, bo przecież uszka same się nie usmażą, sałatka nie będzie chciała się pokroić, a sernik, nie zapakuje się sam do piekarnika. Ale miałam wizję rodzinnego czasu i ciepła, które wylewa się uszami. Gwaru i hałasu, większych i mniejszych niezręczności i wpadek. Wspólnego wręczania sobie prezentów i śpiewania kolęd, które ze śpiewem ma tyle wspólnego, co moje domowe koty, z dzikimi lwami. Nieidealnie, ale w tym chaosie, po prostu pięknie i świątecznie.

Dziś wiem, że będzie inaczej. Po dwóch pandemicznych latach, kiedy to święta były w ostro okrojonym składzie, bez pasterki, bez gości przy stole, wspólnego przeżywania. W tym roku miało być inaczej. A będzie?

Będzie skromnie. We dwoje, no dobrze, we czwórkę, bo rodzinę tworzą jeszcze kociaki. Będzie inaczej. Lepiej, czy gorzej, tego jeszcze nie wiem. Ale wiem, że nie będę już tworzyć w głowie wizji świątecznych dni. Będzie co ma być…

Ścieżka dźwiękowa- Radiohead – Electioneering

Mój sekretny projekt

Jak każdy szanujący się blogger, mam i jak swój „sekretny projekt”. Coś, co powinno się wyklarować do końca stycznia. Aczkolwiek liczba zmiennych, problemów i kłopotów, w tym trudnym do wyliczenia wzorze, jest tak duża, że poślizg, jest nie tyle możliwy, co nawet pewny. Kiedy patrzę na mój kalendarz, to sama nie wierzę, co się w nim dzieje. Końcówka i początek nowego roku, to będzie prawdziwa jazda bez trzymanki.

Także, proszę trzymajcie mocno kciuki. W sumie najważniejsze, bylebym dotrwała w zdrowiu. Będzie o to naprawdę trudno, ale postaram się. I proszę o wsparcie, dobrymi myślami.

A na razie, to w głowie szaleje mi miks ekscytacji, niedowierzenia, i negatywnych myśli, które mówią- na co ty się porwałaś dziewczyno!

Ścieżka dźwiękowa- George Ezra – Breakaway

Prezentownik!

Zaraz święta, bo już za niecały miesiąc. Ale, ale. Jeszcze bliżej do Mikołajek, bo to już za moment, dosłownie za momencik. Pokażę Wam więc kilka inspiracji!

Pan tu nie stał, to marka, która oferuje solidny wybór, niebanalnych produktów. Jeżeli zależy Wam na zabawnym prezencie, który przypadnie każdemu do gustu, to musicie odwiedzić ten sklep i wybrać co Wam dusza podpowie. Może zabawne skarpetki dla posiadacza kredytu, z napisem- Stopa procentowa? Może cukiernica z ostrzeżeniem o próchnicy? A może body dla malucha z napisem na strategicznym miejscu- Balast? Śmiało, znajdziecie tam prezent dla każdego. Osobiście uwielbiam takie prezenty i myślę, że wiele osób byłoby zadowolonych z takich upominków.

Dushka. Jeżeli chcecie podarować komuś chwilę dla siebie, to zapraszam na zakupy do Dushki. Krem do ciała, lizak tęczowy, jest przepiękny wizualnie i zapachowo. Żel pod prysznic, o zapachu jeżynowej muffinki, rozgrzeje w zimowy wieczór. A może czekoladki do kąpieli, zapakowane niczym najlepsza bombonierka? Myślę, że każda z nas miałaby poważny dylemat- zjeść, czy się kąpać/smarować? Takie kosmetyki, są wręcz stworzone do tego, by stać się miłym prezentem. Pamiętajcie, poza fajnym kosmetykiem, dajecie też komuś czas dla siebie.

One More Day– teraz coś dla fanów praktycznych prezentów. Co byście powiedzieli na prezent, który można bezkarnie zjeść? Prezenty, które mogą być początkiem zmian, w kierunku zdrowszego stylu życia? Osobiście polecam musli dla Sowy- kawowa granola na ciężkie poranki. A te zimowe chwile umili musli ciasteczkowe z białą czekoladą. Musli mają bardzo dobre składy, a tuby są świetne do ponownego użycia. Spróbujcie też ich wersji nutelli, czy karmelowej owsianki. Myślę, że wiele łakomczuchów bardzo by się ucieszyło z takiego pysznego prezentu! Jedyny minus? Ciężko nie kupić czegoś dla siebie!

Moya Matcha to miejsce, gdzie znajdziecie ciekawy prezent dla fana herbaty Matcha, ale nie tylko bo znajdują się tutaj również eleganckie zestawy z herbatami, które ucieszą naszych rodziców i dziadków, ale i każdego fana dobrej herbaty. Jako, że jestem herbacianą maniaczką, to zawsze mnie cieszy herbaciany upominek. A taki zestaw, z ręcznie robionym kubkiem, bądź czarką, to już maksimum radości!

Ania Kruk, czyli biżuteria, która jest piękna, ale jej cena, nie nadwyręża budżetu. Myślę, że nie ma kobiety, której nie ucieszyłaby nowa bransoletka, czy para kolczyków. W końcu każda z nas chce się czuć dobrze i fajnie, w każdej sytuacji. Mi osobiście fajna biżuteria, potrafi bardzo poprawić humor. A kiedy dostaję ją w prezencie, naprawdę bardzo, ale to bardzo się cieszę. Polecam Wam biżuterię Ani Kruk, ja się na niej nie zawiodłam!

Pomalunki. Czas na personalizowany i unikalny prezent, który pozwoli Wam zachować piękne chwile, daty i wspomnienia, na zawsze. Data ślubu, data urodzenia dziecka, rocznica ślubu rodziców? A może rodzinny portret? To naprawdę bardzo intymny i rodzinny prezent, który ucieszy Was wszystkich, albo rodziców czy dziadków. Dla mnie wielkim plusem jest minimalistyczny styl tych plakatów, stąd pasują do wszystkich wnętrz.

Ścieżka dźwiękowa- Metallica- Atlas, Rise