I po Świętach

I znów było zbyt szybko. To już nawet lekko nudne. Staram się spokojnie przetrwać świąteczny i przedświąteczny czas. Nie szaleję z porządkami, bo na bieżąco sprzątam. Wzięłam wolny piątek, by w piątkowy poranek na spokojnie zrobić zakupy i zacząć piec ciasta. Wróć, czy ja napisałam- Spokojne zakupy? Mimo bardzo, ale to bardzo wczesnej pory, w sklepie były dzikie tłumy. Na szczęście ja miałam gotową listę zakupów, i raz, dwa. Poszło szybko, poza kolejką do kasy i mocno zdenerwowanymi ludźmi. Każdy pędzi, kupuje tyle ile utrzyma wózek, i złości się na każdego dookoła. Zupełnie tego nie rozumiem… Niestety, wizyta w dwóch sklepach nadwątliła moje nerwy. Jak co roku! To jest tradycja i chyba nie ma sposobu, na przedświąteczną gorączkę.

Do moich obowiązków należało upieczenie ciast, zrobienie sałatki i obiadu na poniedziałkowe popołudnie. Jako, że lubię wyzwania, postanowiłam wypróbować nowe przepisy. Tak, wiem, dość to odważne, ale do odważnych świat należy. Upiekłam więc sernik baskijski i babkę caffe latte. Zrobiłam wiosenną sałatkę i roladki ze schabu z pieczarkami. Ja to chyba lubię wyzwania! Ale te kuchenne, pieczenie i gotowanie to dla mnie genialny sposób na spędzenie dnia.

W zasadzie mieliśmy jechać w sobotę do mojej siostry, i tam miało zacząć się świętowanie. Ale Franusia w piątkowy wieczór źle się poczuła, znów pojawiły się wymioty, wolałam więc mieć ją na oku i nie zostawiać na noc, nawet pod czujnym okiem sąsiadów. Biedna Franeczka, przespała całą sobotę, ale regularnie chodziła skubać karmę i popijać wodę. Frania każde Święta ubarwia swoimi dolegliwościami, taka jej natura. Sytuacja powtórzyła się w samą Wielkanoc, znów nas czeka weterynarz. Widać mała się za nim stęskniła i chce koniecznie przejechać się autem przez pół miasta. W Wielką sobotę, poszliśmy na spokojnie ze święconką do kościoła. Przypomnijcie mi za rok, bym kupiła świąteczną serwetę. Papierowe, wielkanocne serwetki, w połączeniu z wietrzną aurą, nie mają żadnych szans. Dodatkowo nieco się wstydziłam mego skromnego koszyczka. Ale nie powiem, moje „marmurkowe” jajka były przepiękne. Nie ma to jak kupić dobre farbki, i beztalenciu coś wyjdzie!

W niedzielny poranek ruszyliśmy do moich rodziców. Uzbrojeni w blachy i salaterki. Do pokonania prawie 40 kilometrów, a ja z sercem w gardle i sernikiem na kolanach. Upiekłam genialny sernik, który bez sensu wyjęłam z formy i wiozłam na pięknej paterze. Czasem i mnie opuszcza rozum. No dobrze, było mocno wcześnie, w domu śniadanie jemy bliżej południa, w zasadzie wychodzi z tego brunch. Korzystając z pięknej pogody poszliśmy na godzinny spacer, nad rzekę. Ok, nie było najcieplej, ale słońce pięknie prażyło i umilało spacer. Po nim nadszedł czas na długie świętowanie- przed deserem, czyli maminą, drożdżową babą, a moim sernikiem, dziękowałam za ten spacer! Pobiesiadowali, więc ruszamy nad morze. Babcia była zachwycona, dawno nie była na takim spacerze. Pół Gdańska wpadło na ten sam pomysł, ale co tam, było pięknie. Z kawą w dłoni, spokojnym krokiem, spalamy świąteczne kalorie i szykujemy się na obiad. Nie ma lekko, święta to dużo jedzenia. Mama nie popuści, gotuje pysznie i ma oczekiwania, że wszystko zniknie ze stołu. A tutaj po obiedzie, musimy opuścić towarzystwo. Przyjaciel Fotografa miał urodziny i zapraszał na wieczór.

7 godzin później, tak naprawdę już w poniedziałek, byłam znów u siebie. Na szczęście, przyjaciele to jednocześnie sąsiedzi przez ścianę, mogłam doglądać Franusi. Oczywiście za ścianą była masa pyszności, ba, o 23, podano chilli con carne. Jeżeli mam być szczera, to było bardzo miło, ale tak intensywny dzień, daje mi do zrozumienia, że jednak jestem starszą panią i lubię być w moim łóżku o 22.

Poniedziałek był na szczęście dużo spokojniejszy. Wczesne przedpołudnie spędziliśmy w lesie, na kojącym spacerze. Przygotowałam obiad, bo mieliśmy gościa na obiedzie. Gość idealny, chwalił jedzenie, zabawiał rozmową, ale nie nadużył gościnności, i po dwóch godzinach ruszył do domu. No dobrze, odprowadziliśmy go prawie pod sam dom. W końcu trzeba dbać o ciągłość formy i wychodzić dużo kroków!

Wieczorem, wróć o 19.45 w piżamach, obejrzeliśmy premierowego Batmana. Cóż, fanką nie jestem i raczej nie zostanę, ale to było idealne zakończenie świąt. Bardzo na luzie, z pełnymi brzuszkami, z ciastem jedzonym w łóżku, w otoczeniu ukochanych kotów.

Nie mogło być piękniej!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – World In My Eyes

O małej zmianie planów

Miałam być właśnie na wyjeździe. Apartament zamówiony, opłacony już od stycznia. Lista atrakcji dokładnie przygotowana. Ba, na piątek w pracy wzięłam nawet wolne. W środę podałam właścicielowi godzinę przyjazdu, odpisał, że będzie czekał. A w nocy napisał maila, że jednak anulował naszą rezerwację. I zonk.

Okazało się wielkim problemem znaleźć coś na ten weekend w normalnej cenie. Nie mówię, że nie było nic, ale wiecie, dwie noce w polskim mieście za 1600 zł, średnio mnie zadowalały. Dostałam odpowiedź, że podobno panu zdublował się kalendarz i zapisał dwie rezerwacje na ten sam weekend. Zdarza się. Trochę kiepsko, że odpowiedź dostałam dopiero po 24 godzinach.

Wiem, że w skali świata to nic wielkiego, pogoda i tak marna, mało wiosenna. Ale i tak szkoda. Bo od stycznia czekałaś, planowałaś, i nic z tego nie wyszło. Ale ostatni czas jednak pokazał, że dystans do takich spraw naprawdę łatwo złapać. Nie wyszło teraz, wyjdzie później. Może będzie lepsza pogoda i dłuższe spacery? Może będzie nawet lepiej? Ba, jako, że nie spędziłam tego czasu w podróży, udało mi się złapać bileciki na gdańskie Męskie Granie w sierpniu. Na pewno nie udałoby mi się tego zrobić, gdybym jechała autem.

A teraz? Teraz przyjdzie mi spędzić całkiem spontaniczny weekend. Inny niż planowany, ale na pewno nie gorszy.

Ścieżka dźwiękowa- Robert Plant – Burning Down One Side 

Tajemnica mojej babci

Każdy czasem potrzebuje otulić się dzieciństwem. Pięknymi wspomnieniami, znajomymi zapachami i smakami, które niosą z sobą radość. U mnie największe pocieszenie niosą znajome smaki, dania, które zajadałam będąc małą wersją mnie. Te smaki, których się nie zapomina. Jak kasza manna z dżemem porzeczkowym. Jak racuszki na śniadanie, obowiązkowo z jabłkami, dżemem i cukrem pudrem. Albo barszczyk z gałeczkami. Tak, dokładnie, barszczyk i gałeczki. Cóż to takiego? To po prostu barszcz z mięsnymi kuleczkami, które moja babcia nazywa gałeczkami. To rodzinny przepis i nasze bardzo tradycyjne danie. Niesamowicie poprawia humor, bo przywołuje same dobre, wakacyjne wspomnienia. Znów mam 7 lat, znów jestem beztroska i taka naiwna. To dobra naiwność, po prostu wierzę, że świat jest dobry, a mój jedyny problem to ten, czy dziś na deser będzie ciasto czy lody? Ach, jak bym wróciła do tego czasu!

I wróciłam, tym przepisem, na babciną zupę. Łapcie go i otulcie babciną miłością.

Składniki:

800 gramów buraczków startych na wiórki ( mogą być gotowe ze słoika, albo ugotowane i starte buraczki)

2 średnie marchewki

1 duża cebula

2 litry bulionu warzywnego

4 liście laurowe

2 łyżki masła klarowanego

5-6 ziaren ziela angielskiego

Sól

Świeżo mielony pieprz-1 łyżka

1 pełna  łyżka octu jabłkowego

Szczypta cukru

Gałeczki:

500 gramów mięsa mielonego z indyka

1 duże jajko

2 łyżki bułki tartej

Sól-do smaku

Świeżo mielony pieprz-łyżeczka

1 łyżeczka słodkiej papryki

Ścieram na tarce marchewkę ( można również pokroić ją w półplasterki), siekam drobno cebulę. W garnku z dużym dnem rozgrzewam olej, dodaję warzywa, oraz liście laurowe, podsmażam 5 minut, często mieszając. Zalewam warzywa bulionem, dodaję ziele angielskie, sól i pieprz. Gotuję 10 minut. 

W międzyczasie łączę wszystkie składniki gałeczek, formuję  z nich drobne kuleczki i wrzucam do bulionu= mi wyszło z tej porcji mięsa 30 gałeczek, naprawdę powinny być drobne. 

Gałeczki wrzucam na gotujący się bulion, gotuję 8-10 minut. Następnie dodaję buraczane wiórki, gotuję 5-7 minut. Teraz czas doprawić zupę solą, pieprzem, octem i cukrem. Warto próbować zupy i doprawić pod swój smak. Gotuję kolejne 5 minut. 

Zupę podaję z tłuczonymi ziemniakami, albo z pieczywem. Najlepsza jest następnego dnia po przegotowaniu, gdy smaki się przegryzą. 

Ścieżka dźwiękowa-Pulp – She’s dead

Łapać chwile…

[…] i staraj się żyć tak ja my wszyscy, a tak w ogóle to niedługo przyjdzie wiosna”.

Alice Munro

To jest dziwny czas i kolejny dziwny weekend. Chociaż bardzo się staram, moje myśli są ponure, a nadzieja zredukowana do minimum. Śpię z telefonem pod poduszką i tak, boję się kolejnych newsów….

Ten weekend miał być inny. Miałam bilety na koncert, na koncert Krzyśka Zalewskiego. Wyprzedany koncert z serii MTV Unplagged. Ale wiecie co? Nie poszłam. Nie miałam ochoty, nastroju, sił… Uznałam, że to nie jest, czego teraz potrzebuje moja dusza i ciało. Po prostu nie poszłam. Zostałam w domu, zaprosiłam brata z dziewczyną. Nakarmiłam młodzież, zabrałam na solidny spacer nad morze, dawno ich nie widziałam. Wolałam spędzić czas z nimi, w domowym zaciszu. W niedzielę wybrałam spacer po Parku Oliwskim. Kilka przebiśniegów, radosne dzieciaki, takie nieświadome i niewinne. Napar rozmarynowy w przytulnej kawiarence. Kilka chwil spokojnej rozmowy, z daleka od informacji.

Niby nic, niby zwykłe chwile. A jakże niezwykłe. Jakże cenne….

A dziś w Dzień Kobiet, bardzo bym chciała, by każda kobieta , każda dziewczynka, mogła żyć w spokojnym świecie i realizować wszystkie swoje marzenia….

Ścieżka dźwiękowa- Liz Longley – Rescue My Heart 

Pouczająco o tym, jak zamawiać prezenty

No dobra, nie świętuję Walentynek jakoś szczególnie. Nie przepadam za tym dniem. Ale rok temu niespodziewanie dostałam mały upominek, i czekałam cały rok by się zrewanżować. A po drugie, sami wiecie. Pierwsze małżeńskie Walentynki. I jakoś tak powiedziałam sobie, zamawiam, kupuję, i dam Fotografowi tego 14 dnia lutego. A niech ma. Niech nie myśli, że ma nieczułą żonę!

Wybór prezentu dla Fotografa to trudna rzecz. Jest to fan prezentów praktycznych, użytecznych, ale też idealnie dopasowanych pod obdarowywanego. W końcu znalazłam prezent idealny. Ba, była to ostatnia sztuka, więc duma rosła. Ładnie zamówiłam, z dostawą do punktu odbioru, czyli do Żabki. Bo Paczkomatów w ofercie tego giganta na Z., nie ma. A ze względu na warunki pogodowe, nie chciałam by paczkę wrzucali mi do ogródka. Bo mokro i wieje. Także tego, dwa dni i przychodzi mail- tutaj twoja paczka, czekam na ciebie. A ja z radości zacieram rączki i pędzę, aż na tym szalonym odcinku 300 metrów, zabrakło mi tchu.

Godzina 19, no chwila przed, bo chciałam ja przecież zdążyć na Fakty. Wchodzę do sklepu z zielonym logo. Witam się, jestem radosna, bo piątek, bo zaraz odbiorę paczkę. Ale, ale, moja radość, nie udzieliła się pani zza lady. Przerwałam jej pasjonującą rozmowę telefoniczną. Wiadomo, klient nigdy nie przychodzi w porę. Rzucone do słuchawki- czekaj, ktoś wszedł, nie mogę gadać i zbolała mina- słucham?

No cóż, nie każdy dzień musi być tym najlepszym, ale ja dalej mam dobry humor. Wyjaśniam, że ja po paczkę, podałam numer przesyłki. Pani ostro się poirytowała, bo musiała iść na zaplecze. Poszła więc i od razu rzekła -żeby było szybciej ja wbiję pin odbioru. Zawsze było tak, że to ja wpisuję ten pin na terminalu, ale nie chciałam z panią dyskutować. Podyktowałam pin, a pani go wbiła. I zonk, pani mówi- nie działa, ja na to, że podam raz jeszcze, i podaję. I znów coś nie działa. Pani do mnie- a to tam było 6 cyfr, a ja wbiłam 5 cyferek. Zaraz wpiszę dobry pin.Tutaj pani się uśmiechnęła, ale zaraz uśmiech zniknął z jej twarzy. Pin zablokowany. Pani odłożyła paczkę i mówi- no to dziś pani nie odbierze paczki, pomyliłam się i zablokowali pin. I już mnie odprowadziła wzrokiem do drzwi. Wiadomo, telefon czekał. A ja stałam jak głupia, ale jak to? Zapłaciłam za paczkę i co, nie dostanę jej? Wyszłam, pełna zdziwienia.

Rano dostałam maila od firmy kurierskiej, że twoja paczka czeka na odbiór. Dostałam też ten sam pin do odbioru. Byłam pewna, że go odblokowali, więc radośnie pokicałam te 300 metrów po paczkę. Tym razem powitała mnie inna pani. Podaję numer paczki, wciskam pin, i zonk, nie działa. Pani nie była jednak miła. Od razu powiedziała, że na pewno źle przepisałam pin i ona już widziała takie błędy, że głowa mała. Kiedy mówię, że to pani koleżanka zablokowała mi kod odbioru, pani zaczęła na mnie krzyczeć, żebym sobie sprawdziła ten pin, bo na pewno coś źle patrzę i zabieram im czas.

No cóż, nie zostało mi nic innego jak w poniedziałek zadzwonić do przewoźnika i wyjaśnić całą sprawę. Zadzwoniłam, i cóż, pan kazał zgłosić interwencję i zajmą się sprawą jak najszybciej. Miły pan tłumaczył, że to prosta sprawa i w kilka chwil dostanę maila z nowym pinem. Fenomenalna obsługa, nic tylko zgłaszać interwencje!

Minął cały dzień, a maila jak nie było tak nie. Dzwonię kolejny raz. Miła pani tłumaczy, że ona nadać nowego pinu nie może, że to zadanie innego działu, ale nadaje sprawie priorytet. No dobrze, czuję się zaopiekowana. Ale troszkę też tęsknię za moją paczuchą. Dnia następnego nie dostałam maila. Czuję się lekko oszukana. Dzwonię raz jeszcze. Pani mówi, że na pewno jest problem z pocztą mailową, i nadaje sprawie podwójny priorytet. W ciągu 30 minut powinnam dostać maila. Oczywiście nie dostaję go. Czekam kolejne 3 godziny i nic.

Nadszedł czwartkowy wieczór, jutro zwrócą moją paczkę do nadawcy. Dzwonię znów do firmy kurierskiej, pani po drugiej stronie jest bardzo miła, ale nie może pomóc. Bo maile wysyła dział techniczny. Może wysłać przypomnienie. Każe spokojnie czekać, to powinno przyjść w ciągu kwadransa….

Oczywiście kwadrans minął a maila jak nie było, tak nie było. W piątek zadzwoniłam ostatni raz, tym razem prosiłam by przesunęli termin odbioru przesyłki, skoro dział techniczny ma problemy z tym jednym małym pinem. Pani po drugiej stronie znów jest miła i bardzo chce pomóc, ale oczywiście nie może. Bo to nie jest jej zadanie. W zasadzie mam wrażenie, że jedyne w czym mogą pomóc te panie po 2 stronie, to podać godzinę. I tyle. Nic od nich nie zależy, w niczym nie mogą pomóc, chociaż bardzo chcą.

Mail z informacją o cofnięciu nieodebranej paczki przyszedł błyskawicznie. Nieco zapłakałam nad tym faktem. Musiałabym bowiem kupić Fotografowi nowy prezent, na ostatnią chwilę. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo mnie to zdegustowało. I nie muszę chyba mówić, że w ogóle nie miałam pomysłu, co by tutaj zaproponować! I znów, Walentynki mnie przerosły….

Jedno wiem na pewno, już nigdy nie zamówię paczki z opcją odbioru w zielonym sklepiku!

How to React when You Do Not Receive a Gift for Valentine's Day

Ścieżka dźwiękowa-Kaiser Chiefs – Na na na na naa 

Jak się przyzwyczaić do zmiany?

Od ślubu minęło ponad 5 miesięcy, w dniu ślubu stałam się osobą o dwóch nazwiskach. I niby minęło już dużo czasu, niby powinnam się przyzwyczaić, albo przynajmniej nie reagować zdziwieniem, że ta osoba, to ja. A ja ciągle nie umiem się przyzwyczaić. Ba, nawet ciężko mi utożsamić z tą osobą. Kiedy słyszę te dwa nazwiska, to nie czuję, że to o mnie chodzi!

Wiem, że nie mogłabym porzucić swojego nazwiska i przyjąć nazwisko męża. Wydawało mi się, że opcja podwójna będzie idealna. Ale i tak nie mogę się przyzwyczaić! Nic a nic. W akcie desperacji miałam moment, że wszędzie podpisywałam się dwoma, ale nie weszło mi to w nawyk. Bo za dużo pisania i za dużo komplikacji. Doszło do tego, że ostatnio musiałam jeden dokument ( modny ostatnio Pit 2) poprawiać 2 razy, bo za każdym razem robiłam ten sam błąd. Nie używam tego drugiego nazwiska, więc po prostu o nim zapominam.

Nie umiem się jakoś utożsamić z nim. Chciałabym, ale za nic nie mogę się przyzwyczaić. I co najgorsze, nie wiem czy to się kiedyś zmieni. Jak myślicie? Da się przyzwyczaić do nowej wersji siebie? Czy kiedyś wypełnię poprawnie jakiś oficjalny dokument, nie zapominając dopisać drugiego członu? Z tą refleksją wchodzę w ten weekend. Zaraz zaczyna się sesja, więc wiecie, zawsze mogę udawać, że nie nauczyła się ta inna ja!

Ścieżka dźwiękowa – Modest Mouse – Dashboard

Nowoczesne budownictwo

Bardzo podoba mi się obecne mieszkanie. Mam ogród, świetnych sąsiadów, piękną okolicę. Ale brakuje mi jednego pokoju. Gdyby nie ten jeden, brakujący pokój, to zostałabym tutaj na zawsze. Ale z racji pracy Fotografa przydałby się pokoik na małe biuro. Tak by uwolnić sypialnię od foto-gadżetów, wielkiego drona i innych sprzętów, których nazw nie znam No dobra, moja kolekcja teł do zdjęć też rośnie w stałym tempie. No i koty miałyby więcej miejsca do biegania. Nie mamy jednak ciśnienia, powoli się rozglądamy. Bardzo, ale to bardzo powoli. W końcu mamy gdzie mieszkać i nic nas nie goni. Ale jak pojawia się na rynku ciekawa oferta, to analizujemy, patrzymy, oceniamy. I w ten sposób trafiła nam w ręce oferta mieszkanka a la domek. Dwa poziomy plus stryszek. 120 metrów ogrodu i miejsce parkingowe w cenie. Cena zaś, jak na te obecne warunki, całkiem przyjazna. Okolica wymarzona, bo kilka ulic dalej. Umówiliśmy się na wizytę.

Dostaliśmy urocze kaski i hop. Na budowę. Wizualizacja była świetna. Na planie mieszkanie wyglądało naprawdę elegancko. Ustawne, niezbyt duże, ale i nie małe. Po prostu w sam raz, skrojone na miarę. Pani z dumą pokazuje rząd budyneczków, które już zostały oddane mieszkańcom, zaraz będą się wprowadzać, my zaś idziemy na lewo. Tutaj jest ten nasz wybrany. A41, ekscytacja rośnie. Wchodzimy i cóż, ekscytacja opadła…

Na wizualizacji i na planie mamy aneks kuchenny z dużym oknem. Owszem, aneks jest, ale okna nie ma. Pani nie traci humoru i tłumaczy, że kupujący z pierwszego rzędu, narzekali, że przez okno w kuchennym aneksie nie mieli miejsca na górną zabudowę, dlatego w nowym rzędzie okna nie ma. Hmm, aneks ma trzy ściany, więc na zabudowę zostawały dwie ściany. Zamiast ładnego okna, dostaliśmy ślepy aneks, który był ciemną wnęką. Ale pani nie traciła rezonu, chwaliła lokal dalej. Krok z aneksu i już salon. Aczkolwiek to słowo mocno na wyrost. Salon? Raczej korytarz. Jedna ściana zawierała okno, fajnie, że na całą szerokość ściany, ale biorąc pod uwagę rozmiar pomieszczenia, było to o okno za dużo. Ze ścian zostawała jedna mała ścianka, przy schodach, gdzie można z trudem postawić małą kanapę, ale wtedy całkowicie zasłaniam jedyny grzejnik w pomieszczeniu. Pani zaś z uśmiechem tłumaczyła, że jak sobie zbudujemy ściankę na poręczy schodów, to będzie to idealne miejsce na telewizor. Bo innego miejsca to w zasadzie tutaj nie ma. Uśmiech nie znikał! A na moją uwagę, że ciężko tutaj będzie wstawić stół i 4 krzesła, pani rzekła- ależ ma pani 120 metrów ogrodu! Oczywiście, ja uwielbiam w śnieżycę ( jak wczoraj) i w burzowe dni (patrz poniedziałek) zajadać obiady na zewnątrz. A Wigilia w ogrodzie? Marzenie! Po posiłku zostawiam talerze na stole i bach, deszcz zmywa tłuszcz i brud.

Zapytałam się wiecznie uśmiechniętej pani, ile tu jest tak naprawdę metrów, bo na planie wydaje się dużo więcej, i ba, dużo więcej jest zaznaczone. Pani z nieco mniejszym uśmiechem zaczęła tłumaczyć, że jak odejmiemy korytarzyk, komunikację i klatkę schodową to salon z kuchnią mają 14,8 metra. Dokładnie tyle! 14,8 metra wąskiego wagonu, a nie salonu, takiego miejsca, gdzie nie ma miejsca na nic. Spojrzeliśmy się na siebie i już wiedzieliśmy, że nic z tego, ale pani zapraszała na pięterko.

I pięterko było ok. Duża, nawet bardzo duża, jasna, ustawna sypialnia. Mniej ustawny, mniejszy pokoik, ale idealny na rodzinne biuro. Problem pojawił się na schodach. Były strasznie wąskie i niewygodne. Pani dostrzegła problem i znów radośnie rzekła, że owszem, schody są kiepsko przemyślane, ale w następnym szeregu, który jest dopiero planowany, już są powiększone. Ci co już wykańczają swoje mieszkanka przez te schody, nie mogą wnieść mebli na górę, są bowiem zbyt wąskie. Miło wiedzieć. Kupię mieszkanie, gdzie nie będę mogła wnieść mebli. Ale za to nowy szereg, będzie miał 15 cm szersze schody. Bajka.

Strych nie był wisienką na torcie. Z szumnie zapowiadanych 36 metrów do wykorzystania, do realnego wykorzystania było może z 5 metrów, i to tak, że będę z nim korzystać na leżąco. Do tego pani powiedziała, że strych to taki gratis, więc nie zamierzają tam nic robić. Jak chcę to sobie ocieplę, nie chcę to nie muszę. W każdym razie, na wizualizacji strych zamieniono w biuro, które nijak ma się do rzeczywistości. Bo brakuje tam po prostu miejsca by stanąć…

Pani ( wciąż z uśmiechem) wcisnęła nam rezerwację na tydzień. Szkoda nam jej było, więc ją przyjęliśmy, dostaliśmy nawet poprawione plany, które przelały czarę goryczy, bo różniły się o 100 %, od tych ze strony internetowej. Tego samego dnia napisaliśmy, że bardzo dziękujemy, ale szukamy czegoś innego. Pani w ogóle się nie zasmuciła. Te koszmarki, zwane mieszkaniem za milion monet idą jak świeże bułeczki. A mnie tylko ciekawi, w którym rzędzie usuną wszystkie braki i buble, i będzie można tam wejść i zamieszkać z przyjemnością? W cenie normalnego domu, sprzedaje się jego marną namiastkę. A ludzie rzucają się na to, jak na złoto. A developerom w to graj…. W ciągu miesiąca sprzedano 11 z 12 tych koszmarków…

My zaś spokojnie czekamy. Na razie planujemy kolejny mini remoncik w naszym mieszkanku i mamy oczy szeroko otwarte.

Ścieżka dźwiękowa- Bielizna – Prywatne życie kasjerki 

Minął rok. Miesiąc po miesiącu.

Styczeń. Miesiąc typowo zimowy. Sypał śnieg, zaskoczył potężny mróz. Było tak pięknie! Były sanki, grzane wino, spacery w zaspach, wieczory pod kocem z morzem malinowej herbaty. Udało mi się nie zachorować. To był naprawdę przyjemny miesiąc, spokojny Nowy Rok, spędzony z przeziębionym kotem. Do tego zaręczyny. Tak, to był świetny miesiąc!

Luty. Znów było biało i śnieżnie. Poza tym większość miesiąca spędzona w domowych pieleszach. Bo zimno, bo pandemia, bo ciemno. Dużo herbaty, czekolady, miodu i seriali. Odkryłam też, że do ślubu zostało pół roku. Dużo, albo mało!

Marzec. Powinna przyjść wiosna, a tu ciągle zimowo. Miałam dość tej szarości. Jak nie deszcz, to zimno. I tak w kółko. Poza tym życiem rządziła uczelnia i zajęcia zdalne. Do tego nerwowe wyczekiwanie na szczepienie, a i zaginięcie naszego kociaka. Po tygodniu Filemonek wrócił do domu, cały i zdrowy. Uff!

Kwiecień. Ciąg dalszy zimowej aury, tak jakby miała ona nigdy się nie skończyć! Były Święta, kolejne w koronawirusowym świecie. Jeden dzień był nawet ciepły. Poza tym pojawiło się dużo emocji, czy data ślubu nie jest zagrożona? Czy przegramy z wirusem? Moja nadzieja rosła, bo podano datę kiedy mój rocznik może się szczepić, byłam w siódmym niebie!

Maj. Plan na majówkę był nieco inny, z wyjazdu nic nie wyszło, ale za to sprawnie poszło szczepienie. Dacie wiarę, że na początku maja wciąż chodziłam w zimowej kurtce? Majówkowy grill odbywał się w kurtkach i pod kocem. Druga połowa miesiąca była zdecydowana przyjemniejsza. Zaczęliśmy nieśmiało rozwozić zaproszenia, bo zapowiadano delikatne ślubne otwarcie. Poprawiła się pogoda, zaczęłam planować czerwcowy wyjazd i ogólnie kilka słonecznych dni dało mi zastrzyk energii! Chociaż mam zażalenie, za mało było bzu tej wiosny.

Czerwiec. Początek miesiąca do wyjazd. Kierunek Zamość i Kazimierz. Rozdawanie zaproszeń, po 3 obiady dziennie, dużo dobrej energii i słońca. W Kazimierzu zaś naprawdę odpoczęłam i naładowałam akumulatory. Druga dawka szczepionki, już bez kolejek i szalejących tłumów. Zaczęłam nieco odważniej planować podróż poślubną, choć dalej nie w głowie były mi dalekie wojaże. Sesja na uczelni zdana koncertowo,świętowałam swoje urodziny dwa razy i cieszyłam się każdym dniem. Dopadało mnie coraz więcej ślubnych spraw i to był ten czas, kiedy można było zacząć odliczać dni do tego dnia.

Lipiec. Ten miesiąc był dla mnie bardzo ciężki, głównie psychicznie. Jakieś takie napięcie z ostatnich miesięcy, musiało ze mnie wyjść. Ale na szczęście miesiąc skończony na plusie. Chociaż naprawdę nie był idealny dla mnie czas. Nie dość, że mój nastrój był nijaki, to jeszcze świadomość, że zaraz ślub, milion spraw do załatwienia. Każdy czegoś chciał, i chwilami czułam, że powinnam być w 5 miejscach jednocześnie. Stres powodował różne zdrowotne rewelacje, więc lipiec, mimo wakacyjnej atmosfery, był naprawdę trudny i na szczęście się skończył.

Sierpień. Zmiana o 180 stopni. Od samego początku czułam się wspaniale. Ten miesiąc był pełen ślubnych przygotowań, dobrych emocji i radości. Ostatnie ślubne przygotowania, ależ to był cudowny czas! Miesiąc samych dobrych chwil. Wieczór panieński, pojawienie się Krakersa, czyli mojego kociego siostrzeńca. Koncert Krzyśka Zalewskiego, wspaniałe chwile z przyjaciółmi. Ślub, i wesele, moim skromnym zdaniem, bardzo udane 🙂 A potem podróż do magicznej Pragi i moc wrażeń. Ach, jak cudownie jest wspominać ten miesiąc. Zdecydowanie najlepszy z całego zeszłego roku.

Wrzesień. To też był cudowny czas. Małżeńska sielanka, nasze szczęście powiększyło się, gdy trafiła do nas Franusia, cudowna koteczka o pięknych, zielonych oczkach. Wrzesień to czas planowania remontu kuchni, wyjazd w Bieszczady, choć we wrześniu byliśmy w Zamościu. To był intensywny czas, kiedy wciąż unosiłam się 10 centymetrów ponad ziemią.

Październik. Ten miesiąc zaczęłam w Bieszczadach! To był najlepszy z możliwych początków jesieni. Fajnie byłoby tak co roku… Październik to remont w kuchni, wiele emocji i wyborów do podjęcia. Dużo dobrego kina, spotkań z przyjaciółmi , spacerów, małych wycieczek weekendowych i dużych radości. Muszę przyznać, że to był naprawdę świetny miesiąc.

Listopad. Zaczął się chorobowo. I tak się ciągnął ten miesiąc kaszląco-kichająco, a do tego solidnie słabo się czułam. Eh, to był taki kiepski miesiąc. Typowo listopadowy czas, taki miesiąc, którego naprawdę nie lubię. Ciemno, zimno, brzydko i chorobowo. Brr!

Grudzień. Ten miesiąc też źle się zaczął, wiadomo, choroba. I to długie siedzenie w domu. Ale chociaż w porównaniu do listopada ,przyszły święta, przyszła zima. Koniec roku był obfity w pracę, ale i codzienne radości. W końcu przyszło zdrowie i można było cieszyć się prawdziwą zimą!

Jaki to był rok? Obfitował w piękne chwile i mimo szalejącej pandemii, dla mnie był bardzo udany i niezapomniany!

Ścieżka dźwiękowa- Editors- Camera