Kupiliśmy dom!

No dobrze, czas odkryć wszystkie karty. Dlaczego też miałam kryzys, i ostatnie dwa miesiące były niczym maraton? Dlaczego żyłam zestresowana i przerażona zawartością kalendarza, który krzyczał – dziewczyno, jesteś spóźniona! I to nie o kilka godzin, ani tygodni, ale i miesięcy? Otóż, staliśmy się dumnymi posiadaczami 95 metrowego domu!

Tak, to była najbardziej spontaniczna decyzja w całym moim życiu. W przerwie między moim listopadowym chorowaniem, poszliśmy na jesienny spacer. Naszym oczom ukazała się tabliczka- na sprzedaż. Był to dom, który oglądaliśmy rok temu, przekonał nas do siebie prawie wszystkim. Prawie, robi wielką różnicę. Do oddania był bowiem gotów za 10-12 miesięcy, a transze należało płacić w ciągu 30 dni od dnia podpisania umowy. Developer był nieugięty, płać teraz, i czekaj na oddanie budynku do użytku. Było to dla nas nieosiągalne, bo przecież pieniądze na większe mieszkanie, ukryte są w obecnym mieszkaniu. Opcja była jedna- sprzedać je i przez rok wynajmować kolejne mieszkanie. Była to opcja absurdalna, więc odłożyliśmy marzenie o domu, na nieokreślony bliżej czas. Tak, było nam ciasnawo. Wiem, że nie powinno się narzekać, ale mieliśmy 42 metry, nas dwoje i nasze dwa kociaki, ciężko było myśleć o jakiejś perspektywie powiększenia rodziny. Do tego mąż potrzebował swojego gabinetu, albo chociaż solidnej przestrzeni do pracy. Mnie męczyła mała kuchnia, ale sąsiedztwo i ogród wynagradzało wszystko. Natomiast wiedzieliśmy, że to przejściowe mieszkanie i docelowo marzą nam się 3- 4 pokoje, z dużym ogrodem w formie bliźniaka, czy też szeregu. Najważniejsze dla nas było to, by nad sobą nie mieć sąsiadów. Ale nie mieliśmy presji, że to już, dziś czy pojutrze. Obserwowaliśmy lokalny rynek nieruchomości, ale ceny nic tylko rosły, tak samo jak rosły raty kredytów. Czułam, że to nie jest dobry moment, ale czy w życiu jest jakikolwiek dobry moment na zmiany?

Teściowa, która pracuje w banku i od 30 lat udziela kredytów hipotecznych, mówiła, że to okazja i by drugi raz nie stracić jej oczu. Czemu to była okazja? Ktoś kto dokonał rezerwacji, wpłacił zaliczkę i podpisał umowę przedwstępną nie dostał kredytu. Dom wrócił na sprzedaż i jakby na nas czekał. Nie mogliśmy pozostać głusi na ten zbieg okoliczności…

Także ten ostatni czas był szalony z prostego powodu. Sprzedaliśmy nasze mieszkanie i 29 stycznia oddaliśmy klucze nowej właścicielce. Od teraz nasze życie toczy się kilkanaście ulic dalej. W naszym wymarzonym domu. To nowy rozdział i nowy początek.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski- Jaśniej

Reklama

Mały kryzys

Macie tak czasami, że bardzo czegoś chcecie, ale przytłacza Was droga do tego celu? Jesteście już tak blisko, ale im dalej w las, tym gorzej i gorzej….A niby tak bardzo tego chciałam!

Goni mnie presja czasu, zadania piętrzą się i piętrzą. Nie mogę nawalić. To wyzwala we mnie kolejną presję.

I tak bardzo chciałam tych wszystkich zmian, ale myślałam, że będzie trochę lżej.

O ja naiwna!

Jak ja marzę o wolnej głowie, o spokoju ciała i po prostu o braku kalendarza, który w każdej minucie przypomina mi jak już bardzo jestem spóźniona…

Mam w sobie tyle napięcia, niepewności i stresu, że zaczynam żałować. To znaczy, nie żałuję. Ale chwilowo jestem przytłoczona….

Ścieżka dźwiękowa- The Sugarcubes – Birthday

Brak pokory

Ostatnio wracałam z pracy do domu kolejką, zajęłam czteroosobowy zestaw miejsc, przedział był pusty, ale i tak na następnym przystanku wsiadły dwie panie i dosiadły się do mnie. Chcąc nie chcąc, musiałam przysłuchiwać się ich rozmowom. Panie pracują w dużej firmie, takiej która projektuje i wykonuje mosty oraz tory tramwajowe i kolejowe – tym dość głośno się chwaliły i opowiadały o dniu w pracy. I podkreślały swoją wielką odpowiedzialność. Ale i mocno narzekały. A narzekały na to, że ostatnio jedna z nich szukała swojego zastępcy, czy też asystenta. Wiadomo, osoba po politechnice, która zna się na projektowaniu. Panie były zaskoczone, bo kandydaci zgłosili, że chcieliby zarabiać 3,5 tyś na rękę. Obie stwierdziły, że kiedy one zaczynały stawki były inne, i teraz młodych cechuje cyniczny Brak Pokory. Wiadomo, panie były po 40, kiedy więc zaczynały, niemal 20 lat temu, albo i więcej, sytuacja była inna, ceny mieszkań, w moim mieście, wzrosły o 350 %. Z ciekawości sprawdziłam sobie temat w internecie, bo takich firm w okolicy dużo nie ma, i faktycznie, wisi ogłoszenie, wymagania? Wykształcenie wyższe kierunkowe techniczne, biegła znajomość języka angielskiego, znajomość programów Auto CAD i Microstation(cokolwiek to jest), dodatkowo prawo jazdy i oczywiście doświadczenie. Oferują za to możliwość uczestniczenia w ciekawych projektach i jako super gadżet kartę Multisport.

Ale wracam do rzeczy, czy naprawdę brakiem pokory jest, oczekiwanie za wymagającą i skomplikowaną pracę, która wymaga dużej wiedzy, 3,5 tysiąca na rękę? Z taką pensją młody człowiek nie dostanie kredytu na mieszkanie, albo będzie mieszkać z rodzicami, albo z trudem wynajmie kawalerkę i będzie liczył każde 10 złotych. Nie oszukujmy się, w tak dużym mieście jak u mnie, wynajem kawalerki ze wszystkimi opłatami to koszt 2,5 tysiąca złotych. Wiadomo, fajnie mieszkać we dwójkę, czy trójkę, i dzielić koszty. Ale nie każdy ma z kim wynająć mieszkanie. Albo wolałby po prostu mieszkać sam. Już w ogóle nie mówię o tym, by zakładać rodzinę, czy zbierać na wkład własny, z taką pensją.

Czy uważam, że oburzenie tych pań jest słuszne, że młodzi, wchodzący na rynek pracy mają brak pokory? Oczywiście, że nie. Być może te panie byłyby zadowolone, gdyby ich asystent zarabiał pensję minimalną, czyli na rękę 2700 złotych. Ale za tę kwotę, bardzo ciężko się utrzymać w pojedynkę. W zasadzie skazuje to na życie z rodzicami, jeżeli nie mamy towarzysza niedoli, z kim można wynająć mieszkanie. Czy 3,5 tysiąca na rękę, dla osoby, która ma projektować mosty to dużo? Jak dla mnie nie i proszenie o taką pensję nie jest oznaką braku pokory, a po prostu normalną pensją, na dzisiejsze czasy. Oczywiście wiem, że są osoby z mniejszą pensją, odnoszę się do tej konkretnej sytuacji, konkretnych oczekiwań, wymagań i wiedzy, którą musi dysponować kandydat by zostać przyjętym.

A jakie jest Wasze zdanie? Czy taka pensja, to brak pokory i gdyby ktoś aplikował o takie wynagrodzenie, to też z zalewającego Was żalu rozmawialibyście o tym całe 35 minut?

Ścieżka dźwiękowa- Accept – Metal Heart

Tęsknota za świętami….

W mojej głowie, miałam wizję tegorocznych Świąt. Przygotowywałam się do nich sumiennie, bo to jedyny czas, kiedy będę mogła schować kalendarz. Kiedy odpocznę, może nie fizycznie, bo przecież uszka same się nie usmażą, sałatka nie będzie chciała się pokroić, a sernik, nie zapakuje się sam do piekarnika. Ale miałam wizję rodzinnego czasu i ciepła, które wylewa się uszami. Gwaru i hałasu, większych i mniejszych niezręczności i wpadek. Wspólnego wręczania sobie prezentów i śpiewania kolęd, które ze śpiewem ma tyle wspólnego, co moje domowe koty, z dzikimi lwami. Nieidealnie, ale w tym chaosie, po prostu pięknie i świątecznie.

Dziś wiem, że będzie inaczej. Po dwóch pandemicznych latach, kiedy to święta były w ostro okrojonym składzie, bez pasterki, bez gości przy stole, wspólnego przeżywania. W tym roku miało być inaczej. A będzie?

Będzie skromnie. We dwoje, no dobrze, we czwórkę, bo rodzinę tworzą jeszcze kociaki. Będzie inaczej. Lepiej, czy gorzej, tego jeszcze nie wiem. Ale wiem, że nie będę już tworzyć w głowie wizji świątecznych dni. Będzie co ma być…

Ścieżka dźwiękowa- Radiohead – Electioneering

Mój sekretny projekt

Jak każdy szanujący się blogger, mam i jak swój „sekretny projekt”. Coś, co powinno się wyklarować do końca stycznia. Aczkolwiek liczba zmiennych, problemów i kłopotów, w tym trudnym do wyliczenia wzorze, jest tak duża, że poślizg, jest nie tyle możliwy, co nawet pewny. Kiedy patrzę na mój kalendarz, to sama nie wierzę, co się w nim dzieje. Końcówka i początek nowego roku, to będzie prawdziwa jazda bez trzymanki.

Także, proszę trzymajcie mocno kciuki. W sumie najważniejsze, bylebym dotrwała w zdrowiu. Będzie o to naprawdę trudno, ale postaram się. I proszę o wsparcie, dobrymi myślami.

A na razie, to w głowie szaleje mi miks ekscytacji, niedowierzenia, i negatywnych myśli, które mówią- na co ty się porwałaś dziewczyno!

Ścieżka dźwiękowa- George Ezra – Breakaway

Spontanicznie czy też po długich przemyśleniach?

Zeszłam z plaży. Można powiedzieć na ziemię. I będę snuć rozmyślania. A rozmyślania będą o tym, jak podejmować decyzje, spontanicznie, czy jednak zbadać wszystkie za i przeciw?

Przyznam szczerze, że jestem najbardziej niezdecydowaną osóbką na ziemi. Kiedy idę na zakupy, to nie wiem jaki wybrać jogurt. Stoję przed wielką szafą jogurtową i dumam na co mam ochotę. Czy na wersję wiśniową z czekoladą, czy może śmietankę? A może jogurt grecki z miodem, tudzież miks maliny i ananasa? Mogłabym tak z godzinę, albo i więcej, od otwarcia do zamknięcia! I w zasadzie mam tak ze wszystkim. Każda dziedzina życia, każda czynność, która wymaga podjęcia decyzji, jest dla mnie solidnym wyzwaniem. Jeżeli byłby jakiś konkurs na najbardziej niezdecydowanego człowieka, to pierwsze miejsce jest dla mnie i mam wrażenie, że mam już wykupiony abonament, na wygrane do końca życia.

Często mam wrażenie, że ja po prostu za dużo myślę i zbyt dużo analizuję. Czasem lubię się pomartwić i pomęczyć tym myśleniem i analizowaniem w kółko tego samego. Oczywiście doprowadzam tym otoczenie do szału, ale nic na to nie mogę poradzić. Taka moja natura. Dużo myślę, mam wrażenie, że zbyt dużo, ale dzięki temu jak już podejmę jakąś decyzję to po długich wahaniach o sprawdzeniu wszystkich za i wszystkich przeciw. Jestem w miarę pewna, wiem już czego chcę, i nie boję się. Albo przynajmniej, nie powinnam.

Ale czasem to życie za mnie decyduje. Nim zdążę pomyśleć, ot bach. Mało jest takich kwestii, ale proszę, zdarzają się. W takich chwilach muszę powiedzieć głośno – pomyślę o tym jutro. Albo i wcale? To jest naprawdę dziwaczne, ale okazuje się, że jestem spontaniczna. Widzę to ostatnio i coś czuję, że postawi to moje życie na głowie. No chyba, że chodzi o wybór jogurtu. Jutro znów będę mieć ten sam dylemat i chyba od wieczora zacznę już o tym myśleć!

Ścieżka dźwiękowa- The Beatles – Dear Prudence

Ależ ja lubię te Wydmy! Czyli, Czołpino wita!

Ależ mnie wzięło na te letnie wspomnienia! Mam w sobie ogromną tęsknotę za słońcem, latem, spacerami i wycieczkami. To efekt chorowania i cóż, marnej pogody. Przez cały tydzień nie udało mi się dojrzeć słońca. Ani jego grama! A jak go nie ma, to czuję się jakby chora. A i ten tydzień był szalony. Zabiegany, zaganiany, męczący. Jakby los specjalnie, najpierw uraczył mnie długim zwolnieniem, a potem bach, wszystko w jednym czasie. Dużo emocji, dużo nowych rzeczy i spraw na głowie. Chwilami zapominam jak się tak naprawdę nazywam!

A ta moja zabiegana dusza, tak bardzo tęskni za latem. I cóż robić? Ano nic, mamy jedynie wspomnienia. Wakacyjne. Te z tych beztroskich weekendów. Chciałam dodać, że leniwych, ale kiedy wybiera się na 5 kilometrowy marsz, to chyba aż tak leniwie nie jest. Ale za to jak pięknie!

Uwielbiam tę plażę, do której trzeba iść po wydmach i solidnie pod górę. Uwielbiam ten biały piasek, ciszę, spokój i otwarte morze. Jestem fanką spokoju i te plaże na końcu świata, to moja wielka miłość…

Dziś sobota, ale znów szalona. Od rana działam zgodnie z harmonogramem i terminami wpisanymi w kalendarz. Ale w głębi duszy marzę o tej chwili. Siadam z kubkiem kakao i wspominam…. Już czuję nadmorski spokój.

Ścieżka dźwiękowa- Bobby Fuller Four – I Fought The Law

Rzucewo

Ależ mi się marzy nie tyle urlop, co jakiś wyjazd weekendowy. Niedaleki, ot, gdzieś blisko. Nawet na kilka godzin. Tymczasem u mnie, tylko chorowanie, a potem uczelnia, masa spraw do ogarnięcia, więcej pracy w tygodniu, nadrabianie zaległości. Wracam do domu późno. A jeszcze muszę na niedzielę przygotować 2 prace na zaliczenie z zarządzania projektami. Coś czuję, że przydałyby mi się ćwiczenia z zarządzania czasem i to jak!

Marzą mi się spacery, takie długie i kojące. Ale kiedy wracam do domu, to jest już prawie noc. No może nie na zegarze, ale ciemno i mroczno. Spacery odpadają, szczególnie te długie, leśne, albo nadmorskie. Przynajmniej w ciągu tygodnia. Ach, jak tęsknię za latem. Za tymi spacerami nad morzem. Po 19 wsiadaliśmy w auto i bach, byliśmy w Rzucewie! To cudowne miejsce, plaża jest wąska, i nieco dzika. Nie ma tam parawanów, i atrakcji, które oferują miejsce plaże. Tam jest cisza, spokój i pełen relaks. Coś dla fanów natury i prywatności. Czyli idealne miejsce dla mnie. Zaraz obok, Osada Łowców Fok, piękne molo, i krajobraz, który koi duszę.

Marzy mi się taki spacer….

Ścieżka dźwiękowa- The Cure – Why Can’t I Be You

Wesele i ślub. Co bym zrobiła inaczej!

Jako, że od ślubu minął ponad rok, to ja, jako wielki znawca tematu, wszakże sama zorganizowałam swój ślub i wesele, celebryckim zwyczajem powinnam napisać książkę. Mam wrażenie, że już to kiedyś wspominałam. Mam taką wiedzę, że ho ho! Dziś powspominam sobie temat, ale od innej strony. Ano od tej co bym z perspektywy czasu, zrobiła nieco inaczej.

Z perspektywy czasu z pewnością wzięłabym ślub w moim kościele parafialnym. Miejsce ślubu wybrałam sercem, ale z pewnością nie rozumem. Nie znałam się na tych wszystkich formalnościach i w pewnym momencie, po prostu wyszły mi bokiem. Nie wiedziałam, że nie w każdym kościele można wziąć ślub. To znaczy, można, w kwestii miejsca, ale papierologicznie jest to po prostu niemożliwe. Dlatego też formalnie ślub brałam w najbliższym kościele parafialnym. Najbliższym temu, w którym brałam ślub. Do tego należy dodać dwie parafie, każdej ze stron. W sumie w jedną uroczystość były zaangażowane cztery kościoły. A ja musiałam biegać między jednym a drugim. -Dodatkowo, wakacje, nagle dostaję telefon- proboszcz wyjeżdża, potrzebny jest jego podpis. A ty jesteś 120 km dalej, i nie ma to tamto, lecisz na złamanie karku, bo bez podpisu, nici ze ślubu. I tak się krążyło między biurami parafialnymi, tak naprawdę dobre cztery miesiące. A to jeden ksiądz zapomniał wywiesić zapowiedzi, a to drugi zapomniał o spotkaniu, a to trzeci na cito potrzebuje jednej karteczki. Nie sprawdziłam jak to wygląda w praktyce. Ale chociaż mogę służyć doświadczeniem. Oczywiście ślub w Zakonie, tak dla mnie bliskim, był spełnieniem marzeń, ale nadmiar formalności, chwilami przytłaczał. Coś czuję, że ślub w mojej parafii, byłby sto razy prostszy i szybszy do ogarnięcia. Taka to rada dla przyszłych pokoleń, zbadaj temat i zdecyduj świadomie. Może się okazać, że po prostu cała krzątanina będzie zbyt męcząca i zabierze za dużo czasu.

Zrezygnowałam z kamerzysty na rzecz ładnych zdjęć i pięknych dekoracji. Nudzą mnie cudze filmy z wesela, uznałam, że ja swój też bym tak potraktowała. Ot, nudy na pudy i strata pieniędzy. Po czasie jednak nieco żałuję! Pamięć jest ulotna, zdjęcia są piękne, ale jakby pewne kwestie wylatują już z głowy. I chciałabym do nich wrócić. Ale, ale! Jak tu do nich wrócić, kiedy nie ma jak. Dlatego dziś na pewno skusiłabym się na opcję video. Na pewno nie taką tradycyjną, rodem z lat 90. Ale coś krótszego, nowoczesnego, może w formie teledysku? Chciałabym wrócić do pewnych chwil, i w zasadzie to żałuję, że nie mogę do tego wrócić, odtworzyć i po prostu poczuć, jakbym znów tam była!

Żałuję, że tak mało czasu, spędziłam z gośćmi. Starałam się, ale nie udało się, tak jak bym chciała. Po prostu ogarnięcie 85 osób, było ponad moje siły. Najpierw sobie obiecywałam, że z każdym porozmawiam, wymienię kilka zdań, podziękuję za obecność. Ale okazało się, że ludzi było za dużo, a czasu zdecydowanie za mało. Kuzynka męża za 1,5 roku robi wesele na…. 300 osób. Raz byłam na takim, gdzie było 240 gości. Wydawało mi się, że przy nich moje to maleństwo i będę miała czas na wszystko. O ja naiwna! Żałuję tych chwil, bo jednak było to niepowtarzalne wydarzenie i przykro mi, że czas leciał tak szybko, a mi nie udało się spędzić czasu z dawno niewidzianymi kuzynkami i ciociami. Nie wiem w zasadzie jak miałabym to zrobić? Może jeszcze mniejsze wesele? Albo inna organizacja czasu?

Podeszłabym na pewno dużo, dużo rozważniej do kwestii…. sukni ślubnej. Jestem chaotyczna, kompletnie niezdecydowana, i podejmuję decyzję pod wpływem chwili. Po chwili, dłuższej, albo krótszej, miłość mija i cóż, jestem w kropce. Suknię ślubną kupowałam tak nierozważnie, że skończyłam z trzema różnymi! Starałam się dwie sprzedać, prawie za darmo, byleby tylko przestały zajmować miejsce w szafie. Ale bez efektu. Także tego, tyle czasu po ślubie, a ja dalej mam trzy sukienki. Popełniłam tutaj naprawdę spory błąd, dziś podeszłabym do tematu rozważniej. Nie kupowała sukienki na wyścigi, dała sobie czas na zastanowienie się i dokładniej przemyślała temat. Nie podeszłam do tematu sukienki zbyt rozsądnie, i niestety szkoda mi sukienek i straconych pieniędzy.

Prawie na koniec, coś może śmiesznego, ale z pewnością więcej bym zjadła! To nawet nie z powodu emocji, czy ściśniętego żołądka, jakoś tak wyszło. Chyba główną przyczyną, był brak czasu. Najbardziej żałuję deserów, goście chwalili ciasta, do teraz je wspominają, a ja nic nie skosztowałam. Nic a nic. W dodatku wszystkie pozostałości rozdaliśmy gościom, więc nie mogłam na drugi dzień spróbować pysznego sernika, czy brownie. Dobrze chociaż, że zjadłam tort, jako, że to było elementem wesela.

I jeszcze jedno. Zdecydowanie sprawdziłabym godziny otwarcia skansenu, gdzie miała być sesja poślubna. To było bardzo śmieszne, ale i przykre. Na podkładzie dwóch fotografów, i żaden nie sprawdził kiedy powinnyśmy pojechać. Przybyliśmy kwadrans przed zamknięciem, więc zrobiliśmy sobie bardzo spontaniczną sesję w okolicznym lesie. Nie to, że wyszło źle. Bo wyszło fajnie, ale jakiś tam smuteczek został. I takie niespełnienie, bo tę sesję planowałam ponad trzy miesiące….

To wszystko. Ciekawi mnie jakie Wy mieliście spostrzeżenia, albo coś Was zaskoczyło u mnie?

Ścieżka dźwiękowa- Belle and Sebastian – The Eighth Station of the Cross Kebab House

Wino, piwo i dzieci

Myślę sobie, że wypowiedź pewnego, starszego pana, o tym, że spada w kraju dzietność przez picie dziewczyn do 25 roku życia, jest wyjątkowo śmieszna. No bo jak inaczej traktować takie opowiastki? To oczywiście żenujące i krzywdzące, ale przede wszystkim śmieszne. Nie ma w tym żadnego sensu i logiki. Ale chyba już się do tego zdążyliśmy przyzwyczaić. Nie warto szukać sensu, tam gdzie go nie ma.

Zawsze wychodziłam z założenia, że kwestie posiadania, czy też rezygnacji z dzieci, to sprawy wyjątkowo wręcz osobiste. I dotyczą one tylko zainteresowanej osoby, albo zainteresowanych osób. Rozumiem to, że ktoś może po prostu tego nie czuć, z różnych względów. Ale można też chcieć, ale nie można z powodu niepłodności. Można też chcieć, ale nie można się zdecydować, bo…..

Bo kobiety nie chcą mieć dzieci z byle kim. Nie każdy ma szczęście w liceum poznać miłość życia. Czasem trzeba na nią poczekać. Czasem naprawdę długi czas. Ale zdecydowanie, nie warto mieć dzieci z kimś, kto na to nie zasługuje i nie rokuje na dobrego ojca, i na dobrego partnera.

Bo kobiety nie czują się pewnie na rynku pracy. Bo mamy fatalny dostęp do żłobków. Bo przedszkola są drogie. Bo to kobiety ponoszą koszty urlopów macierzyńskich i wychowawczych. Bo to kobiety ( najczęściej) biorą zwolnienia na chore dziecko. Bardzo ciężko jest godzić pracę na pełen etat i wychowywanie dzieci. A nie każdy ma możliwość zostać w domu i poświęcić się w pełni macierzyństwu na x lat. Nie każdy też chce. Szkoda tylko, że nie ma się wyboru i dobrych alternatyw.

Bo kobiety nie czują się bezpiecznie w kwestiach zdrowotnych. W szpitalu, u lekarza, jesteśmy jedynie inkubatorem. I możemy być ofiarą lekarskiej trwogi przed bezdusznym prawem, w najtrudniejszym momencie życia!

Bo nasz system opieki zdrowotnej jest fatalny! W życiu nie byłam u ginekologa, który przyjmuje na NFZ, jak pewnie wiele z Was. Każda wizyta to koszt, a w ciąży wizyt jest naprawdę sporo. Kiepskie szpitale, odległe terminy do pediatry, badania widmo, płatne szczepienia, które warto wykonać poza zalecanymi. Na zdrowiu dzieci nikt oszczędzać nie będzie, ale nie każdego na to stać.

Bo nasz system szkolny jest po prostu fatalny! Przeładowane klasy, kiepsko opłacani nauczyciele i nauka na kilka zmian. Do tego upolityczniony , przestarzały program nauczania i minister, który budzi grozę.

Bo rodzina musi gdzieś mieszkać. Bo nie wystarczy kawałek podłogi i toaleta w korytarzu. Rodzina, każda rodzina, powinna mieć godne warunki. Takie gdzie każdy ma swój kąt, swoją prywatność i pewność, że to moje miejsce, że nikt mnie nie wyrzuci, ani nie podwyższy czynszu o tysiąc procent. Tylko jak to zrobić, jak raty kredytów szaleją, ceny mieszkać są po prostu horrendalne, a zdolność kredytowa, przez fatalną politykę finansową państwa, spadła na łeb na szyję? Młodzi ludzie, młode rodziny, nie będą się rozwijać i tworzyć, jeżeli mieszkanie dalej będzie aż takim luksusem.

Dzieci powinny być chciane, kochane i wyczekane. A każdy ma prawo realizować się tak jak chce. Jedna z nas będzie świetnie się czuła jako mama na pełen etat. Jedna, będzie chciała robić karierę, a kolejna spełni się jako matka kotów. Ważne jednak, żeby każdy miał takie same szanse. Ci co chcą mieć rodzinę, i ci co nie chcą jej mieć. Ważne by mieć uważność na siebie, na swoje potrzeby i oczekiwania. Ważne by w tym kraju pojawiła się pełnokrwista polityka prorodzinna, tak by każdy kto chce mieć rodzinę, mógł ją mieć. Ważne też, by ten kto nie chce mieć dzieci, czuł się spokojnie, nie był nękany pytaniami -kiedy, powiększysz rodzinę, czemu nie chcesz mieć dzieci, a dlaczego nie planujesz bąbelka?

Ścieżka dźwiękowa- The White Stripes – Little acorns