Covid. Wersja druga, poprawiona

W poniedziałek tydzień temu test pokazał jasno i stanowczo – ma pani covid. Zapraszamy na ekscytujący czas, pełen dziwacznych doznań…

Wiem, że wiele osób zapomniało, że istnieje taki sobie tam wirusik. Ale serio, on istnieje i atakuje, i chyba się cieszy, że wszyscy o nim zapomnieli. W mediach mówią – teraz to owszem, szybciej zaraża, ale za to jakie to łagodne, ledwo tam go zauważycie, ot, przeziębionko. I to takie, że w sumie niewiele kto się zorientuje. Także tego, ludzie zdjęli maski, przestali dbać o jakikolwiek dystans, przestali dbać o siebie.

Ja dbałam, nosiłam maseczkę w tłocznych miejscach, a już szczególnie byłam na to uczulona w komunikacji miejskiej. Jestem potrójnie zaszczepiona ( o ironio losu, miałam się doszczepić 4 dawką w ten weekend), jestem wyczulona na innych ludzi z infekcjami. Dezynfekcja? W każdej torebeczce mam zapas żeli i płynów. Unikam tłumów, zdrowo jem, codziennie posiłkuje się tranem i witaminą D. I co? I nic, co z tego, że ja to wszystko zrobię, skoro wejdę do autobusu, gdzie nikt nie nosi maski, gdzie ludzie kichają na potęgę i stoją na sobie… I właśnie ten dzień, kiedy musiałam do domu wracać pociągiem i autobusem, pociągnął mnie na samo dno…

Także tego, sprawdziłam to na sobie, byście nie musieli tego robić. Taka jestem gotowa do poświęceń. Ale naprawdę, proszę, nie powtarzajcie tego w domu…

We wtorek Fotograf miał wyjazdową sesję w Stolicy. Mi zostało dojechać do pracy i do domu komunikacją miejską, którą staram się omijać jak mogę. Tego dnia musiałam… I bach.

W niedzielę pojawiło się uczucie zatkanego ucha, ale pojawiło się zaraz po umyciu włosów, ot, musiała się tam wlać woda. Wzięłam kropelki do ucha i zapomniałam o sprawie. Po kilku godzinach pojawił się nieśmiały ból głowy, ale w zasadzie na dworze szalała burza, więc to żadna dla mnie niespodzianka, że tak reaguję na zmiany w pogodzie. Potem lekko drapało mnie w gardle, wzięłam tabletki z porostu, zrobiłam na wieczór herbatę z miodem, wzięłam nawet aspirynkę. Ot, tak dla spokoju sumienia. Zasiadłam przed ekran, bo właśnie Rolnik miał lecieć ( wybaczcie, to moja grzeszna przyjemność) i uderzyła mnie nagle taka niemoc, w połączeniu z okropnym bólem gardła. Tak jakby nagle w moim gardle zamieszkała banda dzikich bestii. Gardło mi płonęło, szczypało, drapało, kąsało, nie wiem co jeszcze. Szybciutko wzięłam silniejszy lek na gardło. Poczułam też tak silny ból nóg, że czułam, że nie dojdę do łóżka! Ból był niesamowity, jakbym spadła z roweru. Jakoś dotarłam do łóżka, targały mną dreszcze, na sucho, bez gorączki. Gardło piekło i bolało, głowa pękała, oj, nie było to miłe. I tak całą noc. Rano termometr pokazał 39 kresek, a musicie wiedzieć, że mój organizm nie gorączkuje bez powodu. Ja już tak mam, 99 % chorób przechodzę bez podwyższonej temperatury, ale jak już ona jest, to oznacza jedno – sprawa jest poważna! To był czas by zrobić test na koronawirusa, nie było na co czekać. Od razu pojawiły się dwie covidowe kreseczki. Dla pewności, tego samego rana zrobiłam kolejny test, który mąż przyniósł na świeżo z apteki, z innej firmy. I tak samo pozytywny. Nie było co się oszukiwać, zaczęło się piekło. I wcale nie żartuję i nie przesadzam!

Przez dwa dnia walczyłam z gorączką, która bawiła się ze mną w chowanego. Rosła, rosła i rosła. Na chwilę spadała i bach, znów rośnie. W życiu nie miałam takich dreszczy, leżałam w piżamie, swetrze, pod dwiema kołdrami, dwoma kocami, z termoforem w stopach, a i tak było mi przeraźliwie wręcz zimno. Najgorsze było to, że największe dawki Pyralginy nie dawały rady z tą temperaturą. Czułam, że zaczyna ścinać mi się mózg. W którejś godzinie gorączki zaczęłam coś tam mówić do męża, że na stypie po mnie, mają podać frytki, devolaye i surówkę z marchewki. A nie, to chyba jednak powinna być surówka z pora? Zdecydowanie wolę porową, i co z tego, że mi już będzie raczej wszystko jedno, chcę porowej, ja tego wymagam. Inaczej będę straszyć po nocach.

Jak minęła gorączka, to z racji równowagi pojawił się kaszel. Natychmiast straciłam głos i całkiem wszystkie siły. Bo te resztki sił, zabierał mi kaszel. Od razu mój kaszel przeszedł w tryb mokry i rozrywał wnętrzności. Nie było to w żaden sposób miłe i w zasadzie nie miałam chyba nigdy aż tak męczącego kaszlu. Może jak miałam 8 lat i miałam zapalenie płuc? Coś kojarzę, że wtedy nie było mi za fajnie. Katar nie dawał żyć, ucho bolało, a potem przytkało się, wydawać by się mogło, że na amen w pacierzu. Jakby było mało, to przeraźliwie bolała mnie głowa, nawet cichutkie radio grało za głośno. Dopadł mnie światłowstręt, dźwiękowstręt, generalnie chyba wszystkowstręt. Nic mi nie smakowało, nie miałam apetytu. Już nie mówiąc o piciu, to też słabiutko wchodziło. Okropnie bolało mnie całe ciało, każda kosteczka, każda chrząstka i każdy stawik w moim wnętrzu. Oczywiście mięśnie też. Nie byłam w stanie utrzymać sama kubka, piłam przez słomkę, i pod przymusem. Nie miałam siły na nic i było to obezwładniające i wyjątkowo przerażające uczucie. Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie mąż w domu, chyba musiałabym wezwać pomoc. Nie byłam w stanie przełożyć się na drugi bok, bez pomocy. Było to mocno upokarzające, czułam się jakby poraziło całe moje ciało, wszystkie funkcje życiowe zostały jakby wyłączone i przytłumione. To jedno z najgorszych odczuć w życiu, totalna niemoc, ból całego ciała, całkowity brak sił. Miałam wrażenie, że boli mnie wszystko, oddychanie, generalnie życie. Było to skrajne wyczerpanie, na granicy śmierci. I nie żartuję tutaj nic a nic. Dodatkowo pojawiły się niesamowite nocne poty. Owszem, latem trafiałam wiele razy na nagłówki artykułów- kiedy rano budzisz się zlany potem, to może być covid. I co? Fakt, ja się budziłam rano jakbym brała całą noc prysznic. Mąż mnie budził w nocy i zmieniał mi piżamę, po prostu ze mnie ciekła woda, jak z kranu. Nigdy nie miałam takiego przerobu piżam i pościeli, pralka działała codziennie. Nie będę Wam mówić jakie to męczące, wstydliwe i nieprzyjemne…. Schudłam ostatecznie 4 kilogramy, co przy mojej wadze wyjściowej, oznacza 8,3 % masy mojego ciała. Jestem trupio blada, widać mi wszystkie żyły i czuję się jak zombie. Do dziś nie mam siły by wyjść z łóżka, przebrać się w domowy dres i chociaż poleżeć pod kocem….

Czułam całkowity brak kontaktu z moim ciałem. Ja mówiłam jemu podnieś rękę, a ono nie, nie chciało słuchać. Z moim mózgiem też działo się coś dziwnego, proszę się nie śmiać. No dobra, możecie. Nie wiem co mi się popsuło, ale wyobraźcie sobie, że w sobotę, mąż poszedł na zakupy. Ja uznałam, że jednak bym coś zjadła i chciałam zrobić sobie kanapkę. Mąż wszystko przygotował, na stole leżał pokrojony chleb, ser, szynka, pomidorki, nic tylko zrobić sobie kanapeczki. Kanapkę złożyłam, ot zwykła, chleb żytni, szynka, pomidor. Położyłam to na talerzyku, wsadziłam talerz do mikrofalówki, i cóż, włączyłam największą moc, największy czas i wróciłam do łóżka. Szybko zaczęło się dymić, mieszkanie w gryzącym dymie, a ja dzwonię do męża, że mamy pożar. Ten wraca przerażony co się dzieje, i znalazł, spalony talerz ze zwęgloną kanapką. A ja o niej kompletnie zapomniałam. Przy czym nie chciałam zrobić sobie tostów, tudzież kanapki na ciepło. Ja nie kojarzyłam w ogóle po co ją tam włożyłam, i zapomniałam o tej czynności. Już mnie dopadła mgła covidowa….

Tak naprawdę to po tygodniu ciągle się czuję jakbym była z waty. Nie mam siły, po 13-14 godzinach snu, jestem zmęczona i senna. Mam kaszel, chrypę, katar i ból ucha. Moja aktywność ogranicza się do spacerów do łazienki. W kąpieli musi mi towarzyszyć mąż, bo stanie pod prysznicem generuje ogromne zawroty głowy. W zasadzie to wciąż mam wrażenie jakbym płynęła na jakiś jachcie w czasie sztormu, w głowie mi wiruje non stop. Ale nic nie przebije tego jak bolą mnie nogi. Z jednej strony czytam, że to dość normalne, ale z drugiej codziennie płaczę z tego bólu. To jakiś kosmos!

Generalnie jest bardzo źle, i tak naprawdę to w całym swoim 34 letnim życiu, aż tak nigdy nie byłam chora. Nie życzę tego nikomu. Ale za to życzę Wam dużo dystansu… do innych ludzi. Unikania tłumów i życzę Wam maseczki na buzi. Lepiej mieć kwadrans dyskomfortu, niż chociaż godzinę męczarni, którą przechodzę od tygodnia!

Ja dodatkowo mam to szczęście, że mam kochanego brata, który jest lekarzem, i do z tego praktyką po oddziale covidowym. Mogę do niego dzwonić 24 h na dobę i czuwa nade mną, mam dobrą opiekę. Ale nie każdy tak ma….

Nie ściskam, by nie zarazić.

Ścieżka dźwiękowa- Lenny Kravitz – Frankenstein

Moje ukochane miejsca nad morzem.

Zaraz mamy jesień. To czas kiedy kończy się sezon nad morzem. A ja przekornie, uważam, że to wtedy jest u nas najpiękniej. I wtedy warto tutaj przyjechać. Nie ma tłumów turystów, jest dużo spokojniej, ciszej, w powietrzu unosi się ogrom jodu, a zapach morza po deszczu, jest niesamowity!

Zacznę od miejsca, do którego bez problemu dojedziemy bez auta, spod dworca głównego w Gdańsku. Podróż autobusem trwa około 40 minut ( po drodze jest pełno przystanków) i już, tylko zostaje nam przejechać most i jesteśmy. I uwaga, wciąż jesteśmy w Gdańsku, w jednej z dzielnic, czyli w Sobieszewie. I teraz ważna uwaga, omijamy główne wejście na plażę, nie idziemy za tłumem. My idziemy w stronę Ptasiego Raju i tą drogą dochodzimy na plażę. Tak wiem to świetnie, spacer jest długi, a droga ma niemal 2 kilometry, ale czy znacie inną tak ustronną plażę, bądź co bądź w wielkim mieście? Ja nie. Owszem, nie ma tutaj infrastruktury, nie ma budek z lodami, goframi i frytkami. Nikt nie zaplecze letnich warkoczyków i nie będzie sprzedawał pamiątek Made in China. Nie ma tutaj toalety, ani prysznicy. Jest za to cisza, spokój i piękne widoki. Miejsce to zaskakuje i relaksuje! Aż trudno uwierzyć, że ledwie kilometr dalej, czeka na nas wakacyjna rozpusta w postaci pełnej infrastruktury i tłocznej plaży.

Jedziemy dalej, i to dużo dalej. Lądujemy w Jastrzębiej Górze, miejscu, które kocham od dziecka miłością wielką i gorącą. Jastrzębia ma piękne klify, cudowną plażę, i bezkres białego piasku. Ma również wszystko to, czego nie znoszę w nadmorskich miejscowościach. Pełno głośnych stoisk, hot dogów z wózków, kramów z tysiącem chińskich drobiazgów, cymbergajów i innych tego typu zapychaczy miejsca. Ale wiecie co? Wystarczy, że mamy późny wrzesień czy zimę, i mamy zupełnie inne miejsce. Ciche i spokojne. Polecam tutaj wpaść na rosół z gęsi i godzinami maszerować po pięknej i pustej plaży! Las, klify, herbata w dłoń i cóż, życie jest piękne!

Lubiatowo. To miejsce, które poznałam dzięki Fotografowi, wcześniej nie miałam o nim najmniejszego pojęcia. Po prostu nigdy nie zapuszczałam się w tamtą okolicę. Chyba było po prostu nieco za daleko? Sama nie wiem. Obecnie od domu, do Lubiatowa mam godzinkę drogi, i lubię tam wyskoczyć. Nieważną jaka obecnie jest pora roku, po prostu tam ruszam! Lubiatowo kusi niezwykłą plażą, po sezonie nie ma tam niczego. W sezonie są zaś dwie smażalnie ryb. Z plaży wchodzimy do lasu, jakże pięknego i bogatego w grzyby i wrzosy. Zbieranie tam grzybów, to jesienna przyjemność. To miejsce nie zaoferuje Wam miliona atrakcji, w postaci kramów i dmuchańców. Za to da Wam ciszę, las, powietrze pachnie tam niezwykle. Plaża jest szeroka, pusta i co najważniejsze, przepiękna. Jeżeli szukacie spokoju, to wiecie gdzie jechać. I to nawet w sezonie!

Smołdzino. To miejsce, które poznałam moment przed pójściem na studia, to były już niemal wrześniowe wakacje, i odkrycie miejsca, wtedy nieco na końcu świata, chociaż to wciąż to samo województwo! Ot, trzeba było jechać pociągiem do Słupska, i autobusem kilkadziesiąt minut. Teraz jeżdżę do niego autem, ponad 1,5 godziny, bo drogi takie sobie. Ale to urok tego miejsca, i jednak to powoduje, że turystów dużo mniej. Bo nie ma też tego całego kurortowego blichtru i szaleństwa. Znów plaża bez atrakcji, ale po co atrakcje, kiedy mamy niemal biały piasek i pustą plażę? Bo na tą plażę możemy dojść wydmami, albo przez las. Nie mijamy po drodze żadnej budki z piwem, magnesami i lodami. Wdychamy za to tony jodu, odświeżamy głowę, i resetujemy wszystko co złe. To plaża dla tych, którzy kochają święty spokój i piękno natury, niezadeptanej przez tłumy.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Blasphemous Rumours

Rok z Franusią

I minął rok, odkąd mała kula szczęścia, zwana Franusią jest z nami!

Nie wiem czy mówiłam Wam, ja mała do nas trafiła? Otóż któregoś dnia przeglądałam OLX, nie wiem co mnie strzeliło, ale weszłam na kocie ogłoszenia. I zobaczyłam ją. I już wiedziałam, że przepadłam. Te słodkie oczka, ten wzrok i słodki pyszczek. Był problem, bo byliśmy chwilę przed ślubem, bo nawet nie wiedzieliśmy, czy chcemy drugiego kota. To znaczy ja to sama z sobą ustaliłam, gorzej z Fotografem. On dowiedział się dostając zdjęcie. I przepadł. Był jednak problem, czy pani z ogłoszenia poczeka miesiąc, do czasu aż wrócimy z podróży i będziemy mogli na spokojnie poświęcić czas nowej kici. Pani na szczęście zgodziła się poczekać. Ba, miała na małą, chętną panią od razu. Ale nie była jej pewna, wolała poczekać na nas!

Pamiętam tę sobotę, o 16 przyjechały dwie panie, z szarą kulką. Frania od razu wbiegła do toalety, zwiedziła kuwetę i schowała się pod szafkę. Całą noc przeraźliwie płakała, a ja byłam pewna, że jest jej u nas źle. Następnego dnia wskoczyła jednak do łóżka i tak jej zostało. Ciągle ze mną śpi! Frania okazała się wielkim miziakiem, uwielbia przytulanie, noszenie na rączkach i kontakt z człowiekiem. Jest niesamowicie jednak nieśmiała. Każdy dzwonek do drzwi, wywołuje u niej strach. Tak naprawdę Franusia kocha tylko trzy osoby, nas i swojego brata. Czasem kocha brata aż za bardzo!

Frania okazała się nieco chorowita. No nawet bardzo. Najpierw zachorowała na koci katar, pamiętam te noce, gdzie nie spałam, a inhalowałam małą nad garnkiem z gotującym się majerankiem i tymiankiem. Te dni, kiedy mała co zjadła to zwracała i miała paskudną biegunkę, a ja z zapaleniem oskrzeli, latałam z nią po weterynarzach, szukając dla niej pomocy. W końcu trafiliśmy na powód jej problemów, wystarczyła zmiana diety, i od kiedy Franka jest na diecie, jest dużo lepiej. Chociaż często odwiedzamy weterynarza, to ostatnio nieco rzadziej.

Mała jest naszą wielką radością. To nasza księżniczka, która domaga się czułości. Dużo z nami rozmawia, bo niezła z niej gaduła. Do tego ma tak czarujące spojrzenie, że wszystko jej się wybaczy. Nawet to jak nocami zrzucała mi doniczki z kwiatkami, udało mi się uchronić jedynie 3 sztuki, przez Franusiowymi łapkami! Nie da się jednak na nią gniewać. Jest naszym promykiem i wielką radością. Nasza mała podróżniczka, ma za sobą kolejny wypad. Była dzielna i maksymalnie grzeczna.

Rok z Franią był trudny, ale jednocześnie magiczny i pełen bezinteresownej miłości. Dla tych zielonych oczek zrobię wszystko!

Ścieżka dźwiękowa- Here Is the News – Electric Light Orchestra

Chwila końca lata

Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem – teraz jest na to czas – nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym dniem.

Ach, co to był za weekend. Lato zaraz się kończy. Dnie są krótsze, nie ma co walczyć z nieuniknionym. Ale nie ma co popadać w melancholię i oddawać smutkowi. W końcu kiedy ma się do dyspozycji tak piękny weekend, nie sposób siedzieć w domu. Kiedy mieszka się w tak magicznym zakątku Polski, nie sposób spontanicznie podjąć decyzji, by porzucić wszystkie plany, te snute wcześniej. Te plany mówiły coś o porządkach, pracach w ogrodzie i nadrabianiu domowych zaległości. I oczywiście tych pracowych. Porzucamy to wszystko. I zamiast tego ruszamy w drogę. I kierujemy się na Kaszuby, by spędzić cały dzień na jeziorze. Łapiemy promienie słońca. Ładujemy serca i duszę witaminą przyjaźni. Nasz uroczy sąsiad, Flokuś, pierwszy raz płynie na supie, i sami zobaczcie, idzie mu rewelacyjnie!

Nie boimy się zabłądzić, by zobaczyć magiczny zachód słońca. I umawiamy się na rano, by ruszyć nad morze i korzystać z pustej, dzikiej plaży. Co prawda plany się lekko przesunęły i rano zamieniło się w południe, ale nie zmienia to faktu, że w pełni skorzystałam z tego dnia. Kąpiel w morzu zaliczona, woda niezwykle ciepła, a te widoki?

Aż chciałoby się poprosić, by lato trwało cały rok!

Ścieżka dźwiękowa-Lao Che- Dym

Papierowe przemyślenia

„Miłość jest nie tylko uczuciem,
nie jest wzruszeniem ani zakochaniem się.
Jest dojrzewaniem, troską i wzajemną
odpowiedzialnością
za siebie.”

I tak, minął rok! Rok temu, dokładnie o tej porze, szykowałam się do tego wydarzenia, które zwało się nazywać sakramentem małżeństwa. I to już rok…

Czy coś zmieniło? Z jednej strony nic się nie zmieniło, z drugiej zaś, zmieniło się wszystko. Jesteśmy rodziną. Niby na papierze, bo przecież bez papierka, też można tworzyć rodzinę. Aczkolwiek, dla mnie osobiście, ten papier, był naprawdę ważny. Papier, sakrament, podpisy pod urzędowym dokumentem. To była ważna deklaracja, wobec siebie, Najwyższego i kilkudziesięciu świadków. Wiecie, nie jestem naiwna, nie mam 16 lat, nie wierzę we wróżki, wiem, że sama deklaracja i podpis, niewiele znaczą. Wiem, że to samo z siebie się nie uda i w ogóle, sam fakt, wzięcia ślubu, nic nie znaczy, bez pracy nas obojga. Ale ta deklaracja, pokazała mi, że traktujemy się poważnie i naszą relację, chcemy prowadzić to życie razem i razem przez nie iść. Że nie boimy się publicznie powiedzieć, że od dziś razem i na wieki i wieków. W zdrowiu i w chorobie. W niedostatku i w radości. Po prostu razem.

Dla mnie, osobiście, była to bardzo ważna chwila. I taki symboliczny moment założenia naszej małej rodziny. Jako żona czuję się świetnie. Jakoś tak dojrzalej i bardziej świadomie. Cieszę się, że jesteśmy małżeństwem. Że nie mieliśmy obaw i wątpliwości, że to po prostu był naturalny i kolejny krok. Tylko tyle, i aż tyle. No, może jeszcze to, że czujemy się jakoś tak, jakby silniejsi. Czy to magia obrączki?

Przez ten rok przyzwyczaiłam się do słowa – mąż i żona. Dzień po dniu, budujemy naszą rodzinę i jest nam naprawdę świetnie. Nasze kociaki są dopełnieniem naszej paczki. Codzienność nie zawsze jest bajkowa, ale to piękne móc na kogoś aż tak liczyć i wiedzieć, że ktoś za tobą zawsze stoi. Wspiera, popycha do przodu i wierzy w ciebie. Razem jakoś łatwiej znosić kolejne podwyżki rat kredytu hipotecznego!

Z wielką czułością wspominam dzień sprzed roku. Te emocje wciąż są we mnie, co do jednej. Wszystkie wspomnienia trzymam głęboko w sercu, pielęgnuje je i wzmacniam. I wracam dzień w dzień…

Jest naprawdę dobrze. I niech to trwa.

Ścieżka dźwiękowa- Budka Suflera – Szaro szary film

Pomysł na randkę. Wagary

Wakacje, lato, praca, codzienność, ogród, spotkania ze znajomymi. Łatwo się w tym zagubić. Trzeba dbać o chwile dla siebie i dla swoich bliskich. Nieważne czy chodzi o partnera, siostrę czy przyjaciół. Czasem by spędzić z sobą więcej czasu, trzeba udać się na wagary… Najpierw odzywa się moje poczucie obowiązku, ale jak to dzień wolny? Tak bez potrzeby i bez planów? Ale w sumie czemu nie! Każdemu pracusiowi to się po prostu bardzo przyda!

Ja wzięłam wolny piątek. Fotograf również. Przedłużyliśmy sobie weekend, i daliśmy szansę na fajne spędzenie dnia, bez cienia gonitwy i codzienności. Najpierw leniwy poranek, spokojne śniadanie i spacer do centrum ogrodniczego. Nowa kompozycja w skrzynkach, już taka na późne lato, czyli witajcie wrzośce! Spokojne wybieranie kwiatków, powrót do domu i można sadzić kwiatki i bluszczyk.

Potem zabieramy ciasteczka i do miasta. Zaczynamy od długiego spaceru, nie ma tłumów, nie ma problemów z parkowaniem. Pierwszy przystanek to kawiarnia, uzbrojeni w pyszne cappucino, idziemy na Kamienną Górę. Nie ma to jak spacer z rana! Ludzi malutko, względna cisza, można chłonąć nieco inną atmosferę miasta. Posilamy się ciasteczkami, idziemy nad morze. Turyści są, ale znów, nie ma tłumów, nie ma weekendowego chaosu i zamieszania. Nie da się ukryć, sprzyja nam pogoda. Bez upałów, słonecznie tak, ale bez temperatur, które aż krzyczą-biegnij na plażę. Można przysiąść, zajadać się ciasteczkami, chłonąć widoki i po prostu odpocząć od codzienności. Kolejnym celem jest klub filmowy. I oglądanie filmu w całkowitej samotności. Tak, pójście do kina w inny dzień niż weekend, to niezwykłe doświadczenie. O 14, w kinie nie było nikogo. Takie rzeczy, tylko w wagarowy dzień!

A, żeby było jeszcze bardziej na luzie, zamawiamy obiad i bierzemy go do domu. Jemy w ogrodzie. I niczym się nie martwimy. Wieczorem robię sobie seans spa, w domowej łazience. I wiecie co?

Niby jeden dzień, a czułam się jak w niebie! No dobra, kto z Was zrobi sobie takie wagary?

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Runaway 

Minął miesiąc. Lipiec

Żegnaj lipcu, witaj sierpniu. Ale nim rozgościmy się w sierpniu, zajrzyjmy bliżej do lipca!

Lipiec, pogoda w kratkę. Niemal marcowy garniec. I te nieziemskie upały i słoneczne dni. I te burzowo-deszczowe, i te kiedy musiałam zakładać kurtkę i solidnie otulać szyję chustą. Totalny misz-masz. Niestety ten miszmasz i miks, przepłaciłam zapaleniem zatok. Kiedy standardowe leki przestały sobie dawać radę, musiałam zasięgnąć porady lekarza. Werdykt? Jak zwykle, antybiotyk. Dobrze, że tym razem jedynie na 3 dni. Aczkolwiek mam wrażenie, że moje zapalenie przeszło w stan jeszcze bardziej przewlekły. Jakoś tak, ostatnio kichanie, smarkanie i używanie sterydów przeszło u mnie w stan bardziej niż pernamentny!

Lipiec jednak zaczął się dobrze, bo wyjazdem na Roztocze. Pogoda dopisała, w głowie i sercu zostały piękne wspomnienia i cudowne widoki. Byłam i jestem do teraz, zachwycona tym wszystkim co się tam działo. Bardzo bym chciała, by taki urlop mógł trwać nieco dłużej, a nie jedynie tydzień. Marzą mi się takie dwa pełne tygodnie. Dwa tygodnie luzu i odpoczynku. Bardzo mi się marzą. Ale to niezbyt realne. Dlatego też cieszę się tym co mam. A mam wiele. Takie piękne wakacje, cudowne wspomnienia, wiele pięknych miejsc odwiedzonych i zjedzonych pyszności na koncie. To był prawdziwie cudowny początek lipca!

W lipcu pracy było co niemiara! Zdecydowanie skrócił mi się sen. Ogólnie to był wyjątkowo zapracowany i zabiegany miesiąc. Jak chyba żaden inny lipiec. Zamiast urlopowego odprężenia, mieliśmy ciągły chaos. W pracy spędzałam dużo czasu i ciągle z tyłu głowy miałam kolejne wyceny i zaległości. Do domu wracałam zdecydowanie zbyt późno, co głośno wykrzykiwała mi Franusia i Fifi. Bywało pełno takich dni, kiedy to wracałam do domu po 14 godzinach do wyjścia z niego. Narobiłam sobie sporo domowych zaległości. Jak na złość, weekendy były jakby krótsze i skupiały się głównie na niwelowaniu owych zaległości. Ale wiecie, nie jestem bez winy. Co chwilę znajdowałam sobie coś nowego do roboty. Ot, chociażby nową rabatę w ogrodzie. Nową aranżację skrzynek, które zdobią taras. Zrobiłam też lawendową alejkę. Uff!

A jakby tego było mało, po powrocie z pracy, zabierałam się za przerabianie wiśni na konfitury, wyprodukowałam też testowo syrop lawendowy. Musiałam obrobić całą wielką michę kwiatów lawendy, i wiecie co? Wyszło mi z tego ledwo trzy słoiczki. Takie po musztardzie. Ale po testach mogę śmiało powiedzieć, to nie koniec! To jest prawdziwa petarda, kropla przenosi mnie w prawdziwie lawendowe niebo. Syrop będę dodawała do herbaty, na zabiegane i męczące wieczory. A zabiegane to teraz były chwile, kiedy próbowałam zdobyć cukier do przetworów. Na co dzień w domu mam tylko erytrytol i nieco cukru pudru. Tak do dekoracji wypieków. Przed sezonem kupiłam jeden żelfiks i tyle. Teraz w pięciu sklepach szukaliśmy cukru i nic. Nie było też żelfiksów. Miła pani wytłumaczyła mi, że ludzie też to kupują, bo w środku jest nieco cukru. Zastanawiam się kto słodzi herbatkę żelfiksem? Szaleństwo. Cukier zdobyłam następnego dnia. Uwaga, był tylko cukier puder….

Odwiedziłam w końcu fryzjera. Pierwotnie miałam jedynie podciąć grzywkę. Ostatecznie, po półtorej roku zapuszczania włosów, wróciłam do boba. Tym razem jednak wersja dłuższa, taka, że mogę włosy zebrać w małą kiteczkę. Fajna odmiana. Na razie cieszę się morzem możliwości i włosami, które mogę albo rozpuścić, albo związać. Poprzednio, mogłam je tylko związać, bo ja i dłuższe rozpuszczone włosy? To się nie łączy!

W lipcu pogoda nie pozwoliła mi w pełni skorzystać z możliwości jakie daje mi moje miejsce zamieszkania. Standardowo kiedy przychodzi dwudzionek, albo pada, albo jest zimno. Ogrodowe wieczory trzeba spędzać po kocem, i w kamizelce. Owszem, były spacery, ale często z parasolem w ręku. Jak wtedy kiedy mieliśmy gości i lataliśmy w ulewie, pokazując im Gdynię. Albo gdy umówiłam się z moim bratem i kiedy tylko dojechałam na miejsce, rozpętała się burza… Mimo to udało mi się zorganizować jedną szaloną wycieczkę na ukochane wydmy. Przekrój pór roku, od zimowego wiatru, po upał i chodzenie bez butów. A jak poszłam na koncert Kaśki Sochackiej, to deszcz przestał padać dopiero pół godziny przed koncertem.

Jeżeli mowa o koncercie, to byłam też na koncercie Raz, dwa, trzy, i był to kolejny i kolejny bardzo miły koncert. I wiele muzycznych doznań. Udało mi się też nieco bawić się w turystkę i pozwiedzać Gdańsk i Gdynię. Fajnie poszwędać się w znane miejsca, tak jakby szło się tam pierwszy raz. A to wszystko dzięki naszym gościom, którzy chcieli by pokazać im wszystko. To był kulturalny miesiąc, dwa koncerty i kino. Co ciekawe, w tym czasie byliśmy sami na sali, w powtórce covidowej fali, to wyjątkowo fajne i bezpieczne. W dodatku nikt nie jadł popcornu i nie siorbał coli!

W lipcu usiadła na mnie pszczoła, albo osa, akurat nie odróżniam jednego od drugiego. Usiadła i tyle, nie zdążyła mnie ugryźć. Ale to starczyło bym dostała uczulenia. Pęcherz, swędzenie i silne zaczerwienienie, spuchła mi też ręka. Pamiętacie jak 3 lata wstecz wylądowałam na pogotowiu po kontakcie z pszczołą? Wtedy mnie ugryzła, teraz tylko usiadła. Muszę naprawdę zaopatrzyć się w adrenalinę, w razie konieczności!

Mam wrażenie, że lipiec był naprawdę długi i konkretny. Dużo się działo i to dużo fajnego. To był dobry miesiąc! Minus? Z babcią Fotografa zrobiliśmy 65 pączków, w upale. Nic nie zjadłam, zapomniałam ich wziąć !

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – High Hopes 

Życie na pokaz

Chciałam się Was zapytać, czy życie na pokaz ma sens?

Mam bliską mi osobę, bardzo mi bliską. Ba, uwielbiam ją i kocham jak siostrę. Ale jedna rzecz, sprawia, że chwilami bardzo jej nie lubię. To właśnie życie na pokaz.

Nazwijmy ją Hanka. Hanka ma męża, dzieci, kredyt na dom. Pracuje, jak sama mówi na waciki. Na odpowiednim poziomie życie zapewnia jej mąż, Tomek. Ciężko pracuje, kosztem rodzinnego życia. Hanka ma mu to za złe, w ogóle jej nie pomaga, tylko skupia się na firmie. Ok, wraca do domu po 17, zjada obiad, odpala laptopa i nadrabia maile, papiery i inne firmowe sprawy. W tym czasie ona odrabia z Filipem lekcje, pilnuje by mała Róża miała zajęcia. W międzyczasie robi pranie, obiad na jutro, sprząta i prasuje. Tomek wychodzi na siłownię, ona kładzie dzieci spać. A kiedy one śpią, Hanka robi śniadanie na jutro, szykuje całej rodzince ubrania, raz jeszcze ogarnia dom i przegląda swoje papiery. Kiedy on wraca z siłowni, proponuje jakiś film. Ok, zgadza się, mija 5 minut i ona zasypia. On ją szturcha, ona idzie się kąpać i tak kończy im się dzień.

Ona ma mu za złe, że nie angażuje się w rodzinne życie. W soboty też pracuje, siedzi w firmie i zajmuje zarabianiem pieniędzy. W niedzielę zaś długo śpi, oczekuje spokoju w domu. Po kościele jadą do jednych, albo drugich rodziców na obiad. On jest tam stawiany za wzór głowy rodziny. Wracają do domu i znów, ona szykuje śniadanie i ubrania na jutro. On włącza komputer, i strofuje dzieci- cicho, tata pracuje.

Ona się złości, rozmawia, tłumaczy, awanturuje się. A potem już ma dość. Hanka nie odejdzie, bo mają duży wygodny dom, bo mają zagraniczne wakacje. Nienawidzi swojego życia, ale ma już dość tłumaczeń i rozmów. Egzystują niemal w ciszy. On robi swoje, zapewnia rodzinie życie na wysokim poziomie, jej zdaniem ona tego nie docenia. A Hanka marzy o leniwej, rodzinnej sobocie. Marzy by razem wieczorami robili kolacje, razem czytali dzieciom bajki i wieczorami popijali wino przy kominku. Uważa jednak, że nikt jej nie uwierzy, że cierpi w nieszczęśliwym małżeństwie. A niby czemu ma wierzyć, że jest źle?

Przecież regularnie co tydzień wrzuca zdjęcia, rodzinna niedziela, idziemy na obiad u teściów. Rodzinka w komplecie. Trzy razy do roku wrzuca piękne zdjęcia z zagranicznych wojaży. Na zdjęciach przytuleni, udają szczęśliwą rodzinkę. Co roku to samo, 50-60 zdjęć. Było pięknie, jesteśmy zachwyceni, zakochani jak dawniej….

A potem ona dzwoni i płacze. Bo liczy, że nawet z alimentami, nie utrzyma tego domu. Że ona już nie tyle nie kocha, co nawet nie lubi tego swojego męża. Że jakby miała lepszą pracę to by odeszła. Już praktycznie z sobą nie rozmawiają, nie chce im się nawet kłócić. Ona już i tak czuje się, jak samotna matka. I gdyby nie ten dom, to na pewno nie byliby już razem….

I płacze, że nikt jej nie rozumie, bo wszyscy widzą te zdjęcia i oceniają, że jest super. Jak się pytam, to po co zdjęcia, po co te pozory? Co słyszę? Bo tego oczekują ludzie, ale jacy ludzie? Znajomi? Rodzina? Przyjaciele? A może ona sama?

Życie na pokaz. Jest mi jednocześnie jej żal, i jestem na nią taka wściekła, kiedy widzę kolejną serię zdjęć. A za chwilę czytam wiadomość- wszystko jest do kitu….

Ścieżka dźwiękowa- Pablopavo i Ludziki – Dancingowa Piosenka Miłosna

Trudne tematy, czyli poślubnie.

Dziś będzie o temacie trudnym. Trudnym przynajmniej dla mnie. A dlaczego?

Od ślubu minęło już tyle czasu, prawie rok. A ja wciąż nie wiem jak mam zwracać się do mamy mojego męża, czyli do mojej teściowej. Moi rodzice załatwili sprawę od razu, już na weselu podeszli do Fotografa i powiedzieli – mów mi mamo, mów mi tato. I on jakoś tak od razu to załapał i nie ma żadnych problemów z mówieniem do nich per mamo i tato. I tyle, temat załatwiony. Ja zaś ciągle tkwię w niepewności- jak właściwie powinnam zwracać się do teściowej? Po imieniu? A jeżeli się obrazi, mama męża jest dość tradycyjna? Mamo? Tu jest problem, bo mamę mam jedną, i jakoś nie potrafię się przełamać, przynajmniej na ten moment.

Teściowa nie określiła jak mam się do niej zwracać. I tak się zwracam bezosobowo. Czyli staram się jak ognia unikać takich zdań, pytań, czy obwieszczeń, które wymagają używania bezpośrednich zwrotów. Unikam i już. I nie wiem jak powinnam się zwracać. Zawsze mi się wydawało mi się, że to od tej starszej strony powinna paść propozycja zwracania się. Ja chyba nie mam śmiałości. Ale żeby nie było, teściową mam jak złoto. I narzekać nie mogę. Ale teraz spędziłam z teściową cały tydzień. I naprawdę nie miałam pomysłu jak się zwracać bezpośrednio. Nic a nic. Czasem wolałam ominąć pytanie, niż wpaść na minę. Było ciężko!

Wygląda na to, że długo, długo, będę jeszcze kombinować i uprawiać językową gimnastykę.

A jak było u Was? A może ktoś miał podobny problem?

Ścieżka dźwiękowa- The Black Keys – Fever

Minął miesiąc. Czerwiec.

I ten magiczny miesiąc już za nami. Szkoda, czerwiec minął nie wiem kiedy. Zdecydowanie zbyt szybko. A za to listopad, będzie mi się dłużył całymi miesiącami, jeszcze wspomnicie moje słowa.

No dobrze, czerwiec upłynął mi pod znakiem uczelni, było dużo nauki, wykładów i ćwiczeń. Tematyka księgowości i finansów wychodziła mi już bokiem. Do tego musiałam wymyślić temat pracy dyplomowej i w jeden dzień napisać jej plan i przygotować bibliografię. A potem czekałam czy pan doktor mi ją zaliczy. Uff, zaliczone. Generalnie to byłam wykończona. Łączenie pracy i nauki bywa naprawdę trudne. W moim przypadku, oznacza to weekendy, kiedy uczę się od 8 rano do 21 wieczorem, ale też jeden tydzień, kiedy mam zajęcia od poniedziałku do niedzieli. Dzięki ci dobry Stwórco, za nauczanie zdalne. Wszystkie zajęcia były online, więc nie musiałam brać urlopu. Gorzej było wytłumaczyć klientom, że przepraszam, ale mam egzamin i proszę mnie zostawić w spokoju. Ale się udało wszystko połączyć, chociaż był to wymagający czas. I to bardzo wymagający.

Czerwiec zaczął się średnią pogodą, taka na początek maja, czy nawet kwietniową. Przez większość miesiąca musiałam chodzić we wiosennym płaszczu. Omijały nas upały, wróciły, wróć, przyszły dopiero na sam koniec miesiąca. Akurat na ten czas, kiedy ja siedziałam od 8 do 21 na zajęciach online. Niby bywało słonecznie, ale chłodno. A jak już było cieplej, to padało. Także tego, całkowicie bez szału. Z zazdrością patrzyłam na relacje z innych części kraju, te upały i masa słońca. Jakoś widać nie było nam po drodze!

Czerwiec to bardzo urodzinowy miesiąc. Moje, fotografa, siostry, sąsiadki, mojej mamy. Oj dużo tego! Dużo okazji do świętowania, dużo zjedzonego ciasta, dużo miłych wieczorów z przyjaciółmi i rodziną, Udało mi się w końcu spotkać z przyjaciółką, synchronizacja naszych kalendarzy jest naprawdę ciężka, ale się udało. Spędziłyśmy ze sobą cudowne przedpołudnie. A wieczorem popędziłam z siostrą na urodzinowy koncert Dawida Podsiadło. Urodzinowy siostry, nie Dawida. Udało mi się też w końcu pokazać rodzicom moje ulubione miejsce nad morzem. Były kalmary na kolację, z widokiem na wielki błękit i dużo śmiechu.

Zawodowo to był kolejny ciężki miesiąc. Dużo pracy, ale i miłe docenienie w postaci podwyżki. W dzisiejszych czasach to wyjątkowo przydatne. Ale i generalnie, kiedy dużo od siebie dajesz, miło, że ktoś to widzi i docenia.

Czerwiec to truskawki, dużo truskawek. W tym sezonie rządzą truskawki z bitą śmietaną. Albo z bezcukrową galaretką. I jem je na okrągło. Z makaronem, naleśnikami, z omletami, solo, w koktajlu, i smoothie. Jem i jem. I wiecie co? Ciągle mi mało! Kiedy tylko była okazja, szłam na spacery. Nawet mimo niezbyt udanej pogody.

Czerwiec to dla mnie miły miesiąc. Piwonie, szparagi, rabarbar i truskawki. I ogródek, pelargonie, żurawki i pełno lawendy. A jak mi hortensja odżyła! Rok temu zjadły ją ślimaki, teraz zaś to trzy olbrzymie krzaki, będę miała z 40 kwiatów. Zamontowałam jeszcze dodatkowe oświetlenie, kupiłam świeczki i latarenki. Jest pięknie i magicznie. W takim kąciku mieszka się cudownie, uwielbiam spędzać tam czas. Na szczęście te ostatnie dni miesiąca były pogodowo łaskawe i mogłam spokojnie spędzać czas w otoczeniu zieleni. I różu, jakoś w tym roku poszłam w róż.

Koniec miesiąca to urlop. Kiedyś kupowałam bilety na Opene’ra, chodziłam na koncerty i odczuwałam coroczną ekscytację pt: kto zagra. Teraz mieszkam kilkaset metrów od lotnika w Kosakowie i cóż, musiałam wziąć wolne i wyjechać. Inaczej nie mogłabym wyjść z domu. Wiecie, że Biedronka już 4 dni przed 1 koncertem podwyższyła ceny? Także ja ruszyłam na Lubelszczyznę, do Zamościa!

Ogólnie czerwiec był bardzo szybki, naznaczony nauką i projektami. Mam wrażenie, że miałam za mało wolnego czasu. Zdecydowanie za mało. Liczę, że lipiec będzie wolniejszy, spokojniejszy, a pogoda będzie mnie rozpieszczać!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Walking in my shoes