Stranger Things, czyli coś na czasie.

Na weekend coś lekkiego, albo i nie, bo jednak serial Stranger Things, nie jest taki lekki!

Przyznaję, kiedy mój brat powiedział mi te 6 lat wstecz, że powstał całkiem fajny serial i trzeba go oglądać, nie byłam zbytnio przekonana. Opis brzmiał dość dziecinnie. No jak to? Jakieś dzieciaki, lata 80, tajemnicze zjawiska. Zabawa dla małolatów! Ale jakoś postanowiłam rzucić okiem, tak od niechcenia, i wiecie co? Przepadłam. Przepadłam i po prostu wchłonął mnie ten niesamowity świat!

Wielkim plusem tego serialu, jest genialnie dobrana obsada. Młodzi aktorzy zaczynali jako dzieci, ciężko tutaj mówić o jakichś bardzo doświadczonych aktorach, to prostu dzieciaki, które dorastały na naszych oczach. Aczkolwiek intuicja produkcji nie zawiodła, wszyscy zostali perfekcyjnie dobrani i okazali się urodzonymi aktorami. Przy czym pamiętajmy, ten serial skupiał się głównie na grze młodzieży, a raczej w początkach dzieciaków. Dorośli byli raczej dodatkiem, to oni wzięli na siebie cały ciężar serialu, i zrobili to koncertowo. Kupili mnie totalnie i od pierwszego odcinka, stałam się ich wielką fanką. Fantastycznie było oglądać ich dorastanie na ekranie i to jak się rozwijają, z każdym rokiem, są coraz pewniejsi siebie, i jeszcze lepsi. Chociaż wydawałoby się, że już osiągnęli mistrzostwo.

Niesamowicie odtworzono klimat lat 80, scenografia, muzyka, rekwizyty. Po prostu przenoszą nas tam żywcem. Autorzy serialu, nie poszli na żadne kompromisy, stworzyli perełkę, która świetnie oddziałuje na zmysły. Ale najważniejsze, to pomysł! Nie wiem jak ten serial został wymyślony, ale ktoś miał natchnienie! Serial, po prostu stał się elementem popkultury i mimo upływu lat, wciąż budzi wielkie, ale to wielkie emocje. Dość powiedzieć, że piosenki, który autorzy wykorzystali w serialu, zyskały drugie życie i podbijają listy przebojów i serca młodych słuchaczy.

W lipcu oglądałam sezon czwarty, w zasadzie oglądałam od początku, bo Fotografa ominęły poprzednie sezony. Ależ on był zadowolony! A miałam wątpliwości czy się to spodoba! W końcu to nie jest serial, który pociągnie za sobą każdego. Po prostu trzeba dać mu szansę, poddać się i wejść w ten świat. I nie patrzeć wstecz…

Bardzo się cieszyłam na każdy nowy odcinek, który mogę obejrzeć. Zostałam wciągnięta do tego świata, okazało się, że to nie jest serial dla dzieciaków, a po prostu dla każdego fana dobrego serialu. Nie będę Wam streszczać fabuły, bo chyba nie starczyłoby mi stron w internecie, by opisać wszystko co tam się dzieje. Powiem tylko, że to najbardziej pokręcony serial jaki miałam okazję oglądać. I mówię to ja, osoba, która nie lubi fantastyki, i rzeczy, które są tak odklejone od normalnego życia. Ale tutaj przepadłam, i bardzo mnie mierzi, że ostatni sezon skończył się jak skończył, i będę musiała czekać na kolejne odcinki!

A Wy, oglądacie, oglądaliście czy oparliście się fenomenowi tego serialu?

Ścieżka dźwiękowa- Marilyn Manson – FATED, FAITHFUL, FATAL 

Rok z Franusią

I minął rok, odkąd mała kula szczęścia, zwana Franusią jest z nami!

Nie wiem czy mówiłam Wam, ja mała do nas trafiła? Otóż któregoś dnia przeglądałam OLX, nie wiem co mnie strzeliło, ale weszłam na kocie ogłoszenia. I zobaczyłam ją. I już wiedziałam, że przepadłam. Te słodkie oczka, ten wzrok i słodki pyszczek. Był problem, bo byliśmy chwilę przed ślubem, bo nawet nie wiedzieliśmy, czy chcemy drugiego kota. To znaczy ja to sama z sobą ustaliłam, gorzej z Fotografem. On dowiedział się dostając zdjęcie. I przepadł. Był jednak problem, czy pani z ogłoszenia poczeka miesiąc, do czasu aż wrócimy z podróży i będziemy mogli na spokojnie poświęcić czas nowej kici. Pani na szczęście zgodziła się poczekać. Ba, miała na małą, chętną panią od razu. Ale nie była jej pewna, wolała poczekać na nas!

Pamiętam tę sobotę, o 16 przyjechały dwie panie, z szarą kulką. Frania od razu wbiegła do toalety, zwiedziła kuwetę i schowała się pod szafkę. Całą noc przeraźliwie płakała, a ja byłam pewna, że jest jej u nas źle. Następnego dnia wskoczyła jednak do łóżka i tak jej zostało. Ciągle ze mną śpi! Frania okazała się wielkim miziakiem, uwielbia przytulanie, noszenie na rączkach i kontakt z człowiekiem. Jest niesamowicie jednak nieśmiała. Każdy dzwonek do drzwi, wywołuje u niej strach. Tak naprawdę Franusia kocha tylko trzy osoby, nas i swojego brata. Czasem kocha brata aż za bardzo!

Frania okazała się nieco chorowita. No nawet bardzo. Najpierw zachorowała na koci katar, pamiętam te noce, gdzie nie spałam, a inhalowałam małą nad garnkiem z gotującym się majerankiem i tymiankiem. Te dni, kiedy mała co zjadła to zwracała i miała paskudną biegunkę, a ja z zapaleniem oskrzeli, latałam z nią po weterynarzach, szukając dla niej pomocy. W końcu trafiliśmy na powód jej problemów, wystarczyła zmiana diety, i od kiedy Franka jest na diecie, jest dużo lepiej. Chociaż często odwiedzamy weterynarza, to ostatnio nieco rzadziej.

Mała jest naszą wielką radością. To nasza księżniczka, która domaga się czułości. Dużo z nami rozmawia, bo niezła z niej gaduła. Do tego ma tak czarujące spojrzenie, że wszystko jej się wybaczy. Nawet to jak nocami zrzucała mi doniczki z kwiatkami, udało mi się uchronić jedynie 3 sztuki, przez Franusiowymi łapkami! Nie da się jednak na nią gniewać. Jest naszym promykiem i wielką radością. Nasza mała podróżniczka, ma za sobą kolejny wypad. Była dzielna i maksymalnie grzeczna.

Rok z Franią był trudny, ale jednocześnie magiczny i pełen bezinteresownej miłości. Dla tych zielonych oczek zrobię wszystko!

Ścieżka dźwiękowa- Here Is the News – Electric Light Orchestra

Minął sierpień. Książkowo

W sierpniu przeczytałam 20 książek. Zacny to wynik, i to pomimo wakacyjnych aktywności. Aczkolwiek przyznaję, w ten gorący sierpień celowo wybierałam lżejsze pozycje, bo w nadmiarze słońca, moja głowa chciała odpocząć przy lekkim piórze.

Wielki minus? Emilia Teofila Nowa, Grand Hotel Granit. Dawno żadna książka, aż tak mnie nie zmęczyła! Ilość pracowników hotelu, pociotek, przyjaciółek, przechodniów jest taka, że nie da się spamiętać tych wszystkich imion, nazwisk i pseudonimów. Postaci się plączą i mylą. Sama zaś fabuła jest nijaka, bardzo nudna, naciągana i w zasadzie nie odnalazłam jej ani grama sensu. To książka, która zabiera nam cenny czas, nie dając nic w zamian. Zdecydowanie nie warto jej czytać. Wizyta w Grand Hotel Granit, to murowany ból głowy!

Gdyby była mężczyzną, ludzie nazywaliby ją playboyem. Ale jako kobieta mogła być albo rozwiązłą, albo cnotką niewydymką. Albo kurwą, albo świętą. Nie istniała inna możliwość. I to najzwyczajniej w świecie ją wkurwiało jak każde kłamstwo.

Bardzo mnie też rozczarowała historia Gra w kolory, Marzeny Rogalskiej. Jak zmęczyła mnie ta książka! Bardzo słaba, nie wiem czemu, ale spodziewałam się zdecydowanie czegoś lepszego. Taki męczący misz masz. Czekałam na koniec tej historii, jak na wybawienie. Nie potrafiłam polubić żadnego bohatera, ani odnaleźć się w gąszczu dialogów i opisów.


Jeśli umiesz już dawać, to naucz się czasem brać.

Teraz coś, co mogę polecić!

Osobni, Katarzyna Franus. Jest to debiut, który nie ustrzegł się kilku błędów, ale w ostatecznym rozrachunku to naprawdę solidna i warta przeczytania książka.
Jej wielkim plusem jest to, że jest to surowa historia, pokazująca trudne życie dwojga ludzi. Kinga i Mateusz, ludzie w pewnym wieku, z sukcesami zawodowymi na koncie, ale z pogmatwanym życiem osobistym. Ukojenia ona szuka w górach, on trafia tam przypadkiem. I teraz, jeżeli liczycie na to, że poznali się na szlaku i zeszli z niego zakochani, to się mylicie. Ta książka pokazuje wszystkie lęki bohaterów, ich wątpliwości, rozterki, ograniczenia i walkę z własną głową.
To książka o ludziach, którzy chcą być blisko, ale jednak są osobno.
To nie jest ckliwy i łzawy romans. To książka o dojrzewaniu i budowaniu zaufania. Nie tyle do innych, co do samego siebie.
Bardzo udany debiut!

Kingę od dawna korciło, żeby wyruszyć w trasę bez żadnego planu. Bez żadnej mapy z chronologią przyszłych wydarzeń. Żadnych konkretów. Żadnych odgórnych ustaleń. Tylko kierunek był oczywisty. Południe. Tam, gdzie góry.

W maratonie życia, Anna H., Niemczynow. Powiem tak, niesamowicie podobała mi się ta książka. Ale miałam ochotę główną bohaterkę wsadzić pod lodowaty prysznic i nią solidnie potrząsnąć.
Matylda od dziecka desperacko pragnęła miłości i akceptacji. Chciała szybko założyć swoją rodzinę, tak inną, od jej własnej, dysfunkcyjnej. Nie brakowało w niej pieniędzy i możliwości, ale brakowało czasu dla dziecka. Brakowało miłości i czułości.
Matylda szybko wychodzi za mąż i rodzi synka. Ale rzeczywistość nie jest bajkowa, wręcz przeciwnie. Na drodze Matyldy, zamiast niedzielnych śniadań, długich spacerów i rodzinnego szczęścia, stają niezrozumienia, zdrady, niepewność jutra. Młoda kobieta, nie tak wyobrażała sobie życie. Brakuje jej oparcia w mężu i jego miłości. Kiedy dziewczyna idzie do pracy, poznaje miłego i romantycznego nauczyciela wuefu…
Jakie szczęście, że Matylda ma kochającą babcię, która służy jej wsparciem, dobrym słowem i pomocą. Dzięki niej udaje jej się przetrwać najgorsze burze.
W maratonie życia, to rozliczenie 30 latki z jej przeszłością. To coś w rodzaju spowiedzi i odpuszczenia sobie grzechów. Czyta się świetnie. Polecam by dać się porwać temu maratonowi i pobiec przez życie Matyldy, razem z nią.

Urosły mi zbyt wielkie skrzydła, abym mogła racjonalnie stąpać po ziemi. Janek wykorzystywał każdą chwilę na to, aby pokazać mi, jak może wyglądać związek między dwojgiem kochających się ludzi.

Poszukiwacze muszelek, Rosamunde Pilcher. Kojąca, to najlepsze określenie dla tej historii. Otula czytelnika, spokojem, lekkością i nostalgią. Opowieść płynie powoli, przenosi nas do przeszłości i pokazuje teraźniejszość. Życie Penelopy Keeling, wydaje się uporządkowane. Ale to pozory. Jej przeszłość jest barwna i zaskakująca. Nawet dla trójki dzieci Penelopy.
emerytka czerpię z życia radość i chłonie je różnymi kolorami. Tak jakby chciała wymazać to co było szare, nijakie, a czasem czarne z żalu i rozpaczy.
Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę, i śmiało mogę ją polecić, jako książkę, która koi i dodaje nadziei.

Kiedy wy dwoje jesteście razem, w powietrzu jest tyle elektryczności, że wystarczyłoby na burzę z piorunami.

Isabelle Broom, Moja magiczna Praga. Ta książka może być swoistym przewodnikiem po Pradze. Dla tych, którzy znają to miasto, będzie to sentymentalna wycieczka. Dla tych, którzy nigdy tam nie byli, okazja by poznać i zakochać się w Pradze.
„Trzy pary”, trzy zupełnie różne historie, które łączą się w jednym hotelu w Pradze. Miłość, przyjaźń, i piękne wspomnienia. Do tego dużo tęsknoty i niepewności. Pięcioro bohaterów, którym miasto pisze swój własny scenariusz.
Chociaż akcja dzieje się zimą, to miło ja przeczytać nawet latem. Kojąca, urocza, choć chwilami smutno chwyta za serce.
Polecam!

Żałowała, że nie może sięgnąć po przeszłość i chwycić wspomnień obiema dłońmi, rozłożyć ich gdzieś w bezpiecznym miejscu jak zasuszonych kwiatów, żeby móc do nich wracać, kiedy się ma ochotę.

Angielskie lato, Małgorzata Mroczkowska. Książka z dużym, ale to naprawdę dużym potencjałem. Pełna tajemnic, niedomówień, tęsknoty i nagłych emocji.
Anna i Walter to zgrane małżeństwo, szczęśliwie wiodą swoją życie, zarówno to osobiste, jak i zawodowe. Telefon od przyjaciółki Anny, przynosi jednak ogromne zmiany w życiu bohaterów…
Kiedy umiera matka Waltera, Anna podejmuje się remontu. Tak się składa, że syn wspomnianej przyjaciółki, szuka pracy. Anna proponuje więc Wojtkowi, i jego dziewczynie pracę przy remoncie. Młodzi zarobi, a Anna i Walter łatwiej sprzedadzą odświeżony dom.
Przyjazd „młodych” to początek dramatu, ale i pięknej historii. Życie z dala od Londynu, nad morzem, w otoczeniu o połowę młodszych gości, będzie przełomowe dla życia Anny….
Szkoda tylko, że historia nagle się urywa i zdecydowanie brakuje kilku, kilkunastu zdań wyjaśnień autorki, co dalszych losów bohaterów.

Chwila zawsze trwa za krótko, za płytko, za cicho.

Widzę cię, Mary Burton. Wyjątkowo solidny Thriller, który sam się czyta. Obfituje w moc akcji, napięcia i niepewności. Solidnie skonstruowana fabuła, wartka akcja, i świetnie nakreślone postaci – to czyni z tej książki, pozycję godną polecenia, po prostu każdemu!
Główną bohaterką jest Zoe. Zoe Spencer jest agentką, która zajmuje się odtwarzaniem twarzy ofiar, przy pomocy pozostałości czaszki. Zostaje wezwana do odnalezionych w skrzyni kości, po zmarłej niemal 20 lat temu dziewczynie. Okazuje się ona zaginioną dziewczyną, o której losach nikt nie wiedział od prawie 20 lat. Znalezisko dziwnie łączy się w nowymi morderstwami i atakami na kobiety. Tragedia dzieje się również w domu siostry, zmarłej dziewczyny.
Czy policja odnajdzie zabójcę sprzed lat? I to teraz zakłóca cenny spokój miasta?
Poszukajcie odpowiedzi!

Najlepiej funkcjonowała w stanie cierpienia.

Ścieżka dźwiękowa- Quiet Riot – Cum on feel the noize

Chwila końca lata

Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem – teraz jest na to czas – nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym dniem.

Ach, co to był za weekend. Lato zaraz się kończy. Dnie są krótsze, nie ma co walczyć z nieuniknionym. Ale nie ma co popadać w melancholię i oddawać smutkowi. W końcu kiedy ma się do dyspozycji tak piękny weekend, nie sposób siedzieć w domu. Kiedy mieszka się w tak magicznym zakątku Polski, nie sposób spontanicznie podjąć decyzji, by porzucić wszystkie plany, te snute wcześniej. Te plany mówiły coś o porządkach, pracach w ogrodzie i nadrabianiu domowych zaległości. I oczywiście tych pracowych. Porzucamy to wszystko. I zamiast tego ruszamy w drogę. I kierujemy się na Kaszuby, by spędzić cały dzień na jeziorze. Łapiemy promienie słońca. Ładujemy serca i duszę witaminą przyjaźni. Nasz uroczy sąsiad, Flokuś, pierwszy raz płynie na supie, i sami zobaczcie, idzie mu rewelacyjnie!

Nie boimy się zabłądzić, by zobaczyć magiczny zachód słońca. I umawiamy się na rano, by ruszyć nad morze i korzystać z pustej, dzikiej plaży. Co prawda plany się lekko przesunęły i rano zamieniło się w południe, ale nie zmienia to faktu, że w pełni skorzystałam z tego dnia. Kąpiel w morzu zaliczona, woda niezwykle ciepła, a te widoki?

Aż chciałoby się poprosić, by lato trwało cały rok!

Ścieżka dźwiękowa-Lao Che- Dym

Coraz mniej Męskie…..

Tak, byłam na Męskim Graniu, udało mi się w przedsprzedaży kupić bilety. Liczyłam na to, że postpandemiczna edycja będzie wyjątkowa, bardzo się na nią cieszyłam i nie mogłam się po prostu jej doczekać! Dlatego teraz mogę się podzielić z Wami wrażeniami, z piątkowego koncertu. To co? Zaczynamy!

Tegoroczna edycja przyniosła zasadniczą zmianę, albowiem mieliśmy zamiast jednodniowej imprezy, aż dwudniową. Kiedy kupowałam bilety w ciemno, byłam zachwycona. Wiedziałam już, że 20 sierpnia Fotograf będzie w pracy, i pasowało mi jedynie wydarzenie z 19 sierpnia. Po prostu miłe zrządzenie losu. Kiedy więc kupowałam bilety nie wiedziałam kto zagra, kto będzie w składzie orkiestry. I w ogóle mi to nie przeszkadzało, przecież nie mogło być źle, pod kątem muzycznym. Wielkim rozczarowaniem okazało się to, że piątkowe koncerty to wstęp do soboty. I w sobotę gra tegoroczna orkiestra. Piątki to ledwie rozgrzewka, przed sobotą. Ze specjalnym koncertem Dawida Podsiadło, jako coś niesamowitego. Dawid na finał zamiast regularnej okiestry? Hmm, byłam bardzo rozczarowana i dużo myślałam nad sprzedażą biletów. w regularnej cenie, miałam bowiem nie widzieć, i nie słyszeć, orkiestry. Wyjątkowo zaś się poirytowałam, kiedy okazało się, że Krzysiek Zalewski, jest w orkiestrze. A ja go nie zobaczę! Rozczarowanie razy milion. Ostatecznie biletów nie sprzedałam….

Drugą zasadniczą zmianą, była zmiana miejsca. Zamiast cudownego, kameralnego parku Kolibki, nad samym morzem, dostaliśmy Polsat Arenę, czyli nasz bursztynowy stadion. Pardon, parking przez nim. To co było wspaniałe w Kolibkach, czyli zieleń, atmosfera pikniku, luz, i natura, zostało zastąpione betonem. No cóż, betonoza uderza wszędzie, również w Męskie Granie. Ta zmiana na ogromny minus. Może i wpuścili więcej ludzi, ale za to teren był i tak dość mały, do tego niesamowicie niekomfortowy. Od godziny 17, do 24, na stojąco, względnie na betonowych schodach stadionu. Ochrona była niesamowicie skuteczna w usuwaniu ludzi, którzy rozkładali się na kocach, na niewielkich kawałkach zieleni, okalających stadion. Nas też usunęli z naszego kocyka. Jedna pani, matka niemowlaka, powiedziała, że zejdzie, dopiero jak wyląduje tutaj helikopter! Miejsce oceniam jako nieprzyjazne. Co innego, jeden dwugodzinny koncert, a co innego 7-8 godzinne spędzanie czasu na festiwalu, często z całymi rodzinami. W strefie gastro było nieco leżaków, ale mimo tego, że na stadionie( tudzież parkingu), byłam 20 minut, po otwarciu bram, nie było już żadnego wolnego leżaka. Także tego…. Pamiętacie moją relację z koncertu Dawida, również na tym stadionie? Również było jedno wejście i wyjście, to samo co wejście! Jedno wąskie gardło, które w przypadku jakiegoś zagrożenia, stanowiłoby niesamowite zagrożenie. Zresztą, tego dnia dostałam Alert RCB, ostrzegający przed burzami. Organizatorzy mieli mega szczęście, że burze przyszły, ale od 2 w nocy. Ochrona była bardziej zaangażowana, i sprawdzała plecaki, dokumenty tożsamości. Mimo jednego wejścia, weszliśmy bardzo sprawnie, wszystko dzięki temu, że na terenie festiwalu byliśmy naprawdę szybko. Po pracy, o 17.14, zaparkowaliśmy auto i w drogę, 5 minutowy spacer do bramek!

Kiedy weszliśmy na festiwal, nawet mi się podobało. Strefa gastronomiczna, była bardzo przyjemna. Zamówiłam ( bez żadnej kolejki) pierożki Din Sum, zjadłam je smakiem, na betonowych schodach. Ale wiecie, byliśmy po pracy, bez obiadu. Na wejściu każdy dostawała bezpłatny kupon na puszkę piwa Limonż. I tutaj zaskoczenie, bo na imprezach masowych, piwo powinno być łagodne i rozcieńczone, o maksymalnej ilości procentów 3,5. Limonż ma 4,5 %. My go nie wzięliśmy, ja nie piję alkoholu, a mąż kiedyś spróbował ten wynalazek, i wylał 3/4 puszki, a poza tym byliśmy autem. Widać napój słabo się sprzedaje, skoro dodawali go jako gratis do biletów. I ogólnie piwo przelewali do kubeczków ( wielorazowych i za kaucją), z normalnych butelek. Na pewno nie było to żadne lekkie piwo, przystosowane do masowych imprez. Z pewnością miało to wpływ, na to co zaraz opiszę….

Zacznę od tego, że tego dnia pogoda była niesamowicie wręcz upalna! Dacie wiarę, że o 23.55, było 29 stopni? W taki dzień należy solidnie się nawadniać, ale na pewno chodzi tutaj o zwykłą wodę, względnie piwo bezalkoholowe. Tymczasem ludzie chłodzili się piwem, i solidnie z nim przesadzali. Zresztą, już przed bramkami dopijali na wyścigi ćwiarteczki wódeczki! Jedna para, przerzucała butelki wódki przez płot, swojej koleżance, która weszła wcześniej i łagodnie łapała owe butelki… Naprawdę nie rozumiem, płacisz 200 zł za bilet i upijasz się jak świnia? Słońce nie pomagało, panowie ledwo szli prowadzeni przez swoje partnerki, siusiali gdzie bliżej, a wymiotowali jak na wyścigi… Czułam się niesamowicie zniesmaczona. Jak w recenzjach, mogę potwierdzić, atmosfera była letnio-sopotowo-klubowo-imprezowa. Może z 10% ludzi, przyszło tam na koncerty. Reszta przyszła na dobre picie, jakby to był jakiś piwny maraton. Największym hitem okazywały się staniki zamiast koszulek, skórzane spodenki i poprute kabaretki. Kolorowe makijaże, starannie ułożone włosy, elektroniczne papierosy i niekończąca się dolewka piwa. Na takich imprezach jestem za zakazem sprzedaży alkoholu. Ludzie psują koncerty, innym dookoła. Nie każdy ma ochotę oglądać przegląd żołądka nieznajomego. Albo nie chce wiedzieć, że po alkoholu kłócisz się z dziewczyną, która chce dociągnąć cię do domu, a ty uważasz, że właśnie zaczyna się świetna zabawa. Wiem, że Męskie Granie sponsoruje Żywiec, ale większości Ż wszedł za mocno! I żeby nie było, na poprzednich edycjach, najważniejsza była muzyka, ludzie nie przesadzali z alkoholem, potrafili się zachować, było pełno rodzin, nie tylko rodzice z dziećmi, ale i z dziadkami. Była atmosfera święta muzyki. Teraz zaś świętowano, ale piwo. A przecież do Octoberfest, zostało nieco czasu!

Czas opisać co działo się muzycznie. Zaczęło się od konceptu Johna Portera i Nergala, czyli Me and that men. Bardzo przyjemna muzyka, bardzo pasujące do idei Męskiego Grania! Takie rokowe, mocniejsze, ale w wersji łatwo dostępnej dla wszystkich. Po nim wystąpili bracia, czyli zespół Fisz Emade Tworzywo. Panowie mają talent, to moje pierwsze spotkanie z nimi i naprawdę było ciekawie. Szkoda tylko, że dostali tyle czasu, że mogli zaprezentować pięć utworów… Skromnie, skromnie. Kto dalej? Mioush, który porwał się na przedstawienie projektu Pieśni Współczesne, zaprosił sporo gości. Całość miała wielki rozmach i pokazała, że gość ma talent i muzyczne wyczucie. To było na pewno coś wielkiego, ale czy na pewno pasowało tego dnia? To było bardzo podniosłe, eleganckie, z klasą, osobiście wolałabym to usłyszeć w jakiejś sali koncertowej, najlepiej w filharmonii, bądź w teatrze. Na pewno nie w obecności piwnego miasteczka. Nie mniej, Mioush jest wyjątkowo ambitnym i wszechstronnym twórcą. Ma dar łączenia różnych gatunków muzyki i doboru gości. Czas na Ralpha Kamińskiego, który jest fenomenem na naszym rynku muzycznym. Chłopak jest odważny, utalentowany, perfekcyjnie przygotowany. Zarówno scenografia, układy taneczne i stroje-wszystko na tip top. I chociaż, jak i reszta, dostał niewiele czasu, to pokazał, że Bal u Rafała, to coś, na czym warto bywać. Mój jedyny zarzut? No cóż, tutaj wystąpił blok, nieco smętny Fisz, bardzo podniosły Mioush i liryczny Ralph. Nie było żadnego energetycznego artysty, kogoś kto porwałby tłumy, albo przynajmniej rozruszał przypadkową publiczność. Tym kimś miał być Dawid…

Niestety nie zrecenzuję Wam jego koncertu. Czemu? Gdyż koncert opóźniał się i opóźniał. Nie dziwi mnie to, wszakże pamiętacie z czerwcowego koncertu, że Dawid, niczym diva spóźnił się kawał czasu. Teraz przebił nawet reklamy na Polsacie, po prostu nie mogliśmy się go doczekać. A, że Fotograf rano szedł do pracy, wymęczony czekaniem i staniem, po prostu zarządził odwrót. Ja sama również byłam zmęczona, senna i rozczarowana. Dlatego chętnie ruszyłam do wyjścia i do auta. Dopiero przy wjeździe na obwodnicę, czyli jakieś 10 minut po naszym wyjściu, brat napisał- pojawił się. Kilkadziesiąt minut, po planowanym koncercie. Zaśpiewał 7 piosenek, dokładnie 40 minut! Taki to projekt specjalny, Dawid zaśpiewał 2 nowe piosenki, dwa hity i 3 hymny Męskiego Grania, w których miał zaszczyt zaśpiewać. I tyle. Żadnych gości, żadnych efektów specjalnych, żadnego niesamowitego wykonania. Ot, 40 minut, cześć jesteście wspaniali, wracajcie bezpieczenie do domu. W ogóle nie żałowałam, że nie zostałam, straciłabym chyba do niego całą swoją sympatię…

Totalnym nieporozumieniem było ustawienie scen. Były tak blisko siebie, że chcąc nie chcąc, wszystko ze Sceny Ż trzeba było posłuchać. A niekoniecznie miałam na to ochotę. Zaproszenie na scenę Ż takiego artysty jak Zdechły Osa. Ja nawet rozumiem, że ktoś lubi taką muzyczkę i kogoś to kręci. Ale na Boga muzyki, słuchanie tego czegoś, po prostu zabija we mnie wiarę w ludzkość. Najgorsze, że pod sceną stało dużo dzieciaków. Jakbym określić gatunek, to melorecytacje, taki punk-hip hop. Przed Wami fragmenty tekstów, które w żadnym radiu by nie poleciały, a ja musiałam tego słuchać.

Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny
Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny

co ty kur* piłaś spirytus
po wodzie chodzę z tobą jak Jezus Chrustus

..

kocham cie mała
mimo wyroków
na chu* jumałaś tamten samochód
teraz możemy być w dołku
bardziej niż teraz na dołku

No i Bedoes. Ten gość jest w Orkiestrze. Jego koncert umilał oczekiwanie na koncert Dawida. Ale czy umilał? Nie to, że mam coś do hip hopu, rapu, czy jak to tam nazywacie. Ale Męskie Granie, przyciąga całe rodziny, kiedy zaś słyszysz coś takiego, znów tracisz wiarę w ludzkość. Przede wszystkim Pan Bedoes przyśpieszył naszą decyzję o ucieczce. Tego nie dało się słuchać. Tego nie da się obronić. Może na jakimś blokowym festiwalu rapu?

I wiele z tych kurew chcialo by miec w ustach mojego chuja
zadna z tych kurew w polowie tak dobra jak moja niunia
nie jest smieje sie z was wyre i ta jedna ma skurwiele
moga przegrac no bo leje na nich zdeczka

Młody byk spójrz robię flex
ona pisze do mnie tekst
koleżanki z mojej klasy mnie nie chciały
dzisiaj pytają o seks (wróć)
dzisiaj pytają o seks ziomek
nie mam czasu pojebana pizdo
nie widzisz że kurwa robię cash borek

Mówię szczerze, jeżeli to ma iść w taką stronę, to ja dziękuję. Wolność artystyczna wolnością artystyczną, ale z kulturą, nawet i masową, to nie ma nic wspólnego. Ani nawet z muzyką, bo ciężko tam się dopatrzeć, czy dosłuchać jakiegoś rytmu, ładu i składu. Zawsze mi się podobało, że MG jest na poziomie. Niestety, ten poziom sięgnął bruku. Wszystko przez, w większości przypadkową publiczność, za dużą ilość Ż w głowie i trzewiach, oraz doborze artystów….

P.S. Czytam opinie o sobotniej imprezie, i tutaj wszyscy recenzenci byli zgodni – przyszła w 100 % inna publiczność, ta muzyczna. Taka która się po prostu świetnie bawiła przy świetnej muzyce, skupiona na muzyce, dająca innych jedynie pozytywną energię. Taka, która zrozumiała ideę Męskiego Grania. Chciałabym to sprawdzić na własnej skórze. Na ten moment wiem jedno, na piątkowe koncerty MG, nigdy w życiu już nie pójdę! Mam wrażenie, że ludzie, którzy złapali bilety na piątek, dowiedziawszy się, że nie będzie Orkiestry, sprzedali bilety przypadkowym ludziom.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Papierowe przemyślenia

„Miłość jest nie tylko uczuciem,
nie jest wzruszeniem ani zakochaniem się.
Jest dojrzewaniem, troską i wzajemną
odpowiedzialnością
za siebie.”

I tak, minął rok! Rok temu, dokładnie o tej porze, szykowałam się do tego wydarzenia, które zwało się nazywać sakramentem małżeństwa. I to już rok…

Czy coś zmieniło? Z jednej strony nic się nie zmieniło, z drugiej zaś, zmieniło się wszystko. Jesteśmy rodziną. Niby na papierze, bo przecież bez papierka, też można tworzyć rodzinę. Aczkolwiek, dla mnie osobiście, ten papier, był naprawdę ważny. Papier, sakrament, podpisy pod urzędowym dokumentem. To była ważna deklaracja, wobec siebie, Najwyższego i kilkudziesięciu świadków. Wiecie, nie jestem naiwna, nie mam 16 lat, nie wierzę we wróżki, wiem, że sama deklaracja i podpis, niewiele znaczą. Wiem, że to samo z siebie się nie uda i w ogóle, sam fakt, wzięcia ślubu, nic nie znaczy, bez pracy nas obojga. Ale ta deklaracja, pokazała mi, że traktujemy się poważnie i naszą relację, chcemy prowadzić to życie razem i razem przez nie iść. Że nie boimy się publicznie powiedzieć, że od dziś razem i na wieki i wieków. W zdrowiu i w chorobie. W niedostatku i w radości. Po prostu razem.

Dla mnie, osobiście, była to bardzo ważna chwila. I taki symboliczny moment założenia naszej małej rodziny. Jako żona czuję się świetnie. Jakoś tak dojrzalej i bardziej świadomie. Cieszę się, że jesteśmy małżeństwem. Że nie mieliśmy obaw i wątpliwości, że to po prostu był naturalny i kolejny krok. Tylko tyle, i aż tyle. No, może jeszcze to, że czujemy się jakoś tak, jakby silniejsi. Czy to magia obrączki?

Przez ten rok przyzwyczaiłam się do słowa – mąż i żona. Dzień po dniu, budujemy naszą rodzinę i jest nam naprawdę świetnie. Nasze kociaki są dopełnieniem naszej paczki. Codzienność nie zawsze jest bajkowa, ale to piękne móc na kogoś aż tak liczyć i wiedzieć, że ktoś za tobą zawsze stoi. Wspiera, popycha do przodu i wierzy w ciebie. Razem jakoś łatwiej znosić kolejne podwyżki rat kredytu hipotecznego!

Z wielką czułością wspominam dzień sprzed roku. Te emocje wciąż są we mnie, co do jednej. Wszystkie wspomnienia trzymam głęboko w sercu, pielęgnuje je i wzmacniam. I wracam dzień w dzień…

Jest naprawdę dobrze. I niech to trwa.

Ścieżka dźwiękowa- Budka Suflera – Szaro szary film

Filmowo

Długi weekend, mam dla Was małe filmowe polecenia i antypolecenie, jakby pogoda nie dopisała, albo marzyłby się Wam domowy weekend!

Batman. Nowość, świeżynka, w zasadzie. Obejrzałam, bo nalegał Fotograf. No cóż, nie jestem fanką tej serii, ani samego Batmana. Jako dziecko oglądałam jedynie animację i to by było na tyle. I ten animowany bohater, bardzo mi się podobał! Ta, dorosła i aktorska wersja, skusić miała wszystkich fanów Roberta Pattinsona. Hmm, mnie nie skusiła. Nie wiem czemu, ale to nie jest film w moim gatunku. Może jednak poruszyłby mnie ten film nieco bardziej, gdyby główny aktor nie był taki drewniany i sztywny. I nijaki. Robert pasuje do roli Batmana, jak pięść do noca. Albo taki z niego Batman, jak ze mnie Madonna. Gwarantuję Wam, że nie chcielibyście stać w odległości kilometra, przy mnie, na jakimkolwiek koncercie. Także tego, wymęczyłam się, obejrzałam do końca, ale nie będę fanką. Szczerze? To bardzo mnie zmęczył ten film, więc nie włączajcie Batmana, jeżeli nie jesteście fanami gatunku.

Moje wspaniałe życie. Film skusił mnie obsadą, Agata Buzek i Jacek Braciak- wiedziałam, że będzie co oglądać. Agata i Jacek grają małżeństwo z długim stażem. Dzięki najstarszemu synowi są już dziadkami. Mieszkają wszyscy razem w jednym domu. Rodzice, babcia, syn z żoną i synkiem, oraz najmłodsza pociecha, czyli nastoletni syn. Witek jest dyrektorem szkoły, Joanna to nauczycielka angielskiego, jego podwładna. Ich rzeczywistość jest nieco przerysowana, ale pokazuje prawdę – ciężko jest pogodzić wiele życiowych ról i ciężko być w pełni szczęśliwym, w chaosie codzienności. Tym bardziej, kiedy jak Joanna, jest się kolorowym ptakiem, i po prostu dusi się w kanonach matki, żony i młodej babci. Joanna chce więcej od życia, wciąż siebie poszukuje i odkrywa. Wciąż szuka szczęścia, na swój sposób. Jest pełna energii, chce walczyć o swoją przyszłość. Czuje, że świat ma dla niej coś większego, niż tylko doglądanie wnuka i cierpiącej na demencję matki. Joanna sprawnie żongluje między światami, prowadząc podwójne życie. Ale do czasu, bo mimo wszystkich zasad bezpieczeństwa, pada ofiarą szantażu, i grozi jej ujawnienie prawdy, o jej sposobach na znajdowanie szczęścia. Film jest bardzo dynamiczny i autentyczny. Szczery, empatyczny i nieoceniający. To film, który pokazuje cały wachlarz możliwości Agaty Buzek. Która ma dwie natury, tę domową i wyzwoloną, szaloną, pełną radości. Wyjątkowo dobrze się ten film ogląda i mogę go Wam szczerze polecić!

Wieczór gier. To taki film, który zaskakująco miło mi się oglądało, i naprawdę, sama nie wiem dlaczego. Przecież nie było to nic ambitnego, ani nic, co porywa za serce! Po prostu wieczór gier, który pewnego razu, nieco wymyka się spod kontroli. Grupa przyjaciół regularnie spotyka się na wieczory gier. Wybierają gry lekkie i przyjemne, ot, Milionerzy, Monopol czy jakąś wersję Scrable’a. Brat jednego z bohaterów, postanawia wynieść ich spotkania na wyższy poziom i angażuje do zabawy specjalną firmę, która organizuje wieczory gier, zgodnie z zamówionym scenariuszem. Ma dojść do porwania jednego z paczki, a reszta, podążając za wskazówkami, ma znaleźć porwanego. Kiedy dochodzi do porwania, zawodnicy bawią się świetnie. Nieco sprawy się komplikują, kiedy porywacze, okazują się być prawdziwi. Wtedy też zaczyna się prawdziwa zabawa. Tfu, gra, na śmierć i życie. Film obfituje w dużą ilość zaskoczeń, należy pamiętać, że to miks komedii i sensacji, nie ma tutaj wielkich dreszczy, za to kilka razy można solidnie się zaśmiać. Świetny film, by dobrze wejść w weekend i miło zacząć nowy tydzień. Dobra obsada i dobra zabawa gwarantowana. Szczególnie polecam wszystkim fanom gier!

Ścieżka dźwiękowa- Pustki- Wesoły jestem

A oni dalej grzeszą, Dobry Boże.

W letni czas miło ogląda się lekkie i przyjemne filmy. Takie mniej wymagające, dające za to ucieczkę od codzienności. Dlatego też wybrałam się na kontynuację filmu Za jakie grzechy, Dobry Boże. Tym razem rodzice czterech uroczych córek, świętują 40 rocznicę ślubu. Córki planują z tej okazji wielką imprezę. Postanowiły zaprosić swoich teściów, i ulokować ich w domu rodziców. W jednym domu mieszają się więc różne kultury, zwyczaje i podejście do życia. W dodatku brakuje jednego pokoju i jedno z zaproszonych małżeństw, musi zamieszkać w jurcie, w ogrodzie. I co tutaj robić? Trzeba dotrwać do imprezy! A wierzcie mi, to prawdziwe wyzwanie.

To taki film z cyklu łatwych i przyjemnych. Można się uśmiechnąć i oderwać od świata za murami kina. Rodzinne perypetie, sztuka dyplomacji i nauka mówienia wprost. Do tego mały kryzys, kiedy okazuje się, że 40 lat minęło, latka lecą i młodość przemija….

Oczywiście zięciowie ciągle przysparzają swojemu teściowi nowych zmarszczek.Wspólne mieszkanie w jednym miasteczku, nie jest aż tak atrakcyjne jak się wydaje.

Film na miłe, rodzinne popołudnie. Czyli idealny film na leniwą niedzielę.

Ścieżka dźwiękowa- Andrzej Zaucha- Byłaś serca biciem

Czego nie znoszę robić w domu?

Jak to mówią sobota dzień mopa, dlatego przychodzę z adekwatnym tematem.

Nie jestem perfekcyjną panią domu. I nie zamierzam być, nie kandyduję to tytułu najbardziej zapracowanej kobiety na świecie, bo nie zasnę póki nie usunę niewidocznego pyłku ze ściany. Aczkolwiek lubię mieć czysto i porządnie. Uważam, że wystarczy systematyczność. Ot, codziennie wystarczy kilka prostych czynności, by w domu było schludnie i niespodziewani goście nie będą zmorą. Dla mnie obowiązkowe jest codzienne odkurzanie- dwa koty w domu, więc jest to naprawdę obowiązek. Na bieżąco wkładam naczynia do zmywarki i na bieżąco sprzątam po gotowaniu. Staram się wszystko odkładać na miejsce i już, proszę bardzo. Jest odpowiednio. W soboty zaś sprzątanie zawiera dodatkowo mycie podłogi, przecieranie półek i półeczek z kurzu, mycie łazienki. Co druga sobota, to dla mnie mycie okien. Na szczęście obecnie jestem posiadaczką sztuk 3, więc ich mycie to chwila i moment. Aczkolwiek jest to kolejna syzyfowa praca, w końcu moja Franka prowadzi parapetowe życie i żywo konwersuje z oknem, a raczej tym co za oknem. W każdym razie odbicia jej łapek i pyszczka są wszędzie. A ja sprzątam, chociaż wiem, że efekt będzie trwać góra godzinę.

No dobrze, są rzeczy, które uwielbiam, ale są takie, które wywołują we mnie istne dreszcze. Niechlubną listę, rzeczy, których nie znoszę robić, otwiera mycie łazienki. Nie cierpię tego i cierpię, jeżeli mam to robić. Na szczęście Fotograf bierze to na siebie. Nie wiem czy mu się podoba, czy nie, ale dzielnie co sobotę wszystko pucuje. Ma nawet swoje ulubione „kosmetyki”, które mu w tym pomagają. Nie wnikam, oddaję tutaj pole w całości. Mycie łazienki zawsze mnie przerażało i chyba lekko obrzydzało! Szorowanie kafli, mycie toalety, pucowanie prysznicowej szyby? O, nie. To nie dla mnie. Dobrzy Bogowie, strzeżcie mnie przed tym!

Wiem, że wiele, naprawdę wiele osób lubi prasowanie, ja nie znoszę. Niby można przy tej czynności oglądać seriale, słuchać audiobooka, albo ciekawego podcastu, ale nie, nie przekonałam sama siebie. Znalazłam porady, jak wieszać pranie, by nie musieć go prasować. Latem noszę w 90 % ubrania z lnu, które mogą być pogniecione i nie jest to żadna wada. Jak już muszę coś uprasować, to wewnętrznie cierpię. I mówię tutaj szczerą prawdę. Zazwyczaj prasuję tylko to, co muszę, czyli to co chcę założyć danego dnia. Nie mam sterty ubrań do prasowania, nie prasuję regularnie i nie znoszę tego robić. Co ciekawe, bo jestem wielką fanką prania, godzinami mogę wybierać proszki do prania, uwielbiam wieszać i zdejmować pranie. Generalnie sam temat prania jest bliski memu sercu. Lubię deski do prasowania z bajerami, i dobre żelazka. Problem w tym, że z tych gadżetów, nie zamierzam regularnie korzystać. Nie i koniec. Ktoś też tak ma? Czekam aż ktoś wymyśli, ubrania które nigdy się nie gniotą, a jak się pogniotą, to same się wyprasują i doprowadzą do ładu. Świecie, szukaj rozwiązań!

Ten kto wymyślił zmywarkę, powinien dostać nagrodę Nobla. I to od razu pokojowego Nobla! Ileż to oszczędza kłótni i pretensji. Zmywania naczyń nie znoszę, tak jak diabeł wody święconej. Nie i koniec. Bardzo żałuję, że do zmywarki nie mogę wsadzić bambusowych desek do krojenia, czy patelni. Moje blachy do ciasta też niekoniecznie chcą się kąpać w tej maszynie. I cierpię, jeżeli muszę zmywać ręcznie. Staram się tego unikać jak mogę, nie wiem czemu. Mój brat uwielbia zmywać naczynia, bardzo go to relaksuje i pozwala uporządkować myśli. Moje myśli gubią się się, niczym płyn do naczyń na gąbce. O dziwo, uwielbiam wkładać i wyjmować naczynia ze zmywarki. Nałogowo wręcz sprawdzam nowości w kategorii tabletek do zmywarki. Odczuwam dziką radość, kiedy widzę czyste naczynia. Moją zmywarkę szanuję, cenię i wielbię. Chucham na nią i dmucham, to mój największy skarb!

Ścieżka dźwiękowa- Joe Bonamassa – Sloe Gin

Wiśniowa Kaśka

W ostatni piątek byłam na koncercie Kaśki Sochackiej. O dobry losie, jakie to było dobre, jakie idealne i jakie cudowne!

Tak, nie ukrywam, jestem zakochana w Kaśki głosie, tekstach i w jej skromności. To dziewczyna z sąsiedztwa. Jej talent broni się sam i nie potrzebuje żadnych ozdobników. Kasia występuje w zwykłym dresie, w normalnej fryzurze i codziennym makijażu ( o ile w ogóle jakiś jest). Po prostu śpiewa i gra. Jest sobą, świetnie się bawi, widać, że muzyka to jest pasja i jej życie. A jak ktoś robi coś z serca, to wychodzi to najlepiej. Mimo niesprzyjającej pogody= czytaj intensywne opady deszczu, przez cały dzień- a koncert był na świeżym powietrzu, nie poddałam się. Zaskoczył mnie dziki tłum, i co ciekawe, większość osób, była między 35-40 rokiem życia. Świetnie znała teksty, i śpiewała razem z Kasią.

Wiśnia, Niebo było różowe, Ciche dni, czy Sukienka. Jak dobrze było to usłyszeć. Kolejne, takie małe i malutkie, muzyczne marzenie spełnione!

zdjęcie organizatora- Faktoria Kultury

Ścieżka dźwiękowa- Kaśka Sochacka- Sukienka