Ślubna gorączka

W świecie show biznesu sprawy mają się jasno – skoro wzięłam ślub, ba zorganizowałam go, to znaczy, że jestem ekspertem i powinnam wydać książkę. Od małżeństwa też już jestem pewnie specem, dwa miesiące doświadczenia piechotą nie chodzi! A co tam, powinnam wydać ebook – małżeństwo jak z obrazka.

No dobra, skupię się na tym ślubie i weselu. Jak już pisałam, wiecie,to z moich wspomnień, jakoś nie miałam problemów z organizacją tego dnia, chociaż podeszłam do tego na luzie. Nie miałam dwóch lata na wybieranie serwetek i kształtu łyżeczek. Wiele rzeczy robiłam last minute, i było to fajne. W każdym razie,mam takie doświadczenia a nie inne, nie ma co się spinać i wariować. Nie da się wszystkiego zaplanować. Co z tego,że próbny makijaż miałam 7 miesięcy przed, skoro makijażystka zapomniała zarezerwować mi termin? Jeden sms do siostry i już miałam kolejną umówioną. Nikt nie przewidziałam tyle naprzód marszów równości, albo tego, że ciocia straci zęby. Czemu o tym piszę?

Przed ślubem zapisałam się do kilku grup, dzięki nim szybko udało mi się znaleźć DJ-a w jeden wieczór. Ale do rzeczy. Byłam i wciąż jestem pod wrażeniem, wielu, wielu postów o tematyce- mam ślub w 2023 roku, nie mam fotografa, czy ktoś ma jeszcze wolny termin? Wow, czy ktoś ma wolny termin? Dwa lata naprzód? Przeglądam instagram i widzę posty – ratunku, do ślubu 15 miesięcy, a ja już nie mam w co ręce włożyć! Te przygotowania to armagedon. Sprawdzam i widzę, że ten ktoś ma jasną wizję i jego ślub będzie iście królewski, ale i wymagający. Panna narzeczona 3 miesiące szukała idealnej szkatułki na obrączki…

Powiem szczerze, i bez cienia zbędnego chwalipieństwa. Miałam fajny ślub. Chociaż moja szkatułka miała złą datę – poza nami i świadkiem nikt nie zwrócił na to uwagi. W drodze do kościoła bukiecik pobrudził mi sukienkę, ktoś to widział? Nikt. Z DJ-em ustaliliśmy brak przyśpiewek, ale co miał zrobić kiedy goście intonowali Gorzko, gorzko? Nie miało być powitania chlebem i solą, tłuczenia kieliszków, było? Było. Czy było źle , bo było to poza planem? W żadnym wręcz razie.

Ten dzień niesie tysiące niespodzianek, i spraw, które wychodzą nieplanowane. Największą radością jest luz i gotowość na niespodzianki. Najlepsze przygotowania są na luzie. Najważniejsze to znaleźć odpowiednich ludzi, którzy znają się na swojej robocie. Dekoratorce wystarczyły 3 zdjęcia z pintaresta by wiedzieć jak udekorować salę. Właściciele sali zadbali o wszystko, więc praktycznie nic nie musieliśmy robić. Są rzeczy, które są nużące,ale trzeba je odbębnić – mówię o formalnościach, czy ustawianiu gości przy stołach. Ale, ale, kiedy patrzę wstecz, to moje przygotowania dawały mi masę radości, a nie cierpienia. W dniu ślubu byłam uśmiechnięta, i podekscytowana a nie zmęczona i sfrustrowana. Czy wszystko się udało. Pewnie, że nie. Czy przez to ślub i wesele były do kitu? Oczywiście, że nie! Ba, było pięknie i cudownie.

Moja przyjaciółka planowała ślub dwa lata, wybrała wszystko, goście zaproszeni, menu ustalone, suknia wisiała w szafie. Do ślubu 3 tygodnie, a tu klops. Okazało się, że właściciel ośrodka zgubił ich umowę i miał inną parę umówioną. Młodzi zostali bez sali. Czy ślub się odbył? Pewnie. Czy się udał? Oczywiście. Wszystko na nowo zorganizowali w trzy tygodnie. Nowa sala, transport i noclegi dla gości, dekoracje i powiadomienie ponad stu osób o zmianach. Wszystko w trzy tygodnie. Znając ich historię- byłam wtedy świadkiem, do swojego ślubu, podeszłam na spokojnie. Na względnym luzie i cieszyłam się każdym dniem. Były i gorsze chwile, ale cały ten czas oczekiwania wspominam po prostu z wielkim sentymentem. I wiem jedno, chętnie przeżyłam to jeszcze raz!

Ścieżka dźwiękowa- Artur Andrus – Ciocia w gablocie

Wesele

Wesele 2021, to takie poprawiny Wesela z 2004 roku. Prowincjonalna Polska, lokalny przedsiębiorca, mąż, ojciec i syn. Dziś wielki dzień, córka Ryszarda wychodzi za mąż. Kasia jest w zaawansowanej ciąży, marzy o wegańskiej knajpce w Irlandii. Jej przyszły mąż, Janek to prosty chłopak, kibic ( albo raczej kibol), patriota, ale łatwo go przekupić niemieckim autem.

Ryszard walczy o byt firmy, nie do końca uczciwymi metodami. Jego żona, Ela, walczy z alkoholizmem i szuka szczęścia. Zaś dziadek Antoni, w chwili ślubu wnuczki przypomina sobie trudne wojenne i losy, i wielką, zakazaną miłość, Leę.

Wesele się rozkręca. Kościół, Msza, życzenia, tańce i wesele. Tańczymy razem z bohaterami na grobach przeszłych pokoleń… Antysemityzm, brak tolerancji, obłuda, zakłamanie, pijaństwo. Kompleksy, chciwość, miłość i nienawiść, do obcych, ale i swoich. Sąsiadów i bliskich….

Film dzieje się na dwóch płaszczyznach. Ta współczesna to wesele Kasi i Janka. Retrospekcje dziadka przenoszą nas w wojenne czasy. Widzimy zakazaną miłość między Polakiem a Żydówką, Antkiem a Leą. Widzimy jak rodził się antysemityzm i jak rosła nienawiść. Czy dziś jest lepiej? Kiedy widać weselne sceny, mamy wrażenie, że historia niczego nas nie nauczyła. Że ciągle wierzymy w mit, tej Polski wiecznej ofiary, tych kryształowych ludzi. A zło i nienawiść czają się wszędzie. Ale wśród tego zła, znaleźć można szlachetne postawy, ludzi, którzy pomagali innym. I starali się odkupić zło, jakie sami zadali innym.

To film bardzo gorzki, smutny, brutalny i przejmujący. Zestawienie weselnej imprezy z wojennym dramatem, jest mistrzowskim zabiegiem. Połączenie tych dwóch światów, z początku razi, ale tak właśnie miało być. Ten film zmusza do refleksji. Chociaż nie ogląda się go lekko i łatwo. O nie! Czasami musisz odwrócić głowę, z niesmakiem, albo wręcz z obrzydzeniem. To naprawdę trudne i niemiłe dwie godziny, ale jakże nam potrzebne!

Co jeszcze? Świetni aktorzy, genialny duet Więckiewicz/Kulesza. Idealna dobrana muzyka, scenografia i zdjęcia. Wizualnie najwyższy poziom.

Jedno jest pewne, nie pozwoli ten film łatwo o sobie zapomnieć. Siedzi głęboko w człowieku, i po prostu go zawstydza.

Wesele” (2021) – recenzja filmu. Skutki narodowej (nie)pamięci -  Filmozercy.com

Ścieżka dźwiękowa- Lao Che- Drogi Panie

Górski postój

Wracanie z Pragi podzieliliśmy na dwa etapy. Postój zrobiliśmy moment przed Jelenią Górą w przepięknym miejscu, ale zanim do niego trafiliśmy, był postój w Szklarskiej Porębie. Postój którego solidnie żałowałam!

To był całkiem ładny dzień. Tak się zapowiadał i tak prognozowano. Dlatego też celem tego dnia, było odwiedzenie Wodospadu Szklarka. Zgodnie z tym co wyczytałam od parkingu, do wodospadu jest jakieś 5 minut dość wolnego spaceru. Super. Owszem, lekko niebo spochmurniało, ale w pogodzie nie było deszczu. Szukamy miejsca do parkowania i fakt, parking stoi, znak na wodospad stoi, ale miejsca nie ma. Ale co to dla nas, skoro jednego dnia w Pradze zrobiłam 30 tysięcy kroków, to i tutaj się przejdę. Po prostu zaparkujemy w centrum. W tymże centrum zrobiliśmy postój, kupiłam frytki i serek góralski, no i wodę mineralną. Zgodnie ze słowami pani z budki z frytkami, wodospad będzie za 35 minut. Kiedy tylko weszliśmy do lasu zaczęło kropić, ale fan aplikacji pogodowych uspokajał, że to minie za 3 minuty. 10 minut później lało, a my byliśmy w środku drogi nad wodospad. Nie dość, że lało, to ja miałam trampki! Parasol na dwójkę na niewiele się zdał. Byłam mokra, wściekła i szczerze? Jak już zobaczyłam ten wodospad to myślę sobie- serio? Tyle hałasu o nic! Wodospad jak wodospad. No dobra, był z pewnością uroczy i ciekawy, ale w spokojną pogodę. A nie kiedy w trampkach masz ocean! Bardziej niż wodospad , ucieszył mnie widok malutkiego schroniska, oznaczało to bowiem, że ucieknę przed ulewą i wypiję coś ciepłego. W środku był tłok, ale dostałam góralską herbatkę. Nie wiem co to było w środku, ale rozgrzewało niesamowicie! Szkoda tylko, że pomimo czekania w środku, niemal 40 minut, deszcz nie zelżał ani na sekundę…

No cóż, decyzja była tylko jedna, idziemy. Od schroniska do parkingu było 6 minut spaceru. Kilka kramów, daszki, odetchnęłam, zaraz zamawiam taksówkę, która zawiezie mnie do auta. I wiecie co? Nigdy, ale to nigdy nie spotkałam się z czymś takim. Do auta było z 3 kilometry. Gdyby kierowca powiedział mi, że podwózkę zrobi za 100 złotych, byłabym w siódmym niebie. Marzyłam by schować się przed deszczem i czym prędzej być u celu. Ale tego się nie spodziewałam. Pan odebrał, zapytał gdzie ma podjechać i już widziałam się w jego aucie, gdy powiedział- a ile osób będzie jechać? Mówię, że dwie, chociaż co to za różnica, płaci się za kurs przecież. Na to słyszę- dla dwóch osób mi się nie opłaca! Słucham? A co to za standardy? Jeden wielki dramat. Nikomu nie polecam taksówek w Szklarskiej Porębie.

Musiałam kupić i przywdziać płaszcz, tudzież pelerynkę w kolorze worka na śmieci. I iść główna drogą, bez pobocza i chodnika. To była dla mnie taka absurdalna scena, że po prostu cały czas się śmiałam. A może to i efekt tej góralskiej herbaty? Najgorsze, że ta droga w ogóle się nie kończyła. To były najdłuższe 3 kilometry w całym moim życiu. I nie kłamię! Droga tak się dłużyła, deszcz lał, w butach Ocean, i daję słowo, wcale nie Spokojny!

Kiedy w końcu doszłam do auta, musiałam się w nim przebrać.Tutaj ciekawostka, na wyjazd wzięłam tylko jedną parę butów, także tego, tych mokrych trampek nie mogłam na nic zamienić, po prostu je zdjęłam.Przed nami było 30 minut drogi do hotelu. A hotel był tak cudownym miejscem, że szybko zapomniałam o wszystkich niedogodnościach. Czytaj o weselu z dużą dawką disco polo. O tym, że do restauracji musiałam iść w pluszowych kapciach, o tym, że byłam przemoczona, ale w gruncie rzeczy zadowolona. Tam odpoczęłam, zjadłam dużo pyszności, a po wysuszeniu butów suszarką poszłam na mały spacer po pięknym ogrodzie. Dopiero tutaj, za Jelenią Górą znalazłam górski spokój. Szklarska Poręba nie zdobyła mojego serca…

Ścieżka dźwiękowa – Anna Jantar – Staruszek świa

Windą do nieba czyli nowy cykl.

Co można robić w Gdańsku? Wiadomo, można spacerować po Długim Targu, iść nad Motławę, albo podziwiać błękit zatoki. Ale jeżeli szukacie ciekawego miejsca na randkę, albo podziwianie miasta z innej perspektywy, to czas wjechać windą do nieba!

OBC to biznesowe centrum w Oliwie. Najwyższy budynek, służy nie tylko pracownikom firm, na samym szczycie najwyższego gdańskiego budynku, znajduje się taras widokowy. Jest tam również restauracja, gdzie można miło spędzić popołudnie czy wieczór. Ale najważniejszy jest widok, a widok jaki dostarcza nam 32 piętro. Ze 130 metrów dostrzeżecie całe miasto, i nie tylko, bo jak na dłoni widać również klif w Orłowie. Z jednej strony widać miasto, tętniące życiem i energią, a z drugiej strony połaci lasu Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Jesienią, kiedy korony drzew mienią się tysiącem barw, jest to magiczny widok.

Zresztą nie tylko widoki są zachwycające. Sama jazda windą to niezwykła atrakcja. Jeżeli jak ja, niezbyt komfortowo czujecie się w windzie, tutaj nie zdążycie się poddać niepokojom. Cała jazda trwa góra 20 sekund. Uwaga, zatykają się uszy! Prędkość tej windy jest kosmiczna, a jazda tak komfortowa, że mogłabym nią jeździć nią dzień dnia! I wiecie co? Nawet osoba z lękiem wysokości da tam sobie radę. Wiem, bo sprawdziłam na sobie.

Jeżeli zostajemy przy niebiańskiej tematyce, to bardzo blisko znajdują się Ole Swawole. Jest to lodziarnia, zlokalizowana naprzeciwko parku Oliwskiego. Obowiązkowy punkt jesiennej randki w Gdańsku. Bierzemy z tej kawiarenki herbatę, jesienną, z pieprzem, imbirem i cynamonem i dla kontrastu lody. Może te o smaku makowca i różanego ciasteczka? A może twarogowe i te o smaku turkusowej czekolady? Wybór należy do Was. Polecam zjeść lody na miejscu, wziąć kubek z herbatką i ruszyć ku parkowi. Buszowanie po październikowych alejkach to sama przyjemność.

To taki początek mojego nowego cyklu na ciekawe randki. Ale uwaga, mówiąc randka nie myślę tylko o randkach damsko -męskich. Randka może być z przyjaciółką, mamą, znajomymi ze studiów, albo samej z sobą. To taki cykl rozpieszczający i ruszający z domu. Dla mnie to dodatkowa motywacja, by nie ograniczać się jak ostatnio, jedynie do pracy i remontu.

Ścieżka dźwiękowa- Muchy – Lato 2000

Minął miesiąc. Wrzesień.

I minął wrzesień, zaczęła się jesień. Minął już ten wrzesień całkiem dawno, prawie połowa października, a ja dopiero podsumowuję wrzesień. Wstyd!

Tegoroczny wrzesień to deszcz, zimno, czas czapek i tych ciepłych jesiennych kurtek. Jak nie deszcz, to wiatr. Jak nie ulewa, to szarość i zimnica. I tak przez 90 % tego miesiąca. Początek był ładny, miałam , a w zasadzie mieliśmy sesję zdjęciową poślubną. Dwóch fotografów, a wyszło tak, że nie sprawdzili w jakich godzinach czynny jest skansen, gdzie ma być sesja. Także tego, pocałowaliśmy klamkę. Z drugiej strony to dziwne, że od września skansen w niedzielę jest czynny do godziny 16! Mówimy tutaj o dniu 4 września, dniu ładnej pogody, dniu pełnym słońca. Jako, że byliśmy na Kaszubach, mieliśmy sesję kaszubską, aczkolwiek odrobina rozczarowania we mnie się pojawiła. Ale zniknęła w dniu kiedy dostaliśmy zdjęcia ze ślubu i wesela. Pojawiły się u nas błyskawicznie, 3 tygodnie po ślubie. Ciągle do nich wracam i mam do nich ogromny sentyment! Moim skromnym zdaniem wyszły pięknie, ale to już zasługa idealnej fotografki, z wielkim talentem i sercem do pracy.

We wrześniu chętnie chodziłam do kina, byłam tam dwa razy. Nasze rodzime filmy, naprawdę są świetne i warto wspierać naszą filmografię. Mam jeszcze w planie dwa kolejne tytuły, ale to kiedy indziej. O ile znajdę czas i nie zamkną kin. W każdym razie wyjścia do kina to świetny pomysł kiedy na dworze była jesień w pełni, chociaż w kalendarzu wciąż lato.

We wrześniu zakładałam już czapkę i rękawiczki. A to dlatego, że poranki witały mnie 2-3 stopniami. Czapkę musiałam zakupić, bo zgubiłam moją idealną jesienną czapę. Nieco za nią tęsknię, ale nowa nie jest taka zła. Aczkolwiek nie nosiłam chyba nigdy we wrześniu czapki.

Cały wrzesień czekałam na wyjazd w Bieszczady, i ostatniego dnia września w końcu wyruszyłam, chociaż tego dnia trafiłam do Zamościa by szerzyć weselne wspomnienia. Mimo nawału pracy, udało się wyjechać i cieszyć wspólnym czasem. Od jakiegoś czasu uwielbiam długie jazdy autem. Nadrabiam wtedy czytanie 🙂

We wrześniu niezbyt wiele spacerowałam. Bo i pogoda, i brak czasu i coraz szybsze wieczory-podczas popołudniowego spaceru po Gdyni, odkryłam ze zdumieniem, że to nie jest 21.30, a dopiero 19!. Ale kilka razy udało mi się zajść nad morze, wypić pierwszą pumpkin latte i cieszyć słońcem. Albo chociaż brakiem deszczu. Zakochałam się za to w lawendowej herbacie i zbożowej kawie po południu. Znalazłam też kartonik kokosowych pralinek, które za 3 dni kończyły termin ważności. Podjęłam wyzwanie i zjadłam wszystkie w 3 dni. Brawo ja.

Upiekłam kilka świetnych ciast. Jedno zaniosłam na do przyjaciół i rozdałam 4 przepisy na prosty jabłecznik. Od jakiegoś czasu najlepiej wychodzą mi najprostsze ciasta, które robię jakby mimochodem. Te zyskują największe uznanie i znikają błyskawicznie. Opracowałam sobie szybką kuchnię, bo ciągle cierpię na brak czasu.

Wrzesień to planowanie remontu i dużo siedzenia na projektem kuchni. Spotkania ze stolarzami, latanie po sklepach i szukanie idealnego okapu. Meble się tworzą, sprzęty są, zostało czekanie na nową kuchnię. Nie mogę się doczekać, bo sama wszystko sobie zaprojektowałam. Ale wiadomo jak dziś jest, na wszystko się czeka. Okazuje się,że mój zlew jest robiony na zamówienie, a to stolarz ciągle czekał na materiały. W efekcie pół miesiąca mieszkałam z kartonami pełnymi sprzętów. W sumie wciąż mieszkam. Ale za to przemalowaliśmy sypialnię, ze zwykłej białej, stała się granitową białą, czyli wpadającą w odrobinę szarości. Poszło to mega sprawnie, uwielbiam malowanie! Myślę, że mogłabym to robić zawodowo.

Największą wrześniową zmianą, było pojawienie się Frani. Malutka, prześliczna, ale wymagająca kotka. Malutka, mimo szczepienia, zachorowała na szczątkowy koci katar. Kosztowało mnie to tydzień, kiedy to kompletnie nie spałam, bo inhalowałam malutki zatkany nosek. Dodatkowo Frania została porzucona przez matkę, cierpi na chorobę sierocą. Budzi mnie w nocy po 4-5 razy, domaga się głaskania, przytulania i pełni uwagi. Musi ze mną spać, a raczej na mnie. Odkąd Franusia jest z nami, nie przespałam ciurkiem żadnej nocy. Ale nie żałuję, bo Franeczka, chociaż szalona, daje nam masę miłości. Jest bardzo dzielna, pełna radości i oddania. Ma najpiękniejsze oczka na świecie!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Get the Balance Right

Zachwycenie Pragą. Część trzecia

Kto się stęsknił za moimi praskimi wspomnieniami? Dziś już ostatnia część mojej czeskiej podróży. Ostatnio dopadł mnie totalny brak czasu. Wróciłam z kolejnej podróży, a nie opisałam jeszcze tej! Czas nadrabiać zaległości.

Wyszehrad. Od hotelu dzieliło nas dokładnie 5 minut spacerem. Zdecydowanie chciałam odwiedzić to pełne historii miejsce. Wybraliśmy na zwiedzanie piątkowy poranek, było szaro i deszczowo. Nie chcieliśmy odchodzić daleko hotelu, dlatego to był idealny wybór. Szybki spacer i jesteśmy na miejscu. Spacer wokół murów obronnych, pięknie zachowanych i utrzymanych. Widoki są cudowne, w końcu jesteśmy na wzgórzu. Nawet w ponury dzień jest co podziwiać, na wyciągnięcie ręki mamy całe Stare Miasto. Nie będę oryginalna, ale ten widok naprawdę jest magiczny, i nie ma się go dość. Będąc w Wyszehradzie warto kupić bilet do podziemi. Wąskimi korytarzami idziemy razem z przewodnikiem, który niezwykle ciekawie opowiada o historii miejsca. Co chwilę żartuje i zwraca uwagę na detale, które mogłyby łatwo umknąć. Korytarzami dochodzimy do wielkiej sali, w której znajdują się oryginalne rzeźby z Mostu Karola. Sama nie wiem jakim cudem udało się im je zmieścić w podziemiach!

Co jeszcze zobaczyć? Bazylikę Piotra i Pawła, oraz cmentarz, gdzie spoczywają najważniejsze postaci dla Czech. Groby są bogate, bardziej to dzieła sztuki, niż typowe nagrobki. Polecam tam spacer, bo można odkryć ślady przeszłości i przepych dawnych rodów.

Zwróćcie też uwagę na Rotundę Św. Marcina i piękne rzeźby ukryte w parku. Miło się tam spaceruje i obcuje z przeszłością, która jest świetnie zachowana i pielęgnowana.

Mam wrażenie, że Wyszehrad to zapomniana część miasta. Turystów tam mało, dookoła jest kilka ciekawych, kubistycznych kamienic i kilka ciekawych knajpek, ale życie toczy się gdzie indziej. Może to wpływ pogody, ale było tam dość pusto i przez to nieco smutno. Ale na pewno musicie odwiedzić to królewskie wzgórze.

Ścieżka dźwiękowa- Archive – Sell out

Minął wrzesień. Książkowo.

Jak było czytelniczo we wrześniu? Dobrze! Wpadło 18 książek na liczniku, wynik więc bardzo dobry. A biorąc pod uwagę, że wrzesień to był bardzo aktywny miesiąc, wręcz zachwycający 🙂

Chwila dla tych pozycji, które nie wzbudziły mojego entuzjazmu. Cóż, cały cykl Julii Quinn Bridgertonowie. Wiem, wiem, serial, świat oszalał. Sięgnęłam po książki i cóż, wszystkie napisane na jedno kopyto. Przewidywalne do bólu, aż nudne. Nie mam w nich w ogóle ducha poprzednich epok. A przecież akcja toczy się w IX-wiecznej Anglii, wśród wyższej klasy. Bale, nieśmiałe zaloty, niewyszeptane słowa i aranżowane małżeństwa. Tutaj mamy nudne i sztampowe romanse. Chwilami miałam wręcz wrażenie, że bohaterowie naczytali się Greya i innych takich tytułów i spędzają 90% czasu w sypialnianych zaciszach. To książka dobra na dojazd do pracy, albo w poczekalni u dentysty. Obie wersje sprawdziłam. Aczkolwiek przyznaję, ja czytałam siłą woli, naiwnie licząc, że kolejna część będzie lepsza od poprzedniej… Nie musicie sprawdzać, zrobiłam to za Was. To nie jest dobra książka.

Co polecam? Rozmowy z przyjaciółmi Sally Rooney. Sally Rooney to z pewnością jedno z literackich odkryć ostatnich lat. O ile Normalni Ludzie, nie do końca trafili w mój gust, to Rozmowy z przyjaciółmi, okazały się książką, którą czytałam. z ogromną przyjemnością.
Cóż, fabuła jest lekko oderwana od rzeczywistości, ani też specjalnie oryginalna. Ot, zwykła studentka poznaje wpływową dziennikarkę Melissę, i jej męża, Nicka, aktora. Razem z przyjaciółką, korzystają z tej znajomości. Darmowe wakacje, sławni goście, drogie kolacje. Przy stole toczą się ciekawe i intrygujące rozmowy, a Frances zaczyna zbyt mocno fascynować się Nickiem….
Historia o romansie, fascynacji, zderzeniu młodości z dojrzałością nie jest szczególnie oryginalne. Ale rozważania Frances już tak. To książka, która daje czytelnikowi wiele rozkoszy i czystej satysfakcji. Prawie każda strona przynosi literackie perełki, coś co sprawia, że historia nabiera szlachetności.
Sally ma wielki talent. Ta książka jest wymagająca poprzez swoją konstrukcję, ale warto po nią sięgnąć . Jest po prostu rewelacyjna!

Czekanie miało coraz mniej z czekania, coraz więcej z życia takiego, jakim ono jest: rozpraszamy się różnymi zadaniami, a tymczasem to, na co czekamy, wciąż się nie wydarza.

Co się skrywa między nami, John Marrs. Nie sposób się od niej oderwać!
Historię opowiada raz Maggie, a raz Nina. Matka i córka, które mieszkają w jednym domu. Bohaterki często wracają do przeszłości, która jest kluczem do zrozumienia teraźniejszości. Dlaczego Nina więzi matkę, i dlaczego ona dość biernie przyjmuje rolę więźnia własnego domu?
Ta mroczna, rodzinna historia całkowicie wyłącza czytelnika z normalnego życia. Chce się tylko więcej i więcej. Chce się poznać prawdę, nawet kosztem zarwanej nocy i niewyspania w pracy. Książka oferuje niesamowite napięcie, w oczekiwaniu na finał. Co chwilę, któreś ze wspomnień wytrąca nas z rytmu i w zasadzie nie wiemy co mamy sądzić o matce, a co o córce. Jeżeli szukacie czegoś co całkiem Was pochłonie, to znaleźliście! 

Żadna z nas nie zdradza, co tak naprawdę chodzi nam po głowie. Nasze relacje opierają się na kłamstwach i niechęci do skutecznej komunikacji. Właśnie tak funkcjonujemy, chociaż być może „dysfunkcja” byłaby tu bardziej odpowiednim słowem.

Szczepan Twardoch i Pokora. Kiedy sięgam po kolejną książkę Twardocha, to czuję dreszczyk emocji. Czy mi się spodoba, czy znów się rozczaruję i uznam, że ten cały Twardoch jest przereklamowany, znów przerost formy nad treścią. Pokora nie tyle mnie nie rozczarowała, co chwilami zachwyciła.
Owszem, są tutaj przydługie opisy i chwilami męczące powtórzenia. Ale cała historia Aloisa Pokory, naprawdę wciąga. Jego marsz przez życie, wybory, decyzje i motywy. Wszystko rozgrywa w niezwykle ciekawych czasach, które niesamowicie wpływają na życie bohaterów.
To jedna z nielicznych książek Twardocha, którą szczerze polecam.

W środku mam pustkę, pustkę po tobie, Agnes, potrzebuję ją czymś wypełnić, mam gniew i nienawiść…

Ta druga, Michelle Frances. Bardzo dobra i solidna. Co prawda od połowy książki podejrzewałam jej zakończenie, ale nie obniżyło to jej wartości.
Emma dostaje szansę na prawdziwą karierę. Sukcesom Emmy, z trudem przygląda się Carrie, która trafiła na urlop macierzyński. Na rywalizacji obu pań zdaje się korzystać Adrian, mąż Carrie i szef Emmy. I kiedy myślimy, że wszystko wiemy, akcja skręca w inną stronę. Odkrywamy kolejne sekrety i mamy mętlik w głowie!
Lubię takie książki. Może i brakuje tutaj dreszczyku emocji, ale czytałam tę książkę z dużym zaangażowaniem.

Walter Tevis, Gambit królowej. Najpierw książka, potem serial. Tak było u mnie.
Gambit królowej to historia Elizabeth Harmon, która zostaje sierotą. W domu dziecka odkrywa grę w szachy. Staje się to jej obsesją i sposobem na życie. Beth jest oryginalna, nie znosi przegrywać, jest bardzo ambitna, ale i zimna, pozbawiona uczuć, skupiona na celu. Chce być najlepsza w tym co robi. A, że wybrała szachy, to chce zostać królową w tym sporcie.
Bet jest zdeterminowana na tym by odnieść sukces. Ta książka to zapis walki z przeciwnościami losu. Walki z uzależnieniami, niezrozumieniem i brakiem wsparcia. To smutny obraz drogi do celu. Ale, ale. Czytało się to niesamowicie ! Nie mogłam się oderwać od historii Beth..

– Jestem już wystarczająco dobra?
Zaczął coś mówić, ale przerwał.
– Ile masz lat, mała?
– Osiem.
– Osiem lat. – Pochylił się do przodu na tyle, na ile pozwalał mu wielki bandzioch. – Po prawdzie, mała, jesteś niesamowita.

Ścieżka dźwiękowa- Editors – Oh My World

Kulturalne polecenia-mały i wielki ekran

Coś na weekendowe dni. Kino, albo maraton serialowy. Ostatnio chętnie szłam do kina, bojąc się, że zaraz się zamknie. A serialowo spędziłam miło 3 wieczory. Ciekawe jestem na co Wy się zdecydujecie?

Zupa Nic. To film jak zupa jarzynowa, z różnych warzyw, i z tej mieszanki powstał wielki gar zupy. Dlaczego tak oceniam ten film? Bo składa się on z wielu wątków, po prostu opowiada o życiu. To jakby prequel do Moich córek krów. Główną bohaterką jest Marta, która dorasta i pokazuje nam trudne życie w komunizmie. Przewodnikami po tym świecie są jej rodzice, matka pielęgniarka, zaangażowana politycznie i ojciec, architekt, niepozorny, z sercem na dłoni, bez żyłki do interesów. Marta z rodziną mieszka w małym mieszkanku, poza rodzicami jest jeszcze babcia i młodsza siostra, Kaśka, z którą dzielić musi łóżko. Marta dorasta, poznaje smak przyjaźni i pierwszej miłości, oraz szyderstw ze strony kolegów. To taki film, który rozczula, wzrusza, wywołuje nostalgię. Bardzo miło się go ogląda. Po prostu przyjemny i sycący pozytywnymi emocjami. Obraz wyróżnia się świetnym aktorstwem, jasnymi barwami, mimo tego szarego PRL-u, czuć rodzinne ciepło. Chociaż bohaterowie się złoszczą na siebie, kłócą, mają siebie szczerze dość , chętnie wytykają wady, to Zupa nic koi i rozgrzewa. Naprawdę poprawia humor, wprowadza w dobry nastrój. Zobaczcie rodzinną radość z powodu dostania przydziału na małego Fiata! To antidotum na jesienną chandrę. Taki film o niczym konkretnym, ale konkretnie chwyta za serce. Starsi widzowie przypomną sobie swoją młodość, a młodsi poznają świat, który nigdy nie był ich udziałem. Bardzo miło pomysł na niedzielne popołudnie.

Zupa nic – recenzja filmu - naEKRANIE.pl

Teściowie. Kolejny film, na który bardzo chciałam iść. A decyzję, by iść jak najszybciej podkręciła zapowiedź przed Zupą Nic. Wiedziałam, że w następny weekend to będzie mój filmowy wybór. I cóż, to był świetny wybór. Łukasz i Weronika, młodzi przyszli państwo młodzi. Coś idzie nie tak, Łukasz ucieka spod Ołtarza. Zostawia zdezorientowanych rodziców- świetny duet Ostaszewska/Dorociński i jeszcze bardziej zdegustowanych przyszłych teściów-genialni Kuna/Woronowicz. Ślubu nie było, ale skoro wesele opłacone, to może chociaż zjedzmy obiad i napijmy się wódki? Goście w drodze. Rodzice Łukasza szukają powodów decyzji syna, wyliczają ile pieniędzy na to wszystko poszło, ale w głębi duszy cieszą się, że syn nie poślubi dziewczyny z innej klasy. Do luksusowego hotelu zajeżdżają skromni, prowincjonalni rodzice Weroniki. Szukają winnych hańby córki. Dochodzi do zderzenia dwóch różnych światów. Wesela zaś się rozkręca i nieobecności pary młodej, jakoś specjalnie się nie odczuwa. Zespół gra, wódka się leje, a konflikt między „teściami” przybiera na sile. Wybuchają wszystkie stereotypy i uprzedzenia, jad owinięty w słodkie słówka i jawna brutalność. Byłam bardzo zaskoczona, że mamy tutaj reżyserski debiut! Film jest naprawdę świetny, a przede wszystkim genialnie nakręcony. Tak zwane mastershoty, robią robotę i pokazują klasę operatora. To taki film, który ogląda się jednym tchem i zachwyca każdą sekundą! Koniecznie zobaczcie!

Teściowie": Maja Ostaszewska i Marcin Dorociński na zdjęciach promujących  polską tragikomedię [FOTO] - Radio ZET

Mare z Easttown. Wędrujemy na mały ekran, mini serial, 7 emocjonujących odcinków. W głównej roli genialna Kate Winslet, gra policjantkę bardzo oddaną pracy i zwykłą kobietę. Matkę, babcię, byłą żonę i córkę. Walczy o prawo do opieki nad wnukiem, przeżywa żałobę po śmierci syna i prowadzi skomplikowaną sprawę. W mieście znaleziono zwłoki młodej matki, kto ją zabił i dlaczego? Śledztwo podsyła różne rozwiązania, ktoś zataja prawdę, ktoś mówi za dużo… Rozwiązanie zagadki jest do ostatniej chwili nieoczywiste. A jak to się ogląda! Po prostu fenomenalnie. To taki serial, w skandynawskim stylu. Mała społeczność, smutne miasto, ciemne barwy i zagadka, którą nie daje się tak łatwo rozwiązać. Połączenie osobistych problemów ze śledztwem, nie jest niczym odkrywczym, ale ma się wrażenie świeżości i jakiejś lekkości. Wspaniałe aktorstwo, świetny scenariusz, tutaj wszystko gra. To siedem odcinków po godzinie, idealny pomysł na weekendowy serialowy maraton.

Mare z Easttown: sezon 1, odcinek 7 [finał sezonu] – recenzja - naEKRANIE.pl

Zachwycenie Pragą. Część druga.

I moje kolejne zachwycenie Pragą. Czyli kolejna część wymarzonej wycieczki do tego pięknego miasta. A jest o czym pisać i co wspominać! I sama już nie wiem, czemu jeszcze nigdy tam nie byłam! Także zapraszam!

Hradczany. To zdecydowanie najpiękniejsza część Pragi. Nie jest tak głośna i tłoczna. W ciągu tygodnia spokojna, kojąca, magiczna. I taka zielona, po prostu przepiękna. Z każdego metra tego niezwykłego miejsca, biła magia, historia i niezwykły klimat. Na Hradczanach są cudowne knajpki i najlepsze trydelniki. Można tam spacerować godzinami. Z atrakcji wiadomo, mamy zamek, piękne zielone tereny, magiczne widoki, ścianę Johna Lennona, bulwary nad Wełtawą. I wiecie co? Nawet w deszczowy dzień, jest tam pięknie. I nigdzie indziej nie wypijecie tak pysznej herbaty z listków świeżej mięty, cząstek limonki i miodu.

Hradczany to część miasta dla romantyków. Ja pokochałam ją dosłownie od pierwszego ujrzenia. Mieliśmy w planie zwiedzanie całego kompleksu, zamku i katedry, ale tego dnia gościli tam ważni politycy z Niemiec i nie mogliśmy wejść, musiały tam wystarczyć ogólnodostępne miejsca. Ale zdradzę Wam coś, widok z Hradczan na Pragę jest niesamowity! Wręcz bajeczny. Polecam wdrapać się na górę, i chłonąć te widoki, ile wlezie! A potem, wieczorem usiąść z jednej z miłych knajpek i odpoczywać, relaksować się, i chłonąć atmosferę tego miejsca. Jak dla mnie to zupełnie inne miasto. Tłoczne, i głośne centrum i romantyczne Hradczany .Zupełnie inna Praga! Przepiękna, spokojniejsza, wolniejsza, i bardziej zielona! Wystarczy przejść przez Most Karola i zanurzyć się w tym pięknym świecie! Ja przepadłam i mam wielką ochotę tam wrócić jak najszybciej!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Shake The Disease