Kołowrotek

Od kilku tygodni marzy mi się spokojny weekend. Taki na luzie. Najlepiej w piżamie. Ale kiedy patrzę w kalendarz to widzę, że najbliższy weekend bez planów mam za 6 tygodni. Od grudnia żyję trybem nauka, sesja, wykłady online. Praca, dom, ogarnę obiad, porządki, zakupy, nauka i znów nadchodzi poranek. A każdy weekend jest zajęty. I nawet jak zaplanuję błogie lenistwo i miły dzień w piżamie, albo chociaż część dnia, to i tak wychodzi mi dzień na wysokich obrotach. Styczeń mija błyskawicznie, a ja mam ciągle wrażenie, że nie wyrabiam się ze swoim planem. Od miesiąca czuję się chomik i zdecydowanie potrzebuję kilku chwil dla siebie. A ten czas dopiero za pięć tygodni. O ile znów coś nie wyskoczy…


Ścieżka dźwiękowa- Zbigniew Wodecki – Rzuć to wszystko co złe

Nad mroźne morze

Morze latem to takie typowe. A może zimą? W taki maksymalnie mroźny dzień? Nie jest wtedy pusto, plażę zaludniają bowiem miłośnicy morsowania. Ja zdecydowanie wolę spacerować w ciepłej kurtce, w grubych rękawiczkach i z termosem herbaty. Morze w mroźny dzień jest cudowne. Ten szum fal, ten zamarznięty piasek, rześkie, mroźne powietrzne, zdrowo i relaksująco. Uwielbiam te zimowe spacery. No może tylko nie lubię tego, że mi tak zimno i nie mam jak robić zdjęć.

Idę pod prąd. Roztopy, a ja wracam do mroźnego weekendu!

Kto już tęskni za białym puchem?

Ścieżka dźwiękowa- The Temptations – Papa Was a Rolling Stone

Śnieżne Kaszuby

Sobota. Od dwóch dni sypał śnieg. Było zimno, magicznie. Ale wiadomo co miasto to miasto. Żeby w pełni poczuć magię zimy, trzeba ruszyć za miasto. Do lasu. Stąd wypad na Kaszuby. Kanapki, termos z herbatą. Widoki po drodze. Zaspy śniegu. Zaśnieżone lasy. Wszechobecna biel. Magia i piękno.

Zimo. Tęskniłam.

Ścieżka dźwiękowa- The Cure – The End Of The World

Serialowo

Przed nami weekend. Mam nadzieję,że wszędzie będzie piękny i śnieżny. I mroźny. A wieczorem jak zasiądziecie przed ekranem z kubkiem gorącej herbaty z babcinym sokiem malinowym to….. Przede Wami moje 3 ostatnie recenzje seriali, które dopiero co skończyłam oglądać. Bardzo kobiece zestawienie.

Emily w Paryżu. To jest tak głupie, że aż śmieszne. Jest pewna dziewczyna, tak macie rację, zowie i się Emily. I Emily, musi przenieść się do Paryża w związku z pracą. Jest młoda, naiwna, nie zna języka, a jej pojęcie o Europie jest wyjątkowo stereotypowe. Takie samo jak o samej Francji. Czyli, Francuzi jedzą jedynie bagietki i naleśniki, są romantycznymi kochankami, a każda dama z Francji ubiera się w ciuchy z logo projektanta. Emily jest typową Amerykanką w Paryżu, a jej historie są naiwne i w ogóle nie śmieszne. Do tego ubiera się ona komicznie. Nawet Paryż nie ratuje tego serialu, nie łagodzi bezsensownej fabuły swoim pięknem i magią. Kompletna strata czasu. Nie wiem czemu Lily Collins zdecydowała się zagrać w czymś tak plastikowym, sztucznym i byle jakim. Emily dostaje zero gwiazdek na dziesięć możliwych. Kto może niech omija! Wróć, twórcy Emily, są tak dumni ze swego „dzieła”, że szumnie zapowiedzieli część drugą. Strach się bać!

Emily w Paryżu – Netflix prezentuje zwiastun serialu

Crown. O jejku, jak ja czekałam na kolejną część! Tym bardziej, że ta część w dużej mierze zajęła się postacią Karola i Diany. Dużo jest też Małgorzaty, siostry Elżbiety, oraz nowej postaci, wielkiej postaci, w postaci Żelaznej Damy. Dzieje się dużo. Oglądamy początki związku, czy też dziwnej relacji Diany i Karola. No cóż, serial nie oszczędza widzów, jak i samego następcy tronu. Związek z Dianą pokazany jest jako przymus. Widzimy całkowity brak uczucia Karola do żony i jego romans z Camillą. Diana cierpi na bulimię, jest młodziutka, zapada na zdrowiu i cóż, traci blask. Ten serial jest istnym arcydziełem. Każdy odcinek to uczta dla zmysłów. Ta elegancja, genialne aktorstwo, fenomenalny scenariusz i ta scenografia. Mam wrażenie, że każdy detal był intensywnie przemyślany, a każdy ruch ręką, nie jest dziełem przypadku. Kiedy oglądam ten serial, czuję się wyjątkowo. To naprawdę majstersztyk, prawdziwe serialowe mistrzostwo, które ciężko pobić. Podoba mi się dosłownie wszystko i w napięciu oczekuję kolejnych odcinków i sezonów. Aż łezka się w oku kręci, że nie da się tworzyć go wiecznie.

The Crown": Księżna Diana gwiazdą 2020 roku - Film w INTERIA.PL

Mrs. America. Cate Blanchett w serialu! To naprawdę rzadkość. Ale jaka udana to rzadkość! Wielkie starcie feministek z Glorią Stainem na czele! Cate jest po drugiej stronie barykady, to szczęśliwa żona i matka, która na każdym kroku podkreśla, jak wiele osiągnęła dzięki rodzinie i udanemu małżeństwu. Uważa,że świat jest wyraźnie podzielony na zadania męskie i damskie. Sama jest doskonale wykształcona, i mogłaby zrobić większą karierę niż jej mąż. Ale godzi się na bycie panią domu i liderką kobiecego ruchu, które zadaniem jest utrzymanie starego ładu. Czyli walka z równouprawnieniem, które pozwala kobietom wstępować do wojska. Dla konserwatystek to zbyt wiele. To pogwałcenie praw natury i odwiecznych porządków. Walczą z poprawką, która może zmienić bieg historii. Zachęcić kobiety do aktywności poza domem. A to zupełnie nie w smak Phyllis Schlaffy. Musicie zobaczyć ten serial, walka kobiet z kobietami. Bez brutalności, walka na argumenty i emocje.

Mrs. America. Premiera opóźniona przez pandemię! | Zagrano.pl

Ścieżka dźwiękowa- Lady Pank-Zostawcie Titanica

Minął rok, czyli podsumowanie dziwnego roku 2020

To zaczynamy. Czas na podsumowanie ubiegłego roku.Miesiąc po miesiącu.

Styczeń. Miesiąc spokoju, chyba nikt nie spodziewał się to co nadejdzie. To był taki spokojny, nieco leniwy miesiąc. Było kino, dużo spacerów, książek, gotowania i spotkań z przyjaciółmi. Pamiętam te chwile w kawiarni, kiedy spokojnie rozmawiałam z przyjaciółką i dyskutowałyśmy o wirusie. Jako o czymś dalekim, i pewnie takim czymś co do nas nie dojdzie. O my naiwne! Pamiętam jak kochałam wtedy wpadać do kawiarni na herbatę z cydrem. Taka normalność!

Luty. Zaczynało robić się nerwowo. Ale to raczej w drugiej połowie miesiąca. Byłam wtedy w teatrze, były spotkania z przyjaciółmi, miał być wyjazd do Warszawy, ale czymś się zatrułam i zostałam w domu. To byłby ostatni wyjazd na długie miesiące… W lutym już zaczęło się śledzenie newsów o pandemii, liczby chorych. Jakoś tak chętniej myłam ręce i jadłam więcej witamin. Ogólnie było niby normalniej, ale jednak pojawił się przedsmak stresu i niepokoju tego co może nastąpić.

Marzec. Zanim pojawiło się trudne słowo-Lockdown, było miło. 1 marca byłam w kinie na Małych kobietkach, Dzień Kobiet spędziłam w super restauracji na wystawnym obiedzie, a jeszcze 3 marca byłam w ukochanej kawiarni na wielkim brownie i zimowej herbatce. A zaraz potem pojawił się wirus. Zamknęli nas. No prawie. Ja chodziłam codziennie do pracy, robiłam zakupy raz na tydzień, nosiłam maskę i namiętnie dezynfekowałam dłonie. Świat stanął na głowie, a rodząca się do życia wiosna wydawała się po prostu przerażająca.

Kwiecień. Chyba okrzepliśmy w zakazach. Trwała trasa dom-praca. Raz na tydzień zakupy. Koncerty w sieci, czytanie książek, oglądanie seriali. Bardzo dziwne Święta, spędzone całkowicie w domowym zaciszu. Zawsze wydawało mi się, że jestem domatorem, ale przyznam szczerze, miałam dość,marzyłam by wyjść do ludzi, spotkać się z przyjaciółmi, wyjść do knajpy, obejrzeć film w kinie. A najbardziej marzyłam o tym, by po prostu iść na spacer, pojechać nad morze, do lasu, w spokoju przez park. Maski, dezynfekcja, stres w pracy, codziennie sprawdzałam informacje o pandemii, miałam wrażenie, że nie mogę ominąć żadnej informacji, żadnego newsu. Chyba się uzależniłam od bycia na bieżąco, łagodziło to mój stres. Pamiętam jak przed majówką można było wyjść na spacer, pojechałam nad morze. Sobieszewo, piasek,wolność! Czułam się jak nowo narodzona. Kupiłam też moją Rozalkę, czyli mój piękny,miętowy rower!

Maj. Mogliśmy w końcu wychodzić z domu. Pamiętam te emocje. Pamiętam radość w jaką wprawiła mnie wycieczka do Malborka! Pamiętam smak soku wiśniowego pitego w murach zamku. Założyłam sukienkę w kwiatki i czułam się jak królowa świata! Maj to zapach bzu, choćby nie wiem co, codziennie stał wazon w moim pokoju, a w nim świeże kwiaty. Maj oznaczał coraz więcej spacerów, na nowo odkrywanie miasta w innym wymiarze i reżimie. Pamiętam radość z pierwszej herbaty kupionej na wynos. Smakowała malinowo! Ogólnie w maju jakoś tak wzrosła we mnie nadzieja, dni były jakby piękniejsze. Po tylu miesiącach spotkałam się z przyjaciółką, codziennie jeździłam na rowerowe wycieczki i czułam, że idzie dobre!

Czerwiec. To był fajny czas. Bardzo fajny! Spotkałam się z Myszą i jej rodzinką! Spędziłam wspaniałe 4 dni w Jastrzębiej Górze. Miałam naprawdę wspaniały urodzinowy dzień.A raczej trzy dni, każdy z nich inny, ale po prostu idealny! Coraz więcej czasu spędzałam poza domem na długich spacerach, wypadach na pizzę, na gofry. Nie wiem sama, ale jakoś tak rosła we mnie nadzieja na normalność.

Lipiec. Było deszczowo, ale za to pięknie! Byłam na wakacjach, wynajęty domek, długie spacery po lesie, Odpoczęłam, nabrałam dystansu i czułam się po prostu wspaniale. Odpoczęłam, wypiłam masę mrożonej kawy, zjadłam dużo pierników i czułam ogrom spokoju. Poza tym lipiec to znów dużo spacerów, wspierania gastronomii poprzez obiady na mieście. Oczywiście cały czas dbałam o dezynfekcję, nosiłam chętnie maski, dbałam o dystans, ale czułam się po prostu letnio!

Sierpień. Wspaniały wyjazd na Mazury, genialny tydzień nad jeziorem, kolejna porcja gofrów i sękacza. Dni pełne słońca i radości. Ogólnie sierpień kojarzy mi się z ładną pogodą, borówkami, malinami, morzem, jeziorem i radością. Ciągle wspominam rejsy po jeziorze, letnie sukienki, i beztroskę. Powrót do normalności, to koncert Krzyśka Zalewskiego. W maseczce i z dystansem, w Operze Leśnej, Dziś wydaje mi się , że działo się to w innym życiu. Ale tak, to był cudowny miesiąc. Radosny, relaksujący i bardzo kolorowy. Byłam też na owocnym grzybobraniu, i przeszłam przez najpiękniejszą wydmę na świecie. Co prawda w gorący dzień było to ciężkie, ale czułam dumę,że dałam radę.

Wrzesień. Czuć było, że idzie jesień, ale jej się nie bałam. To znaczy inaczej, bałam się covidowej jesieni. Czułam, że będzie źle. Ale osobiście to był dla mnie bardzo produktywny czas. Zapisałam się na drugie studia i byłam z tego bardzo dumna. Poza tym zmieniłam miejsce zamieszkania, i jakoś tak czułam, że to będzie fajny czas. Poza tym było dużo fajnych wycieczek po okolicy, dużo morza, plaży, piasku i relaksu!

Październik. Hmm, miesiąc kiepski bo covidowy. Bardzo dbałam o rodziców, robiłam im zakupy, krzyczałam gdy nie nosili maseczek z roztargnienia, ale cóż, i tak zachorowali, I zarazili mnie. Październik był chorobowy i bardzo, ale to bardzo stresujący. W zasadzie cały miesiąc mogłabym przespać!

Listopad. Zaczął się ciągniącym covidem i kolejnymi obostrzeniami. Byłam bardzo ostrożna cały czas, unikałam ludzi i całe lato przechodziłam w masce, a tutaj proszę, zaraził mnie tata. Kolejny miesiąc z nerwami i stresem. Do tego masa pracy w pracy i po prostu sama nie wiem jak listopad minął. Było kilka przyjemnych dni, kilka dni ładnej pogody i kilka ciekawych spacerów. Ale jak zawsze, kiedy listopad się skończył byłam w siódmym niebie.

Grudzień. Święta, pierniczki,choinka i lampeczki. Wigilia, Święta i Sylwester. Dużo nauki, pakowanie prezentów i wiele fajnych spacerów, które okupiłam bólem nóg. Życzenia, prezenty i nadzieja w szczepionce, że następny rok będzie spokojniejszy!

Ścieżka dźwiękowa- Metallica – Eye of the Beholder

Minął miesiąc. Grudzień.

Grudzień za nami. Na szczęście koniec roku. Zawsze lubiłam grudzień, bo lubię święta. Lubię kupować prezenty, lubię też dostawać prezenty. Nic na to nie poradzę. Ten grudzień był wyjątkowo pracowity, męczący, spędzony w pędzie i napięciu. Jakoś nie mogę dojść do siebie po koronie. Codziennie walczę z bólem nóg, zrobiłam badania, jest wszystko ok. Ale zmęczenie zostało. I nie mija. Kiedyś bez problemu robiłam codziennie po 16 tysięcy kroków. Obecnie po 5 tysiącach chce mi się płakać. Kiedy musiałam podbiec 50 metrów do kolejki, kolejne 20 minut uspokajałam oddech i walczyłam ze skurczami łydek. Po wyjściu z pociągu nie byłam w stanie dojść 300 metrów do celu. Musiałam wziąć taksówkę. Czuję się gorzej niż babcia. Cały grudzień starałam się poprawić kondycję, ale efekty takie sobie.

Grudzień to czas nauki, były dwa weekendy, kiedy miałam zajęcia od rana do wieczora. To czas spacerów po plaży i podziwiania zimowego morza. Pierwsze świąteczne dekoracje i budowanie nastroju. Zakup choinki, lampek i bombek. Wieczór z kakao i ubieraniem choinki. Masa świątecznych hitów, pieczenia pierniczków i pierników. Dwa wieczory z przyjaciółmi, zwieńczone planszówkowym pojedynkiem. Maratony serialowe z siostrą, wspólne pieczenie, zakupy last minute i siekanie sałatek. Pierwszy raz w życiu zrobiłam śledzia i powiem Wam, że pokonał 35 letni przepis mojego taty. Sama go zjadłam i faktycznie, była moc!

Ostatnia noc w roku była dość nerwowa. Kitku się pochorował i trzeba było na cito jechać do Pana doktora. Kociak się przeziębił, miał wysoką gorączkę, wymagał zastrzyków. Był bardzo, ale to bardzo dzielny. A ja zaczęłam się zastanawiać jak mogłam tyle lat, żyć bez tego białego puszku?

Sylwester był domowy. Sałatka i fit sernik. O północy rzymskie ognie i życzenia. Oglądanie Pół żartem, pół serio i najlepszy dj w mieście, co miksował utwory niczym zawodowiec.

Grudzień nie był zły. Co prawda bez śniegu i mrozu. Za to z dużą ilością deszczu, ale przyniósł wiele miłych chwil i wspomnień. Pożegnałabym tylko tę świąteczną gorączkę i cały ten stres!

Ścieżka dźwiękowa – The Rolling Stones – Jumping Jack Flash

Minął Grudzień. Książkowo.

W grudniu przeczytałam 16 książek, całkiem zacnie. Aczkolwiek nie z każdej pozycji byłam zadowolona. Ale jak zawsze trafiłam na kilka ciekawych książek, które mogę śmiało polecić innym.

Zaczynam jak zwykle od minusów.

Gwiazdka pełna życzeń, bardzo na czasie książka od Klaudii Bianek. Książka na okres świąteczny. Miłość, rodzina i zbliżające się Święta. No cóż, powiem szczerze, czytając tę książkę miałam wrażenie, że czytam szkolne wypracowanie 14 latki. Oliwia jest szczęśliwie zakochana, ale nad jej związkiem pojawiają się chmury. Nie ma ona jednak czasu się roztkliwiać nad tym co się dzieje, bo opiekuje się tatą, siostrą, szykuje święta, pracuje na dwa etaty i jeszcze ma konflikt z mamą. Autorka bardzo szczegółowo opisuje poczynania Oliwii. Wiemy, w jakich godzinach pracuje, kto ile zapłacił za ciasteczko, kto ile za gałązki choinki, ile zjadła pysznych naleśników na śniadanie, hurtem wylicza wszystkie świąteczne prezenty i maszynowo opisuje przygotowania do Sylwestra. Tak trochę pamiętnikowo, dzienniczkowo. Coś dla nastolatek.

Łatwo zapomnieć, jak to jest być szczęśliwym.

Co mnie rozczarowało? Z pewnością Świątynia martwych dziewcząt Stephena Dobynsa. Zaintrygował mnie tytuł. I sam początek. Wow, liczyłam na świetną, trzymającą w napięciu książkę. No cóż, książka ma przyciągający tytuł, świetny początek i dobre zakończenie. Ale 3/4 książki, czyli większość, tak zwany środek to po prostu nuda. No cóż, sensacja, kryminał, powinny trzymać w napięciu , a ta książka nuży, i człowiek walczy by doczytać do końca. Gdyby nie zakończenie to bym musiała ocenić dużo niżej.

Plusy? Syn cyrku, czyli moje kolejne spotkanie z Johnem Irvingiem. To nie jest książka, którą pochłonie się w dwa wieczory. Syn cyrku wymaga czasu, ale odwdzięcza się swoim czytelnikom. Czym? Intrygą, złożonymi postaciami i emocjami, jakie niesie. Owszem, to nie jest typowa książka Irvinga, jest trochę zagmatwana, wymaga uwagi i chwilami można się zakręcić w fabule, ale chyba w tym tkwi urok tego autora. Zabiera nas w niezwykłą podróż, którą trudno jednoznacznie określić. To zupełnie inny, niezwykły świat. Bohaterowie występują w dwóch skrajnych osobach, i pokazują tym samym, że każdy z nas ma dwie natury, nikt nie jest oczywisty i łatwy do ocenienia. Nie żałuję czasu, jaki poświęciłam na ten solidny tytuł!

O Gandhim – Cholerna prządka, mędrek z przepaską na biodrach. Najpierw sprowadził religię do roli politycznej agitacji, a potem zrobił z politycznej agitacji religię

Maureen Lee napisała Florę i Grace, jak dla mnie fascynująca to książka. Historia, która wzrusza i to bardzo!. Ledwie nastoletnia Flora podczas wojny ratuje niemowlę. Mały Simon staje się jej synem. Ta książka, to historia życia Flory, które obfitowało w dramatyczne chwile i piękne momenty. To historia miłości, smutku, matczynej miłości, siły charakteru i życiowego optymizmu. Jednocześnie wzrusza i dodaje sił. Ja czytałam ją z dużą przyjemnością!

Wróciłam też do twórczości Johna Grishama, drugi raz przeczytałam Króla Afer. Podobało mi się tak samo, jak lata wstecz. Świetna, po prostu świetna książka Johna Grishama. Mimo, że wydaje się dość przewidywalna, to jednak stale trzyma czytelnika w napięciu. Czy można zarobić szybko miliony i nie zostać upomnianym przez los? Czy chciwość popłaca, czy można naginać zasady w imię zwiększenia stanu posiadania?
Król Afer to historia przeciętnego obrońcy z urzędu, który z dnia na dzień został złotym dzieckiem palestry. Czy jednak da mu to szczęście, i czy na pewno można dążyć do celu nie bacząc na innych? Ta książka zna odpowiedź. A czytanie jej jest czystą przyjemnością.

Teraz czas na małą podróż. Będzie to książka Martina Bootha, Amerykanin. Niezwykle skryty dżentelmen. To książka, do której trzeba się przyzwyczaić. Nie jest to typowa sensacja. Raczej coś w rodzaju spowiedzi życia człowieka, który musiał uciekać. Uciekł na włoską prowincję. Dużo więc tutaj sielskiej wsi, wina, miłych ludzi, dobrej pogody i lekkiego życia. Wszystko to przeplata się z miłosnymi kombinacjami i trudną przeszłością, która każe znów uciec. Czytało się bardzo przyjemnie.Ksiązka ma swój urok, styl. Jest ciekawym połączeniem gawędy z sensacją, choć tej drugiej tu zdecydowanie mniej.

Ludzie przemocy. Taka kategoria nie istnieje, wszyscy jesteśmy terrorystami, nosimy w sercu pistolet.

I na sam koniec Ja. Książka napisana przez Jami Attenberg. Zaskakująca to książka.
Kim jest Andrea? Jak to jest być Andreą, Ta książka to spowiedź 40 letniej kobiety, pokiereszowanej przez życie. Artystce bez weny, uzależnionej od alkoholu, z pokręconymi związkami na koncie i umierającą bratanicą. Ta historia smuci, wywołuje refleksje. Przyznam szczerze, oczekiwałam czegoś zupełnie innego. I bardzo pozytywnie się zaskoczyłam, chociaż książka pozytywna nie jest! 

Ścieżka dźwiękowa- Archive- Feel it

Stilo

Dziś kolejna wycieczka. Tym razem zabieram Was na najpiękniejszą, jedną z tych ostatnich naprawdę dzikich plaż! Bardzo szeroka, a idealnie białym piasku! Z drogą ku niej przez piękny, ciemny las. Mijamy po drodze latarnię morską, która wygląda jak wyjęta z bajki o Muminkach. Cisza, spokój, fale, które rozbijają się o brzeg, morze po horyzont… Czego więcej można chcieć od życia? Takim oto plażowym i wietrznym krokiem, wchodzę w Nowy Rok!

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- Sorrow

2021

Ten rok pokazał nam co jest najważniejsze. Zdrowie i rodzina, bliskie osoby obok nas. Takie, z którymi można spędzić trudny czas. Mieć wsparcie, i to wsparcie dawać. Wiemy za czym tęsknimy i co jest dla nas naprawdę ważne. Z czego bez żalu możemy zrezygnować, co zjadało nam jedynie czas i pieniądze. Wiemy więcej o sobie i innych. Wchodzimy w ten rok silniejsi. I tacy zostańmy. Silni, zdrowi, z nadzieją w jutro.

Ścieżka dźwiękowa- Martha And The Vandellas* – Dancing In The Street

I znów po Świętach

Jak co roku, Święta, Święta i już po! Minęło za szybko. Chociaż w tym roku nie miałam nadmiaru przygotowań. Wszystko z powodu studiów, ostatnie zajęcia miałam bowiem 20 grudnia. Od rana do wieczora, 10 godzin nauki online. Moje przygotowania wcześniejsze to zakup choinki, dekoracja i pieczenie pierników, które oczywiście nie dotrwały do świąt. I tyle.

Te większe zaczęły się w poniedziałek. Piekłam nasze rodzinne ciasteczka do mleczka makowego. Pomagała mi siostra. Testowała swoje domowe nalewki. Słony karmel, goździkówa i piernikowa lawa. Ja kroiłam i piekłam. Ona kibicowała. W przerwie na wyrastanie drożdżowego ciasta byłam odebrać prezent dla rodziców. A potem znów pieczenie.

Sama nie wiem czemu we wtorek miałam tyle pracy? Chodzi mi o pracę. Wróciłam z niej ledwo żywa. Umyłam jednak podłogi i zrobiłam listę ostatnich zakupów. W środę przed południem wyszłam z pracy. I się zaczęło. Zakupy, poszło błyskawicznie. Błyskawicznie też powstał barszcz, kompot nabierał smaku, siekałam grzybki na farsz do uszek. Wieczorem piekłam sernik, marynowałam śledzie dla taty i gotowałam mak. Zrobiłam nawet mini spa i obejrzałam Na noże.

W Wigilię wstałam wcześnie. Bo nie mogłam zaspać na otwarcie biblioteki. Po kolejnym zamknięciu otworzyła się, nie wiem na jak długo, postanowiłam więc być jak najszybciej i wymienić książki. Kiedy szłam do mojego ukochanego miejsca na ziemi, z uśmiechem witałam tłumy przed piekarniami. Ja zapobiegawczo pieczywo kupiłam dwa dni wcześniej, bez kolejki. Do zamrażarki i bach, polecam ten sposób. Ja spokojnie poszłam po książki, wróciłam, zaszłam do kościoła i do kuchni. Lepienie i smażenie uszek, krojenie warzyw na sałatkę, doprawianie barszczu, pieczenie ciasteczek do maku, marynowanie mięsa, gotowanie kompotu. W tle grały świąteczne piosenki, wszystko szło gładko, szybko i bezproblemowo. Wigilię spędziliśmy w rodzinnym gronie, na chwilę wpadła z babcia z życzeniami. Podzieliśmy się opłatkiem, mój brat ogłosił, że osiągnęliśmy odporność stadną i możemy się poprzytulać. Po kolacji, było rozdawanie prezentów. Trwało go naprawdę bardzo długo, Mikołaj się postarał! Następnie sernik, mleko makowe i mak z ciasteczkami. To był naprawdę miły wieczór.

Piątek to spacery, późne i pyszne śniadanie. Świąteczny Gdańsk. Zbyt twarda brukselka do świątecznej pieczeni i maraton z Modern Family. Kolejna część prezentów i czekoladowo – marcepanowa herbata. A następny dzień to kolejny serialowy poranek, zjedzenie ciasta na śniadanie, długi spacer na klif, kilka płatków śniegu, las, pyszne zrazy na obiad i obłędny tort bezowy. A wieczorem Czas na miłość i znów nie udało się, nie uronić kilku łez! Uwielbiam ten film i polecam każdemu na około świąteczny czas. Całe Święta jak zwykle minęły zdecydowanie za szybko. Ale te trzy dni były naprawdę miłe,smaczne i udane!

Ścieżka dźwiękowa- Brett Anderson-Dust and Rain