Minął wrzesień. Książkowo.

We wrześniu na liczniku 20 książek. Co prawda, przez pierwsze 4 dni choroby, nic nie czytałam, to potem zaczęłam nadrabiać zaległości. Ale powiem szczerze, jakoś ciężko mi się czytało, chyba naprawdę mam covidową mgłę mózgową, ciężko mi się skupić, szczególnie wieczorem. Ale do rzeczy, co polecam, a czego nie?

Co mnie zaskoczyło na minus?

Tomasz Piątek i Kilka nocy poza domem. No cóż, zupełnie nie mój klimat, nie moja bajka. Wyjątkowo się zmęczyłam czytaniem tej historii. Nie mówię, że autor jest kiepski, po prostu to nie książka dla mnie. Z tego co widzę, książka ma naprawdę dobre recenzje i ponoć ktoś już kupił prawa do sfilmowania tego dzieła. Nie wiem jak to określić, kryminał, albo sensacja. Dla mnie jednak totalne nieporozumienie.

Nie wiem co mi się śniło, ale było to coś związanego z masłem albo mydłem, w każdym razie z czymś męczącym.

Deidree Purcell, Marmurowe ogrody. Dość dziwna i niestety słaba książka. Niby o przyjaźni, niby o chorobie, a tak naprawdę o niczym. Matka nie może pogodzić się z chorobą córki i szuka dla niej ratunku w dziwnej organizacji, a w zasadzie sekcie. Po drodze życie jej przyjaciółki rozpada się na milion kawałków. Dość banalne i totalnie nijakie.

Zdecydowanie polecam Poproś jeszcze raz, Mary Beth Keane. To jedna z tych książek, które długo siedzą w głowie czytelnika. Które zmuszą do refleksji i zastanowienia się nad postępowaniem bohaterów. Jednym słowem, to naprawdę świetna książka, porusza, wciąga i wyciąga wiele, wiele emocji.
Kate i Peter dorastali razem, jak to sąsiedzi. Są równolatkami, chodzą do tej samej szkoły. Ich ojcowie razem pracują, ale rodziny nie są szczególnie zaprzyjaźnione. Wszystko przez dziwne zachowanie matki Petera. Anne jest zaborcza w stosunku do syna, denerwuje go jego dorastanie i samodzielność. Dodatkowo Anne, nie jest zbyt towarzyska i mimo szczerych chęci matki Kate, nie ma między nimi sympatii. Pewna noc, i jedno wydarzenie rozdziela nastolatków i determinuje przyszłe losy dwóch rodzin…
Czy po latach można zapomnieć o przeszłości? Jaki wpływ na nasze życie i postępowanie ma nasza rodzina? Czy z perspektywy czasu potrafimy zapomnieć i czy pierwsza miłość daje się tak łatwo wymazać z serca?
Ta książka jest naprawdę świetnie napisana. Długo siedzi w człowieku. Solidna porcja rodzinnego piekiełka! Muszę tutaj podziękować mojej przyszłej bratowej, że mi ją pożyczyła, przed swoim przeczytaniem jej!

Myśli, uczucia, wszystko to, co, jak się mówi, pochodzi z serca, wnętrzności, to wszystko procesy fizyczne, nie bardziej abstrakcyjne niż kość czy ścięgno.

Reyes Monforte, Pocztówki ze Wschodu. Bywa, w moim przypadku bardzo często, że książki, które opowiadają obozowe historie, mnie irytują. Są łzawe, nijakie, płaskie, i bardzo przewidywalne. Ale z Pocztówkami ze Wschodu jest inaczej. To naprawdę piękna, poruszająca, dająca nadzieję historia…
Ella, jest główną bohaterką tej książki. To żydówka z Francji, która znajduje się w obozie, w Auschwitz. Ella ma szczęście, ma talent i wpada w oko doktorowi Mengele, który lubi jej dwukolorowe oczy i słoneczne piegi. Skromna, delikatna dziewczyna, musi przetrwać. Asystuje doktorowi przy jego szalonych eksperymentach, nawiązuje przyjaźnie i cóż, miłość. Dba też o zachowanie pamięci z tego czasu, zapisuje wspomnienia na pocztówkach…
Ella przeżywa piekło, i to piekło, które powtarza się dzień w dzień. I wydaje się, że to piekło nie ma końca….
Naprawdę poruszająca książka. Pięknie napisana, z dużą czułością i empatią. Pochłonęła mnie całkowicie, więc śmiało ją polecam.

Tylko przekopując ziemię w obozie, można było napisać historię tego, co wydarzyło się na powierzchni. Ogień nic nie zwojuje. Pod gliną kryła się prawdziwa historia Auschwitz.

Magdalena Witkiewicz, Czereśnie zawsze muszą być dwie. To naprawdę piękna historia!
To ponadczasowa historia miłosna, która łączy pokolenia. A zaczyna się od niezwykłej przyjaźni między młodziutką Zosią, a starszą panią Stefanią. To pokazuje jak drobne, wydawałoby się całkowicie niepozorne wydarzenia, decydują o całym naszym życiu. Decyzja o wagarach spowodowała, że życie Zosi, naprawdę się zmieniło.
To historia pięknej, uniwersalnej przyjaźni. Przyjaźni, która może przetrwać wszystko. Ale i przyjaźni, która ma moc uzdrawiania poranionych dusz. Przyjaźni, która dodaje nadziei i może oszukać przeznaczenie.
Jak każdą książkę Magdaleny Witkiewicz, i tę czytało mi się po prostu wspaniale! Muszę dodać, że czytałam ją w złym stanie zdrowia i bardzo mi pomogła. Ma więc uzdrawiające moce!

Człowiek nie powinien być sam na tym świecie. Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. Tak jak człowiek, gdy kocha-rozkwita.

Maria Bennet, Hotel Angleterre. Ta książka opowiada losy młodego małżeństwa, Georga i Kerstin, których spokojne życie, przerywa na samym początku związku wojna i powołanie do służby. Kilka miesięcy zamienia się w kilka lat. Młodzi w zasadzie nie zdążyli się w pełni poznać, nacieszyć sobą, okrzepnąć w małżeństwie. On na dalekiej północy przeżywa bardzo ciężkie chwile, a trzyma go przy życiu myśl o żonie. Ona zaś musi wrócić do rodziców. Traci nadzieję na powrót męża, żyje wojenną codziennością i rozwijającą się przyjaźnią z Violą. Ta zupełnie inna od Kerstin dziewczyna, staje się kimś więcej niż tylko przyjaciółką Kerstin… Do czego doprowadzi ta znajomość?
Pierwszy raz tę książkę zobaczyłam kilka miesięcy temu u kuzynki, skusiła mnie okładka, niestety to nie była jej książka, a pożyczona od znajomej. Dorwałam ją w swojej bibliotece i czytałam z wielką przyjemnością. Uwielbiam takie historie, które rozwijają się na przestrzeni wielu lat. A w dodatku tutaj tłem jest wojna…
Owszem, to obszerna książka, ale czyta się ją z fascynacją i niesłabnącą ciekawością!

Pracują razem w więziennej bibliotece, ponieważ należą do najlepiej wykształconych więźniarek.

E. E. Lynes, Impreza sąsiedzka. W dwie minuty życie Avy zmieniło się o 180 stopni. Jej córeczka po prostu zniknęła, i to ze swojego własnego domu! Ava nie może sobie darować dania sobie przerwy, skorzystania z faktu, że mała jest grzeczna i szybkiego ogarnięcia prania. I przejrzenia Facebooka. Minął rok…
Dziewczynka wciąż jest nieodnaleziona. Ava jest w rozpaczy, chociaż jej mąż Matt, uważa, że powinni zacząć żyć normalnie. Jedna impreza u sąsiadów, zasiewa ziarno niepokoju w głowie Avy. Zdaje się jej, że wszystko co wiedziała o dniu zaginięcia Abbie, jest nieprawdą. A śledztwo dla niej, zaczyna się od nowa…
Książka wolno się rozgrzewa, taki jest zamysł autorki. Zakończenie jest zaś naprawdę zaskakujące i wielowątkowe.

Malwina Ferenz, Miłość z odzysku. To również książka, która pomaga dojść do zdrowia i ma silne właściwości terapeutyczne. To bardzo pozytywna i otulająca historia. To nie był dobry dzień dla Stanisława Koziołka, był na ogromnym kacu i marzył o wygodnym łóżku i tabletce przeciwbólowej. Tymczasem z powodu wiadomego stanu, Staszek popełnił pewien błąd. I ten błąd całkiem zmienił życie dyrektora szkoły, niejakiego Anatola.
Skromny i spokojny wdowiec, opiekun nastolatki, poważny pan dyrektor, musi wystawić drużynę w Biegu Niepodległości. Jest to dla niego wyzwanie, ale i okazja by lepiej poznać swoich nauczycieli i Barbarę, matkę nowego ucznia…
To naprawdę urocza, ciepła i zabawna książka, o tym, że uczucia nigdy nie przychodzą w porę i nawet najbardziej oporny na nie człowiek, w końcu pęknie!

Gabriela Gargaś, Kiedyś się odnajdziemy, Zawsze będziemy razem. Tym razem polecam od razu sagę, co prawda są 3 części, ja przeczytałam dwiem, ale po prostu tyle miałam w domu.

Bardzo lubię książki, które dzieją się na przestrzeni lat i pokazują dorastanie i rozwój bohaterów, w trudnych czasach.
Janka pochodzi z bogatej rodziny, z Wołynia. Jako dziecko przeżywa prawdziwą rzeź, straciwszy oboje rodziców, zmuszona jest uciekać z ciotką i szukać szczęścia w dalekiej i nieznanej Warszawie.
Tadeusz w trakcie Powstania, przeżył prawdziwą tragedię. Wydaje mu się, że na samym początku jego życie się skończyło, wtedy poznaje tak samo poniewieraną przez los Jankę…
To książka o miłości, przyjaźni, wielkich tragediach i życiu w tle olbrzymiej historii. Świetnie się ją czyta, od razu zabrałam się za drugi tom. A tam, mamy kontynuację losów rodziny Dobrzyńskich. Naturalną koleją rzeczy jest to, że po latach na pierwszy plan wysuwają się dzieci i to one są głównymi bohaterami opowieści. A ta opowieść cały czas tak samo zachwyca i tak samo świetnie się ją czyta.

Jakże pamięć potrafi zwodzić człowieka! Kiedy wydaje nam się, że o czymś zapomnieliśmy, wydarzenia z przeszłości powracają do nas nagłą falą, kiedy najmniej się tego spodziewamy.

Ścieżka dźwiękowa- Bloc Party – Exes 

Minął miesiąc. Wrzesień.

I po wrześniu, ot, przeminął nie wiem jak i nie wiem kiedy. Zaczęło się pięknie, bo urlopowo. Tydzień w pracy i reszta miesiąca spędzona w domowych, covidowych pieleszach. Nie będę oryginalna jeżeli powiem, że ten wrzesień był kiepski. I to pomimo tych wakacji i pięknych wspomnień. Zdecydowanie ta druga, kiepska połowa wszystko przyćmiła i sprawiła, że kiedy pomyślę o wrześniu 2022 jedyne co będę pamiętać to pościel, piżama i okropny ból gardła…

A zaczęło się pięknie. Wszystkie dzieci powędrowały grzecznie do szkoły, a my, bach, pakujemy się i w drogę. To była cudowna wyprawa i świetny czas w Górach Stołowych. Jeszcze nie zdążyłam Was zabrać w te wszystkie piękne miejsca, które widziałam, więc cierpliwości, zwiedzimy jeszcze całkiem sporo. To była nasza kolejka podróż z Franusią i cóż, to jest genialna towarzyszka podróży. Świetnie znosi drogę, bardzo szybko się aklimatyzuje. Ona jest naprawdę najszczęśliwsza jak jesteśmy blisko i jesteśmy zawsze gotowi do zabawy. A już najbardziej o 5 rano, tak, wtedy to najlepiej się bawi ukochaną kuleczką. Jestem z Franeczki niesamowicie wręcz dumna, to najdzielniejsza koteczka na świecie.

W temacie koteczków, to Filemon postanowił dotrzymać mi chorobowo towarzystwa i bach, zrobił mu się gigantyczny ropień na głowie, który nagle pękł. Dobrze, że już u weterynarza. Z mojej perspektywy wyglądało to jak solidny guz, ale jednak okazało się zakażeniem. Kawaler jeździ na zastrzyki cały tydzień. Nie muszę chyba mówić jak bardzo jest szczęśliwy z powodu chorowania i wizyt u weterynarza… Na szczęście jest ktoś kto cieszy się słabą kondycją brata, jest nią Frania. Mała sprawdza się jako kocia pielęgniarka i czuwa przy bracie, chodzi za nim krok w krok, nawet czuwa kiedy Fifi urzęduje w kuwecie. A on jakby taki spokojniejszy i dostojnie znosi zabawy młodszej siostry. Ot, choroba.

Miałam dużo planów na ten miesiąc. Po urlopie miałam zająć się moją pracą na studia, ogarnąć kilka kwestii, mieliśmy zająć się poważnie ogrodem. Tych planów było sporo, nie wyszło nic. Z jednej strony nie jestem jakąś maniaczką życia z planerem w dłoni, ale kiedy tyle planów mi się wali i sypie, to nie jestem zbyt szczęśliwa. Czuję, że straciłam ten miesiąc. I coś czuję, że to uczucie zostanie ze mną na dłużej. Mój krokomierz płacze, po bardzo udanym początku, stanął na kilku krokach dziennie. Średnia z tego miesiąca jest tragiczna.

Tak jak na dłużej zostaje ze mną kosmiczne osłabienie, codziennie, paskudne bóle głowy i całkowita utrata smaku. Na ten moment nie smakuje mi nic, Łącznie z wodą, herbatą, kawą, ba, nawet nuggetsy z McDonalda kompletnie wypadły z listy pyszności. Doszło do tego, że męczę Fotografa- zjem frytki, przywieź. On jedzie, przywozi, a ja jem jednego i mówię – toż to wata, i bach, nie jem dalej. Jem na siłę, jedzenie rośnie w buzi, nic nie smakuje, wszystkie jest papierowe, mdłe i kompletnie niesmaczne. Plusem jest to, że nie czuję kuwetowych zapachów i jestem wyjątkowo zadowoloną posiadaczką kotów. Obecnie mogłabym zrobić karierę w opróżnianiu kuwet, robię to z uśmiechem na ustach i bez grymasu skrzywienia. Aczkolwiek czekam na koniec koszmaru i powrót smaku! W kwestii waty, to w głowie też mam watę. Właśnie poznaję czym jest covidowy mózg!

A, zostałam posiadaczką 4 metrów lasu. Radio 357 sadzi las, można było kupić kawałek, to kupiliśmy. Jak tam drzewka podrosną to wpadajcie na grzybobranie, albo zrobimy jakiś piknik.

Jak widzicie to był dziwaczny miesiąc. Zaczął się obiecująco i pięknie. Szybko jednak zmienił się w niemiłe coś, co zniszczyło mi końcówkę lata. Ale w sumie jakiego lata? Pogoda błyskawicznie zmieniła się w listopadową. Pada, wieje, jest zimno, szaro i brzydko. Czekam na październikową poprawę pogody i napływ sił. Przyjmę też każdą ilość życzeń zdrowia!

Ścieżka dźwiękowa- Jennifer Lopez – If You Had My Love

Filmowo

Przegląd covidowych filmów, oglądanych z perspektywy łóżka.

Najmro. Kocha, kradnie, szanuje. Ależ dobry film! Idealny na weekend, lekki, bardzo przyjemny, szalone tempo, świetna muzyka, kolory, zdjęcia, aktorstwo-rozrywka na najwyższym poziomie. Naprawdę świetnie się go oglądało! Przegapiłam go w kinie, ale nadrobiłam w domowym, chorobowym zaciszu. To zdecydowanie film, dla tych, którzy lubią jak dużo się dzieje, jak akcja pędzi, jest dużo emocji. Przy tym filmie nie da się nudzić. Oparty na prawdziwej historii Zdzisława Najmrodzkiego, czyli przestępcy celebryty, który wielokrotnie wymykał się służbom. Ba, w tym filmie postać Najmrodzkiego, jest tak przedstawiona, że nie da się jemu nie kibicować! A do tego to kosmiczne i niesamowite zakończenie! Po prostu wow. Tak wiem, to nie jest film, który coś zmienia w życiu, ale za to daje niesamowitą i czystą przyjemność. Nie sposób nie uśmiechnąć się podczas oglądania. Naprawdę udana produkcja, ale kiedy w obsadzie mamy Dawida Ogrodnika i Roberta Więckiewicza, nie sposób mieć nieudany film. Czyli, jeżeli szukacie czystej rozrywki, to macie pomysł na wieczór.

Ojciec panny młodej. To taki film, który świetnie się oglądało w tym czasie, kiedy wciąż chora, ale już były jakieś tam przebłyski świadomości. Nowość z HBO MAX, co ciekawe film wyprodukował Brad Pitt, czyli po prostu trzeba obejrzeć. W głównej roli mamy Glorię Estefan i Andy’go Garcię. Tak jak mamy w tytule, jest panna młoda, będzie ślub i jej ojciec. Jak łatwo się domyślić, wyszła z tego komedia. Sytuacja jest następująca- Billy i Ingrid Herrera, mają za sobą kilkadziesiąt lat razem, i dwie dorosłe córki. Właśnie podejmują decyzję o rozwodzie, ale ogłoszenie tej rewelacji, przyćmiewa informacja o ślubie pierworodnej córki Sofii. Aby nie przeszkadzać córce w spokojnym przygotowaniu się do ślubu, rodzice postanowili trochę poudawać. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że ślub już tuż, tuż, a rodzice nie znają pana młodego. Ot, taka komedia, która może jakoś specjalnie nie cieszy, długo się rozkręca i w zasadzie jest bardzo przewidywalna. Ale mimo to ogląda się to w miarę miło i bez nerwowego zerkania na zegarek- kiedy koniec. Aczkolwiek moja opinia jest podyktowana chorobą i całkiem możliwe, że podczas normalnego stanu świadomości, byłabym na nie. Także ani nie namawiam, ani nie odradzam. Ot, sprawdźcie sami.

Elvis. To film o dziwnej relacji między królem muzyki, a jego agentem, Tomem Parkerem. To film o uzależnieniu ich od siebie, wykorzystywaniu artysty i o wielkiej chciwości, która prowadziła do upadku. No dobrze, wiemy jak wyglądało życie Elvisa, nie ma tutaj alternatywnego zakończenia. W teorii nic Was nie zaskoczy,ale po tym filmie, uznacie, że Elvis to zagubiony i bardzo wrażliwy człowiek. Nieco to teledyskowy obraz, głośny, kolorowy i błyszczący. Ale zdecydowanie ma coś w sobie. Przede wszystkim genialna rola główna, Austin Butler zagrał bardzo dobrze, albo nawet świetnie. Genialnie zagrał Tom Hanks. Jego Tom Parker, jest chciwy, egoistyczny i brutalnie pewny siebie. Film jest długi, ale się nie dłuży. Bardzo dobrze się go ogląda, i nóżka sama chodzi w rytm muzyki. Ten film niewiele zmieni w życiu, ale pozwoli dostrzec w królu, kogoś więcej niż gwiazdora w białym stroju. Polecam na sobotni wieczór, z pewnością będziecie śpiewać Elvisowe przeboje, niejeden raz!

Jak mądrze wydawać pieniądze. Ha, to nie jest typowy film, a dokument, bardzo na czasie. Bo opowiada o pieniądzach. Mamy tutaj czworo bohaterów i czwórkę ekspertów, mamy cztery różne problemy, cztery poważne tematy. Jeden temat to całkowity brak oszczędności, drugi to przeciwnie, nadwyżka finansowa i brak wiedzy co z nią zrobić. Jedna bohaterka ma długi, a kolejna para chce zapewnić sobie w ciągu kilku-kilkunastu lat, niezależność finansową i wczesną emeryturę. Wiem, że nie jest to może najbardziej porywający temat na weekendowe oglądanie, ale muszę przyznać, że ja oglądałam ten film z ogromną przyjemnością. W bardzo prosty sposób, pokazuje jak można zacząć oszczędzać i wykorzystać swój potencjał. To nowość, więc skupiamy się na obecnej sytuacji gospodarczej na świecie, próbujemy przechytrzyć inflację. Bardzo ciekawy, nawet dla laika. Nie zadręcza fachowymi terminami i zbyteczną wiedzą, a pokazuje co robić by nie stać się ofiarą obecnej sytuacji, a wynieść z niej korzyści. Dlatego serdecznie wszystkim polecam!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- World in my eyes

Covid. Wersja druga, poprawiona

W poniedziałek tydzień temu test pokazał jasno i stanowczo – ma pani covid. Zapraszamy na ekscytujący czas, pełen dziwacznych doznań…

Wiem, że wiele osób zapomniało, że istnieje taki sobie tam wirusik. Ale serio, on istnieje i atakuje, i chyba się cieszy, że wszyscy o nim zapomnieli. W mediach mówią – teraz to owszem, szybciej zaraża, ale za to jakie to łagodne, ledwo tam go zauważycie, ot, przeziębionko. I to takie, że w sumie niewiele kto się zorientuje. Także tego, ludzie zdjęli maski, przestali dbać o jakikolwiek dystans, przestali dbać o siebie.

Ja dbałam, nosiłam maseczkę w tłocznych miejscach, a już szczególnie byłam na to uczulona w komunikacji miejskiej. Jestem potrójnie zaszczepiona ( o ironio losu, miałam się doszczepić 4 dawką w ten weekend), jestem wyczulona na innych ludzi z infekcjami. Dezynfekcja? W każdej torebeczce mam zapas żeli i płynów. Unikam tłumów, zdrowo jem, codziennie posiłkuje się tranem i witaminą D. I co? I nic, co z tego, że ja to wszystko zrobię, skoro wejdę do autobusu, gdzie nikt nie nosi maski, gdzie ludzie kichają na potęgę i stoją na sobie… I właśnie ten dzień, kiedy musiałam do domu wracać pociągiem i autobusem, pociągnął mnie na samo dno…

Także tego, sprawdziłam to na sobie, byście nie musieli tego robić. Taka jestem gotowa do poświęceń. Ale naprawdę, proszę, nie powtarzajcie tego w domu…

We wtorek Fotograf miał wyjazdową sesję w Stolicy. Mi zostało dojechać do pracy i do domu komunikacją miejską, którą staram się omijać jak mogę. Tego dnia musiałam… I bach.

W niedzielę pojawiło się uczucie zatkanego ucha, ale pojawiło się zaraz po umyciu włosów, ot, musiała się tam wlać woda. Wzięłam kropelki do ucha i zapomniałam o sprawie. Po kilku godzinach pojawił się nieśmiały ból głowy, ale w zasadzie na dworze szalała burza, więc to żadna dla mnie niespodzianka, że tak reaguję na zmiany w pogodzie. Potem lekko drapało mnie w gardle, wzięłam tabletki z porostu, zrobiłam na wieczór herbatę z miodem, wzięłam nawet aspirynkę. Ot, tak dla spokoju sumienia. Zasiadłam przed ekran, bo właśnie Rolnik miał lecieć ( wybaczcie, to moja grzeszna przyjemność) i uderzyła mnie nagle taka niemoc, w połączeniu z okropnym bólem gardła. Tak jakby nagle w moim gardle zamieszkała banda dzikich bestii. Gardło mi płonęło, szczypało, drapało, kąsało, nie wiem co jeszcze. Szybciutko wzięłam silniejszy lek na gardło. Poczułam też tak silny ból nóg, że czułam, że nie dojdę do łóżka! Ból był niesamowity, jakbym spadła z roweru. Jakoś dotarłam do łóżka, targały mną dreszcze, na sucho, bez gorączki. Gardło piekło i bolało, głowa pękała, oj, nie było to miłe. I tak całą noc. Rano termometr pokazał 39 kresek, a musicie wiedzieć, że mój organizm nie gorączkuje bez powodu. Ja już tak mam, 99 % chorób przechodzę bez podwyższonej temperatury, ale jak już ona jest, to oznacza jedno – sprawa jest poważna! To był czas by zrobić test na koronawirusa, nie było na co czekać. Od razu pojawiły się dwie covidowe kreseczki. Dla pewności, tego samego rana zrobiłam kolejny test, który mąż przyniósł na świeżo z apteki, z innej firmy. I tak samo pozytywny. Nie było co się oszukiwać, zaczęło się piekło. I wcale nie żartuję i nie przesadzam!

Przez dwa dnia walczyłam z gorączką, która bawiła się ze mną w chowanego. Rosła, rosła i rosła. Na chwilę spadała i bach, znów rośnie. W życiu nie miałam takich dreszczy, leżałam w piżamie, swetrze, pod dwiema kołdrami, dwoma kocami, z termoforem w stopach, a i tak było mi przeraźliwie wręcz zimno. Najgorsze było to, że największe dawki Pyralginy nie dawały rady z tą temperaturą. Czułam, że zaczyna ścinać mi się mózg. W którejś godzinie gorączki zaczęłam coś tam mówić do męża, że na stypie po mnie, mają podać frytki, devolaye i surówkę z marchewki. A nie, to chyba jednak powinna być surówka z pora? Zdecydowanie wolę porową, i co z tego, że mi już będzie raczej wszystko jedno, chcę porowej, ja tego wymagam. Inaczej będę straszyć po nocach.

Jak minęła gorączka, to z racji równowagi pojawił się kaszel. Natychmiast straciłam głos i całkiem wszystkie siły. Bo te resztki sił, zabierał mi kaszel. Od razu mój kaszel przeszedł w tryb mokry i rozrywał wnętrzności. Nie było to w żaden sposób miłe i w zasadzie nie miałam chyba nigdy aż tak męczącego kaszlu. Może jak miałam 8 lat i miałam zapalenie płuc? Coś kojarzę, że wtedy nie było mi za fajnie. Katar nie dawał żyć, ucho bolało, a potem przytkało się, wydawać by się mogło, że na amen w pacierzu. Jakby było mało, to przeraźliwie bolała mnie głowa, nawet cichutkie radio grało za głośno. Dopadł mnie światłowstręt, dźwiękowstręt, generalnie chyba wszystkowstręt. Nic mi nie smakowało, nie miałam apetytu. Już nie mówiąc o piciu, to też słabiutko wchodziło. Okropnie bolało mnie całe ciało, każda kosteczka, każda chrząstka i każdy stawik w moim wnętrzu. Oczywiście mięśnie też. Nie byłam w stanie utrzymać sama kubka, piłam przez słomkę, i pod przymusem. Nie miałam siły na nic i było to obezwładniające i wyjątkowo przerażające uczucie. Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie mąż w domu, chyba musiałabym wezwać pomoc. Nie byłam w stanie przełożyć się na drugi bok, bez pomocy. Było to mocno upokarzające, czułam się jakby poraziło całe moje ciało, wszystkie funkcje życiowe zostały jakby wyłączone i przytłumione. To jedno z najgorszych odczuć w życiu, totalna niemoc, ból całego ciała, całkowity brak sił. Miałam wrażenie, że boli mnie wszystko, oddychanie, generalnie życie. Było to skrajne wyczerpanie, na granicy śmierci. I nie żartuję tutaj nic a nic. Dodatkowo pojawiły się niesamowite nocne poty. Owszem, latem trafiałam wiele razy na nagłówki artykułów- kiedy rano budzisz się zlany potem, to może być covid. I co? Fakt, ja się budziłam rano jakbym brała całą noc prysznic. Mąż mnie budził w nocy i zmieniał mi piżamę, po prostu ze mnie ciekła woda, jak z kranu. Nigdy nie miałam takiego przerobu piżam i pościeli, pralka działała codziennie. Nie będę Wam mówić jakie to męczące, wstydliwe i nieprzyjemne…. Schudłam ostatecznie 4 kilogramy, co przy mojej wadze wyjściowej, oznacza 8,3 % masy mojego ciała. Jestem trupio blada, widać mi wszystkie żyły i czuję się jak zombie. Do dziś nie mam siły by wyjść z łóżka, przebrać się w domowy dres i chociaż poleżeć pod kocem….

Czułam całkowity brak kontaktu z moim ciałem. Ja mówiłam jemu podnieś rękę, a ono nie, nie chciało słuchać. Z moim mózgiem też działo się coś dziwnego, proszę się nie śmiać. No dobra, możecie. Nie wiem co mi się popsuło, ale wyobraźcie sobie, że w sobotę, mąż poszedł na zakupy. Ja uznałam, że jednak bym coś zjadła i chciałam zrobić sobie kanapkę. Mąż wszystko przygotował, na stole leżał pokrojony chleb, ser, szynka, pomidorki, nic tylko zrobić sobie kanapeczki. Kanapkę złożyłam, ot zwykła, chleb żytni, szynka, pomidor. Położyłam to na talerzyku, wsadziłam talerz do mikrofalówki, i cóż, włączyłam największą moc, największy czas i wróciłam do łóżka. Szybko zaczęło się dymić, mieszkanie w gryzącym dymie, a ja dzwonię do męża, że mamy pożar. Ten wraca przerażony co się dzieje, i znalazł, spalony talerz ze zwęgloną kanapką. A ja o niej kompletnie zapomniałam. Przy czym nie chciałam zrobić sobie tostów, tudzież kanapki na ciepło. Ja nie kojarzyłam w ogóle po co ją tam włożyłam, i zapomniałam o tej czynności. Już mnie dopadła mgła covidowa….

Tak naprawdę to po tygodniu ciągle się czuję jakbym była z waty. Nie mam siły, po 13-14 godzinach snu, jestem zmęczona i senna. Mam kaszel, chrypę, katar i ból ucha. Moja aktywność ogranicza się do spacerów do łazienki. W kąpieli musi mi towarzyszyć mąż, bo stanie pod prysznicem generuje ogromne zawroty głowy. W zasadzie to wciąż mam wrażenie jakbym płynęła na jakiś jachcie w czasie sztormu, w głowie mi wiruje non stop. Ale nic nie przebije tego jak bolą mnie nogi. Z jednej strony czytam, że to dość normalne, ale z drugiej codziennie płaczę z tego bólu. To jakiś kosmos!

Generalnie jest bardzo źle, i tak naprawdę to w całym swoim 34 letnim życiu, aż tak nigdy nie byłam chora. Nie życzę tego nikomu. Ale za to życzę Wam dużo dystansu… do innych ludzi. Unikania tłumów i życzę Wam maseczki na buzi. Lepiej mieć kwadrans dyskomfortu, niż chociaż godzinę męczarni, którą przechodzę od tygodnia!

Ja dodatkowo mam to szczęście, że mam kochanego brata, który jest lekarzem, i do z tego praktyką po oddziale covidowym. Mogę do niego dzwonić 24 h na dobę i czuwa nade mną, mam dobrą opiekę. Ale nie każdy tak ma….

Nie ściskam, by nie zarazić.

Ścieżka dźwiękowa- Lenny Kravitz – Frankenstein

Kosmetycznie

Tołpa, Pre Age, energizujący krem na dzień. To krem dla nas, dziewczyn i kobiet, które zmagają się z niedoskonałościami, ale mają więcej niż 25 lat. To pielęgnacja przeciwzmarszczkowa, i jednocześnie matująca i zwalczająca trądzik. Zaciekawił mnie ten opis, oraz promocyjna cena w Rossmannie. Krem kosztował 22 złote, więc chętnie po niego sięgnęłam. W porównaniu do innych kremów antytrądzikowych, ten jest dość bogaty i konkretny, ale szybko się wchłania, nie zapycha cery, o dziwo, zostawia uczucie lekkości. Niesamowicie wygładza i nawilża cerę. Dodaje jej zdrowej porcji energii- to pewnie wynik witaminy C w składzie. Krem bardzo fajnie działa na moją cerę, mam wrażenie, że zaspokaja jej obecne potrzeby. Rozjaśnia ślady po niedoskonałościach, świetnie nawilża i wygładza cerę. Myślę, że jest świetny na obecną porę roku. Nie jest bowiem leciutki, świetnie nadaje się na chłodniejsze dni, kiedy cera wymaga nieco większej opieki. Na plus świetny zapach, fajne opakowanie i niską cenę.

Garnier, żel do twarzy oczyszczający i zwężający pory. Kupiłam go, bo akurat był w promocji. Jakoś specjalnie nie zastanawiałam się nad tym zakupem, ot, wiedziałam mniej więcej czego można się po nim spodziewać. Zależało mi na naprawdę solidnym oczyszczeniu cery i tutaj sprawdza się świetnie. Już sam zapach odświeża i oczyszcza, to zasługa eukaliptusa. Żel jest wydajny, ale mocny. Co to znaczy? Nie daj Boże, wpadnie Wam choć odrobinka do oka! Płacz i ból gwarantowany. Poza tym dobrze oczyszcza, odświeża, pozostawia uczucie świeżości i czystości. Zmniejsza pory, i doskonale matuje. Dla mnie minusem jest to, że jest taki niedelikatny wobec okolicy oczu, praktycznie codziennie sobie je nim zachlapię. Ale to w zasadzie efekt mojej niezdarności. Polecam tylko tym, którzy mają niedoskonałości, dla innych cer będzie za silny i niepotrzebnie ściągający.

Luksja, kokosowy żel pod prysznic z nutą gardenii. To coś dla fanów aromatu kokosa, to jest tak jakbym naprawdę kąpała się w mleku kokosowym! Zapach jest świetny, działanie w sumie jak to żelu pod prysznic, myjące, delikatne, nie podrażnia i nie wysuszona. Zapach zostaje na długo, miło otula skórę. Dla mnie najważniejsze jest to, że żel jest naprawdę wydajny, pięknie pachnie i zostawia skórę miękką. Tyle mi wystarczy.

Avon, Far Away, Splendoria. Ostatnio mam szczęście do tej serii, podobają mi się zapachy z tej serii, są naprawdę ciekawe i takie mało Avonowe, czyli ciekawe, oryginalne i świetnie się trzymają. W moje ręce wpadła nowa Splendoria. Czy jest udanym produktem? Zapach jest już jesienno-zimowy, czyli orientalno-waniliowy, z tych cięższych i konkretniejszych zapachów. Główną nutą ma być Biały Oud, czymkolwiek jest. Ja czuję tutaj głównie śliwki i wanilię. Jest deserowo, korzennie, jakbym otuliła się mocno korzennymi śliwkami pod kruszonką. Ale słodko, nie znaczy dziewczęco i nudnie. To z pewnością kobiecy zapach, na wieczór i z pewnością, nie dla młodzieży, bo chyba będzie dla nich za ciężki. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, ten zapach mnie oczarował i sprawił, że czułam się „luksusowo” w zwykłym swetrze.

Ścieżka dźwiękowa- Muse-Plug in baby

Moje odkrycie. Czyli Nowa Ruda!

Nowa Ruda, to miastecko, które nie jest jakoś wybitnie popularne. To nie jest miejsce, które aż krzyczy z każdego przewodnika- odwiedź mnie. Wręcz przeciwnie. To miejsce po prostu czeka na odkrycie jego możliwości, jego piękna i jego tajemnic.

Czemu tam w ogóle trafiłam? Okazało się, że to jedyne większe miasto, w okolicy naszej bazy. Kiedy zaczęłam sprawdzać co w nim ciekawego, od razu pojawiły się informację o niesamowitej kawiarni, Białej Lokomotywie. To kawiarnia bez menu, takie miejsce, gdzie odpowiednio dobrany personel, sam ocenia czego nam akurat potrzeba. Nie ma menu, nie ma cennika, wizyta tam, to niesamowita przyjemność dla każdego fana kawy. I okazja do przeżycia niespodzianki, to taka wersja Kinder Jajka dla dorosłych, nie wiecie co dostaniecie. A naprawdę dostaje się prawdziwe cudeńka. Nigdy nie piłam tak ciekawej kawy, która jakby została dla mnie stworzona. Dostałam pyszny miks kawy z białą i gorzką czekoladą, z kremową pianką z mleka owsianego. Fotograf dostał kawę, którą po 48 godzinach, ożywiono wrzątkiem i parzono z suszonymi jabłkami. A te desery? Po prostu niebo w gębie. Ja to prosta kobieta jestem, wystarczy dać mi gorzką czekoladę i już jestem w siódmym niebie.

Ale nie tylko Nowa Ruda kusi kawiarnią, całe miasto jest przepięknie położone, na wzgórzu, widoki z Rynku, są przepiękne. Na samym Rynku, mamy przecudne, uroczo zmodernizowane kamieniczki. Dodatkowo rezydował tam kotek ( domowy, ale wypuszczany), który wyglądał jak Franusia i wręcz żądał mizianek. Po prostu słodziak.

W Nowej Rudzie należy udać się na spacer, wzdłuż Domów Tkaczy, nad rzeką. To bardzo ładnie odrestaurowany teren, który zachęca do spacerów i odpoczynku wśród kwiatów. W mieście mamy również kopalnię, którą można odwiedzić, bo dziś jest nieczynna, ale otwarta dla zwiedzających. Pod samą Nową Rudą, mamy też przepiękny wiadukt kolejowy. Pewnie dla lokalnych mieszkańców, to już żadna atrakcja, ale dla mnie, ten wiadukt był monumentalny i niemal magiczny. Chociaż jest on w średnim stanie, to wciąż jeżdżą po nim pociągi!

To była krótka relacja, z uroczego miasteczka, w którym warto iść na spacer i na pyszną kawę.

Ścieżka dźwiękowa- The National – Empire Line

Czeskie Skalne Miasto, odwiedzam Adrspach.

Nie lubię tego momentu, kiedy urlop się kończy i trzeba wrócić do codzienności. Ale, ale, od czego są wspomnienia. Wracanie do nich, na nowo rozgrzewa emocje, i przenosi mnie na powrót w cudowne, wakacyjne dni. Dziś zabieram Was na wycieczkę do Skalnego Miasta. Będą emocje!

Miejscowość Adspach leży w Czechach, bardzo blisko naszej granicy. Będąc jak my, w Górach Stołowych, nie sposób nie wybrać się tam na wycieczkę. Najpierw bilety, te najlepiej zamówić przez internet. Wystarczy wybrać dzień i godzinę wejścia. Jeżeli jedziecie autem, od razu ogarnijcie bilet na parking, za dwie dorosłe osoby i parking, zapłaciliśmy 93 złote. Do miasteczka dojeżdża też pociąg kolei Dolnośląskich, jeździ on w sezonie turystycznym, z Wrocławia, przez Wałbrzych. Mała podpowiedź, bilety na poranne i popołudniowe wejścia, objęte są rabatem. My, z racji godzinnego dojazdu, wybraliśmy wejście na 11, ale byliśmy już o 10.30 i weszliśmy bez problemu.

Wrześniową porą, w dzień powszedni, nie było tłumów. Większość gości była z Polski, takie dominowały rejestrację aut. Aczkolwiek, nie było tłumów, zwiedzało się całość wyjątkowo spokojnie i bez jakichkolwiek kolejek. Dlatego w miarę możliwości, radzę omijać weekendy w sezonie. Skalne Miasto możecie zwiedzać cały rok.

Trasa spaceru liczy sobie ponad 3,5 kilometra, trzeba zarezerwować sobie na nią minimum trzy godzinki. Nie mówię, że nie można przejść całego Miasta krócej, ale po co? Czy nie lepiej zachwycać się każdym krokiem i niezwykłymi widokami? Czy nie lepiej szukać w skałach ukrytych zwierząt i przedmiotów codziennego użytku? A już same nazwy inspirują, mamy bowiem Kochanów, Dzban, Wioskę Słoni czy Starostę i Starościnę. To gotowy scenariusz na bajkę…

Na wejściu dostaniecie mapkę w języku polskim, gdzie została opisana cała trasa, i najciekawsze formacje skalne. Na pewno się nie zgubicie. Pierwsza część trasy, do wodospadów, jest łatwa. Pokonywały ją bez problemu rodziny z dziećmi w wózkach. Potem pojawiły się schody, i to dosłownie. Droga robi się stroma i pod górę, w grę wchodzi masa schodów. Nie wymaga ona co prawda wielkiej kondycji, ale na pewno nie jest to komfortowa droga, dla rodziców z maluchami, osób starszych, czy z jakimiś kontuzjami. Skalne schody bywają bowiem strome i naprawdę liczne. Dlatego też warto zadbać o jakieś przekąski, dodające energii. Jeżeli macie ochotę na jeszcze więcej atrakcji, może wykupić rejs łodzią po jeziorku. My podeszliśmy tam szklakiem, idącym w stronę Teplic. To naprawdę stromy i trudny szlak, ale za to widoki były bajeczne.

Trasę polecam zacząć i zakończyć wizytą nad Turkusowym Jeziorkiem( w Skalnym Mieście są ich dwa). To prawdziwy cud natury! Coś niesamowitego, nie tylko urzeka tutaj czysta jak łza woda, ale i skały, które dodają całości magii. To idealne miejsce na mini piknik. A podczas zwiedzania urzekną Was widoki. A te są bajeczne! Po prostu niesamowite, miałam wrażenie, że byłam w bajce. To naprawdę fascynujące, co takiego potrafi stworzyć natura. Ja byłam oczarowana i po prostu nie mogłam nasycić wzroku tym co widzę. Ciekawostka, na trasie wycieczki, przejdziecie przez Mysią Dziurą, czyli przejście między skałami o szerokości 50 cm. Z pewnością będzie to wielka zabawa, ale i dawka niepewności – zmieszczę się, czy też nie?

Jeżeli jesteście w okolicy, to wyprawa do Skalnego Miasta, wydaje się po prostu obowiązkowa. Jest to prawdziwy cud natury, który należy podziwiać, ale i chronić.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Where’s the Revolution

Stranger Things, czyli coś na czasie.

Na weekend coś lekkiego, albo i nie, bo jednak serial Stranger Things, nie jest taki lekki!

Przyznaję, kiedy mój brat powiedział mi te 6 lat wstecz, że powstał całkiem fajny serial i trzeba go oglądać, nie byłam zbytnio przekonana. Opis brzmiał dość dziecinnie. No jak to? Jakieś dzieciaki, lata 80, tajemnicze zjawiska. Zabawa dla małolatów! Ale jakoś postanowiłam rzucić okiem, tak od niechcenia, i wiecie co? Przepadłam. Przepadłam i po prostu wchłonął mnie ten niesamowity świat!

Wielkim plusem tego serialu, jest genialnie dobrana obsada. Młodzi aktorzy zaczynali jako dzieci, ciężko tutaj mówić o jakichś bardzo doświadczonych aktorach, to prostu dzieciaki, które dorastały na naszych oczach. Aczkolwiek intuicja produkcji nie zawiodła, wszyscy zostali perfekcyjnie dobrani i okazali się urodzonymi aktorami. Przy czym pamiętajmy, ten serial skupiał się głównie na grze młodzieży, a raczej w początkach dzieciaków. Dorośli byli raczej dodatkiem, to oni wzięli na siebie cały ciężar serialu, i zrobili to koncertowo. Kupili mnie totalnie i od pierwszego odcinka, stałam się ich wielką fanką. Fantastycznie było oglądać ich dorastanie na ekranie i to jak się rozwijają, z każdym rokiem, są coraz pewniejsi siebie, i jeszcze lepsi. Chociaż wydawałoby się, że już osiągnęli mistrzostwo.

Niesamowicie odtworzono klimat lat 80, scenografia, muzyka, rekwizyty. Po prostu przenoszą nas tam żywcem. Autorzy serialu, nie poszli na żadne kompromisy, stworzyli perełkę, która świetnie oddziałuje na zmysły. Ale najważniejsze, to pomysł! Nie wiem jak ten serial został wymyślony, ale ktoś miał natchnienie! Serial, po prostu stał się elementem popkultury i mimo upływu lat, wciąż budzi wielkie, ale to wielkie emocje. Dość powiedzieć, że piosenki, który autorzy wykorzystali w serialu, zyskały drugie życie i podbijają listy przebojów i serca młodych słuchaczy.

W lipcu oglądałam sezon czwarty, w zasadzie oglądałam od początku, bo Fotografa ominęły poprzednie sezony. Ależ on był zadowolony! A miałam wątpliwości czy się to spodoba! W końcu to nie jest serial, który pociągnie za sobą każdego. Po prostu trzeba dać mu szansę, poddać się i wejść w ten świat. I nie patrzeć wstecz…

Bardzo się cieszyłam na każdy nowy odcinek, który mogę obejrzeć. Zostałam wciągnięta do tego świata, okazało się, że to nie jest serial dla dzieciaków, a po prostu dla każdego fana dobrego serialu. Nie będę Wam streszczać fabuły, bo chyba nie starczyłoby mi stron w internecie, by opisać wszystko co tam się dzieje. Powiem tylko, że to najbardziej pokręcony serial jaki miałam okazję oglądać. I mówię to ja, osoba, która nie lubi fantastyki, i rzeczy, które są tak odklejone od normalnego życia. Ale tutaj przepadłam, i bardzo mnie mierzi, że ostatni sezon skończył się jak skończył, i będę musiała czekać na kolejne odcinki!

A Wy, oglądacie, oglądaliście czy oparliście się fenomenowi tego serialu?

Ścieżka dźwiękowa- Marilyn Manson – FATED, FAITHFUL, FATAL 

Moje ukochane miejsca nad morzem.

Zaraz mamy jesień. To czas kiedy kończy się sezon nad morzem. A ja przekornie, uważam, że to wtedy jest u nas najpiękniej. I wtedy warto tutaj przyjechać. Nie ma tłumów turystów, jest dużo spokojniej, ciszej, w powietrzu unosi się ogrom jodu, a zapach morza po deszczu, jest niesamowity!

Zacznę od miejsca, do którego bez problemu dojedziemy bez auta, spod dworca głównego w Gdańsku. Podróż autobusem trwa około 40 minut ( po drodze jest pełno przystanków) i już, tylko zostaje nam przejechać most i jesteśmy. I uwaga, wciąż jesteśmy w Gdańsku, w jednej z dzielnic, czyli w Sobieszewie. I teraz ważna uwaga, omijamy główne wejście na plażę, nie idziemy za tłumem. My idziemy w stronę Ptasiego Raju i tą drogą dochodzimy na plażę. Tak wiem to świetnie, spacer jest długi, a droga ma niemal 2 kilometry, ale czy znacie inną tak ustronną plażę, bądź co bądź w wielkim mieście? Ja nie. Owszem, nie ma tutaj infrastruktury, nie ma budek z lodami, goframi i frytkami. Nikt nie zaplecze letnich warkoczyków i nie będzie sprzedawał pamiątek Made in China. Nie ma tutaj toalety, ani prysznicy. Jest za to cisza, spokój i piękne widoki. Miejsce to zaskakuje i relaksuje! Aż trudno uwierzyć, że ledwie kilometr dalej, czeka na nas wakacyjna rozpusta w postaci pełnej infrastruktury i tłocznej plaży.

Jedziemy dalej, i to dużo dalej. Lądujemy w Jastrzębiej Górze, miejscu, które kocham od dziecka miłością wielką i gorącą. Jastrzębia ma piękne klify, cudowną plażę, i bezkres białego piasku. Ma również wszystko to, czego nie znoszę w nadmorskich miejscowościach. Pełno głośnych stoisk, hot dogów z wózków, kramów z tysiącem chińskich drobiazgów, cymbergajów i innych tego typu zapychaczy miejsca. Ale wiecie co? Wystarczy, że mamy późny wrzesień czy zimę, i mamy zupełnie inne miejsce. Ciche i spokojne. Polecam tutaj wpaść na rosół z gęsi i godzinami maszerować po pięknej i pustej plaży! Las, klify, herbata w dłoń i cóż, życie jest piękne!

Lubiatowo. To miejsce, które poznałam dzięki Fotografowi, wcześniej nie miałam o nim najmniejszego pojęcia. Po prostu nigdy nie zapuszczałam się w tamtą okolicę. Chyba było po prostu nieco za daleko? Sama nie wiem. Obecnie od domu, do Lubiatowa mam godzinkę drogi, i lubię tam wyskoczyć. Nieważną jaka obecnie jest pora roku, po prostu tam ruszam! Lubiatowo kusi niezwykłą plażą, po sezonie nie ma tam niczego. W sezonie są zaś dwie smażalnie ryb. Z plaży wchodzimy do lasu, jakże pięknego i bogatego w grzyby i wrzosy. Zbieranie tam grzybów, to jesienna przyjemność. To miejsce nie zaoferuje Wam miliona atrakcji, w postaci kramów i dmuchańców. Za to da Wam ciszę, las, powietrze pachnie tam niezwykle. Plaża jest szeroka, pusta i co najważniejsze, przepiękna. Jeżeli szukacie spokoju, to wiecie gdzie jechać. I to nawet w sezonie!

Smołdzino. To miejsce, które poznałam moment przed pójściem na studia, to były już niemal wrześniowe wakacje, i odkrycie miejsca, wtedy nieco na końcu świata, chociaż to wciąż to samo województwo! Ot, trzeba było jechać pociągiem do Słupska, i autobusem kilkadziesiąt minut. Teraz jeżdżę do niego autem, ponad 1,5 godziny, bo drogi takie sobie. Ale to urok tego miejsca, i jednak to powoduje, że turystów dużo mniej. Bo nie ma też tego całego kurortowego blichtru i szaleństwa. Znów plaża bez atrakcji, ale po co atrakcje, kiedy mamy niemal biały piasek i pustą plażę? Bo na tą plażę możemy dojść wydmami, albo przez las. Nie mijamy po drodze żadnej budki z piwem, magnesami i lodami. Wdychamy za to tony jodu, odświeżamy głowę, i resetujemy wszystko co złe. To plaża dla tych, którzy kochają święty spokój i piękno natury, niezadeptanej przez tłumy.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – Blasphemous Rumours

Filmowo.

Na rauszu. Ach, co to za wielkie dzieło! Naprawdę film, który robi niesamowite wrażenie, jest świetnie zagrany i cudownie wyreżyserowany. Sama nie wiem czemu obejrzałam go tak późno? Ale cóż, lepiej późno, niż nigdy! A ten film po prostu warto obejrzeć, wróć, go trzeba obejrzeć. Bohaterowie, czyli nauczyciele z lokalnej szkoły, postanawiają przetestować pewną metodę. Otóż człowiek, po ustalonej, stałej dawce alkoholu jest radosny, odporny na codzienne stresy i niepokoje. W skrócie, życie jest znośniejsze, problemy mniejsze, a rodzina dużo bardziej zadowolona z takiego ojca, męża czy partnera. Dodatkowo zyskać miała praca, czyli po prostu młodzież. W końcu radośni nauczyciele, to szczęśliwa młodzież. Jak łatwo się domyślić, eksperyment nieco wymyka się spod kontroli. Niełatwo bowiem przesadzić z ilością procentów. I dość szybko okazuje się, że bez procentów, ciężko jest poczuć zwykłą radość. Czy życie na trzeźwo naprawdę jest takie złe i beznadziejne? Dokąd zaprowadzi ten eksperyment? Czy bohaterowie będą żałować? Koniecznie zobaczcie. Oprócz świetnej fabuły, mamy jeszcze genialną obsadę i świetnie dobraną muzykę. To naprawdę film godny wszystkich nagród.

Dzień dobry TV. Wróciłam do tego obrazu po latach. Dlaczego? Po prostu leciał wieczorem, a ja byłam na urlopie. I jakoś tak, wymęczona wędrówkami, włączyłam telewizor i z wielką przyjemnością obejrzałam ten film. Fabuła nie jest zbyt zawiła, można powiedzieć genialnie pasowała na wakacyjny wieczór. Ot, młoda dziewczyna, Becky, znajduje pracę marzeń, jako producentka programu śniadaniowego. Wielkie miasto, świetny program, kariera stoi przed nią otworem. Niestety, oglądalność nie jest wybitna, i Becky wpada w kłopoty. Genialny prezenter Mike- w tej roli Harrison Ford, jest wielką nadzieją Becky, ale i przekleństwem. Becky musi pogodzić wodę z ogniem, czyli skupionego na rzetelnych, chociaż nieco nudnych wiadomościach i żywiołowej Colleen. W tej roli genialna Diane Keaton. Jest ona niezwykle wygadana, nie boi się wyzwań, ani ośmieszeń. Ten duet wydaje się nie mieć szans? A może jednak? Zobaczcie sami. To komedia, która pokazuje jak zmienia się świat, i czy wszyscy muszą za tymi zmianami nadążyć. Bardzo miło się to ogląda!

Kłamstewko. Jakiś czas temu ten film zrobił wiele zamieszania, pozytywnego. Czy zasłużonego? Kłamstewko to film o tym jak ciężko się żegna z bliskimi i jak ciężko zmierzyć się z prawdą. Bohaterowie tego filmu wiedzą, że seniorka rodu nie ma zbyt wiele czasu i niebawem umrze. Nie chcą jednak jej tego mówić. Zamiast tego decydują się na fikcyjny ślub, jednego z wnuków babci. To okazja do rodzinnego spotkania, pożegnania i spędzenia razem czasu. Ten film potrafi jednocześnie i wzruszyć i rozbawić. Jest bardzo szczery, uniwersalny i ponadczasowy. Pokazuje jak ciężko jest oswoić coś naturalnego jak śmierć, choroba i odchodzenie. Wyjątkowo ciekawy film, który oglądałam z wielką przyjemnością i szczerze go polecam!

Ścieżka dźwiękowa- Kings Of Leon – Slow Night, So Long