Co robić w domu? Propozycje na weekend.

Nie będę ukrywać, że ostatnie dni były dla mnie psychicznie meczące. Dlatego też zabrałam się za solidne porządki. Polecam to każdemu. Jako, że nie bardzo można się zmęczyć na świeżym powietrzu, proponuję generalne porządki, wiosna przyszła, czas odświeżyć garderobę, przejrzeć leki, kosmetyki. Przejrzeć książki, albo płyty, czy kolekcję filmów. A może zgromadziliście troszkę za dużo papierów? No, albo piwnica, ha, to dopiero zajęcie! Czas też na porządki na balkonie. Jak widać nie można się nudzić. Wiosna przyszła pomimo wirusowego szaleństwa i nie ma zmiłuj, kiedy spędzamy weekend w domu i w zasadzie nie mamy innej opcji, siedzimy w domu, to poćwiczmy przysiady i wyskoki do ostatniej półki. Ja przyznaję się bez bicia, zrobiłam przegląd letnich i wiosennych sukienek. Uznałam, że bez dwóch zdań, co najmniej jednej kreacji mi brakuje! Jest to efekt bardzo skomplikowanych wyliczeń, a także nie będę się oszukiwać i nie będę oszukiwać Was, to jest też sukienka na poprawę humoru. Piękna wiosenna, już siebie widzę jak odziana w tę kreację w kwiatki idę na nadmorski spacer. A potem odpoczywam w jakimś kawiarnianym ogródku przy dużej lemoniadzie i kawałku szarlotki. I od razu mi lżej. Jeżeli porządkujecie ciuchy, to proponuję to ubarwić mini pokazem mody! Od razu będzie przyjemniej.

Jak już zrobicie porządki, nieważne w szafie czy w szufladzie, to ubierzcie się ładnie, idziemy do teatru. Wiadomo, że chwilowo odpadają kulturalne wyjścia z domu, ale współczesność idzie nam na rękę, może wyjść do teatru, nie wychodząc z domu. Ja ostatnio oglądałam wspaniały spektakl Teatru Wybrzeże, pt. Ruscy. Wiele teatrów udostępnia nagrania sztuk, nowości, i popularnych tytułów. Można wybrać coś dla siebie. Naprawdę polecam taki teatralny seans potraktować jako „wyjście”, ładniej się ubrać, usiąść, a nie leżeć, poczuć się jak w prawdziwym teatrze. Tak trochę oszukać rzeczywistość. Mi osobiście nie udało się zobaczyć Ruskich na deskach teatru. Byłam więc szczęśliwa, że mogłam nadrobić w domu. I muszę przyznać, że sama sztuka wyjątkowo mi się podobała. Pewnie dlatego, że odebrałam ją bardzo osobiście, gdyż opowiada o lasach Sybiraków i o wielu kwestiach słyszałam od babci. To co, wpadacie w weekend do Teatru? Macie coś upatrzonego?

Jako, że byliśmy już w teatrze, szykujcie popcorn, chipsy, czy co kto tam lubi. Idziemy do kina, a czemu mamy sobie żałować! I to idziemy od razu na premierę, bo kto nam zabroni! W lesie dziś nie zaśnie nikt, ten film miał pecha, premierę i seanse w kinie uniemożliwił wirus. Dlatego też producent dogadał się z Netflixem i to tam można obejrzeć ten polski horror. Śmiało, poczujmy się jak na premierze! Rzadko w polskim kinie oglądamy horrory, ja nie sięgam po nie zbyt często. Nie dlatego, że się boję, tyle, że na mnie bardziej działają książki, to one rozbudzają moją wyobraźnię. Przy czytaniu Lśnienia, nie mogłam spać bez zapalonej lampki nocnej! Horrory, które mnie przestraszyły to Ciche miejsce, Inni, Sierociniec. Ale przy oglądaniu Rec, śmiałam się do rozpuku, kiedy moja siostra uciekła sprzed telewizora, bo takie to straszne! Mnie nie przestraszy żaden stwór, potwór czy zmutowany robal. W lesie… to slasher-ha, dowiedziałam się co to takiego. Zaczyna się od dużej grupy, a kończy na jednej postaci, która ocalała i przetrwała atak złoczyńcy, a reszta jest wycinana z fabuły i ginie w męczarniach. Tutaj mamy obóz dla dzieciaków, a raczej młodzieży, która za dużo czasu spędza przy komputerze. Jedna z grup za przewodniczkę dostaję fenomenalną Gabrielę Muskałę. No i zaczyna się krwawa jatka. Ten film ma masę smaczków, zmutowani bliźniacy, którzy terroryzują las. Ksiądz pedofil- a gra go Rysio z Klanu, bracia naziści, co świętują urodziny Hitlera itp. Mamy tutaj młodzież i świetne dorosłe epizody. Jako horror nic mnie tu nie przestraszyło, choć jedna scena przecięcia na pół bohatera jest naprawdę pomysłowa., generalnie jeżeli nie lubicie podrobów, to cóż, flaki ścielą się gęsto. Kończąc, nie jest to zły film, a przecież gra w nim Julia Wieniawa, która nie zagrała wcale źle. Nie porywa, nic nie urywa, ale ogląda się go z całkiem sporą dawką przyjemności, bo krzywdy nie robi, i myślę, że może się podobać . W końcu nie często mamy rodzime kino gatunkowe, które do tego jest całkiem zgrabnie nagrane i zagrane.. A czy Was przestraszy? Sprawdźcie sami. W końcu mamy czas, bo #zostajemywdomu!

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Switchblade Smiles

Ograniczenia. Część 2.

No i stało się. Kolejny ciężki tydzień za nami. Albo raczej pierwszy pełny ze wszystkimi ograniczeniami. Po weekendzie spędzonym w domu miałam niedosyt. Brakowało mi ruchu, powietrza i przestrzeni. Ale cóż, przyszedł nowy tydzień. Do pracy szłam spacerem. Odkryłam, że idzie wiosna na całego. Czuć to w powietrzu i bardzo to widać. Ale ciężko się z tego cieszyć i doceniać, kiedy po głowie szaleją negatywne myśli. Do pracy chodziłam. Najpierw byłam nieco zła, no jak to, bratu odwołali zajęcia na uniwerku medycznym. Siostrze odebrali zajęcia, miała je prowadzić online, ale to tylko w 1 dzień tygodnia, resztę miała spędzać poza uczelnią. A ja musiałam rano wstawać i maszerować. Potem uznałam, że to, że mogę rano wstać, zachować rutynę, ubrać się ładnie i się umalować, to super sprawa. Potem liczba ludzi na ulicy, a raczej ich brak zaczął mnie dołować. Zza okna aż tak tego nie widać. Ale kiedy podczas 25 minutowego spaceru widzisz jedną, góra dwie osoby, czujesz się jak w książce Kinga o zarazie. Gdzie ta cała młodzież, która idąc do szkoły puszcza ten okropny więzienny rap? Gdzie te matki, które idą z bąbelkami na hulajnogi, i nie patrzą gdy te urocze maluszki, hamują na twoich stopach. Gdzi te spóźnione autobusy i poranne korki? Gdzie zniknąłeś znany mi świecie? Mogę jedynie dziękować, że kiedy idę do pracy jest już jasno, bo taka droga po ciemku byłaby dla mojego bojaźliwego ducha torturą.

W ostatni piątek przeżyłam zresztą kilka godzin grozy. To był chyba najtrudniejszy dla mnie dzień w pracy. Przez te kilka godzin wisiała nade mną wizja kwarantanny. I ok, gdybym ja świadomie wróciła teraz z zagranicy, pogodziłabym się z jej koniecznością. Jakby zachorował ktoś z moich bliskich, to też musiałabym wziąć to na klatę. Ale czasem tak jest, że po prostu przez nieodpowiedzialność innych, możecie mieć przymusowe siedzenie w czterech ścianach. I to nawet już nie chodzi o samo siedzenie w domu. Ale o to, że przez te 14 dni umarłabym z nerwów z milion razy, czekając na objawy. Znam siebie, góra drugiego dnia z rana trafiłabym na odpowiedni oddział, gdzie karmiono by mnie środkami nasennymi, byle ona już dała nam spokój. Kichnęłam? Umieram, coś mnie zaswędziało? Już po mnie. Po kilku godzinach sprawa się wyjaśniła, a ja mogłam odetchnąć. Ale takich nerwów to nikomu nie życzę. No i cóż, okazuje się, że po prostu musimy być rozważni i jak nigdy myśleć o innych.

W kwestii pracy, to zaostrzyłam środki bezpieczeństwa. Pracuję w rękawiczkach( szpanerskie czarne), klamki dezynfekuje po każdym kliencie, i tym nieznanym, albo znanym, ale takim, których nie lubię, każę stać w drzwiach, byle dalej ode mnie! Zaczęłam się stresować pracą. Każdego zachęcam do kontaktu telefonicznego, ale różnie to wychodzi. Niby są maile, ale niektórzy i tak muszą wpaść i pokazać zamek, czy coś innego. Eh, na szczęście niektórzy są odpowiedzialni. A inni chojrakują i opowiadają niestworzone historie na temat wirusa. Usłyszałam już tyle teorii, że mogłabym napisać 3 tomowe dzieło pt: Historia zarazy. Każdy oczywiście na poparcie swoich tez mówi- bo znajoma znajomej była we Włoszech. Bo ważna osoba powiedziała to mojemu sąsiadowi, albo teściowa dostała telefon od znajomej, której wnuk przyrodniej siostry męża z pierwszego małżeństwa, usłyszał coś w pracy. I takie tam. Chwilami pęka mi głowa z powodu ludzkiej głupoty .

W kwestii zakupów to mam nową tradycję. Zakupy czwartkowe. Po pierwszym szale zakupowym, ludzi jakby mniej. Karnie stosujemy się do nowych reguł. Stałam 10 minut pod Lidlem, bo miły pan ochroniarz wpuszcza tylko po 10-12 osób. I tylko w rękawiczkach ochronnych. W sekrecie Wam powiem, że takie zakupy są przyjemne, cisza, spokój i brak kolejek do kasy. Udało mi się nawet złapać dwa hiacynty, wiosna idzie, a ja kocham te kwiatki. Prężą się dumnie na parapecie, nieświadome tego co za oknem… Dokonałam też poważnego zakupy. Drodzy państwo, ja abstynent pierwszej kategorii, złapałam pół litra spirytusu 95 %. Mój brat rozcieńczył go wodą, ja przelałam do mini psikaczy i stworzyłam swój własny płyn dezynfekujący. Oczywiście pani na kasie tłumaczyłam, że Broń Boże, pić nie będę, a dezynfekować klamki, telefon czy też ręce. Nie wiem czy mi uwierzyła? Mięso wróciło do sklepów. Ale jakieś takie drogie. Za kilogram piersi z kurczaka zażyczyli sobie 28,99 zł. Tyle samo co za schab. Ćwiartki, te ćwiartki, które kiedyś szły po 4,99, teraz osiągnęły cenę 12,00 zł. Za kubeczek śmietany 18 %,zapłaciłam 4,99 zł. Przecież taki kubeczek powinien być za jakieś 2 złote? Może i będziemy mieli co jeść, ale jak ceny będą tylko rosły, to nie będzie za co robić zakupów…

W tygodniu było kilka całkiem ładnych dni. Naprawdę, wiosnę dosłownie czuć było w powietrzu. Ludzie wyszli na spacery, rowery, hulajnogi itp. I jako, że wyszło ich za dużo, burmistrz zamknął parki,skwerki, tereny rekreacyjne i w ogóle, zakazał wstępu tam, gdzie mogą gromadzić się ludzie i gdzie może być ich nadmiar. Stąd też moją jedyną trasą spacerową, jest ta do pracy, i ścieżka na śmietnik. Nie sądziłam, że do tego dojdzie, ale tak, kłócimy się kto ma wynieść śmieci. Obecnie to jedyna weekendowa szansa na trochę ruchu. Spacer z 30 metrów w jedną stronę…

Kiedy wychodzę z domu jestem opatulona tak, że widać mi tylko okulary, codziennie piorę czapkę, szalik i rękawiczki. Co chwilę smaruję też ręce kremem, po takich ilościach mydła ciągle są spragnione. Najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z domu, bo jednak nie czuję się bezpiecznie, ale cóż, praca, zakupy… Dziwna codzienność. Mam dość tostowego chleba, smakuje watą. Ale jednak boję się iść do piekarni i kupić nieopakowany chleb czy bułeczki leżące na widoku. Ale serio, tęsknię za chrupiącą kajzerką i twarogiem i dżemem na śniadanie!

Weekend to był czas wiosennych porządków, nosiło mnie, ja chyba muszę być w ruchu, bo się uduszę. Więc sprzątałam jak szalona. Zamówiliśmy też pizzę z ukochanej knajpki, tak by mieć do czego wrócić za kilka tygodni, nie chcę mówić o miesiącach! Pan dostawca pizzę truflową z mascarpone i salami przywiózł w maseczce i rękawiczkach. Miał zakaz zbliżania się bliżej niż półtorej metra, więc w zasadzie stał w drzwiach sąsiada. Wyglądał jak pracownik sanepidu… Wiecie, ja nie znoszę pizzy, ale się poświęciłam. I uznałam, że jest całkiem ok. Zjadłam całą. Czego to się nie robi dla lokalnej społeczności!

Kiedy to piszę za oknem kolejny raz przejeżdża wóz policyjny. Kolejny raz przypominają o stanie epidemii i każą zostać w domu. Już się przyzwyczaiłam. Czuję się jak w filmie. Nie chciałam takiego scenariusza….

Dziwne to czasy. Co przyniesie ten tydzień? Oby lepsze wieści!

Możliwe, że tylko tyle możemy zrobić dla tych, których kochamy. Umilić im jakoś ten groźny świat.

Dbajmy o siebie nawzajem i bądźcie blisko swoich bliskich!

Ścieżka dźwiękowa- Archive- I will fade

Serialowo

Zostawmy na chwilę trudne tematy, mamy domowy weekend. Moje serialowe polecenia!

Dark, sezon 2. Ach co to był za sezon! Można uznać, że tematycznie jest on podobny do Stranger Things. Tyle, że Dark jest mroczne, poważne i wywołuje dreszcze. A dzieciaki ze Stranger Things potrafią wzbudzić śmiech. Tutaj od początku zaczynamy grozą i przez cały sezon siedzimy z duszą na ramieniu. Tak, to taka historia, która wymaga skupienia i poświęcenia całej uwagi na to, co dzieje się na ekranie. Nie jest to serial, który będzie sobie leciał w tle. Ot, podczas gotowania czy prasowania. Ale zdecydowanie warto poświęcić mu swoją uwagę, bo ten sezon, jest jeszcze lepszy niż pierwszy. Choć wydawało się to niemożliwe! Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty,to coś co koniecznie trzeba zobaczyć. Oczywiście wiem, że nie każdy go polubi, to w końcu totalna fantastyka, podróże w czasie, magiczna jaskinia, znaki, kody i maszyna co zmienia bieg wydarzeń. Ale kto się podda tej inności, nie będzie chciał wrócić w tej podróży. Dla ścisłości wszystko dzieje się współcześnie, w małym miasteczku z elektrownią jądrową…

Ania, nie Anna. I znów wracamy do Ani z Zielonego Wzgórza. Tęskniłam. Ania dorasta. Ma już 16 lat. Już nie jest dzieckiem, zmienia się w młodą kobietę. Szuka swoich korzeni, chce poczuć się częścią jakiejś rodziny. Chce wiedzieć skąd się wzięła. Ania jak to Ania,jak zwykle ma głowę pełną pomysłów i wielką wyobraźnię. Nieograniczoną dodajmy. Dla Ani nie ma rzeczy niemożliwych do realizacji. A przeszkody tylko na drobny moment oddalają od ją celu. Kocham Anię za optymizm i wielką radość życia. Myślę,że tego można się od niej uczyć, nieważne ile masz lat, ale tak jak Ania dostrzegaj plusy każdego dnia. Nawet tego szarego i zimowego. Za co lubię ten serial? Za lekkość, wdzięk, urok, klasę i optymizm. To nie jest serial, który ogląda się dla samej akcji, bo raczej znane są nam losy Ani. Ale dla samej radości. To po prostu piękny serial, dający odpoczynek od codzienności i zapraszający do świata beztroskiej radości.

Foodie love. To mój kolejny serial poranny. Tym razem fabułą jest randkowanie. Dwójka sympatycznych bohaterów umawia się na randkę przez aplikację dla miłośników jedzenia. Ich pierwsze spotkanie ma być tylko kawą. Oboje nie chcą się rozczarować,więc idą tylko na szybką kawę. Z jednej kawy robi się ich kilka. Bo tak fajnie im się rozmawia. Ona jest nieco wycofana, ale śliczna i zabawna. On tajemniczy, wyjątkowo nieśmiały, ale i seksowny. I tak sobie randkują. A każda randka jest wybitnie kulinarna. W zasadzie to poszczególne odcinki mają jeden kulinarny temat główny. A to kuchnia chińska, a to włoskie desery. Obydwoje mają jednak swoje demony przeszłości i nie mogą się w pełni zaangażować i cieszyć nowym związkiem. Niby między nimi iskrzy, ale czy to wystarczy? Polecam tę opowieść o współczesnym poszukiwaniu miłości. Coś innego,w krótkiej formie.

Fargo, sezon 2. Wow, co to był za sezon! Nie wiem,który podobał mi się bardziej,pierwszy czy drugi? Historia jest zupełnie niezwiązana z tą pierwszą. Mamy małżeństwo, dość sympatyczne, acz nieporadne, które przypadkiem wplątuje się w wojnę gangów. I tak zaczyna się ich walka o życie. Jest komicznie i strasznie. W każdym razie w tym duecie to ona, miłośniczka afirmacji i wizualizacji, i pogłębiania samoświadomości jest górą. Nie waha się w kluczowym momencie sięgnąć po broń. Bo jej małżonek, chociaż z zawodu rzeźnik, bywa dość bojaźliwy. W każdym razie ten serial jest bardzo intensywny, abstrakcyjny i totalnie pokręcony. Wciąga, wkręca w ten irracjonalny świat i zmusza do spędzenia kilku wieczór przed ekranem. Fargo 2, ma moją pełną rekomendację! Koniecznie obejrzyjcie ten serial i wyruszcie z bohaterami w niezwykłą podróż! Moim  skromnym zdaniem, Kristen Dunst, zagrała tutaj po prostu fenomenalnie!

Ścieżka dźwiękowa-Metallica – Blackened

 

 

Czym zająć się w domu?

To taki czas, że musimy odłożyć na bok różne wyjścia i spędzić czas domowo. Tak wiem, pogoda robi się coraz ciekawsza, tyle ciekawych filmów kusiło by je zobaczyć, tyle fajnych knajp czekało by je odwiedzić i popróbować różnych pyszności. Tyle koncertów miało się odbyć, spotkań czy wycieczek. A tu mówią,że mamy zostać w domu. A przecież w domu też może być fajnie!

Można w końcu bez wyrzutów sumienia godzinami utknąć na Netflxie, HBO Go, czy innym serwisie. Ja utknęłam. Normalnie oglądałabym same ciekawe filmy i seriale, bo szkoda czasu na głupoty. A teraz? Straciłam dwa dni na oglądanie Ślepej Miłości. Nie oceniajcie, w końcu i tak nie miałam co robić. Ale kurczę, jak się zacznie, to ciężko przestać. Chodzi o to, że oglądanie takich banałów i totalnych głupot pozwala się maksymalnie oderwać od codzienności. Nie będzie nikogo kusić by co chwilę sprawdzać czy nie ma nowych przypadków, czy nie ma cudownego leku i jakie są nowe restrykcje. Ślepa miłość na serio wciąga! O co tu chodzi? Mamy kilka pań i kilku panów, którym w życiu osobistym się nie udaje. Mieszkają przez jakiś czas w willach, i spotykają na randkach w ciemno. Ale totalnie w ciemno. Ona siedzi w jednej kabinie, on w drugiej, słyszą się, ale nie widzą. I nawiązują głęboką więź. Tak głęboką, że po kilku dniach dochodzi do zaręczyn i wyznania miłości. Potem jest romantyczny wypad do Meksyku, potem codziennie życie we dwoje i po 3 tygodniach ślub. Można go wziąć i żyć długo i szczęśliwie, albo i nie. Ot, proste zasady. Ludzie mają zakochać się w swoich wnętrzach i nic więcej. Nie wiedzą jakiej są rasy, jakiego wzrostu, nie widzą swoich wad, jak i zalet. Polegają jedynie na rozmowie. A potem przychodzi zachwyt, albo i rozczarowanie. Bo on jest za niski, a ona okropnie macha rękoma przy rozmowie…. No cóż, śledzenie ich drogi do ołtarza, tak mnie wciągnęło, że zapomniałam o całym świecie, i o to właśnie chodzi. To jest tak głupie i infantylne, a mądrości wypowiadane przez bohaterów żywcem wyjęte z Cosmo, ale kurcze, tego nam teraz trzeba. Rozrywki, oddechu i relaksu. Dlatego polecam!

Oczywiście będę Was namawiać na czytanie. Im więcej tym lepiej. Pewnie macie na półkach kilka książek, które leżą i zbierają kurz. Może warto do nich zajrzeć? Ja dzięki zamkniętej bibliotece, odkryłam, że biblioteczka mojego brata kryje masę perełek. Teraz ją odkrywam i wyciągam naprawdę ciekawe pozycje. Pewnie nigdy bym nie zajrzała do jego zbioru, a tu proszę, z konieczności znalazłam ciekawe historie. Pewnie tak samo jest i u Was. Macie książki, po które nigdy nie sięgnęliście, bo brakowało czasu, albo pojawiły się inne, bardziej kuszące książki. Zróbcie przegląd i zostańcie odkrywcami we własnym domu. Ważna informacja dla wirtualnych czytaczy. Empik na 2 miesiące odkrywa przed Wami uroki konta Premium, może znajdziecie tam jakieś fajne książki? Ja osobiście nie skorzystam, bo książki można czytać na komputerze, bądź na telefonie, nie można ich ściągnąć na czytnik, ale komu nie ma różnicy na czym czyta, to korzystajcie! Ja osobiście korzystam z Woblink. Moja miejska biblioteka jest super zaopatrzona w różne nowości, obecnie nie mam do niej dostępu, nowości więc kupuje tam. Co mnie skusiło? Ano to, że książki się ściąga, bez problemu przenoszę je więc na czytnik, ale można je czytać i na komputerze. A najlepsze jest to, że możecie się dzielić książką! Polecam tworzyć grupy czytelnicze, płatnościami można się podzielić, w 3-4 osoby, warto założyć kółko czytelnicze, co tydzień ktoś inny coś kupuje, rzuca tytuł, a potem czytacie i rozmawiacie. Ja tak zrobiłam z siostrą, raz wybieram tytuł ja, raz ona. Nie wiemy jakie, wybieramy pod swój gust, a potem omawiamy. Ceny? Nie są wysokie. Obecnie Woblink zachęca by #zostaćwdomu, więc ceny poszły w dół. Za 20 zł możemy mieć fajną nowość, a pamiętajcie, kosztami można się dzielić! Takie mini kluby czytelnicze, moim zdaniem są fajnym sposobem do walki z nudą i lepszego poznania swoich znajomych! No i to okazja do rozmowy.

No cóż, siedzenie w domu wymaga cierpliwości. I kreatywności, by wymyślić coś ciekawego, by znieść ten przykry obowiązek. Co mi pomaga? Kolorowanie! Kredki, kolorowanki i znikam na jakiś czas. Od dawna to uwielbiam, ale teraz szczególnie polecam. Ta czynność rozwija wyobraźnię i kreatywność, a co najważniejsze, wzmacnia i pielęgnuje cierpliwość. Zawsze z rana poświęcam kilka minut na kolorowanki, oraz wieczorem. Rano takie chwile z kredkami rozbudzają moją kreatywność w pracy, a wieczorem relaksują. Mam 18 sztuk kolorowanek. Od Muminków, bo Księżniczki Disneya, po Mandale i uwaga scenki ze Średniowiecznego Gdańska widoczne na rysunku. To naprawdę świetne zajęcie, odcina się myślenie, skupiamy się na wzorze i odpływamy!

Mam milion pomysłów na spędzenie czasu w domu. Będę je zamieszczać na bieżąco. Aczkolwiek mam nadzieję, że podam ich jak najmniej i szybko wrócimy do normalności. Zostańcie w domu. I zostańcie zdrowi!

Ścieżka dźwiękowa- Myslovitz- Blue Velvet

Ograniczenia. Część 1.

No cóż, nie da się ukryć. Żyjemy dziś pod dyktando wirusa. Powiem szczerze, kiedy zaczęły pojawiać się informacje o tym wirusie i dotyczył on tylko Chin, byłam spokojna. Nie znam za wielu ludzi, którzy spędzają tam czas, ryzyko, że spotkam w piekarni kogoś po chińskich wakacjach była minimalna. Dlatego też żyłam jak dawniej. Kino, teatr, spacery. Kiedy pojawiły się niepokojące głosy o coraz większej śmiertelności, oczywiście zaczęłam się lekko bać. Ale dalej myślałam, że to bardziej lokalny problem, i w Europie mogą wystąpić co najwyżej pojedyncze przypadki. No cóż, kiedy wirus opanował całe Włochy uznałam, że czas na poczynienie pewnych zapasów. Z początku niewielkie, ot, przy zakupach kupiłam dodatkowy ryż, a to paczkę płatków więcej, by zawsze mieć coś ponad program. Oczywiście zrobiłam zapas żelu antybakteryjnego w ilości 4 sztuk. Kupiłam też mydła, również przeciwko nieprzyjaciołom, w ilości sztuk 4. Ale jeszcze nie panikowałam nadmiernie. Dwa weekendy wstecz byłam w kinie, oczywiście z wolnym rzędem, za plecami, ale szłam tam bez paniki. Tak samo jak dwa dni później jechałam do kawiarni w centrum. Bez obaw wsiadłam do miejskiego autobusu, aczkolwiek w czasie jazdy nie zdjęłam rękawiczek, i od razu po wyjściu przemyłam dłonie żelem, na zaś.

A potem przypadek numer 1, albo pacjent zerowy. I się zaczęło… Zrobiłam małe zapasy, niektórzy się śmiali-patrz mój tata. Zakazałam w pracy podawania ręki gościom, co chwilę przecierałam stół i klamki. Śmiali się ze mnie, że przesadzam i, że panikuję. Całkowicie zrezygnowałam z miejskiej komunikacji, zaczęłam chodzić pieszo. Poza domem nosiłam rękawiczki, i szal po czubek nosa. Śmiali się ze mnie, i mówi, że wyglądam jak wariat, ale tak szłam. Zapasy się powiększały z każdym kolejnym pacjentem.

Kiedy ogłosili zamknięcie szkół i uczelni, ogłosiłam, że moi rodzice nie mogą chodzić do sklepów i do kościoła. Mamę objęłam całkowitą kwarantanną, tata dostał zakaz przebywania poza pracą i domem gdziekolwiek. Ile ja się nasłuchałam, że źle kupię mu śledziki, albo wybiorę nie te parówki! Ale powiedziałam, wybacz tato, nie masz prawa głosu. Trochę się przestraszył i karnie się stosuje do nowych reguł. W pracy co chwilę używamy żelu do dezynfekcji i wietrzę co godzinę każde pomieszczenie.

Zamknęli mi bibliotekę. I tutaj składam zażalenie, bo kiedy byłam tam tydzień wstecz, w sobotę, 1 sobotę miesiąca, która to jest pracująca, biblioteka była nieczynna. A w czwartek zamknęli ja do odwołania. Uważam,że to słusznie. Ale gdyby nie czytnik, zostałabym bez książek. Przezorny ma czytnik zawsze pod ręką!

Zapasy mam takie by przez tydzień nie iść do sklepu. Worek jabłek i mandarynek, cytryny i banany, dla zdrowia. Pomidory w puszce, ogórki kiszone i sok na zupę pomidorową. Do tego zapas chleba tostowego na tydzień. dżemy, masło orzechowe, jajka, pasztety i paprykarze. Sosy do makaronu i ryżu. Zupy w proszku, kasza, ryż i makaron. Mam też całą piwnicę domowych przetworów, ziemniaków, cebuli i pełną szafę przypraw. Do tego owsianki instant, budynie i kisiele. Oraz podstawowe środki higieniczne. Nie robiłam zapasów na pół roku, ale na tydzień tak by ograniczyć wizyty w sklepie i stanie w kolejkach. Jeżeli nieświadomie spotkam się z kimś, przez kogo dostanę kwarantannę, to wiem, że spokojnie dam radę przetrwać te dwa tygodnie. Na naleśnikach z dżemem, omletach, kopytkach czy plackach ziemniaczanych. Oczywiście nie rozumiem kupowania wszystkiego razy 15, czy razy 20. Ale nikogo nie oceniam, jeżeli ktoś chce mieć zapasy na pół roku, mam tylko nadzieję, że po całej tej pandemii zje to wszystko, a nie wyrzuci na śmieci. Ja starałam się zachować rozsądek, ale ludzi ogarnął taki szał, że o 8 rano w Biedronce koło pracy nie było już mięsa, makaronu i ryżu. Lodówki stały puste, i co dziwne, zniknęły wszystkie podpaski i wkładki. Została jedna paczka bielizny na nietrzymanie moczu.

Generalnie szłam do pracy, a po pracy tata -szef, odwoził mnie do domu. Każdego dnia prałam szalik i rękawiczki. Odwołałam spotkanie z przyjaciółką, siedzę w domu cały weekend. Tak wygląda tydzień pierwszy. Ale zadbałam by mieć wszystko na domową produkcję ciasta. W końcu sobotnie pieczenie to tradycja!

Póki co musimy pracować, fabryki dalej produkują okna i drzwi i wymagają dostaw w terminie. Ale zobaczymy co będzie za kilka.

Przeraziłam się wczoraj, widząc ile starszych osób maszeruje rano na rynek! Mam wrażenie, że ci młodsi zrobili zapasy i karnie siedzą w domu. A starsi się nudzą i idą. Ok, nie rozumiem kupowania na pół roku, ale kupmy tyle, by przez kilka dni nie musieć stać w kolejkach i latać do sklepu, bo skończył mi się pieprz, sól czy śmietana do zupy. Ja mam zaplanowane obiady na cały tydzień i naprawdę nie muszę nigdzie chodzić.

Jestem też katoliczką, co tydzień chodzę do kościoła. Teraz nie miałam żadnych wątpliwości, zostaję w domu. Mszę obejrzałam o 7 rano, tak jak zawsze kiedy jestem chora. I uważam, że to nie jest czas na gromadzenie się na Mszach. Pomodlić można się w domu.

I cóż czekam. Czekam, co przyniesie nowy tydzień.

To był raport z pierwszego tygodnia nowego świata.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- Dance with somebody

Co bym przekazała młodszej mnie?

Dzieciństwo to fabryka kłamstw, które trwają w czasie…

Taki fajny temat zauważyłam u Herne. I od razu przyszło mi do głowy milion rzeczy! Z perspektywy czasu mogę niczego nie żałować, ale jednak kilka rzeczy mogłabym przekazać tej Magdalenie, która dopiero stoi u progu życia.

Pamiętam taki moment. Mam 7 lat, jest zima, wieczór, leżymy z siostrą w łóżkach. Za mną tapeta w różowe misie, które leciały balonem. Z moją siostrą narzekamy na wolno płynący czas. Do dnia dziecka i urodzin jeszcze tyle czasu! Ileż to trzeba przetrwać lekcji w szkole! Ileż trzeba będzie zjeść talerzy znienawidzonego barszczu ukraińskiego? Czas mi się tak wlókł i wlókł. W mojej perspektywie dzieciństwo nie miało końca. Mówiłam też mojej siostrze, że ja się zanudzę nim dojdę do 18 urodzin. Nim w końcu będę dorosła i nie będę musiała jeść tego barszczu, myć zębów po kolacji i nosić zimą czapki! Wtedy też wyobrażałam sobie, że będąc 30 letnią kobietą, będę staruszką. Będę niańczyć wnuki i siedzieć w bujanym fotelu. Miałam problem, zdecydowanie miałam problem z pojęciem czasu 😉 Ale do rzeczy, wydawało mi się, że 18 urodziny będą wielkim przełomem, że dorosłość jest super, i że po 30 -stce będą emerytką, której nic nie wypada. I co bym sobie powiedziała? Madzia, ciesz się dzieciństwem i niczego nie przyśpieszaj. Jako dziecko musiałam szybko dorosnąć i moje dzieciństwo skończyło się raz i dwa. A dorosłość? Bywa przereklamowana. Dalej myję zęby, noszę czapkę, i tylko faktycznie nie jadam już legalnie barszczu ukraińskiego, nie muszę już wymyślać miliona sposobów by pchać mokre warzywa do kieszeni, które potem wyrzucałam przez okno na trawnik. To duży plus. Ale chyba jedyny! Wtedy w życiu bym nie powiedziała, że jako dorosły człowiek będę tęsknić za beztroską, ale tak jest. Po prostu od dziecka, myślałam zawsze o tym co będzie, a nie o tym co jest tu i teraz. Uważałam, że kiedyś będzie fajniej, że dzisiaj to jedynie wstęp do wspaniałego jutra. Niestety, wiele straciłam, wielu chwil nie doceniłam i chyba troszkę tego żałuję. Teraz łapię codzienność, cieszę się nią, ale mogłam to robić od małego!

Ja przed maturą. Panikowałam jak nie wiem co. Trzy noce nie spałam. Z wrażenia aż przyśniła mi się matura i temat. Chciałam Panią Bovary, to proszę, dostałam ją! Ale co ja się stresu najadłam to moje. Potem panikowałam te niespełna dwa miesiące czekając na wyniki. Potem panikowałam kiedy to trwała rekrutacja. Czy dostanę się na wymarzone studia? Jak już się dostałam na wszystko to panikowałam, bo miałam trzy kierunki do wyboru! Potem panikowałam czy dobrze zrobiłam z tym wyborem, czy dam sobie radę, czy ktoś mnie polubi, czy się nie zgubię w tłumie, czy zdam pierwszą sesję… Generalnie panikowanie było dla mnie codziennością, taką codzienną porcją sportu. Z perspektywy lat powiedziałabym sobie- wrzuć na luz. Nie denerwuj się tak, nie analizuj, nie miej tylu czarnych myśl, nie martw się na zapas i po prostu czasem w ogóle nie myśl. Muszę przyznać, że 99% moich czarnych myśli się nie sprawdziła, więc nie wiem po co tyle czasu straciłam na panikowanie na zapas? Teraz to wiem. I wiem kiedy odpuścić. No może jeszcze nie w 100 %, ale robię wielkie postępy!

Miałam chyba z 9 lat. Spadłam z roweru, miałam rozwalone całe kolana. To była krótko mówiąc krwawa jatka. Nie wiem jak doszłam do domu, ale nie mogłam opanować łez. Płakałam i bałam się, że takie nogi zostaną mi na zawsze. W nagrodę pocieszenia, pojechaliśmy wtedy do naszego Cricolandu. Przez 2 tygodnie chodziłam w plastrach i nie mogłam się kąpać bez łez, ale przetrwałam. Dziś o tym wypadku przypominają mi dwie blizny pod kolanem. Czemu o tym mówię? Bo długo nie wiedziałam, że jestem silna. Byłam zawsze cichutkim, wrażliwym dzieckiem z twarzą o 5 lat młodszą i z 10 kilogramami niedowagi. Wszyscy nade mną drżeli i wpędzali w przekonanie, że jestem słabiutka. Byle jaki wiaterek i się przewrócę. Sprawiałam wrażenie osoby, która nie da sobie rady, i którą trzeba wspierać. I trzymać za rękę. Byłam nieco bojaźliwa. Otoczenie wzmacniało to przekonanie, bo takie chucherko trzeba chronić i dmuchać na jej wątłe kości. Dziś wiem, że to nieprawda. Bo ja jestem silna. Chyba najsilniejsza z całej mojej rodziny! W najgorszych momentach to ja zachowuję zimną krew, mam wrażenie, że tylko ja mam trzeźwy umysł, i przy całej mojej wrażliwości działam rozumem, a nie emocjami. I prowadzę moją rodzinę z powrotem na łagodne wody. Ja ich biorę za rękę. Nie oni mnie.

Jak więc widzicie moja młodsza ja, była niepewna siebie, zbyt przewrażliwiona, za delikatna, za pesymistyczna, zbyt emocjonalna. A teraz muszę powiedzieć jej, że nie warto było męczyć się tak, nie warto było spalać się tak, bo jesteś zupełnie inna niż myślałaś….

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Angel

Minął luty. Książkowo.

W lutym było 17 książek. Myślałam, że mniej. Ale wynik cieszy, bo jak czytaliście notkę wstecz, trochę czasu spędziłam poza domem. Co mnie zachwyciło, a co wręcz przeciwnie, wprawiło w literacki niesmak?

Najgorsza książka lutego to Tylko dla dorosłych, Niny Majewskiej – Brown. Dla dorosłych? Wolne żarty, nie polecam jej nikomu! Bardzo słaba książka. Historia jest taka, że 40 letnia Klara, wyjątkowo przeciętna postać, traci przytomność podczas tańca na rurze, przenosi się dwa wiek wstecz i proszę bardzo, skromna, spokojna singielka staje się demonem seksu.I przewodnikiem po życiu seksualnym dla niejakiego Konstantego, młodzieńca o zacnym majątku i wielkim uczuciu wobec „przybyszki z przyszłości”. No cóż, erotyk w gorsecie. Nijaka, płytka i ogólnie, beznadziejna pozycja- w przypadku takiej książki to jednak brzmi nieco dwuznacznie, więc książka. Beznadziejna książka. . Żarty nie śmieszą, cała historia jest tak absurdalna, że wzbudza jedynie politowanie.

Co zaś polecam?

W pułapce, Magdy Stachuli, zabierze Wam cały wieczór na czytanie!

Klara poszła na imprezę. Obudziła się na swojej klatce schodowej, przegapiła gdzieś dwa dni. Rozpoczyna śledztwo, co się z nią działo. Okazuje się, że jej historia, jest bardzo podobna do historii Lisy. Niemki, polskiego pochodzenia, która została porwana i kilka dni wymazano jej z pamięci. Od tej chwili Klara odczuwa przerażający lęk. Taki sam, jaki towarzyszył Lisie. Czy i kiedy dziewczyna będzie mogła poczuć się spokojnie, koniecznie przeczytajcie.
Mroczny i trzymający w napięciu thriller. Bardzo dobra pozycja na zimowy wieczór!

To straszne, że jedni ludzie tak łatwo potrafią ukryć swoją prawdziwą naturę za fasadą przybranej twarzy, a inni ślepo w to wierzą.

Michel Houellebecq w Serotoninie, opisuje historie Florenta. Mężczyzny, który wiedzie gorzki żywot. Żyje dzięki antydepresantom, kulturalne uciechy go już nie podnoszą na duchu. Majątek nie robi na nim większego wrażenia. Florent cierpi, tak samo jak cierpi Europa. Współczesny świat jest płytki i oferuje jedynie krótkotrwałą przyjemność, zamiast dłuższej chwili szczęścia. Smutna to książka, gorzka, ale i ironiczna. Książka o trudnym życiu,w pozornym dobrobycie.
Autora można kochać, albo nienawidzić. Jego styl i sposób pojmowania świata jest specyficzny. Serotonina to książka, który zasmuci nawet najbardziej radosnego optymistę. Nie każdemu się spodoba. Ale nie da się zaprzeczyć, że świat według Houellebecq’a jest naprawdę fascynujący.

Świat zewnętrzny był twardy, bezlitosny dla słabeuszy, prawie nigdy nie dotrzymywał obietnic, tak więc miłość była jedyną rzeczą, w którą ewentualnie można było jeszcze wierzyć.

Emily Elgar i jej książka- Gdybyście ją znali. Tę historie opowiada trójka bohaterów. Cassie, leżąca w śpiączce po wypadku. Frank, sąsiad Cassie z oddziału B9, cierpiący na zespół zamknięcia, i Alice, pielęgniarka ze szpitala. Pozornie wspaniałe i piękne życie Cassie, okazuję się fasadą. A okoliczności tragicznego w skutkach wypadku, odkrywa Frank. Tyle, że nie może o tym powiedzieć…
W zasadzie to bardziej książka psychologiczna niż thriller, ale wciąga i przyciąga. Ciężko się od niej oderwać. Aczkolwiek samo zakończenie nie jest oryginalne, nawet dość przewidywalne, to sam pomysł i koncepcja tej książki, są trafione w punkt.

Gabriela Gargaś i W plątaninie uczuć. Trzy przyjaciółki, skrajnie różne. Hania, która wiedzie szalone życie. Kalina, bizneswomen, która jest rozdarta pomiędzy dwoma mężczyznami i Dorota, typowa Matka Polka i kura domowa.
Kobiety spędzają razem czas, wspierają się, kiedy trzeba to potrafią się skrytykować i zmotywować do działania. Ich przyjaźń to nie tylko wieczna sielanka, pojawia się choroba, zdrada sprzed lat i niespodziewana ciąża…
To książka, która pokazuje, że kobieca literatura nie musi być lukrowana i do bólu sztuczna. Bardzo dobrze się ją czyta. Można się i pośmiać i szczerze wzruszyć. Niegłupia, dodająca nadziei. Polecam.

Gdy kończy się życie, dopiero wtedy widać, jak niewiele chwil przeznaczamy na robienie sobie małych przyjemności, a ile czasu tracimy na głupoty, nieważne sprawy. Wiecie, co przeczytałam? „Wczoraj do ciebie nie należy… Jutro niepewne. Tylko dziś jest twoje.

Cudowne lata pod psem, Michala Viewegha. Daję słowo, stałam na przystanku, czytałam tę książkę i dosłownie płakałam ze śmiechu. Coś dla fanów czeskiego humoru. Chwilami absurdalna, ale niezwykła historia, zwykłej, niezwykłej rodziny. Najtrudniejsze lata komunizmu opowiedziane na wesoło. Pełno to ironii, literackich smaczków i pierwszorzędnych dialogów. To jest coś co koniecznie trzeba przeczytać!

I na koniec książka wobec której mam nieco mieszane odczucia. Donna Tratt i Mały przyjaciel. Mam duży problem z tą książką. Nie jest zła, ale po przeczytaniu Szczygła, myślałam, że Donna Tratt to pisarka genialna, ale niestety Mały przyjaciel, mimo wielu plusów, nie powalił mnie na kolana.
Południe Ameryki, Dzień Matki, trwa rodzinne przyjęcie. Kilkuletni Robin znika, sąsiadka znajduje go wiszącego na drzewie. Co się stało z chłopcem? Przez lata zagadka śmierci Robina pozostaje nieodgadniona. Jego rodzina cierpi i mimo upływu lat nie może pogodzić się ze śmiercią chłopca. Młodsza siostra Robina, Hariett, w dniu wypadku nie miała nawet roku, ale pewnego wakacyjnego dnia, wiedziona żądzą poznania prawdy i zemsty, zaczyna własne śledztwo. A towarzyszy jej najlepszy przyjaciel…
Sam pomysł na książkę jest genialny. Ale po drodze coś się rozmywa. Historia jest a długa, a zakończenie niekoniecznie mnie usatysfakcjonowało.

Nie lubiła książek dla dzieci, w których dzieci dorastały, ponieważ „dorastanie” wiązało się (tak w życiu, jak i w książkach) z szybkim, niewytłumaczalnym zanikiem charakteru. Bohaterowie i bohaterki nagle porzucali przygody dla jakiejś nudnej ukochanej, czy ukochanego, brali ślub, zakładali rodzinę i ogólnie rzecz biorąc zaczynali się zachowywać jak stado krów”.

Ścieżka dźwiękowa- Męskie Granie 2019- Zazdrość

Minął miesiąc. Luty

I minął mi ten miesiąc. Jakoś niespecjalnie szybko, być może przez te pogodę? Dopiero koniec miesiąca przyniósł kilka słonecznych dni. Reszta, czyli te deszczowe i maksymalnie wietrzne dłużyły się w nieskończoność.

Początek miesiąca to cykl rodzinnych imprez. Taty urodziny i imieniny, a na deser rocznica ślubu rodziców. Było więc kupowanie prezentów last minute, wyjścia do knajpy, świętowanie, pieczenie, dużo pieczenia i gotowania. Fajnie było. Chociaż jak co roku, nie pamiętam kiedy wypadają imieniny, a kiedy urodziny. Najważniejsze, że wszystkie prezenty się podobały, a ciasta smakowały.

W lutym nie próżnowałam. Teatr i dwa razy kino. Do tego kilka większych spacerów. Poznałam kilka nowych restauracji i złapałam nowe super miejsca na pierogi. Rzutem na taśmę spontanicznie udało mi się spotkać z A., więc towarzysko było dość ok. Choć mogłoby być lepiej. Miało być lepiej, ale wiecie, coś mnie powaliło i na dwa dni byłam kompletnie wyłączona z życia. Stąd też moja największa lutowa atrakcja, po prostu przeszła, albo przejechała mi koło nosa. No, ale mówi się trudno, nie będę tego rozpamiętywać.

W pracy hmm, nadmiar pracy, stresów też było dużo. Generalnie nie był to miesiąc gdzie można było się nudzić w pracy. Oczywiście często miałam wszystkiego dość i po nocach śniły mi się idiotyczne pomysły inżynierów, ale to już za mną.

Nie będę zachwycać się przesadnie lutową pogodą. Przez 90 % czasu padało. Śniegu brak. Mrozu nie zauważono. Najmniejsza temperatura to poranne 0.4 stopnia. Kilka razy widziałam szron. Także tego… Słońce pojawiło się koniec miesiąca. Śniegu brak, za to wiało , że hej. Przez większość miesiąca. Ciągle deszcz i wiatr. Nudno.

W lutym okazało się, że moja siostra znów będzie mieszkać niedaleko mnie. U nas wszystko dzieje się w huragonowym tempie. Trzy dni i tyle zmian. Odkąd się wyprowadziła nasze relacje są nie zapeszając wspaniałe. Teraz będzie nas dzielić bezpieczna odległość 8 minutowego spaceru. Byłam, widziałam, mieszkanie jest bardzo ładne, a ja mam urządzić balkon. Zamówiłam już meble z palet. I dumam nad kwiatami. Jako, że mój balkon nie ma imponujących rozmiarów i do tego wychodzi bezpośrednio na ulicę, to zamierzam wiosnę i lato w większości , spędzić na jej balkonie. Muszę tam sobie uwić wygodne gniazdko do czytania! Ach, będzie pięknie.

Jak widać luty, poza jednym fatalnym weekendem, nie był zły. Ba, poczułam w sobie moc. W końcu wróciły mi siły, zapał i energia. Mam wrażenie, że wiosenne przesilenie przyszło do mnie w lutym i na pół miesiąca wciągnęło mnie w stan niechęci. Im mniej słońca, tym ciężej było mi rano wstawać i podejmować jakikolwiek wysiłek. Ale było, minęło. Ostatni tydzień lutego przyniósł mi ogromną porcję energii i mam nadzieję, że zostanie ona ze mną przez cały marzec.

Ścieżka dźwiękowa – Kasabian – Twentyfourseven

Weekendowa rówowaga

Muszę powiedzieć, że miniony weekend upłynął mi pod hasłem- równowagi. Jeden dzień był bogaty w różne aktywności, mój krokomierz oszalał z radości, na widok ilości kroków, jakie zrobiłam tego dnia. Po całym dniu byłam zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.

W sobotę wstałam naprawdę wcześnie. Zaczęłam dzień od porcji jogi i kaszki orkiszowej z kiwi. Potem czas na pranie, nastawiłam pralkę i poleciałam na zakupy numer jeden. Wróciłam do domu, wzięłam kolejną eko torbę i czas na kolejne odwiedziny w markecie. Wróciłam idealnie na koniec prania. W teorii wykonałam już dzienny limit kroków. Szybko zagniotłam kruche ciasto i ruszyłam rozwiesić pościel. Kiedy dusiły mi się jabłka na szarlotkę, ja zmieniałam pościel i robiłam porządki. Szarlotka w piecu? Idealna pora na ogarnięcie zmywarki i wyniesienie śmieci. Patrzę na zegarek, jest kwadrans po 10. Zabieram się za mycie okna. Kiedy wyłączam piekarnik, dzwoni A, że raz na 4 lata dostajemy jeden dzień w gratisie i ona już jedzie. Ok, dobrze,że uporządkowałam z grubsza pokój. Najpierw idziemy na lokalny ryneczek, ona kupuje jajka i lokalne sery. Ja już wszystko mam. Po małym spacerze zapraszam ją na ciągle ciepłą szarlotkę. Wtedy też słyszę- jakie to pyszne, błagam, ożeń się ze mną! Pijemy herbatki, tak, tak, A., z okazji 29 lutego zapewniła mi dostawę kolejnych opakowań. Kiedy to piszę, popijam różany duch poranka! Oglądałyśmy zdjęcia, plotkowałyśmy, ale nie ma to tamto, miłe chwile mijają za szybko. A., rusza do pracy, a ja do Młyna. Czas uzupełnić zdrowe zapasy! Tym razem poszły w ruch syropy z bzu, aronii oraz kasza jaglana. I cukierki mango bez dodatku cukru. No nie mogłam się powstrzymać!

Wracam do domu. Kolejna porcja porządków. Ale naprawdę szybka, czas szykować gołąbki! Kto robił gołąbki ten wie, że praca to żmudna. Tym bardziej kiedy od razu szykuje się obiad na dwa dni. Ale co to dla mnie! Po obiedzie ruszyłyśmy do kina. Babski film. Zachciało mi się herbaty z miodem, w moim kinie zawsze biorę pokrzywę z pigwą, i to było zachowane, ale pieczone kurczaki, zachciało mi się miodu do herbaty. Pani przyniosła słoik z pompką. Fajny to pomysł, ale niepraktyczny jeżeli używa się prawdziwego miodu, który ulega krystalizacji. Ten skrystalizował się niemal na kamień. Wyćwiczyłam ramiona, ale efektów brak. Pani postanowiła odkręcić zakrętkę, ale jej nie szło. Byłam już ostro poganiana, że zaraz film się zacznie, a tej się miodu zachciało. Więc cóż, poprosiłam o ten słoik, w końcu kiedyś tam nazywano mnie Herkulesem. Raz, dwa i zawartość słoja stała przede mną otworem! Pani chciała mnie zatrudnić do otwierania tego i owego, ale film wzywał. I muszę się przyznać, że jak odkładałam posypkę czekoladową do cappuccino mojej siostry, to strąciłam taką kartkę, że alkohol tylko dla pełnoletnich. Jest we mnie 166 centymetrów żywej niezadarności!

Na sali kinowej wybrałyśmy miejsca z tak zwanym kordonem bezpieczeństwa. Rząd prawie pod samym ekranem, ale za nami ani przed nami nikogo nie było. Te dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Czas do domu. Noc była naprawdę piękna, niebo bez chmur, idealny rogalik z księżyca, szłyśmy mocno okrężną drogą…

Za to niedzielę postanowiłam spędzić na totalnym luzie. Śniadanie w pościeli, poranny maraton serialowy. Spacer, potem drugi spacer. Maseczki, pilingi, paznokcie… Podwójna sesja jogi. Udawanie, że jestem Goergem Michaelem przy Killerze. Medytacja, która mnie natchnęła wiosennym pomysłem. Kiedy tak dumałam nad światem, i podziwiałam jeden punkt w pokoju, uznałam, że zamiast toaletki zorganizuję tam…. moją dżunglę. A jako, że od pomysłu do realizacji dzieli mnie moment, zamówiłam już palmę koralową i trzykroktę. Tak na początek. Zamówiłam też coś co będzie moim kwietnikiem. Plany mam wyjątkowo ambitne. Podczas medytacji znalazłam nowe hobby. Do czegóż to może natchnąć człowieka pusta ściana?

To był weekend pełen równowagi. Nowy tygodniu, nadchodź!

Ścieżka dźwiękowa- Lao Che- Sen a la tren

Filmowo.

Irlandczyk. Film, dla wielu był Oskarowym pewniakiem. I przy okazji filmem roku. Martin Scorsese zaprosił na plan filmowe gwiazdy i zrobił klasyczny film gangsterski. Gwiazdy kina zagrały idealnie, choć przyznaję, ten ponad trzygodzinny obraz, nieco męczy widza. Ja musiałam oglądać go w 4 częściach,  a potem uznałam, że jednak muszę siąść za jednym zamachem, bo film w częściach wiele traci. Czyli musicie zarezerwować cały długi wieczór! Komu go polecam? Fanom klasyki, dobrego aktorstwa i tym co, co lubią jasne podziały- ci są po jasnej stronie,  a tych złych się ściga.  Widać, że film zrobiony był z pasji, dopracowany w każdym szczególe, wrażenie robi scenografia i komputerowe odmłodzenie głównych aktorów. Ale mówiąc szczerze, liczyłam na coś więcej, na jakieś wow, które poczuję w trakcie seansu. Irlandczyk to po prostu bardzo dobre kino, aczkolwiek nieco przewidywalne w formie i treści.

Historia małżeńska. Sama nie wiem jak mam Wam opisać ten film. Nie da się opisać inaczej niż używając słów- arcydzieło, geniusz, mistrzostwo. To opowieść o końcu małżeństwa,więc tytuł jest dość zwodniczy. Kiedyś kochali się do szaleństwa, dziś muszą toczyć rozwodową wojnę. Wojnę o syna, gdyby nie on, wszystko byłoby dużo prostsze. Kiedy tak obserwujemy te rozwodowe zmagania, zastanawiamy się co poszło nie tak? Gdzie, i w kim tkwił błąd? W jego egoizmie i chęci bycia niezależnym reżyserem? Czy w niej, która w ciszy marzyła o serialowej karierze i powrocie do Los Angeles? W każdym razie małżeństwo się rozpada, a oni walczą o syna. Jest ciężko. On nie chce opuścić Nowego Jorku, ona zaś wróciła do domu rodzinnego, i ani myśli wrócić. Rozwód wymaga czasu, pieniędzy i nieczystych zagrań. Niby wszystko robi się dla dobra dziecka, ale czy na pewno? Te film kipi od emocji. jest szczery, autentyczny, brutalny, ale o dziwo, niosący nadzieję. Daje do myślenia, do tego wydaje się być obiektywnym spojrzeniem na całą sprawę. Reżyser nie staje po żadnej ze stron, pokazuje dwa różne punkty widzenia, a my możemy zdecydować kto lepiej nadaje się na bycia jedynym opiekunem dziecka i kto bardziej cierpi. Wielkim atutem tego obrazu jest genialne aktostwo. Scarlett i Adam grają jak z nut. A do tego Laura Dern, która fenomenalnie zagrała prawniczkę i zasłużyła na Oskara jak mało kto. To po prostu skromny, prosty film o uczuciach, który ma siłę rażenia bomby atomowej.

Jackie. Film obejrzałam w taki ponury wieczór. Taki kiedy nie ma się ochoty na coś poważnego i konkretnego. To historia żony najsłynniejszego chyba prezydenta Stanów Zjednoczonych, Johna Kennedy’go. Widzimy Jackie jako żonę swojego męża, piękną, elegancką i dostojną pierwszą damę. Widzimy też zrozpaczoną żonę, która musi pochować swojego męża i opuścić Biały Dom. Film nie jest zły, ale nie jest wybitnym arcydziełem. Bardziej skupiamy się na strojach Jackie, na jej stylu, i wyczuciu smaku, niż jej życiu. Generalnie chodzi o to, by pokazać, że nawet w najgorszym momencie życia Jackie potrafiła powstrzymać emocje i zachować się  w pełni profesjonalnie. No cóż film był dość średni i w zasadzie taki by obejrzeć i szybko zapomnieć.

Dwóch papieży. Co to był za film! Wielka klasa, mistrzostwo świata, perfekcja, genialne aktorstwo. Anthony Hopkins jako Benedykt XVI i Jonathan Pryce jako Franciszek. Głównym momentem filmu są dwa dni, dwa dni rozmów między Benedyktem,a wtedy jeszcze kardynałem Bergolio. Obaj chcieli udać się na emeryturę, aczkolwiek Benedykt miał plan, który skomplikował losy kardynała. W czasie rozmowy między duchownymi dochodzi do spowiedzi kardynała, gdzie poznajemy jego przeszłość, dość trudną, bolesną i skomplikowaną. Dwóch kapłanów rozmawia o sobie, o kościele, dzielą się lękami, grzechami i pasjami. I to jest fascynujące. Nie ma tutaj żadnych fajerwerków, jest normalność. I to jest urzekające, widzimy bowiem w Benedykcie i Franciszku zwykłych ludzi. Najzwyklejszych. A sceny przy pianinie i oglądaniu meczu są po prostu prawdziwą perełką, czymś co poprawi nastrój każdemu, nawet największemu smutasowi. Podsumowując, to rewelacyjny film. Lekki, skromny, elegancki,z dowcipem i energią, która zostaje w widzu naprawdę przez długi, długi czas. Ja wiem, że będę do niego wracać, i to jest chyba najlepsza rekomendacja.

Ścieżka dźwiękowa-  Albo Inaczej- Sznurowadła