Lulu i mrożona herbata

Myślisz za dużo, bo myślami zasłaniasz się przed światem, więcej gadasz niż obserwujesz, poddajesz się przesądom, a nie analizujesz, co się dzieje.

Lulu weszła do tej kawiarni. I zapomniała co powinna powiedzieć. Tak, wiedziała,  że zgodnie ze starannym scenariuszem powinna rzec-

Cześć.

Ale czasem te proste i banalne słowa nie chcą przejść przez gardło.

Ten blondyn był…. Był jej wyśnioną eklerką. Ptysiem z masą kremu. Pączkiem z prawdziwymi płatkami róży. Śliwką w czekoladzie i pewnie można by tak długo i długo. I pewniej dłużej….

Keira odwróciła się do reżysera:

Naprawdę go zatrudniliście? Słodka drożdżówko z wiśnią, niech ten serial, trwa i trwa.

Tak, reżyser się postarał. Alexander Skarsgard. Akurat miał wolne terminy,w  planach zamianę luksusowego apartamentu, na jeszcze bardziej luksusowy apartament, więc sami rozumiecie. Jest praca, to ją wziął. Tak więc po chwilowym zapowietrzeniu się i totalnym zapomnieniu tekstu Keira, czyli Lulu, powiedziała :

Cześć.

Cięcie, co tak cicho. Nic nie słychać.

No niestety. Keira nie potrafiła się podgłośnić. Cześć zostało ledwo słyszalne. Z radością opadła na krzesło. Uff, gdyby miała stać jeszcze 3,4 sekundy dłużej, z wrażenia by zemdlała. I ona, i Lulu.

Lulu z radością i wyraźną ulgą wzięła do ręki bardzo nieporęczne menu. Przez parę minut starała się sprawiać wrażenie bardzo, ale to bardzo pogrążonej w lekturze. Co wybrać? Kawę? Nie. Koktajl? Nic konkretnego nie przełknie. Zimna woda. O, tak, to jej się przyda. Szklanka zimnej wody. Szklanka mrożonej herbaty. Może od razu powinna zamówić podwójną porcję? Albo chociaż podwójną porcję lodu do tej herbatki?

To jak zdecydowałaś się już na coś?

Wyrwało to Lulu z zamyślenia. Biała koszula w delikatne paski z podwiniętymi rękawami, ciemnobrązowe spodnie,  i ten uśmiech.

I ten głos. Taki męski, radiowy, seksowny…. O słodka drożdżówko z wisienką, ty idiotko, ty wielka idiotko. Znów wpadłaś jak śliwka w kompot. Albo raczej jak wisienka do drożdżówki. A miała być tak silna. Całe 8 miesięcy to ćwiczyła. 8 długich miesięcy, i proszę bardzo, ten się pyta czy, już wie co zamówi do picia, a ona zaraz powie – Tak, zostanę twoją żoną, będziemy mieli 5 dzieci, a co niedzielę będę smażyć naleśniki.

Oblała ją fala wstydu. To dobrze, to ją otrzeźwiło.

Mrożona herbata, to będzie dobry wybór.

Uff, przeżyła. On odszedł od stolika. A ona walczyła sama z sobą by stąd nie uciec. A trzeba było zostać w domu! A nie, zachciało się jej emocji. I proszę. Kiedy już się zdecydowała by wziąć torebkę i udawać, że na gazie zostawiła ziemniaki, usłyszała :

Lulu, owocowa czy zielona?

Słucham?

Pani się pyta czy ta herbata ma być zielona czy owocowa?

Najbardziej by się jej przydał Nervosol. W podwójnej dawce. Można dolać?

Zieloną poproszę. I dużo lodu….

Naprawdę go potrzebowała. Musiała ochłonąć. Dlatego właśnie nie chodziła na randki. Od razu strzelał w nią piorun. Od razu. Miała po prostu za dobrych sparingpartnerów. Czemu przed nią nie siedział pryszczaty nastolatek o miernej pewności siebie? Och, czemu!

A tak to ona znów, proszę bardzo. Nawet nie zdążyli wymienić paru mądrych, bądź mniej mądrych zdań, a ona już, zakochana. Keira w duchu dusiła się ze śmiechu. Gdyby nie miała męża i córeczki, to sama by tu się zakochała. Ale Keira była w pracy. A Lulu naprawdę to przeżywała.

W końcu siedli przy herbacie. I tak się potoczyło. Po herbacie był sok. A po soku jabłecznik. I kiedy miała być już zwykła herbata to kelnerka powiedziała, że w zasadzie to 40 minut temu powinna zamknąć kawiarnię, ale państwu tak się miło rozmawia, że nie chciała przerywać. Stop.

Zgodnie ze scenariuszem rozmowa w kawiarni miała trwać 61 minut. Tymczasem minęły prawie trzy godziny,a  im ciągle było mało. Zapomniała go zapytać o tyle spraw! Kiedy to minęło? Nie wiedziała….

Był ciepły letni wieczór. Prawie 22.00. Następnego dnia Lulu powinna stawić się do pracy. Wszystkie drożdżówki świata jej świadkiem, jak bardzo nie chciała wracać do domu. Mogłaby spacerować i rozmawiać. Żartować, wymieniać opinie, przekomarzać. Ale rozsądek podpowiedział jej jedno – królewno, ściągnij skrzydełka, wróć na ziemię. Praca, obowiązki, codzienność. A twój książę? No cóż, niech zaprzęga konie i sunie do domu. Rzeczywistość. To bolało.

I to jak strasznie. Keirze było jej żal. Perfekcyjnie zagrała pomieszanie złości, smutku, żalu, nawet wplotła w to odrobinę rozpaczy.

I tak sobie stali pod ta kawiarnią. I żadne mądre słowo nie przyszło żadnemu na myśl. Lulu więc rzekła-

-to ja już pójdę do domu.

-a ja cię odprowadzę.

-ale ja naprawdę mieszkam tuż za rogiem….

I chociaż mieszkała tuż za rogiem, to poszli razem. Jakąś okrężną drogą, bo to tuż za rogiem przeciągnęło się o dwa rogi za daleko.

I nastąpiła ta niezręczna chwila pożegnania. Serce mówiło -rzuć mu się w ramiona i nie puszczaj. Rozum mówił stań jak kłoda, byle dalej. Zgodnie ze scenariuszem podali sobie ręce.

I tyle.

I koniec. Cięcie.

Nie. Nie koniec.

On się uśmiechnął. Potem ona. On ją przytulił.  A ona czuła się jak w niebie.

Weszła do klatki. Stała kwadrans przed drzwiami i zastanawiała się nad tym co właśnie się z nią działo…

 

 

Cięcie. Aktorzy wracają do domów. Koniec na dziś.

Lulu jak zwykle jest efektem mojej bujnej wyobraźni i wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń jest wynikiem przypadku.

Ścieżka dźwiękowa – Queens of the Stone Age – Go with the flow

Advertisements

O pewnej wojnie…

To był pewien piątek. Niby lato, a jednak jak jesień. Cały dzień lało. Po prostu lało i lało. Bez ustanku i bez wytchnienia. To był niezwykle szary dzień. Taki, który trwa i trwa. I nie chce się skończyć…

Nie miałam żadnych planów. Chciałam by ten dzień się już skończył. Najchętniej przespałabym cały ten piątek. Ale….

Barowa pogoda. Ale ja nie lubię barów. Kinowa pogoda. Może by tak iść do kina? Idę. Kupiłam bilety. Ulubione kino. Kameralna sala. I tylko film…

Jeden film.

Zimna wojna.

Mogłabym o tym napisać w podsumowaniu lipca. W dziale kultura, ot, byłam w  kinie. Mogłabym napisać, że polecam. Albo i wręcz przeciwnie. Ale ten film, te 89 minut zasługują na coś więcej.

W zasadzie nie wiem od czego zacząć. Minęło parę dni. Parę poranków i wieczorów. Parę gorszych i lepszych chwil. Ale przed oczami ciągle mam ten szary świat. Smutek i duszny zapach melancholii. Ciągle słyszę filmową muzykę. Ciągle chodzę wąskimi uliczkami Paryża i płaczę. Na przemian ze szczęścia i z rozpaczy.

Zula i Wiktor. Chwila po wojnie. Ona chce zrobić karierę jako piosenkarka. On jest kompozytorem. Zula idzie na przesłuchanie do Mazurka, ludowego zespołu. Od pierwszego wejrzenia wzbudza w Wiktorze zainteresowanie. Jeżeli ktoś nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, to po tej scenie musi w nią uwierzyć. To wszystko jest wypisane w oczach Wiktora!

Zespół się rozkręca. Rodzi się piękna miłość. Pojawiają się zagraniczne okazje. I…..

I cięcie. Bohaterowie się rozdzielają. I tak się gonią przez resztę życia. Za każdym razem przekonując się, że razem źle, a bez siebie jeszcze gorzej. I….

Finału Wam nie zdradzę. Nie zdradzę Wam nic więcej. Musicie iść do kina. Co Was zachęci?

maxresdefault

Napięcie, emocje i magnetyzm. Od Zuli nie można oderwać wzroku. Wiktor…. Dobra, przyznaję się, zakochałam się w nim na ekranie. Owszem, zawsze wiedziałam, że Tomasz Kot to dobry aktor jest. Ale to co zrobił w tym filmie, to jak stał się Wiktorem, przeszło moje wszelkie oczekiwania. Amant. Prawdziwy facet. Milion emocji. I ta szczerość w każdym spojrzeniu. Tylko ja wiem, jak bardzo chciałam wejść do ekranu i go pocieszyć. Przytulić i sprawić by zapomniał o tej Zuli…

Źle im było z sobą. A jeszcze gorzej bez siebie. To była wielka i gorąca miłość. Ale przy tym bardzo toksyczna. Leciały iskry, i owszem. Ale i wyzwiska, rękoczyny i masa żalu. Ale byli jak dwa magnesy, coś ich do siebie przyciągało. Na przekór rzeczywistości.

Dawno żaden film, żadna historia nie wycisnęła ze mnie tylu łez. Tak, płakałam. Nie, ja ryczałam. Ciekła mi łza za łzą. I  w ogóle się tego nie wstydzę. W końcu to miłość. Najpotężniejsze uczucie, która wyzwala wiele emocji. Ja płakałam. Tak samo często się śmiałam. Byłam wściekła, obrażałam się na Zulę, to na Wiktora. Jak oni potrafili “koncertowo” wszystko pociąć na kawałki. A potem misternie zszywać swoje uczucia. I tak na okrągło.

Niektórzy zarzucają akcji, że jest porozrywana. Że wiele, może za wiele, dzieje się poza ekranem. Dla mnie to właśnie jest wielkim atutem Zimnej wojny. Pawlikowski nie zamęcza widza pokazywaniem co dzieje się w międzyczasie. Skupia się na Zuli i Wiktorze. Nie interesuje go to co pomiędzy, to możemy wywnioskować sami. Mamy skupić się tylko na tej dwójce. Dzięki temu zabiegowi film nie nudzi, nie usypia, nie zadręcza milionem szczegółów bez znaczenia. Jest skondensowany, złożony z samych najlepszych scen.

A w tych scenach grają sami najlepsi aktorzy. Niesamowita Joanna Kulig, która może być prostą dziewczyną ze wsi, i paryską elegantką. Uwodzi, bawi się widzem i zostawia poczucie niedosytu. Tomasz Kot, napisałam już chyba wszystko co mogłam napisać. Tą rolą pokazał, że jest aktorem wybitnym. Borys Szyc, tak, tak, on. On urodził się do tej roli, cyniczny i układny kierownik zespołu. Po prostu zagrał jak z nut. Agata Kulesza, szkoda, że grała tak krótko, ale znów pokazała swój wielki talent.

zimna-wojna

Niesamowita jest muzyka. Muzyka, która, poza miłością, jest głównym tematem filmu. I po prostu jest fantastyczna. I mówię to ja, osoba, która z muzyką ludową jest na bakier. Ale bądźmy szczerzy, chociaż akcja dzieje się wokół Mazurka, to rządzi jazz. Duszny, tętniący emocjami i energią. A czasem smutkiem, beznadzieją i rozpaczą.

Znów się powtórzyłam. Emocje. Chyba nigdy nie widziałam filmu, który by aż tak kipiał od emocji. Śmiejcie się bądź nie, ja miałam wrażenie, że oglądam… czyjeś życie.

Wrócę. Wrócę do kina. Wrócę do tego filmu. Wrócę do tych bohaterów. Wrócę do tej niezwykłej, przepięknej miłosnej historii. Wrócę do tego zakończenia. Zakończenia, które jednym zdaniem powiedziało wszystkie słowa świata. Zakończenia, które wylało ze mnie morze łez. Zakończenia, które wszystkich wbiło w fotel. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Skończyły się napisy, zapaliły światła, w drzwiach stanęła bileterka, ale nikt nie miał siły by wstać, zapomnieć i wrócić do normalnego życia.

To było niezwykłych 89 minut. 89 minut obcowania z ideałem…

 

Ścieżka dźwiękowa- Mioush/Smolik/Nosowska- Tramwaje i Gwiazdy

 

 

Książkowo-filmowo

Filmowo czerwiec był fatalny. Mam na to konkretne wytłumaczenie- Mundial. Niemal każdego wieczora oglądam mecz i na filmy brak mi czasu. Na seriale zresztą też. Przed mistrzostwami zdążyła jednak obejrzeć całe trzy tytuły. Dwa dobre, i jeden kiepski.

Zacznę od kiepskiego. Ciężko mi to mówić, ale Johnny Deep nie gra już w dobrych filmach. Dobrym filmem nie można też nazwać Bezwstydnego Mortdecai. Mówiąc szczerze przez cały film miałam wrażenie, że oglądam parodię. Przecież ktoś na serio nie mógł wyreżyserować, tak marnego dzieła. I do tego zdołać namówić do tego przedsięwzięcia Gwyneth Paltrow, i właśnie Johnny’go. Zasadniczo film jest bez sensu. A wrażenie bezsensu potęguje Deep, który parodiuje kapitana Sparrowa. Czyli co za dużo to niezdrowo. Nie będę streszczać Wam fabuły. Po prostu nie oglądajcie. Zrobiłam to za Was.

Zwierzęta nocy. Ten obraz zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Tom Ford, projektant mody, a tak naprawdę filmowy geniusz, stworzył prawdziwe wizualne arcydzieło. Powiem Wam szczerze, że nawet jeżeli czegoś brakuje w fabule, to nastrojem, kolorem, pięknymi ujęciami, Ford niweczy każdy brak. Żeby nie było wątpliwości, tych braków jest bardzo mało. Cała historia jest po prostu niesamowita. I tak, zdaję sobie sprawę, że sporo osób będzie zawiedzionych tym filmem. Bo to nie jest kino lekkie, łatwe i przyjemne. Susan- genialna jak zwykle Amy Adams, wiedzie życie jak z bajki. Mam bajecznie przystojnego męża, prowadzi galerię sztuki, a jej mieszkanie jest jak spod igły. Ale to tylko fasada. Tak naprawdę Susan jest rozczarowana swoim życiem, małżeństwem, pustymi relacjami, i kolacjami z ludźmi, których nawet nie lubi. Z tego dziwnego stanu wyzwala ją od przesyłka od byłego męża. Jest to jego powieść. Książka, która bazuje na historii końca ich związku. I wtedy zaczyna się prawdziwy thriller….. To mistrzowskie kino grozy, thriller i dramat psychologiczny. Obiecuję Wam, długo będziecie pod wrażeniem tego filmu. Nie pozwoli o sobie zapomnieć…

amy-adams-in-nocturnal-animals-movie-4k-1100x732

Zobaczyłam również Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć i również mogę polecić, wszystkim dziecięcym fanom Potterowskiego świata. Mnie ten film urzekł, po prostu był powrotem do przeszłości. Może nie jest to wyjątkowo ambitne kino, ale jakie wciągające!

Książkowo. W czerwcu przeczytałam 13 książek. Pechowa czy szczęśliwa 13? Zaraz się przekonamy.

W czerwcu najmniej zainteresowała mnie książka o nazwie – Spalone mosty. I faktycznie, po tej pozycji, autorka spaliła wszystkie mosty, które prowadziły na moją półkę.Nigdy więcej po nią nie sięgnę. Naprawdę chciałabym opowiedzieć Wam fabułę tej książki, ale kosztowałoby mnie zbyt wiele energii, więc sobie daruję. Po prostu palę mosty i cześć.

Wielkim, wielkim czerwcowym plusem jest Pragnienie Jo Nesbo. W końcu nadeszła kolej na tę książkę. Nie ukrywam, fanką Nesbo i jego Harry’go Hole’a, jestem od dawna. Przeczytałam wszystkie książki z zapartym tchem i muszę powiedzieć, że to mistrzostwo kryminału. Po prostu krocząc śladami Harry’go na przemian boję się, irytuję, złorzeczę przestępcom, trzymam kciuki i żegnam się z głównym bohaterem. Tym razem Harry wraca do gry. I jego powrót jest fenomenalny. Nie mogłam się oderwać od Pragnienia. Chociaż przyznaję, trup ściele się gęsto, a opisy zbrodni wykrzywiają twarz, to miałam wrażenie,że prowadzę to śledztwo razem z Harrym. Tyle, że on odnalazł mordercę, a ja zostałam w tyle z moimi teoriami. Nesbo jest w świetnej formie, a Harry jak zwykle zostaje jedyną nadzieją na spokój w mieście. Ale czy przywróci spokój kobietom, którym zagraża bezwzględny morderca? Tego nie zdradzę. To trzeba przeczytać.

-Daj spokój, Harry. Jak długo można się tu ukrywać i udawać, że jest się kimś innym? Nie jesteś roślinożercą jak ten tam. Jesteś drapieżnikiem. Tak samo jak ja (…). A drapieżniki, jak wiadomo, mają ostre zęby. Właśnie dlatego znajdują się na samej górze łańcucha pokarmowego.

W czerwcu pożyczyłam też od siostry jej urodzinowy prezent, czyli książkę Kasi Nosowskiej A ja żem jej powiedziała. Szczerze? Dawno nie czytałam czegoś tak odświeżającego. Czegoś co będzie prawdziwe, szczere i bezpośrednie. Mam wrażenie, że nie czytałam tej książki, ale po prostu poszłam z Kaśką na jakąś dużą herbatkę i koniecznie porcję sernika i tak sobie obgadałyśmy całe życie. Uwaga, książkę czyta się dosłownie  w 1 wieczór.

Od jakiegoś czasu nie wstydzę się tego, kim jestem. Znam swoje możliwości. Są zbyt ograniczone, by zawojować świat, ale wystarczające, by być wdzięczną, lubić życie i oddychać swobodnie.

Motywy osobiste. To książka Aleksandry Marininy. Znałam tę autorkę, ale tylko ze słyszenia, nie z przeczytania. I dopiero teraz sięgnęłam po jej dzieło. Żeby było śmieszniej od razu trafiłam na tom….. 29. Ale w niczym mi to nie przeszkadzało. Marinina to taka rosyjska Lackberg, tworzy świetne i poczytne kryminały. I Motywy osobiste przekonały mnie bym zaprzyjaźniła się z tą autorką na dłużej. Mamy tutaj bardzo oryginalną, niebanalną historię, w której nie sposób odgadnąć zakończenia. Morderstwo lekarza i córka, która przyjeżdża do Moskwy by rozwiązać tę zagadkę, otwiera prawdziwą puszkę Pandory….

Anonimowa narratorka opowiada o swoim życiu. Głównie o swojej najlepszej przyjaciółce Tracey, z którą to połączyła ją miłość do tańca. Tracey ma wielki talent, ale nie posiada wsparcia w rodzinie. Narratorka jest pracowita i bardzo inteligentna. Obserwując swoją matkę, społeczną aktywistkę chce dojść na sam szczyt. Choć ma dużo mniejszy talent. I to właśnie talent różni dziewczyny. Z najlepszych przyjaciółek stają się sobie zupełnie obce. Swing Time Zadie Smith to niezwykła, bardzo muzyczna podróż przez życie i trzy kontynenty. Na długo zapada w pamięć! Ciągła zazdrość, nienawiść i poczucie pustki. Bardzo kobieca i wibrująca historia. Szczerze polecam.

Wreszcie zrozumiałam: nigdy nie świeciłam własnym światłem, zawsze krążyłam wokół blasku innych. Byłam tylko cieniem.

Wykolejony. Pewnie większość z Was kojarzy ten film z Jennifer Aniston w roli głównej. Ja filmu nie widziałam, dlatego też zabrałam się za książkę. I wiecie co? Myślałam,że to będzie takie byle co,  ale rozczarowałam się. Pozytywnie. Naprawdę pozytywnie. Ta książka jest naprawdę solidnie napisana, intryga wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć. Po prostu ciągle ma się ochotę na jeszcze jedną stronę i jeszcze jedną i kolejną…. I tak do samego końca. Dobrze, że czytałam ją w weekend, mogłam przedłużyć wieczorne czytanie i dać się pochłonąć po całości. Jeżeli szukacie solidnego i bardzo wciągającego thrilleru na lato, to polecam.

Muzycznie w czerwcu rządziła u mnie ta piosenka. Dosłownie się od niej uzależniłam. Mogę słuchać jej non stop. Ojciec grozi mi dyscyplinarką jeżeli jeszcze raz puszczę ją w pracy. Mama eksmisją. No trudno, zagram to jeszcze raz…

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian- Buther blues

Black Celebration. Część 4.

Pamiętam jak w październiku 2016 roku miałam anginę. Ten fatalny stan poprawiła mi jedna wiadomość – Depeche Mode zagrają w Polsce, w Warszawie. To było jak sen. Dokładnie rok temu, w moje urodziny, dowiedziałam się, że Depesze w lutym zagrają w Gdańsku. Jesienią dowiedziałam się,że latem wrócą do Trójmiasta, tym razem odwiedzając Gdynię. Moje życie było więc wypełnione czekaniem, odliczaniem, nakręcaniem się. Teraz czuję ogromną pustkę . I wielki żal, że to wszystko już za mną…..

Ale nie popadajmy w rzewne tony, czas na relację.

To był dziwny czwartek. Wczesna pobudka, śniadanie ( kaszka Nestle dla starszaka o smaku kakaowym, 3 truskawki i płatki kukurydziane dla chrupkości), spacer do pracy i praca…

Właśnie praca. Ten dzień spędziłam w pracy. Chociaż K., starała się wprowadzić mnie w odpowiedni nastrój, to przyznaję, było mi ciężko się wczuć, kiedy musiałam zająć się po prostu życiem firmy. Po pracy zakupy, obiad, porządki… Resztką sił pomalowałam paznokcie na miętowy kolor i jakiś taki błyszczący zielony. O 19.20 wyjechałam z domu. W ciągu paru minut diametralnie zmieniła się pogoda. Czarne chmury wyglądały piekielnie groźnie, zerwał się wiatr, a ja zaczęłam panikować. Bo nie mam nic do obrony przed deszczem. Bo przywdziałam baletki zamiast trampek. Bo mam tylko sweter i jeansową kurtkę, a przydałby się zimowy płaszcz. I oczywiście nową koncertową koszulkę, którą miałam zamiar napełnić pozytywną, koncertową energią.

Pierwsza część trasy minęła spokojnie. Mijało nas sporo aut z naklejkami wskazującymi dla jakiego zespołu jadą w stronę Gdyni. Po chwili dotarło do mnie, że strasznie dużo tych oznakowanych aut i pewnie będzie korek. Niezły korek. I to była racja, ostatni kilometr pokonaliśmy w zabójczym tempie. To było chyba minus 20 km na godzinę. I tak jechałam i jechałam. I przeczytałam 30 stron książki. Nudnej dość na marginesie muszę dodać. W każdym razie w końcu dojechałam.Pod bramą czekała K. Jak się okazało brama nie oznaczała bramy wejściowej na festiwal. Brama była preludium do bramy. A brama wejściowa była jakieś 30 minut spacerkiem dalej. Nie byłam na to przygotowana za żadne skarby świata. I tak szłyśmy i szłyśmy w stronę słońca…..

Dejw wzywał, a obok dziesiątki ludzi chciało kupić bilety na koncert DM. Jeden nawet zbyt mocno zainteresował się moim biletem. Musiałam go ukryć głęboko. Czuwały nad nim flamingi. Proszę mnie nie oceniać, tak, miałam plażową matę we flamingi. Były tam też pelikany, czy to choć trochę łagodzi moje przewinienie?

I tak sobie z K., szłyśmy i szłyśmy. Gdzieś tam w oddali majaczyło miejsce docelowe, ale szło się dalej i dalej. I jako żywo daję swoją głowę, że kiedy byłam tam ostatnio to parking był zdecydowanie bliżej, a ja nie musiałam brać udziału w maratonie by tam dotrzeć! Albo on był w tym samym miejscu, tylko ja miałam na liczniku 10 lat mniej i lżej mi się chodziło? Któż to wie. W każdym razie doszłyśmy. Nastąpiło oddanie biletów ( czego nie zarejestrowałam), i zabralonsoletkowanie ( o ile istnieje takie słowo). Z tymi oto atrybutami festiwalowicza udałyśmy się na kontrolę osobistą. Miła pani dokładnie pomacała górne rejony mego ciała, sprawdzając czy w staniku nie przemycam broni. Nic innego jej nie interesowało. Dlatego też mimo zakazu wniosłam i wodę mineralną, i 2 paczki Maltanek (moje ulubione ciasteczka) i kijek do robienia super selfie, który koniecznie chciała mieć moja siostra. Nie wiem czy to powód do dumy, ale butelka wody pod ręką potrafi uratować życie.

Za bramkami spotkałam siostrę i jej chłopaka. Szybkie przywitanie i idziemy dalej, w końcu czas nagli. Żeby nie było tak kolorowo, z tego miejsca do miejsca docelowego znów jest 10 minut spaceru. Moje stopy, otulone sztywnymi baletkami po prostu płaczą. Ale idę, co mam nie iść. Myślimy o jakiejś kawie, bądź herbacie. Ale po 5 minutach w niekończącej się kolejce, uznajemy, że damy radę obejść się bez napojów. Czas nagli. A wiatr wieje. Niestety, mój sweter i jeansowa kurtka nie dawały mi takiej porcji ciepła jakiej pragnęłam. Marzły mi stopy, dobrze, że miałam apaszkę i mogłam zadbać o swoje gardło. W każdym razie i tak byłam w lepszej sytuacji niż moja siostra, która tę mroźną noc planowała spędzić w szortach i sandałach. Ma kobieta fantazję.

Flamingi w dół, rozbijamy obozik. Do koncertu została chwila. Łyk wody, ciasteczka w dłoń i już słychać dźwięki Revolution Bitelsów. Jeszcze moment i wiadomo kto pojawia się na scenie.

Standardowo zaczyna się od Going Backwords. Czyli coś co bardzo lubię i słucham z przyjemnością. Tym razem zabrzmiało tak jak miało być, idealnie, mocno, głośnie i doniośle.

It’s no good. Czyli piosenka, przy której nie mogę ustać w miejscu. Jestem zachwycona, że znów ją mogłam usłyszeć. Jedna z moich ukochanych piosenek DM!

A pain that I’m used to– wielka, wielka dawka rockowej energii.

Precious – ta piosenka wywołuje u mnie wielkie wzruszenie, wspaniale, że znów mogłam ją usłyszeć i mieć prawie szklane oczy. Martin to strasznie wrażliwy facet i tylko on mógł napisać, tak poruszające słowa.

World in my eyes. Szczerze? Dave powinien się wyspowiadać po wykonaniu tego utworu. Ja zresztą też. Ale nie wnikam w szczegóły. Magia, pasja i emocje…

Cover me, czyli można na chwilę usiąść. Lubię ten utwór, ale? Ale tym razem wolałabym raz jeszcze posłuchać Poison heart. No, ale nie można mieć wszystkiego, nie narzekam, tylko śpiewam.

Somebody. Powiem to tylko raz, i pewnie nigdy więcej tego nie powtórzę, ale , ale… Żałuję,że nie śpiewał Home. Szalenie mi brakowało wspólnego śpiewu po tym utworze. Tutaj było trochę za rzewnie, za romantycznie. No jakoś nie pasowała mi ta piosenka. Jak nie Home to może chociaż I want you now? Też nie? No dobra, siedzę i słucham. Szkoda, szkoda.

In your room. Nie siedzę acz stoję. Mam łzy w oczach. Dacie wiarę, że 3 razy mogłam usłyszeć i zaśpiewać tę piosenkę? Byłam i jestem w niebie! Sen na jawie….. Moja dusza uleciała do krainy wiecznej szczęśliwości i różowych flamingów.

Everything counts. Wersja koncertowa jak zawsze mnie porusza. Tym razem było tak samo. Aczkolwiek, w wersji festiwalowej za krótko, oj za krótko! Ja miałam siły na więcej razy powtarzania tych paru słów refrenu…

Stripped. Wolne żarty, zamarzam z zimna, a on każe się rozbierać! I to do szpiku kości. K., pożycza mi zieloną płachtę Batmana, która grzeje plecy i pięknie wiruje w tańcu. Moja siostra zaś lansuje nowy trend- skarpetki z Biedronki. W skrócie. W wersji rozszerzonej są to eksluzywne skarpetki z Biedronkowych reklamówek. Mówię Wam, za rok każdy będzie chciał takie mieć!

Personal Jesus. Jak zwykle mnie poniosło, nie potrafię ustać na tej piosence! Jest moc, jest energia, są dzikie i nieskoordynowane ruchy i jest mój równie dziki i równie nieskoordynowany śpiew.

Never let me down. Kwintesencja “Depeszowatości”. Ta piosenka, ten refren, to machanie- nigdy mi się nie nudzi i zawsze wywołuje masę emocji.

Panowie idą na chwilę przerwy. Uff, dużo się dzieje. Obok nas trwa akcja ratunkowa jakiegoś kompletnie nieprzytomnego od żółtego napoju młodzieńca. Nie wygląda to przyjemnie, uroki festiwalu. Na szczęście panowie wracają.

Walking in my shoes. Czyli mam łzy w oczach, serce mi bardzo, bardzo bije i mam wrażenie, że jestem jedyną osobą na sali. No dobrze, na łące, tudzież lotnisku. Co z tego, że obok 70 tysięcy głów.

Enjoy the silence. Kolejny raz w pełni zgodziłam się z refrenem – All I ever wanted, All I ever needed, Is here…..

Just can’t get enough. Śpiewałam, ale…. już w drodze na parking. Niestety mój kierowca nie chciał czekać aż cały tłum rzuci się do ucieczki i popędzi do samochodów, musiałam więc tej piosenki słuchać idąc w stronę parkingu… Żałuję.

Niestety ta droga powrotna w ogóle nie chciała się skończyć. Mam wrażenie,że w drugą stronę przybyło tam co najmniej z 5 kilometrów. Jak nie więcej. I pomyśleć , że mówi to ja, miłośniczka spacerów. Odwidziało mi się.

Szczerze przyznaję, koncert miał dużo, dużo plusów. Ze strony zespołu był pełen profesjonalizm i masa energii. Panowie byli w genialnej formie i dali wspaniałe rockowe show. Muszę przyznać, że Dejw to istny wulkan energii i wulkan męskości. To był prawdziwie rockowy koncert. Choć pewnie niektórych to mogło drażnić, bo był to męski koncert. Maczystowski. Dla niektórych drażniący, dla innych kipiący zmysłowością. Cały czas fascynuje mnie fenomen stopnia uwielbienia wobec Gahana. Wystarczy jedna jego mina, jeden gest, i publiczność robi dokładnie to co on chce. Przyznaję, ja sama jemu ulegam. I pewnie gdyby kazał skoczyć z mostu, w koncertowym transie byłabym w stanie to zrobić. I lecąc w dół potrafiłabym znaleźć jakiś sens w tym marnym końcu żywota.

Ale żeby nie było, były też minusy. Te wszystkie minusy, po zsumowaniu powodują,że ubiegłotygodniowy koncert znajdzie się na ostatnim miejscu listy koncertów DM, na jakich byłam.

Po pierwsze brakowało mi ekscytacji. Wiecie, podróży depeszowym pociągiem, pozdrawiania się na mieście, planowania z półrocznym wyprzedzeniem całej logistyki. Albo chociaż gdańskiej niedzieli, nerwowego oczekiwania, potem stania w kolejce z braćmi Depeszami. Nie, tutaj tego nie było. Byłam w pracy, potem zakupy, sprzątanie, i wyjazd na koncert. Nie poczułam tej niezwykłej atmosfery. Niestety, poczułam ją do dopiero na koncercie.

Ale też nie do końca. Bo wielkie lotnisko to nie jest miejsce na dobry koncert. Owszem, nagłośnienie było super, telebimy rewelacyjne, ale z racji mego wzrostu i raczej drobnej budowy, zdecydowanie wolę stać, czy siedzieć na trybunach, i z jakiejś wysokości obserwować koncert. Tutaj nie tyle nie widziałam zespołu na scenie, co nie widziałam sceny. Dziękuję za telebimy, ale jednak to nie było to.

Setlista, bardzo krótka i bardzo “na czas”. Wiadomo, na festiwalu wszystko chodzi jak w zegarku, każdy dostaje określoną ilość czasu i ma grać ograniczoną ilość piosenek. W przypadku Depeszy zmieściło się ich 15. A podczas regularnego koncertu mamy ich 22. To więc 1/3 piosenek mniej. I to czuć. Do tego mam wrażenie, że wszystko jest krótsze, machanie na Neverze, dzikość na Personalu, szalestwo Enjoy’a. Wszystko jest krótsze. Ja poczułam tę różnicę.

Publiczność. Wiadomo, na festiwal przyjeżdża duża, bardzo duża grupa osób, a raczej dzieciaków, które po prostu przybywają nad morze, bo to super okazja by zrobić sobie super zdjęcia. Duża część w ogóle nie wie na jakim jest koncercie. I to nie tylko dlatego, że nie interesuje ich muzyka. Albo są upici do nieprzytomności, albo chociaż do stanu, gdzie nie są w stanie iść bez asysty 3 kolegów, albo upaleni czymś toksycznym. Jedni każdy swój krok muszą pokazać na Instagramie. Dosłownie każdy. Byłam świadkiem jak dziewczyna gościa a’la David Bowie, robiła relację na żywo z aktu oddawania moczu, przez kolegę w różowym płaszczu. Tak, dobrze mnie zrozumieliście. On robił siusiu, a ona to kręciła i dodawała komentarze, których nie zacytuję. Inni zaś siedzą na koncercie, są trzeźwi, wyglądają w miarę normalnie ( nie licząc diamencików na twarzy i indiańskich frędzli), ale non stop siedzą na Facebooku. I pewnie piszą, że są na super koncercie i świetnie się bawią. W sumie, filmiki mogą obejrzeć w domu. Ważne by na żywo relacjonować co się dzieje.

W moim rankingu zdecydowanie wygrywa gdański koncert, potem Warszawa rok temu, potem Warszawa anno domini 2013, a Open’er jest ostatni. To oczywiście nie znaczy, że nie jestem zachwycona, jestem. I to bardzo. Ale przekonałam się, że festiwale nie są już dla mnie. Poszłabym oczywiście raz jeszcze, i nie żałuję żadnej złotówki, którą wydałam na bilet. Zobaczenie na żywo swoich idoli, jest wspaniałym przeżyciem. Zaśpiewanie razem z nimi ważnych dla mnie słów, jest rzeczą bezcenną. I nie żałuję zarwanej nocy. Następnego nieprzytomnego dnia w pracy. Z dziką przyjemnością patrzę na moją koncertową bransoletkę, z przyjemnością wracam do wspomnień tego wieczoru. Ale też czuję, że zabrakło mi kropeczki nad i. Jakiegoś wow. I winna jest po prostu koncepcja festiwalu.

Mimo wszystko to była wspaniała i nieco szalona noc. Warta nawet tych minusów! Zdecydowanie warta.


Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Walking in my shoes

Minął czerwiec

Sama nie wiem czy czerwiec minął szybko, czy się wlókł? To  nie był to idealny miesiąc. Znów byłam chora, znów miała parę gorszych dni, albo i tygodni… Nie wiem, straciłam rachubę.

Po upalnym i przepięknym maju, kiedy zanotowałam tylko jeden deszczowy dzień. I w zasadzie nie był to dzień, a pół godziny. I nie padało, a lekko mżyło, czerwcowa pogoda była w kratkę. Były i upalne dni, ale i takie, kiedy marzłam. A miałam na sobie płaszcz. I sweter. Wiało, padało, na przemiał z pięknymi słonecznymi chwilami. Oczywiście jak to w życiu bywa, kiedy potrzebna mi była piękna pogoda nad głową, to akurat zaczęło padać. Nie mogę za wiele narzekać na ten deszcz. Dookoła mnie zrobiło się pustynnie, co znacząco wpływało na mój nastrój. Jest lato, ma być zielono. I kwitnąco. A nie sucho i żółto. W tym roku doczekałam się jednej truskawki. Z 6 krzaczków 1 owoc. Aż nie wiedziałam jak go podzielić. Niestety, nadmiar słońca nie służy mojej balkonowej uprawie. Trudno, może za rok będzie lepiej?

W czerwcu starałam się jak najmniej siedzieć w domu. Oczywiście, spacery w wietrzne dni wyszły mi bokiem. Albo raczej nosem, ale nie będę nadmiernie opowiadać o objawach. Nie nakręcam się. Zrobić mam badania by szukać przyczyny ciągłych infekcji. Liczę, że po uzupełnieniu żelaza i witaminy D, w końcu będę silniejsza i nie będę podatna na każdy poryw wiatru. O ile to od tego moja wątła odporność. Innej opcji nie chciałabym brać pod uwagę.  A na razie znów biorę wszystkie możliwe bakterie w postaci super szczepionki, która ma chronić moje wrażliwe wnętrze, przed kolejną nawałnicą. Co prawda pani doktor miło rzekła, że tę kurację przeprowadza się od września kiedy dzieci wracają do przedszkola. No, ale specyficzne ze mnie dziecko, więc ja kurację odbywam już teraz. Będę gotowa awansem.

W pracy czułam się jak w przedszkolu. Nie, nie przynosiłam klocków i misiów. Nadmiar wrażeń i kłopotów sprawiał, że czułam się jak zagubiony przedszkolak. Taki, któremu mama obiecała, że przyjdzie przed obiadem, a zapomniała. I ten maluch stoi w kącie i czeka. A mama za nic nie chce się pojawić. I ma ochotę płakać, ale duma 4-latka mu nie pozwala. Czerwiec to był najbardziej nerwowy miesiąc w historii firmy. Starałam się by mój szef, jak najmniej się denerwował. Nie zawsze przynosiło to zamierzony efekt. Często obydwoje stresowaliśmy się ponad miarę i warczeliśmy na siebie niczym dzikie psy. Potem nam przechodziło. To warczenie. Bo stres nic a nic. On cały czas jest. Powiem Wam szczerze, to był ciężki czas. Mam nadzieję,że będzie lepiej. Strasznie to infantylne, ale tylko to mi zostało. Wiara, że kłopoty za nami.

Czy muszę mówić, że jak się wali, to tak po całości? A więc tak, poszłam do lekarza z kolejną infekcją,  dostałam receptą.W aptece trzy razy się pytałam czy pan nie dodał z rozpędu jednego zera. Bo kto to widział, by za psikacze do nosa zapłacić 200 zł? Ok, może i są najnowszej generacji, ale bez przesady. Czytnika nie dało się naprawić. Musiałam kupić nowy. Bolała nie tylko strata przyjaciela ( bo czytnik to przyjaciel), ale i kolejny wydatek. Gdybym wcześniej była w aptece, to bym czytnika nie kupowała. Ale kurczaki przypieczone, kupiłam parę godzin wcześniej! I biednemu wiatr w oczy.

Oczywiście najważniejszym wydarzeniem, były moje urodziny. Skończyłam 30 lat. Urodziny były okazją do wyprawienia przyjęcia. W moim odczuciu genialnego, ale to tylko moje odczucie. No dobrze, potwierdzenie mam od gości, że faktycznie było genialnie. Szkoda tylko, że urodziny były w zasadzie początkiem gorszego okresu. To pewnie na nich się zainfekowałam i w konsekwencji rozłożyłam. To po nich nadszedł paskudny czas w mojej pracy. To po nich się załamałam. Czy ja mówiłam niedawno, że 30 latki są silne? Odwołuję to. Obecnie czuję się na 3 letnią Madzię i pilnie potrzebuję mojej mamy w pobliżu. Mamusiu, pociesz, przytul, bądź obok…..

Plusy? Przyjaciele. Życzliwe osoby obok. To naprawdę wiele daje. Tak, świadomość, że ma się wokół siebie prawdziwych przyjaciół jest bezcenna. Ale niestety, podzielę się z Wami brutalną prawdą- wszystkie złe wydarzenia, trzeba przeżyć samemu. I nawet najżyczliwsze nam osoby, nie są w stanie zabrać nam lęku, strachu, niepewności i poczucia beznadziei. Jest taki rodzaj żalu i bólu, który trzeba przyjąć na klatę. I bywa, że trzeba się w nim zatracić, by dostrzec światełko w tunelu. Widzę tunel, nie widzę jeszcze światełka. Ale chyba idę w dobrą stronę? Nie chciałabym tylko zbłądzić po ciemku…

Kurcze niedopieczone. Jest lipiec. Lato, pojutrze koncert Depeche Mode. A ja narzekam i narzekam. I stękam jak staruszka na ryneczku. Ale jestem szczera. Nie będę mówiła, że to sąsiad podlewa trawnik, kiedy nad głową szaleje burza i ciska piorunami na ślepo. Chciałabym mieć magiczny parasol. Taki co chroni przed nocą, co nade mną przystanęła i za nic nie chce ruszyć. Ktoś, coś wie, gdzie takie coś kupić? A może wiecie, gdzie sprzedają szczęście? Kupię na zapas. I schowam pod łóżkiem.

 

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode – In your room

 

 

Lulu idzie na ślub.

Przyjaźń to coś jakby klasówka z algebry, której nikt nie zdaje…..

 

8 miesięcy. Tyle czasu minęło od poprzedniego spotkania z Lulu. Wiem, że wielu z Was polubiło Lulu.

Lulu, posiadaczkę najbardziej romantycznej duszy na ziemi. Obdarzonej za dużą wrażliwością i posiadaczką szczęścia do dziwacznych sytuacji i pokręconych życiowych przypadków.
Minęło pół roku. Osiem miesięcy. Lulu nie zniknęła. Tyle, że jej losy były nudne i zwyczajne. Żadne tam sensacyjne przygody i romantyczne przypadki. Nie zabiła piętką od chleba, swojej przyszywanej matki, która to miała romans z mężem jej córki, z którym to ona miała płomienny romans przy basenie i oczekiwała na narodziny dziecko – wnuka.

Lulu żyła powoli. Nie zanudzałam Was jej historią, bo nie miałam na nią pomysłu. A pisanie w kółko, że Lulu pije kakao i biega w trampkach po chodniku jest nudne. Nawet bardzo nudne. Sienna, Keira, Natalie, Anne, Scarlett…. Nikt nie chciał tego grać.

Ale, ale…..

Po 2 sezonach niebytu Lulu wraca. Niemoc twórcza minęła. Znów mam głowę pełną pomysłów. I nie mogę się doczekać by odpowiedzieć Wam co ostatnio dzieje się u Lulu.

8 miesięcy. Da się to streścić w paru słowach. Lulu pracowała, rozwijała swoje pasje, kupiła z kilkanaście nowych sukienek. Pielęgnowała przyjaźnie, a wieczorami zajadała się lodami. I już nie miała jakichś wielkich marzeń. Tak, kiedyś Lulu była wielką romantyczką. Płakała na ślubnych reklamach, dacie wiarę? A teraz zrobiła się jakaś taka…Hmm, teflonowa. Tak więc ta teflonowa Lulu żyła swoim życiem. Raz w spodniach, raz w sukience. Przez ten czas, kiedy nie mieliśmy kontaktu, Lulu poszła na jedną randkę. Dość nieudaną. Poszła bo miała kiepski dzień. Ale nie było kolejnej – jakie to oczywiste prawda? Cała Lulu. Ta jednorazowa randka pokazała Lulu, że musi siedzieć w domu. I jeść lody.

82332a9a155a60313cdcf3008a0c394a

Tak mijały dni. Aż nadszedł dzień ślubu jej przyjaciółki. Lulu ubrała sukienkę. Do kolan. Lekki materiał, kwiatowy wzór, różowy kolor. Zgrała się z panną młodą. W ręku trzymała butelkę czerwonego wina i książkę, coś o miłości. Stała w kolejce po życzenia, żałowała, że nie ma trzeciej ręki, bo wtedy miałaby czym trzymać kieliszek szampana, za zdrowie Młodej Pary. Kolejka była długa. Bardzo długa. Lulu trochę się nudziło. Podziwiała piękno parkietu, rozpatrywała stroje innych świadków tego wydarzenia, myślała o obiedzie. Była taka głodna!

A ta kolejka za nic nie chciała się zmniejszać. Nic a nic. W końcu nadszedł czas Lulu, złożyła życzenia i bam, była wolna. Poszła na spacer. Wróciła do domu, zrobiła sobie pyszną lemoniadę. To był miły dzień.

Ha, pomyślicie sobie, ale historia. To ma być ta głowa pełna nowych i świeżych pomysłów? No, ok, Lulu poszła na ślub i co? To tyle? Na to czekaliśmy 8 miesięcy? By ona po prostu poszła na ślub, dała prezent i wypiła lemoniadę? Ale nudy…. To już Małgorzata Kalicińska dałaby tej Lulu więcej witalności i jakiejś tam życiowej energii. I humoru. A nie takie tam bzdety bez sensu.

Dwa, trzy, albo i cztery dni po ślubie Lulu dostała wiadomość. A, i już wzbudzam niezdrową ciekawość. Tym razem wymyśliłam ciekawą historię, więc siądźcie wygodnie i słuchajcie.

Lulu dostała wiadomość. Nie znała nadawcy, chociaż widziała jego dane, nic jej to nie mówiło. Otworzyła jednak tę nieznaną wiadomość. Lulu po cichu liczyła, że to Ryan Gosling, w pełnej konspiracji wyznaje jej wieczną miłość. Ale nie. Wiadomość nie była za długa, i taka sobie.

Cześć, widzieliśmy się na ślubie Mimi. To zabrzmi banalnie, ale masz uroczy uśmiech.

I tyle.

Lulu zaczęła się śmiać. No, no, kolego, zabrzmiało to bardzo banalnie. Zresztą ona nie ma ładnego uśmiechu. A w ogóle to nieco bezczelnie wysyłać takie wiadomości, do tak dojrzałej i niezależnej kobiety jak Lulu.

Minął cały dzień. Lulu zajęta była milionem spraw. Na pewno nie jakąś tam wiadomością opisującą jej niby to uroczy uśmiech. Wieczorem jak zwykle sprawdziła popularny portal społecznościowy. Napisała do niej Mimi.

Przepraszam, że dopiero teraz o tym mówię, ale S. pytał się o ciebie i dopiero teraz mąż mi powiedział, że dał mu namiary na ciebie. Nie masz mu za złe?

Nie, nie miała. To tylko banalna wiadomość. Napisała, że nie ma jej, a raczej jej mężowi tego za złe. Po prostu dostała wiadomość i brzydko mówiąc olała ją. I koniec tematu. Ale, ale. To nie był koniec tematu dla Mimi.

Bo ja tak sobie myślę, wy do siebie bardzo pasujecie.

Lulu piła herbatę. I się nią zakrzstusiła. Słucham? Co ona pisze?

Wróciła do jego wiadomości. Przejrzała profil, dwa zdjęcia. W ogóle go nie pamiętała. Nie kojarzyła. Na pewno do niego nie pasowała. Gdyby był w jej typie to by go z pewnością zapamiętała. A skoro nie pamięta, to na pewno do siebie nie pasują. Koniec i kropka. Nie ma innej opcji.

Napisała do Kiki. Zobacz jakie to zabawne, ktoś do mnie pisze banalną wiadomość, a Mimi pisze, że to przecież moja druga połowa. Śmieszne nie?

Nie, to wcale nie jest śmieszne. Zobacz, on naprawdę do ciebie pasuje, popatrz jaki miły z wyglądu. I napisał ci uroczą wiadomość. Jak mu nie odpiszesz to przestajemy się przyjaźnić.

Lulu pomyślała, że wszyscy zwariowali. Wiadomo, że do niej pasuje ognisty brunet o czarnych jak węgiel oczach. A nie blondyn z loczkami, co ma włosy dłuższe niż ona. No dajcie spokój.

Lulu poszła spać. Dnia następnego miała wspaniały humor. Świeciło słońce, zajadała się truskawkami. W powietrzu czuła lato. Jakoś tak dopadły ją letnie endorfiny. Siedziała w pracy. W zasadzie to już czekała na koniec dnia. Jeszcze pół godziny i pójdzie do domu. Nie, pójdzie nad rzekę. A potem po jeszcze większą ilość truskawek. Ale zanim wyszła z pracy, zanim poszła nad tę rzekę, napisała.

Dziękuję.

Bo przecież wypada podziękować. To tylko jedno słowo. I nic więcej. I koniec.

Siedziała nad jeziorem. Relaks przerwał jej dźwięk wiadomości.

Uff, a myślałem, że już nigdy nie odpiszesz.

No to przecież odpisałam, tak pomyślała Lulu i popatrzyła na parę łabędzi. Jaki obrzydliwie romantyczny widok.

Chciałem tylko powiedzieć, że wstydziłem się podejść na ślubie, bo nie byłaś sama….

Eh, i po co to ciągniesz. No dobra, nie podszedłeś. A nawet jakbyś podszedł to co? Nic, pudło.

Ale nie masz mi za złe, że napisałem?

I znów Lulu pomyślała, po co to ciągniesz? Ale znów cisza, spokój, zieleń, te łabędzie…

Nie, nie nie gniewam się, skąd ten pomysł?

I zaraz dodała.

Długo znasz M i J?

Lulu mogła to zakończyć. Mogła to zakończyć jedną wiadomością. Albo brakiem wiadomości. Mimo to napisała, że nie ma za złe, że ją znalazł. Do tego zadała mu pytanie. Otwarte. Czekała na odpowiedź….

Tydzień. Tyle czasu trwały ich rozmowy. O wszystkim. I o niczym. Na dzień dobry. I na dobranoc. Lulu nie wiedziała czemu z nim rozmawia? Musiała jednak przyznać, że jakoś go polubiła.

To był niedzielny wieczór. Ładny wieczór.

A co byś powiedziała by jutro pogadać przy dobrej herbacie?

Na dobrą herbatę zawsze mam ochotę.

Tak, tak napisała Lulu. Bez żadnych wątpliwości. Bez paniki, że ktoś ją zaprosił na herbatę. Jest dorosłą kobietą. Może iść i pogadać przy herbacie. A jeżeli to będzie to będzie dobra herbata, to czemu ma nie iść? Nie ma na jutro żadnych planów. Jest prawie lato, piękne wieczory. Tak, ma ochotę wyjść z domu. Nie, nie jest to randka. Ale co z tego? Przecież Lulu może mieć kolegę. I może z nim iść na herbatę.

Lulu chyba dojrzała. W głębi duszy bardzo się cieszyła na tę herbatę. Tak po dziewczyńskiemu. No dobra, Lulu nie mogła się doczekać. Nie mogła się doczekać, bo świetnie im się razem rozmawiało. A on w ogóle nie był w jej typie. Była bezpieczna.

I przyszedł poniedziałek. Lulu nie oczekiwała w napięciu na to spotkanie. Nie obgryzała paznokci, nie mogła z nerwów wysiedzieć na krześle. Nie odliczała godzin, minut i sekund. To była miała być zwykła herbata ze znajomym. Nic specjalnego.

Specjalnie więc się nie stroiła. Wybrała to co miała tego dnia w pracy. Czarne, wąskie jeansy i kremową marynarkę w kwiatki. Zmieniła tylko podkoszulek, z szarego na biały. Nie poprawiła nawet makijażu. Nie prysnęła dodatkowej porcji słodkich perfum. To tylko herbata.

Nadszedł czas. Wyszła z domu. Była odrobinę spóźniona. Ale niezbyt dużo. Może z dwie minuty. Na miejsce spotkania wybrała ulubioną kawiarnię. On wysłał jej wiadomość, że już czeka w środku. Ją przed wejściem dopadły wątpliwości. Typowe dla Lulu.  Keira, która kolejny raz wcieliła się w Lulu była w rozpaczy. 8 miesięcy przerwy, nie dodali jej ani za grosz pewności siebie. A już myślałam, że jej postać choć nieco ewoluuje. Coś drgnie w tej nadmiernie wątłej Lulu. A ona znowu stoi pod kawiarnią i ma miliony wątpliwości. Zupełnie tak jakby się zastanawiała czy kandydować na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Odwagi kobieto, odwagi.

Lulu zgodnie ze scenariuszem, wzięła głęboki wdech, uśmiechnęła się do siebie i weszła do środka. Rozejrzała się po kawiarni, w lewo, w prawo i ….

Ich spojrzenia się spotkały. Kiedy wstawał, Lulu mówiła sobie, nie zemdlej, nie zemdlej…

Strzelił w nią piorun.

80218e940e3003fecb245f4f7d4cdbff

Cięcie. Cięcie. Reżyser jest zmęczony i idzie odpocząć.

Do zaczytania. Wkrótce.

Wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe, a scenariusz to efekt bujnej wyobraźni autora.

Ścieżka dźwiękowa – Miuosh/Smolik/Grosiak – Alunia

 

The one when….

Mam szczęście do urodzinowego pecha. No tak już bywa. Katastrofa w pracy i stres do małego palca po pachy. Awaria kochanego czytnika. Jako, że jesteś nieco retro niesiesz go do naprawy. Najpierw szukasz w zasobach Internetu gdzie zanosi się chore czytniki. Znajdujesz człowieka, a on ci mówi,że nie warto i nie ma sensu. Ale się upierasz. Pan mięknie, w końcu decyduje się przyjrzeć choremu. Bierze go na 5 dniową obserwację. I straszy, że jeżeli poszła matryca ,a  wskazuje na to ogólna niesprawność ekranu, to może być kiepsko. A ci chce się płakać, bo ten czytnik od 5 lat jest twoim przyjacielem. Najlepszym przyjacielem. I nie chcesz nowego. Nie chcesz. Jestem monogamistką do kwadratu. Sześcianu. I coś tam wyżej.

Potem dopada cię kolejna katastrofa w pracy. Jakby było mało tej pierwszej. Spokojnie, silna jesteś. Na tych swoich 48 kilogramach kości uniesiesz naprawdę wiele. Dasz radę. No chyba nie. Ze strachu nie możesz jeść. I ten stan potrwa przez następny tydzień. W końcu kupujesz sobie Apetizer bo to wstyd jechać na 2 łyżkach jogurtu i 10 truskawkach na dzień. Dobrze chociaż, że są truskawki. Inaczej byłoby ciężko. Bardzo ciężko. I ciężej. Albo raczej byłoby słabiej i mniej. Tak, wstydzę się tego. Tak piję syrop na apetyt. Uff, znacie mój wstydliwy sekret.

W każdym razie, dzień urodzin zaczął się tak sobie. Potem było nieco lepiej, bo znalazłam się w gronie nielicznych szczęśliwców, którzy nabyli bilety na Męskie Granie. Wiem, że managment Krzysztofa Zalewskiego robił wszystko bym nie kupiła tych biletów, z obawy o jego życie i zdrowie, a także fragmenty odzieży, ale się udało. Walka była trudna, męcząca i ryzykowna, ale mam bilet. A w zasadzie 3 bilety. Wiedziałam, że się uda, gdyż w dzień urodzin śnił mi się Krzysztof Z. Poznaliśmy się w sanatorium, w kolejce na zabiegi, mieliśmy gustowne czerwone szlafroczki. Obiecał też, że zaprosi mnie na koncert. Co prawda nie wspominał, że bilety mam kupić sobie sama, ale to drobne niedopatrzenie naprawił mój ojciec. W ramach prezentu na urodziny zwrócił mi pieniądze za bilet. Dziękuję dobry ojcze!

Tego dnia Hiszpania wygrała z Iranem. Babcia dała mi kopertę, dwa razy cieńszą niż rok temu. Bolało. Bardzo bolało. Że też jej prawnuczka musiała się urodzić parę dni po mnie. Złodziejka babcinych prezentów!

W dniu urodzin dostałam też niemiłą wiadomość. Bardzo niemiłą. Rodzinnie niemiłą. 2 godziny gapiłam się w sufit i liczyłam liście na drzewie za oknem.

Ale, ale. O ile środa była dniem średnim, to wiedziałam, że w sobotę coś mnie czeka. Gorzej, że cały piątek walczyłam z migreną, ogólnym rozbiciem, całkowitym brakiem apetytu i energii. Katastrofa w pracy osiągnęła taki poziom, że nie zostało mi już tak skoczyć z okna. Ale wiecie, parter, krata w oknach, kiepsko mi poszło. Wieczór spędziłam w łóżku. I padłam o 21. Rano obudziłam się z nieco większą dawką energii, ale za to z bólem gardła. I wtedy przeklinałam samą siebie- czemu uległam siostrze i bawię się w organizację 30 urodzin? No po co mi to?

Jakieś 2 miesiące temu, siostra się mnie zapytała gdzie organizuję spotkanie na 30-stkę. Powiedziałam, że nigdzie. I tutaj nastąpiła półgodzinna próba przekonania mnie, że to zły pomysł i warto się spotkać i poświętować. Byłam przeciwko, nie lubię imprez, a już szczególnie tych, na których mam być główną atrakcją. Ale, ale….

Zaczęła do mnie przemawiać idea małego spotkania w jakimś fajnym miejscu. Zrobiłam listę gości, wyszło mi 10 osób. Ok, pierwszy krok za mną. Drugi krok, zajęłam się wyborem miejsca. Myślałam o super kawiarni obok domu, ale kiedy usłyszałam, że litrowa karafka wody mineralnej to koszt 30 złotych, no chyba,że chcę wodę z pomarańczą i miętą, to  mam wydać 35 złotych, to odjęło mi mowę. Z czegóż ta woda? No z czegóż? Wybrałam kawiarnię, w której zorganizowałam Baby Shower. I wiecie co? Bardzo szybko wkręciłam się  w organizację. Zaprosiłam gości, wybrałam menu, i …. temat przewodni imprezy. Bo przecież nudno byłoby po prostu zaprosić gości, podać szampana i kawałek ciasta. Co było moim tematem przewodnim? Kto zgadnie, no kto?

Rachel, Monika, Joey…. Przyjaciele.

Tak, zrobiłam imprezę z tematem przewodnim. Tematem przewodnim był odcinek z 30 urodzinami Rachel. Byłam Rachel.

W zasadzie temat przewodni nieświadomie podsunęła moja siostra. Której niedzieli wróciła z dmuchaną….. koroną. Powiedziała – pamiętasz, Rachel taką miała na swojej trzydziestce, nie mogłam jej nie kupić. A ja jej powiedziałam – albo zwariowałaś, albo żartujesz? Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie nosił dmuchanej korony. Ale potem naszła mnie refleksja – impreza tematyczna. Super pomysł. Trzy kwadranse dalej miałam już ogarnięty projekt tortu, i wystrój sali. Ekipa z kawiarni okazała się rewelacyjna i spisała się świetnie. Na sali królowały fioletowe balony i wielki napis FRIENDS. Na stole fioletowe serwetki, fioletowe serpentyny,  kanapki Joeya i sałatka, akurat bez związku z serialem. Dużo kwiatów i tort….

Z tortu byłam szczególnie dumna. Wyglądał wspaniale! Był lepszy niż go sobie wymarzyłam. Był przepiękny. Cały fioletowy, z odpowiednim napisem, a raczej napisami. Na jednym było napisane – The one where Magda turns 30. W środku było dużo mango, bita śmietana i chrupka waniliowa. Nie mogłam się doczekać by go zjeść! A przecież ja nie lubię tortów!

Zaczęli schodzić się goście. Wszyscy mieli mieć na sobie coś jeansowego. Bardzo w stylu lat 90. I bardzo w stylu Rachel. Ja sama wybrałam jeansową kurtkę i koronkową, małą czarną. Wisiała w mojej szafie od 25 urodzin, ciągle z metką, ciągle nieużyta. Czekała na swoją okazję. Dość szybko dostałam (niestety, albo i stety) okazjonalną biżuterię, i w tym łańcuchu czułam się 50 Cent!

Dostałam swoją koronę, zajęłam, a jakże, fioletowy fotel i zaczęłam odbierać prezenty. Nie będę wyliczać co dostałam, bo nie lubię się chwalić, ale powiem, że nie zasłużyłam na większość tego co dostałam. Czyli na piękną biżuterię w kilku zestawach, cudowne książki( ta o odmładzających koktajlach naprawdę mi się podoba!), i akcesoria do pieczenia.  Oraz  kopertę od chrzestnego- całość wydałam na 3 nowe sukienki. I zawsze marzyłam o kwiatkach w pudełku. Dostałam takie pudełko pełne goździków i zachwycam się. Oj zachwycam się. I pamiętajcie, jak w ogóle się nie chwalę. Nic a nic.

Spotkanie było pełne śmiechu.

Teraz to już z górki. Nogi do doniczki i przyzwyczaj się do ziemi….

Kobiecych plotek.

Widziałaś ostatnio H? Strasznie się posypała po tej 30-stce…

Życzeń i śpiewów.

Czego mogę życzyć mojej najlepszej Przyjaciółce? 
Chyba tego by się nie zmieniała- by nadal była osobą, która troszczy się o wszystkich wokół, która ma mnóstwo niekonwencjonalnych pomysłów kulinarnych, która jest szczera i chętna do pomocy o każdej porze i w każdej sprawie. Jesteś NIEZASTĄPIONA I NAJLEPSZA !

Pełnej konspiracji, kiedy moja siostra poszła po wino do sklepu na B., i polewała je pod stołem, byleby obsługa nie widziała. Było nerwowe krojenie tortu, i żal, że trzeba go kroić. W pewnym momencie moja M., powiedziała- Magda, pamiętasz jak w 3 klasie zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową, ty siedzisz, ja mam ręce na twoich ramionach… Powtórzmy to. Powtórzyłyśmy. Moja siostra była w 7 niebie, bo każdy chciał mieć zdjęcie z gwiazdą wieczoru. Sesja trwała z pół godziny i dostarczyła nam wielu powodów do uśmiechu. Spróbujcie okiełznać dmuchaną koronę!

Tak, tego wieczoru poczułam się jak gwiazda. Po 4 godzinach z wielkim żalem zbierałam się do domu. I wiecie co? Nie będę czekać kolejnych 10 lat na taką imprezę. Poczułam w sobie żyłkę organizatora. Będziemy spotykać się co roku!

A na razie muszę powiedzieć- To były moje najlepsze urodziny! Były wszystkie ważne dla mnie osoby. To, że mogliśmy być razem, było dla mnie cudownym prezentem.

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Miuosh/Smolik- Miasto szczęścia

 

 

Moje miejsce

Ostatnio trafiłam na ciekawy artykuł. Dotyczył on miejsc, które wyzwalają w nas piękne wspomnienia i sprawiają, że czujemy się jak w niebie. Dla jednych takim miejscem będzie dom na wsi, w którym spędzali każde wakacje. I chociaż mogą dziś wybrać dowolny i najbardziej ekskluzywny hotel z katalogu, to dom babci, idealnie pośrodku niczego jest źródłem siły i pozytywnych emocji. Niektórzy za swoje idealne miejsce uznają kawiarnię, gdzie byli na pierwszej randce. I chociaż są  przytulniejsze miejsca, to jednak byle jaka kawa w tym konkretnym miejscu smakuje zdecydowanie lepiej.

Zaczęłam się zastanawiać nad takim moim miejscem. Miejscem, gdzie czuję się najlepiej. Tam gdzie najszybciej ładuję rozładowane baterie i gdzie odzyskuję spokój. Dla mnie takim miejscem jest plaża. W zasadzie nieważne gdzie, ważne, żeby była cisza, spokój, bezkresny błękit i piasek pod stopami. Lubię te dzikie plaże, ale nawet jak mam dookoła nie tylko szum morza, ale i turystyczny hałas, to potrafię się zresetować. Szczególnie uwielbiłam sobie jedno miejsce. Jeżdżę tam przez cały rok.  I szukam spokoju. Pamiętam,że jako dziecko tata zawoził nas tam rano, oczywiście z mamą. Jadłyśmy lody, piłyśmy soczki z foliowego woreczka i bawiłyśmy się płatkami dzikiej róży. Kiedy mi źle, kiedy mi smutno jadę na plażę. Albo na odwrót, kiedy mi dobrze, lekko na duszy i przyjemnie. I kiedy chcę podtrzymać ten stan, udaję się nad wielką wodę. Jako, że plaża jest moim naturalnym antydepresantem, nigdy nie mogłabym zmienić miejsca zamieszkania. Lubię i góry, i nasze Mazury, ale po góra tygodniu odczuwam dziką tęsknotę za morzem. Czuję się nieco jak w więzieniu, jakby ktoś odciął mnie od tlenu. Sobieszewo. Moje miejsce.

fea6bc310bd63e2284c992fad83e43b3

Jako dziecko wiele razy się przeprowadzałam. Nie będę kłamać i mówić, że tego nie lubiłam. Dopiero po 20 urodzinach polubiłam stałość i brak zmian. Tych drastycznych związanych z przeprowadzką. W mojej głowie zostało jednak wiele, wiele wspomnień z cudownymi miejscami gdzie kiedyś mieszkałam. Jednym z takich miejsc jest Gdynia. Najśmieszniejsze jest to, że mojego gdyńskiego życia niewiele pamiętam, ale to tam stawiałam pierwsze kroki, tam nauczyłam się mówić i jeść widelcem. Tam chodziłam na pierwsze spacery, tam pierwszy raz zjechałam na sankach i zjadłam pierwsze truskawki. Być może to efekt podświadomości, ale coś mnie tam ciągnie. Zawsze kiedy jestem w Gdyni czuję się beztroska i szczęśliwa jak dziecko. Pewnie mam po prostu wbitą na twardy dysk informację, że to tam był mój najbardziej beztroski czas. W każdym razie Gdynię lubię odwiedzać i spacer po bulwarze, albo po witomińskich lasach to dla mnie najlepszy sposób na relaks.

Zdecydowanie moim miejscem będzie też Toruń. Uwielbiam to miasto. Za lody, za pierniki, za bulwar nad Wisłą i wspaniała starówkę. Jako dziecko masę czasu spędzałam w Ciechocinku, dlatego też pobliski Toruń stał mi się aż tak bliski i ulubiony. Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że Toruń jest takim miastem, w którym mogłabym mieszkać.  Oczywiście tylko pod warunkiem, że jakaś klęska żywiołowa kazałaby mi opuścić Trójmiasto. W Toruniu mam wiele swoich ulubionych miejsc. Zakątków, ukochanych uliczek i zaułków. Knajpek i życzliwych mi osób. Bardzo chętnie tam wracam jak tylko mam okazję. A, że Toruń nie leży na końcu świata, to odwiedzam go bardzo, ale to bardzo często.

Cudownym miejscem  jest dla mnie też ulica, na której mieszkali moi dziadkowie. I wiecie co? To kiepska dzielnica, niby ścisłe centrum, Starówka, piękne kamienice, ale sąsiedzi są hmm, specyficzni. Kiedyś reprezentacyjna dzielnica, dziś rządzi głównie bieda i alkohol. Bywa, że mam dreszcze kiedy przejeżdżam autem, nie wybrałabym się tam na samotny, wieczorny spacer…. Ale, ale. Ciągnie mnie tak. Chodzę za dnia. Idę ścieżkami, którymi chodzili moi dziadkowie. Idę na plac zabaw, gdzie babcia prowadzała mamę w dzieciństwie. Do garażu, gdzie dziadek chował się przed nami i pucował w nieskończoność swoją Syrenkę. Idę do sklepu, który od 40 lat prowadzi ta sama osoba, i czuję się jak moja ciocia, która codziennie po szkole kupowała tam kilka jabłek. To zdecydowanie nie jest miejsce z mojej bajki. Ale to jest to miejsce, które sprawia, że robi się ciepło na sercu.

2cb0f57897009d62dcf9ad945878c4b5

 

A Wy jakie macie “swoje miejsca”?

Ścieżka dźwiękowa – Kings of Leon- The Bucket 

Początek

Co mi, Panie, dasz w ten niepewny czas?
Jakie słowa ukołyszą moją duszę, moją przyszłość na tę resztę lat?

No właśnie, co mi Panie dasz, w ten nowy czas?….

30 lat ? Zdecydowanie nie mogę w to uwierzyć. To chyba jakiś żart. Nie, nie czuję się na tyle lat. Kilkanaście, ba kilkadziesiąt lat wstecz, czyli kiedy miałam 8 czy 10 lat, człowiek 30 letni,wydawał mi się po prostu stary. Wstydzę się za to, ale tak było. Teraz kiedy myślę  o tym,że mam już te 30 lat, to nie wierzę.

30 lat. Powinnam być stateczna, pewna siebie, wiedzieć czego chcę, iść zawsze pewnie do przodu i realizować kolejne punktu z idealnego planu na życie. No cóż, u mnie jest inaczej.

Mam 30 lat. Wciąż nie wiem czego chcę. Chociaż wiem czego nie chcę. Wydaje mi się, że to nawet cenniejsze niż wiedzieć czego się chce. Jestem dorosła. Mogę głosować, mogę założyć rodzinę, wziąć kredyt na mieszkanie, codziennie maszeruję do pracy, a po pracy bawię się swój mały świat. Jestem dorosła, ale na pewno nie jestem dojrzała. I wiecie co? Nie przeszkadza mi to. Już nie. Kiedyś uważałam, że w tym wieku będę uporządkowana, w pewnym sensie wręcz dystyngowana. Ale nie. Jest inaczej. Ale i inaczej jak 10 lat temu. Kiedy miałam 20 lat byłam naiwna. Miałam głowę pełną marzeń i planów, których nie realizowałam. Naiwnie czekałam, że wystarczy mieć marzenie,a  samo się spełni. Teraz wiem, że nie ma nic piękniejszego, niż spełnianie marzeń. Krok po kroczku, i do celu. Czasem się potknę, czas solidnie przewrócę i obiję oba kolana. Nabiję parę guzów i zedrę skórę, aż do krwi. Ale zawsze się podniosę. I dalej, i dalej do celu.

Pięknie jest mieć na czekać. To radość i szczęście. Dziś to wiem. Przestaję być niecierpliwa. 30 urodziny dają mi porcję cierpliwości. Delektuję się tym, że mam na co czekać. Że mam piękne plany i powoli je realizuję. Ostatnio wiele razy, naprawdę wiele i jeszcze więcej razy, miałam okazję przekonać się, że cierpliwość jednak popłaca.

Jestem jednak tak samo wewnętrznie rozdygotana i niepewna jak wcześniej. Miewam momenty zawahania, ciągle lubię dzielić włos na czworo, a jak mi mało to i na ośmioro. I bywa, że na szesnaście kawałków. Lubię analizować, i zadawać sobie pytania. Jak dzieciak. A po co? A dlaczego? A nie można inaczej? A czemu tak? Żebym to ja rozważała w ten sposób sprawy najwyższej wagi, to pal sześć.  Ale gdzie tam. Ja dumam kwadrans przed buteleczkami lakierów do paznokci- fiolet czy mdły beż? Jak wybieram beż, to zaraz przychodzi myśl- a czemu beż? Popatrz na zielenie, chyba nigdy nie miałaś zielonych paznokci? Biorę zieleń i od razu – zieleń? Zgłupiałaś, beż, bierz beż! Wracam do beżu i słyszę  jako żywo – nudna ty, nudny beż, zaszalej, weź róż! Z tego wszystkiego wybieram bezbarwną odżywkę. I tak cały dzień. Od rana do wieczora, zawsze na najwyższych obrotach.

Z wieloma swoimi wadami się polubiłam. Tak po prostu. Nie będę się zmieniać na siłę. Dalej będę nerwową panikarą. Pewnie dalej będę kreśliła w głowie milion negatywnych scenariuszy, zanim wezmę sprawy w swoje ręce. Pewnie ciągle będę uważała, że mogłabym coś zrobić lepiej i będę miała do siebie pretensje.

Kiedy miałam 20 lat to byłam taka dumna. Wiecie, miałam już 20 lat. Uważałam, że zjadłam wszystkie rozumy świata, że jak będę stąpać po chodniku, to niebo będzie mi sypało różowe konfetti. Bo jak to? Jej się nie należy? Byłam niby dorosła, a jednak tamta dekada, choć obfitowała w wiele pięknych chwil, była czasem zbierania doświadczeń. Dopiero teraz będę z nich czerpać.

Nie będę mówiła, że jestem mądrzejsza,  niż 10 lat wstecz. Dalej nie wiem z 99 % tego co powinnam. Ale za to znam podstawowe prawdy, które kiedyś mi uciekły. Teraz wiem, że najbardziej w życiu doceniam rodzinę, spokój, i codzienność. Kiedyś uważałam, że muszę robić niesamowite rzeczy, by życie miało sens. Teraz widzę, że sensem życia jest codzienność. Ta poranna zielona herbata z miodem. To dzień dobry, które mówię pani Hali, gdy wchodzę do pracy. To te pośpieszne zakupy po pracy. To ten sms w ciągu dnia od przyjaciółki. To ulubiona piosenka w radiu, którą bezgłośnie nucę. To ciepły koc i kawałek  domowego ciasta wieczorem. Nie wstydzę się prostoty. Z nikim się nie ścigam. Robię to co lubię. Ćwiczę się w nudzie. Marnuję czas na gapienie za okno. Spaceruję samotnie i podziwiam świat. Noszę sukienki i zbieram bransoletki. Coraz mniej zazdroszczę. Coraz bardziej lubię siebie. I nie gonię za nie wiadomo czym.

I teraz będzie paradoks.

 

Ja nie chcę iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę
Nie chcę biec do gwiazd, niech gwiazdy biegną do mnie
Nie chcę chwytać dnia, gdy w ręku mam tygodnie

W końcu mam swój czas, to chyba dobry moment
Takie miłe, takie to miłe

 

Wiecie co? Z jednej strony doceniam ten spokój, to uporządkowanie, tę codzienność. Ale czuję, wewnętrznie czuję, że teraz zaczął się mój najlepszy czas. To bardzo miłe! Chwytam szanse, okazje, możliwości. Łapię je i nie puszczam. Odczuwam niespotykaną dotąd energię. I radość. Przyciągam gwiazdy. Wiem, wiem, kolejny banał. Ale szczerze? Będzie szczerze. Nigdy nie miałam takiego apetytu na życie jak teraz. Nigdy mi się tak nie chciało, jak właśnie teraz. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak teraz. I nie zaprzeczam, nie zawsze wieje w dobrą stronę, czasem muszę iść pod wiatr, ale nie myślę, jak do niedawna, że to jakiś huragan. Nie, to jest ożywcza bryza. Chwila wytchnienia i rozejrzenia się dookoła. I docenienia tego co się ma. A mam bardzo dużo. Wszystkie gwiazdy świata, są w zasięgu moich ramion.

I tak, dobrze wiem, że przedawkowałam truskawki. Że jestem jak naćpana do zapachu piwonii. Zwalam winę na czereśnie, które krążą w mojej krwi i wprawiają mnie w dziwny stan wiecznej szczęśliwości. Jest miło. Bardzo miło. I wiecie co? Nie żałuję, że aby osiągnąć ten stan musiałam czekać 30 wiosen. Zdecydowanie nie. Tak czuję, że właśnie teraz to w pełni doceniam. Kiedyś byłoby mi wszystkiego za mało, za mało spektakularnych zwrotów akcji, za mało przyjaciół, za mało metrów w pokoju, za mało zieleni za oknem. Teraz jest nieco inaczej.

Dobra, kończę, bo zaraz zmienię się w Paolo Cohello i będzie wstyd, jak stąd do Brazylii.

Chciałam tylko powiedzieć, 30 – stka, nie jest taka zła. Ba, jest bardzo dobra. Nic się nie zmieniło. Nie przybyło mi zmarszczek, nie pojawił się żaden siwy włos, kości jeszcze nie skrzypią. A jak popatrzyłam rano w lustro to pomyślałam sobie, że….

Jesteśmy piękni!
Trzydziestoletni!
Jesteśmy piękni!
Trzydziestoletni!

ad138918533977b2fdb5b9c1dcc5b038

Ścieżka dźwiękowa – Męskie Granie- Początek 

Dziewczyna z….

 

Kiedy miałam 20 lat, razem z moją przyjaciółką, przygotowałyśmy sobie listę 30 rzeczy, które chcemy zrobić do 30 urodzin. Na liście było dużo banałów. Skończenie studiów, zrobienie prawa jazdy, założenie rodziny. Dom , względnie M4 z ogrodem. Chciałyśmy zwiedzić Włochy i Hiszpanię. W planach była praca w zawodzie. Ja wpisałam dodatkowo, że chcę zaliczyć koncert Depeche Mode. Dalej przyjaźnić się z K. I jeszcze sporo,sporo,sporo i więcej. Nie wszystko się udało. Choćbym nie wiem jak się zaparła w tydzień nie wezmę ślubu,nie urodzę dziecka i nie wybuduje domu z ogrodem. Niektóre zadania wypełniłam z nawiązką, inne odłożyłam na kołku, do wiecznego niezrealizowania. Ale jedno niespełnione marzenie postanowiłam zrealizować. I wymagało to odwagi. Bardzo dużej dawki odwagi. I kiedy przypomnę sobie co zrobiłam, to czuję dumę. Ogrom dumy.

 

 

To był luty. Wtedy pomyślałam, że czas to zrobić i to zrobię. Ale nie zrobiłam żadnego kroku….

Ale ta myśl ciągle ze mną była. Zakiełkowała. Zdecydowanie nie mogłam się jej pozbyć z mojej małej głowy. Im więcej o tym myślałam,tym miałam większą pewność, ale ciągle nie podjęłam ostatecznej decyzji. Bo to poważna decyzja. Lekko mówiąc na całe ziemskie życie. I raczej bez odwrotu. Dlatego miałam małego stracha. Ale…

Ale nastał taki marcowy dzień. Dopadło mnie przeziębienie. I wtedy, w łóżku, z towarzyszem katarem, powiedziałam sobie – chcesz? To masz. Zrobiłam drugi krok. Pierwszy to była decyzja. Drugi zaklepanie terminu. Do trzeciego kroku zostały mi 2 miesiące. Nie, wróć. Trzeci krok nazywał się zaliczka.Musiałam zapłacić zaliczkę. Ostatecznie potwierdzić swoją decyzję. Miałam na to trzy dni. Trzy dni, kiedy starałam się nie spanikować. Znacie mnie, ja łatwo ulegam emocjom. Dziś tak, jutro nie, a pojutrze zupełnie inaczej. Ale tym razem, jak nie ja, twardo trzymałam się podjętej decyzji. Po wpłacie zaliczki dostałam potwierdzenie. 29 maja, 13.30. I nie ma odwrotu.

Oczywiście odwrót był. Mogłam zrezygnować, ale straciłabym zaliczkę. Nie była jakaś wysoka, ale zawsze byłoby szkoda. Poza tym o sprawie i terminie powiadomiłam parę osób. Tak dla pewności, że te osoby skontrolują co robię 29 maja o godzinie 13. 30 i przypilnują bym nie spanikowała i nie zdezerterowała niczym pospolity tchórz.

Te dwa miesiące czekania na dzień zero, wydawały się wiecznością. A minęły jak dwa dni. I nadszedł 28 maj. To był dziwny dzień. Zły dzień. Pomyślałam, że jeżeli dziś byłoby jutrem, nie dałabym rady. A jak jutro też będę zły dzień? A jak po ludzku zdezerteruję?

29 maja wstałam z dziwnym uśmiechem na ustach. Wyszłam wcześniej z pracy, dopadł mnie mały stres, ale pogoda była piękna, w powietrzu pachniał jaśmin, 10 minut spaceru, ostatni rzut oka za siebie …..

I wyszłam po 30 minutach. Tak, po tej półgodzinie byłam niby taka sama, a jednak zupełnie inna. Byłam….

Dziewczyną z tatuażem. Ja i tatuaż? Ta grzeczna i do bólu poprawna Magdalena poszła zrobić sobie tatuaż. Ale prawda jest taka, że ja od zawsze byłam pewna, że będę dziewczyną z tatuażem. Tylko nie wiedziałam kiedy to nastąpi.

Tatuaże u innych podobały mi się zawsze. Szczególnie te u mężczyzn. No cóż, jedni lubią ciemne oczy, inni małe nosy, a ja lubię tatuaże na męskim ciele. Oczywiście nie głowy smoków i banalne chińskie znaczki. To musi być coś osobistego. Wtedy tatuaż ma sens i moc. O tym, że ja będę miała  tatuaż wiedziałam od zawsze. Mimo wszystko bałam się.

Bałam się bo zawsze byłam ta porządną i skromną osobą. Dziewczynką. A takie nie idą do studia tatuażu i nie dziarają sobie rąk, nóg czy pleców. Ale ja wiedziałam, że to się kiedyś stanie.

W pewien marcowy dzień podjęłam ostateczną decyzję. Idę zrobić sobie tatuaż. Oczywiście nie było to tak, że pomyślałam, poszłam do studia i bach, wyszłam ze wzorkiem na ciele. O, nie. Najpierw musiałam pomyśleć kto ma mi zrobić ten tatuaż? Dla mnie ten moment, to wydarzenie jest bardzo intymne. Dlatego wiedziałam, że mój tatuaż musi zrobić mi kobieta. Bo ona lepiej zrozumie moją koncepcję, ma lżejszą rękę i jakoś łatwiej będzie panikować przy dziewczynie. A nie udawać silną przy 40 latku z nadwagą i stadem smoków na ramionach. Przypomniałam sobie, że kuzynka mojej przyjaciółki jest tatuażystką i ma swoje studio rzut beretem od mojej pracy. Wiecie, wiedziałam,że trochę poczekam, ale myślałam,że będzie to tydzień, czy też dwa. Tymczasem Ada powiedziała mi, że ma terminy zajęte do końca sierpnia. 5 miesięcy naprzód, czyli spóźniłam się z pół roku. Ale jako, że mi bardzo zależało, że wzór był mały, no i przyjaźnię się z M., dostałam zaproszenie na 29 maja.

Nie powiem, miałam stracha. Bałam się bólu. Kiedy weszłam do Ady, od razu rozpoznała we mnie nowicjuszkę. Ale wprowadziła taką atmosferę, że szybko pozbyłam się napięcia. A to minęło w pełni, kiedy zobaczyłam swój mały wzorek. Kiedy przyłożyła go w wybrane przeze mnie miejsce byłam radosna jak cały światowy zjazd klaunów razem wzięty!

Przygotowanie do zabiegu trwało z 10 minut. Dezynfekcja, różne specyfiki, w tym jeden okropnie śmierdzący. Odbijanie wzoru i ostateczna decyzja – tak, wszystko ok, robimy to.

Jako miejsce na mój tatuaż, wybrałam wewnętrzną część ręki. Bałam się bólu, nie będę ukrywać, kiedy Ada włączyła maszynę, pomyślałam, matko i córko, myślałam,że to się robi inaczej! Pierwsze zetknięcie ze skórą? Hmm, to nie było przyjemne, ale i nie było nieprzyjemne. Na pewno milsze od depilacji depilatorem. Ale nie tak przyjemne jak mamine głaskanie. Ok, miałam borowane 3 zęby bez znieczulenia, bo nie czułam bólu. Ale nie jestem masochistką, przy anginie umierałam z bólu. Jestem pewnie po środku skali odczuwania bólu. Rozumiem , że to może kogoś  bardzo boleć, u mnie pojawił się dyskomfort i to tyle. Po 10 minutach moje dzieło zostało zakryte opatrunkiem i zaklejone folią. Upał, co najmniej 30 stopni,a ty musisz chodzić w sweterku. Wróciłam do pracy, jak gdyby nigdy nic.

Ada uprzedzała, że wieczorem może być różnie, że po zdjęciu opatrunku mogę zobaczyć nieprzyjemne rzeczy (krew, osocze, tusz), które wypływają z rany. Byłam aż nieco zawiedziona, że u mnie nic się nie pojawiło. Tatuaż myłam 3 razy dziennie szarym mydłem w płynie, potem psikałam Aseptem, a na końcu smarowałam tłustą maścią z witaminą A. Po 2 dniach zobaczyłam delikatną wysypkę dookoła. Ale na szczęście było to tylko podrażnienie od nadmiaru Aseptu, czyli alkoholu. Po 5 dniach skóra zaczyna się złuszczać, może trochę swędzieć. Mnie nie swędziało. Tylko tatuaż był bledszy i wyglądał jak za mgłą. Znów jest normalny. Tatuaż chronię filtrem 50, i dziś smaruję raz dziennie, na noc Retimaxem. I to tyle.

Co na to otoczenie? Moja siostra wiedziała o wszystkim, była w pozytywnym szoku, sama teraz chce mieć swój tatuaż. Bo skoro ja mogę, to i ona. Brat nie wierzył, uważał,że to henna, bo jak to, Madzia i tatuaż? Mama do teraz myśli, że to nie tatuaż a brud. Tak, przyznaję, moje dzieło jest malutkie. Kobiecie, i ma dla mnie wyjątkową wartość. To mój amulet, przypominacz pięknych chwil. Mój prezent na 30 urodziny. A także motywator do podejmowania odważnych decyzji.

No dobra pewnie myślicie sobie, napisać to sobie mogła wszystko, ale my nie wierzymy, że ona to zrobiła. Ano zrobiła.

 

IMG_20180614_173436-01.jpeg

Ścieżka dźwiękowa – Lily Allen – Fuck You