W pogoni za rozumem

Czasem się zastanawiam czy kiedykolwiek dogonię rozum? I dochodzę do wniosku, że raczej z góry jestem skazana na porażkę w tej kwestii. Może kiedyś tam na emeryturze uda się w końcu złapać marne ochłapy mego rozsądku… Ale do rzeczy.

Ludzie podobno uczą się na błędach. Nie tyle cudzych, co najlepiej własnych. Ja jak zwykle idę własną ścieżką. I na nic mam swoje błędy. Błądzę. I to dwa dni pod rząd. I nawet mi już trochę wstyd.

Zaczęło się od tego, że nastąpiła ( chwilowa) zmiana warunków pogodowych. Nastał bowiem śnieg i mróz. Zdarza się to o tej porze roku, ale wiadomo, zima zaskakuje drogowców i nieważne czy mamy 1 grudnia, czy 19 stycznia, zawsze przychodzi nie w ten czas. Wiadomo, nikt się nie spodziewał  paru płatków śniegu. W każdym razie trochę śniegu spadnie i już, wielka komunikacyjna awaria. Autobusy jeżdżą, a raczej nie jeżdżą, jak chcą. Stoję na przystanku i czekam. Bardzo cierpliwie, próbuję nawet czytać książkę, słucham muzyki, i czekam. I tak mija mi kwadrans, potem 20 minut, i zaczynam się denerwować. Moja cierpliwość zdecydowanie ma swoje granice. I właśnie zostały one przekroczone. Czekam na busik, nie przyjeżdża. Czekam na bezpłatny miejski, też nie jedzie. Czekam  na zwykły, też nie zamierza się pojawić. Drepcę w tę i na powrót. Tłum na przystanku gęstnieje, w końcu pojawia się autobus. Trzy razy przecieram oczy ze zdumienia, albo raczej upewniam się, czy jak spojrzę drugi raz to nie zniknie. Nie znika, podjeżdża. Razem  z tłumem wchodzę do środka. Kupuję bilet, moszczę się na siedzeniu, wyciągam książkę i znów odpływam w fikcyjny świat. Zbliżamy się do przystanku, ale spokojnie, to nie mój. Mój będzie następny. Drzwi się otwierają, zaraz potem zamykają, jedziemy dalej, planowo mamy skręcić w prawo. Ale nie skręcamy, jedziemy prosto. Pieczone kurczaki, to naprawdę się dzieje, pomyliłam autobus. Mając do przejechania jeden przystanek popełniłam błąd. I mogłabym pewnie krzyknąć – dlaczegóż znów ja? Ale doszłam do wniosku, że nie znalazłabym odpowiedzi. Ze wstydu chciałam schować się pod ziemię. Autobus wywiózł mnie  w pole. No może niekoniecznie w takie pole pełne pszenicy czy innego żyta, ale oddaliłam się o 3 kilometry od miejsca pracy.  Udawałam, że nic się nie stało i właśnie tutaj planowałam wysiąść. Rozdałam parę sztucznych uśmiechów, stanęłam po środku nieznanej mi drogi i ze wstydem zadzwoniłam po szefa. Byłam konkretnie spóźniona, więc spacer odpadał. Czekałam aż mój transport dojedzie, a potem znosiłam dogryzanie mi przez cały dzień. Jak to można pomylić autobusy? Ano można. I zrobiłam to ja.

Dzień później. Znów mamy rano, znów stoję na przystanku. Bus się spóźnia, darmowy dalej jeździ jak chce, albo i nie jeździ. Więc stoję, czytam książkę, jest straszna mgła. Okropna i paskudna. Mija 25 minut i widać nieśmiały zarys autobusu. Jest, pojawił się. Mamy to. Tym razem dokładniej patrzę na numer autobusu, co prawda jest mgła, ale widzę, pasuje. To ten. Kupuję bilet, zajmuję miejsce- to samo co dzień wstecz. Wyjmuję czytnik i zanurzam się w lekturze. I….

To samo co wczoraj. Zamiast w prawo, jedziemy prosto. Ku nowej przygodzie. Nie muszę mówić jakie słowa cisnęły mi się na usta. W gardle czułam pomieszanie wstydu i rozpaczy. Bo znów muszę powiedzieć szefowi-ojcu historię pod tytułem – nie uwierzysz co mi się wydarzyło, zapalaj auto i jedź po mnie na te bezdroża.

Wysiadłam z autobusu z taką samą  godnością jak dzień wstecz. Wzięłam do ręki telefon, zdążyłam wybrać numer i usłyszeć jeden sygnał i bach, telefon się rozładował. Poczułam się nieco oszukana, jak to się rozładował? Przecież wychodząc z domu miałam ponad 90 % naładowania. To się nazywa złośliwość rzeczy nie do końca żywych. No cóż, pomyślałam, że skoro nie mogę wezwać ojca, to pojadę taksówką. Plan szybko uległ destrukcji, bo niby jak zamówić taryfę, bez telefonu? Została mi tylko opcja spacerowa. Latem bym nie narzekała, nie narzekałabym też, gdyby była sucha późna jesień, chodniki posypane solą, i  byłoby mniej mroźnie. No cóż, szłam.

I szłam, i szłam i szłam. I po pół godzinie byłam prawie na miejscu. I jak już niemal widziałam cel, to zobaczyłam, że w moją stronę jedzie poczciwy pan D., pracownik. Widząc mnie, natychmiast się zatrzymał i dziękował Bogu, żem żywa. Miło mi było, że aż tak się cieszy na mój widok, ale nie wiedziałam z jakiej to okazji. Okazało się, że mój tato zaniepokoił się moim sygnałem, a następnie wyłączonym telefonem. Dzwonił 9 razy, i już widział mnie w łagodnej wersji z połamanymi nogami, leżącą gdzieś na chodniku. Bo w kiepskiej wersji spadłam z wiaduktu wprost pod pociąg….

No cóż, nie uniknęłam kazania, jakaż to ja jestem nieodpowiedzialna, bo tak straszę ludzi. I w ogóle to gapa ze mnie. I powinnam za każdym razem pytać się kierowcy czy na pewno dobrze wsiadłam do autobusu. A jak raz jeszcze spóźnię się do pracy…..

No cóż. Chwilowo zawiesiłam dojazdy do pracy na kołku. Chodzę pieszo. Pochwalę się, ani razu się nie zgubiłam!

A rozum? Może kiedyś go dogonię.

Ścieżka dźwiękowa – The Cure – The hungry ghost

 

 

Reklamy

Minął miesiąc, czyli podsumowanie listopada.

Z uśmiechem przyznaję – koniec. Skończył się listopad. Przeżyłam. Lepiej, gorzej, ale mam go za sobą. Wdech, wydech. To naprawdę już koniec.

Listopad zaczął się jak co roku, coroczną wizytą na cmentarzach. Od kilku lat dzielimy sobie ten dzień na kilka dni. Dzięki temu unikamy nadmiaru tłumów, pretensji i złośliwości. Bo za tłoczno, bo nie ma gdzie zaparkować, bo ja niosę 2 kwiaty, a tylko jeden znicz…  Jest spokojniej, jedną część dnia przeznaczamy na cmentarze, a tę drugą na rodzinny obiad. Tym razem we wspaniałej knajpce i niesamowicie sympatycznej atmosferze. Jako, że nie lubię zwalniać tempa, 2 listopada nie odpoczywałam, a popędziłam do hali B90 na koncert Miousha. To był zdecydowanie najlepszy dzień, a raczej wieczór w minionym miesiącu. Zdecydowanie. Cały czas lubię wracać wspomnieniami do tego koncertu i czerpać energię z pozytywnych emocji, jakie wtedy mnie ogarnęły. Bo niestety, prawem serii, po 2 fajnych dniach, nastąpiły dwa kiepskie tygodnie. W sumie to nie wiem co się stało, chyba po prostu ogarnął mnie listopad? Nie oszukujmy się, ciężko o entuzjazm i głowę pełną pomysłów, gdy ciągle pada. Trzy tygodnie bez słońca, za to wieczne mgły i deszcz. Skoki ciśnienia, nawał pracy, dużo stresu.  Tradycyjnie o tej porze zastrajkował mój żołądek. Rano z trudem zwlekałam się z łóżka. Jestem jednak uzależniona od słońca, od światła. Kiedy rano budzi mnie szarość, zamykam oczy i mówię-dziękuję, idę spać dalej. Także dwa kolejne tygodnie listopada spędziłam utopiona po uszy w listopadowej chandrze.

Ale zebrałam się w sobie, i pewnej soboty, a raczej bardzo późnego wieczoru wybyłam do Oliwy na 10 edycję festiwalu Narracje. Co prawda bardzo chciało mi się spać, ale skoro dwie poprzednie edycje spędziłam chorująco, nie mogłam nie pojechać. Nieco się rozczarowałam. Narracje to taki festiwal, który dzieje się co roku w innej dzielnicy, nocne instalacje przez dwa dni rozświetlają ulice i opowiadają historię danego miejsca. Oliwa jest przepiękna, mogłabym tam mieszkać na stałe. A jako, że 5 lat dzielnie studiowałam w tym miejscu, to mam sentyment. Nocny i prawdziwie mroźny spacer był bardzo udany. Ale mówię o spacerze, z instalacji podobały mi się może dwie, nie, pardon, 3. Najciekawsza była ta w parku oliwskim, gdzie jedną z romantycznych wysepek przerobiono na apokaliptyczną wyspę przyszłości. Wyszło bardzo przerażająco. Ale to tyle. Mimo wszystko czas nie był stracony, bo w końcu ruszyłam się z domu!

W kwestii moich jesiennych postanowień, to niestety…. Zaszalałam zakupowo. Nie planowałam co prawda niczego kupować, ale ostatecznie skusiłam się na sukienkę, spódnicę i dwie koszule. Zaszalałam też kosmetycznie. Wstyd mi. Nie, nie wstyd. Jeżeli chodzi o moje modowe zakupy, to nie znam słowa wstyd. Ciągle czekam aż dojadę moje łupy, a żeby się nie nudzić to planuję kolejne zakupy. Na szczęście los bywa sprawiedliwy i dostałam zadośćuczynienie za zjedzoną kartę. Pani listonosz odwiedziła mnie z przekazem pieniężnym. Okazało się, że pewne wydawnictwo skorzystało z mojego przepisu na malinowy deser. Nie muszę chyba mówić,że przekaz szalenie, szalenie mnie ucieszył. I  stety, bo przecież nie, niestety, spowodował chęć spełnienia innych zachcianek. Powinnam się leczyć? Nie, po prostu czasem muszę samą siebie porozpieszczać, by poczuć, że moja praca i poranne wstawanie, mają jakikolwiek sens. A grudzień to taki miły miesiąc, że kupując prezenty dla bliskich, aż chce się nie zapomnieć o sobie. I akurat o sobie to ja nie zapominam.  Ale najważniejsze, nie kupiłam nic czarnego. Są za to kwiatki, i uwaga kolory!

Spotkania towarzyskie były dwa, były wizyty w kawiarniach, do kina poszłam raz i niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale zaliczyłam  koncert i festiwal Narracje, więc chyba warunkowo możemy to zaliczyć jako odpowiednio kulturalny miesiąc?

11 listopada widziałam kwitnące maki. 28 listopada spadł  zaś pierwszy śnieg. I bardzo ważna informacja, w listopadzie nie byłam chora. Czas na oklaski. Tym większe, że w domu miałam 4 osoby na antybiotyku. Jestem wielka. A raczej tran. Picie tranu ma sens. A może pozytywnie na mnie wpłynął nadmiar gofrów we krwi? W listopadzie smażyłam je jak wariatka.

O tyle było dobrze, że 11 listopada obudziłam się z dziwnym przekonaniem, że wczoraj dopiero co był pierwszy dzień miesiąca, a teraz już  proszę, niemal połowa. Na szczęście tegoroczny listopad nie wlókł się jak makaron, a przeszedł jakoś tak normalnie. Aczkolwiek jak co roku zachorowałam na listopadową szarość. Nie lubiłam, nie lubię i chyba lubić go nie będę. Ale mam go za sobą, czas na grudzień. Przepiękny miesiąc, który zawsze mnie pozytywnie nastraja.

 

Ścieżka dźwiękowa – Lady Pank- Dopóki da czas

Juliusz

Juliusz to taki gość, który ma pecha do pechowych sytuacji. Generalnie mogę powiedzieć, że jestem Juliuszem. Może bardziej Juliuszyną? Tak, zdecydowanie jestem Juliuszyną.

Na ten film poszłam pechowego dnia. Tego pechowego dnia, gdy bankomat posilił się moją kartą. Sama się dziwię, że poszłam, bo było zimno, musiałam pożyczać pieniądze, a mój nastrój był tragiczny po prostu. Wszystko mi mówiło by zostać w domu i użalać się nad sobą. Ale powiedziałam dość, założyłam kurteczkę, rękawiczki i poszłam do mojego super kina.

Jako, że na sali było całe 11 osób, miałam nie tylko cały rząd dla siebie, co i dwa rzędy przede mną. Czułam się trochę tak jakbym była na prywatnym pokazie specjalnym. Ale do rzeczy, gasną światła, reklam brak, zaczyna się film.

I powiem Wam, że poczułam się nieco oszukana. Bo szłam na komedię, którą stworzyli kabareciarze.  A tymczasem to nie była komedia. To była tragikomedia. W stylu Koterskiego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tytułowy Juliusz, ma wiele, wiele wspólnego z Adasiem Miauczyńskim. W zasadzie to mógłby być jego młodszym bratem.

Juliusz ma 40 lat, jest nauczycielem plastyki, ale nie lubi swojej pracy. Juliusz mieszka z ojcem, bawidamkiem i pijakiem. Też się nie lubią za bardzo. Juliusz nie ma życia uczuciowego. Ma za to kolegę, a ten ma głowę pełną pomysłów na poprawę sytuacji finansowej i swojej i Juliusza. I tak na pokazie wędlin, gdzie celebryci na zawołanie jedli kiełbaskę, Juliusz poznaje Dorotkę. No cóż, pierwsze spotkanie było wyjątkowo oryginalne. Otóż Juliusz robił tam za żywy talerz, nagi talerz dodajmy. Ale nie zniechęciło to Dorotki do kontynuowania znajomości…..

Juliusza nie sposób nie polubić. Tak jak i Dorotki, pani weterynarz o najbardziej kojącym głosie na ziemi. Dorotki, która ma w sobie masę dziecięcej radości, i to nie tylko dlatego, że jest w zaawansowanej ciąży. Dorotka ( bo Dorota do niej nie pasuje), jest jak promyk słoneczka. I wnosi tę radość do życia Juliusza. Ale jeżeli spodziewacie się tylko i wyłącznie słoneczka, uśmiechniętych buziek i żartów rodem z kabaretu, to się rozczarujecie. Juliusz jest smutny, ma swoje problemy, trudną relację z ojcem, brakuje mi życiowej werwy i energii do działania. On bardziej egzystuje, niż żyje pełnią życia.

I ten film ma niesamowitą cechę, w jednej chwili bawi do łez, a w drugiej wzrusza, zmusza do refleksji i nawet nieco zasmuca i zawstydza. Oglądając go ma się do czynienia z milionem sprzecznych emocji. Zresztą nie umiałabym powiedzieć, że to typowa komedia. Mamy tutaj solidny romans, dramat psychologiczny, istny kabaret i część rodem z dobrego filmu sensacyjnego.  Do wyboru do koloru, a co najciekawsze żadna część nie jest słabsza. Żaden wątek nie ma gorszych momentów i nie odstaje od reszty.

Owszem są w tym filmie żarty pisane zbyt grubą kreską jak dla mnie. Z niektórych mogłabym śmiało zrezygnować, bo niewiele wnoszą, a niektórych mogą wprawić w zażenowanie. Ale na szczęście nie ma tego za wiele. Ostatni kwadrans filmu to już jazda bez trzymanki! Śmiejemy się i trzymamy kciuki by wszystko skończyło się szczęśliwie.

Wielką zaletą tego filmu jest aktorstwo. Genialny Jan Peszek, który paraduje niemal cały film w szlafroku i pokazuje, że jest wielkim aktorem. Cudowna jest Anna Smołowik, niezwykle naturalna i pełna wdzięku. W swojej roli świetnie odnajduje się również grający Juliusza Wojciech Mecwaldowski. No i te wspaniałe epizody, począwszy od Izabeli Trojanowskiej po Grażynę Szapołowską czy Macieja Sthura.

Nie będę Wam mówić, że to film, który zmienia życie. Ale wiecie co? Mimo swoich wad, czasem zbyt topornego i jednoznacznego humoru, ten film poprawia humor. Jakoś tak rozjaśnia jesień. Co jest zdecydowanie zasługą Dorotki. Przyznaję, wątek romantyczny w tym filmie jest po prostu genialny, ożywczy, oryginalny i po prostu naturalny.

Ja po seansie czułam się po prostu bardziej wiosennie. I dlatego polecam Wam ten film, bo dodaje dużo wiosennej nadziei.

 

Ścieżka dźwiękowa – Hozier – Sedated 

Cyrk na żywo

Czasem się zastanawiam po co mam chodzić do kina czy oglądać seriale, skoro najlepsze scenariusze pisze moje życie? Po co w ogóle kręcić filmy, skoro jestem ja. I moje życie, to najlepszy film. Komedia na żywo. Cyrk na żywo.

To był całkiem przyjemny poranek, przed pracą udałam się do sklepu znanej sieci w celu zakupu płatków śniadaniowych na dzień następny, bo rano zauważyłam deficyt. Tak więc płatki kupiłam, chciałam jeszcze wziąć 100 złotych z bankomatu, gdyż miałam w planie wieczorny wypad do kina, i chciałam kupić bilet w kasie, bo tak naprawdę to nie byłam do końca pewna czy pójdę, więc wolałam mieć środki pod ręką, bo nie wiem czy w moim kinie można już płacić kartą, czy też nie. Ale ok, chcę wyjąć pieniądze.

Przede mną z bankomatu korzysta starszy pan. Bierze co jego i odchodzi. Podchodzę więc i ja. Wkładam kartę tam gdzie trzeba i wybieram język polski. Patrzę za okno bo teraz powinna nastąpić chwila na reklamy, zerkam na ekran i bach, wszystko czarne. Nie ma reklam. Za moment pojawia się za to rząd cyferek i literek, które układają się w coś co z angielska mogłam przetłumaczyć jako mniej więcej coś takiego – zrestartuj Windowsa, wciśnij przycisk F8. Wytężyłam wzrok, i chociaż wiedziałam, że mogłabym skupić w sobie wszystkie moce świata, to nie dostrzegłabym tego klawisza, ale postanowiłam spróbować. Niestety, F8 na bankomatowej klawiaturze nie występuje. Nie zostało mi nic więcej jak wciskanie czerwonego przycisku, ale nie dało to żadnego skutku. Stałam tam i zastanawiałam się cóż by tu zrobić….

Moja wrodzona nieśmiałość kazała mi odejść z godnością i zostawić bankomat tak jak stał. Udawałabym, że nic się nie wydarzyło. Ale niestety, trochę by mi brakowało pieniędzy. Może nie teraz, ale z pewnością z okazji świąt głupio byłoby się tłumaczyć- nie mam dla nikogo prezentu, bo miesiąc wstecz zostawiłam kartę w bankomacie…

Jako, że rzecz działa się w sklepie, w godzinie kiedy dziesiątki osób przybiega po poranne bułeczki, paraliżował mnie nieco ten tłum. Ale cóż, nie miałam wyjścia, zadzwoniłam pod podany na bankomacie numer serwisu. Dość szybko odebrał pan o miłym głosie, wysłuchał mojego nieskładnego zgłoszenia, że zasadniczo bankomat nie działa,a  w środku przebywa moja karta i po namyśle to chciałabym ją z powrotem. Starałam się mówić cicho, ale jednak kasy były dość blisko, i ludzie byli zbyt zainteresowani osobą, która stoi z telefonem przy uchu i gada z bankomatem. Trudno, rzecz się toczy o moją krwawicę, niech słuchają i się śmieją. Pan prosił o numer bankomatu, niespecjalnie sprawdzałam jakie to mogą być numery, ale okazało się, że każdy ma jakiś numer. I jak pan go sobie znalazł to zaproponował super wyjście. Zrobi bowiem zdalny restart. Mi kazał zaś przez pół godziny blokować dostęp osób postronnych do bankomatu i czekać. Bo podczas restartu karta mogła w każdej chwili wyskoczyć. Poczułam się jak w filmie akcji. Miałam blokować bankomat to blokowałam! Niczym James Bond. Czułam się jakbym brała udział w jakimś sensacyjnym filmie. Szybko mi się jednak znudziło to blokowanie bankomatu. Przede wszystkim dlatego, że nie miałam przed kim go bronić. Co prawda jedna pani się zapytała czy korzystam czy nie, ale kiedy powiedziałam,że się zepsuł, wcale nie rzuciła się na mnie z pięściami, tylko życzliwie się uśmiechnęła i nawet pożyczyła odzyskania karty. Więc cóż,  wyjęłam z torby czytnik i zaczęłam czytać. Tak, ludzie i kasjerki dziwnie się na mnie patrzyli. Bo jakiż to idiota koczuje w Biedronce i czyta książkę, opierając się o bankomat? No wiadomo, tylko ja.

Czas mijał, pół godziny za nami, karta się nie wypluła. Zadzwoniłam raz jeszcze, ten sam miły pan powiedział, że skoro reset nie zadziałał to musi przyjechać serwis. Ale od razu dodał, że nie wie kiedy, i w zasadzie to nie muszę na niego czekać, bo szanse na odzyskanie karty są prawie zerowe. Skoro się nie wypluła, to znak, że znajduje się tajnej strefie bezpieczeństwa i ulegnie zniszczeniu. Aczkolwiek jest też jakiś cień szansy, że bankomat ja wypluje. Tak do 5 %, na szybko pan obliczył. No tak, wiadomo, jest wtorek, już jestem spóźniona 45 minut do pracy, niekoniecznie mój i tak życzliwy szef, zgodziłby się, bym cały dzień czuwała przy bankomacie, bo a  nóż widelec wyleci moja karta. Zresztą gdybym tak stała cały dzień to z pewnością rozbolałyby mnie nogi. Pan doradził zablokowanie karty. Wydawało mi się to bardzo rozsądne. Jako, że telefon mi się niemal rozładował poleciałam do pracy by zadzwonić i zablokować ową kartę.

Minęło trochę czasu, jestem na miejscu, już dzwonię. Miły automatyczny głos każe mi wymówić nazwę banku, jakoś nie możemy się dogadać, widocznie mam wadę  wymowy, ale pani ciągle łączyła mnie z innym  bankiem. Za 3 razem się udało, tym razem zmiana głosu. Był damski, jest męski. Ten miły automatyczny głos każe mi wpisać swój telepin. I tu pojawiają się tak zwane schody. Bo ja nie wiem co to jest telepin. To znaczy moje jedyne skojarzenie mówiło mi, że to może być ten pin, jaki się wpisuje kiedy chce się wejść na swoje konto. Tak więc stukam te cyfry i nic. Błąd. Zonk. Druga próba, bo przecież mogło mi się coś pomylić, więc na spokojnie wpisuję. Zonk, kolejny raz. Za trzecim razem naprawdę się przykładam, czuję się jakbym zdawała maturę. Niestety, egzamin oblałam. Usłyszałam – 3 nieudana próba. Zablokowaliśmy możliwość zablokowania karty. Skontaktuj się ze swoim bankiem. Jestem chyba jedyną osobą na tym świecie, która zablokowała sobie możliwość zablokowania karty. Jedyną.

Pędzę więc do szefa mega, a jednocześnie osobistego ojca, i bez zbędnych tłumaczeń, każę mu nakładać kurtkę i jechać do banku. Trzeba blokować na miejscu. Ojciec zachwycony nie jest, ale jedzie, na szczęście nie mamy zbyt daleko. Wpadam do banku, ledwo łapiąc dech. Tłumaczę pani, że zły bankomat zjadł mi kartę, a ja nie znając telepinu dokonałam  blokady samej siebie, a teraz trzeba blokować mi kartę, bo a nuż się wypluje moja karta i wpadnie w nieuczciwe rączki. Pani patrzyła się na mnie jak na kosmitkę. Co najmniej, bo raczej myślała o mnie jak o uciekinierce z wariatkowa. Ale mimo wszystko starała się spokojnym głosem wytłumaczyć, że powinnam to załatwić przez telefon. Wytłumaczyłam więc-bardzo spokojnie, że chciałabym tak zrobić, ale zablokowałam sobie tę możliwość i muszę to zrobić tutaj. Pani się wzdrygnęła, popatrzyła na koleżanki i powiedziała – bo my mamy nowy system i nigdy tego nie robiłyśmy. Aha, to mam szczęście, tak sobie pomyślałam. Nie ma co, ja to zawsze wiem kiedy dać zjeść swoją kartę. No cóż, panie w ilości trzech sztuk, podeszły do komputera i z pewną ekscytacją w głosie powiedziały niemal równocześnie- przynajmniej nauczymy się obsługi nowego systemu.

Tak, uczyły się więc panie nowego systemu na moim  koncie. Bo najpierw kazały mi się zalogować. Z każdej strony obejrzały mój stan posiadania, i nieposiadania przy okazji. Sprawdziły listę wydatków, i wpływów. Trwało to i trwało, poczułam się obdarta z resztek prywatności, a panie wciąż szukały symbolu karty. Skróciłam ich cierpienia i sama im go pokazałam. W zasadzie to zrobiłam paniom szybki instruktarz, gdyż wyszło na to, że szybciej ogarnęłam ich skomplikowany system. W każdym razie na koniec zostałam poinformowana, że moja nowa karta przybędzie w ciągu 14 dni roboczych, a panie życzyły mi dobrego dnia i oferowały atrakcyjną pożyczkę na preferencyjnych warunkach.

Po takim poranku zdecydowałam, że potrzebuję pożyczyć nieco szczęścia. Ale nie wiem w jakim banku można wziąć taką pożyczkę. Jakby co, dajcie znać, czekam na informację.

Przy okazji, jeżeli kiedyś zastanawialiście się jak to gdy bankomat zje kartę, to możecie przestać. Przetestowałam to za Was. Nie jest fajnie, jest nieco biednie i mocno wstydliwie. Generalnie nie polecam.

 

Ścieżka dźwiękowa – Jazz band Młynarski-Masecki – How do you do Mr Brown?

Książkowo-filmowo, czyli podsumowanie października

Uff, październik minął już tak dawno, listopad już w połowie, a ja dopiero ogarnęłam kulturalną część minionego miesiąca. Dopadł mnie brak czasu. I chyba po prostu listopad. Ale do rzeczy.

Serialowo nie działo się za wiele. Kończyłam parę produkcji. Zaczęłam też kilka, ale jako, że mój serialowy partner miał przez ostatnie dwa tygodnie wyjątkowo ciężkie zajęcia na dermatologii, nowe seriale utknęły na początku. Ale nie martwcie się, mimo wszystko mam o czym mówić.

Rojst. Szeroko reklamowany serial, który na nowo przypomniał światu o piosence Izabeli Trojanowskiej, w wykonaniu Moniki Brodki. No cóż, kryminał, lata 80, małe miasteczko, świetni aktorzy, idealnie dopracowana scenografia i oczywiście ścieżka dźwiękowa. Niby ten serial miał w sobie wszystko by stać się dziełem wyjątkowym. Ale niestety, czasem nawet ścieżka dźwiękowa, nie zagłuszy pewnych braków. Postawienie w głównych rolach Adama Seweryna i Dawida Ogrodnika, czyli duetu z Ostatniej Rodziny, było świetnym posunięciem. W ogóle mam wrażenie, że w tym serialu wszystko gra, poza jednym. Scenariuszem. O ile pierwsze odcinki zaostrzyły apetyt, to banalny finał wszystko zniszczył. Autorzy scenariusza wzięli widzów za idiotów. Uznali, że muszą im wszystko wytłumaczyć. I wytłumaczyli, jak dzieciom w przedszkolu. Od A do Z. A ja chyba lubię jak fabuła serialu zostawia miejsce na niedopowiedzenie. Lubię ten stan, kiedy przez kilka dni po końcowym odcinku myślę, ale jak to i dlaczego? Tutaj nic takiego nie było. Byłam rozczarowana zakończeniem, które okazało się banalne i płaskie. Zdecydowanie najlepsza jest ścieżka dźwiękowa, nie rozczaruje nikogo.

Filmowo jak już wiecie, polecałam Kler i 7 uczuć. A co poza tym? W końcu udało mi się zobaczyć Atak paniki. Ileż ja się nachodziłam za dvd, które było dołączone do Polityki. Albo i do Newsweeka, już nie pamiętam. Ale trwało to tydzień, w końcu pani mi sprowadziła ten numer z tą płytą. A potem…. I tak obejrzałam film na HBO Go. No dobra, ponarzekałam sobie i cóż…. To całe latanie za tą płytą, było zupełnie niepotrzebne. Być może moja ocena wynika z tego, że widziałam Dzikie historie i po tym filmie, Atak paniki jawi się jako podróbka. I to taka średnia. Nie mówię, że ten film jest zły. Kto nie oglądał hiszpańskich Dzikich historii, będzie zachwycony. Ale kto widział oryginał, będzie miał wrażenie, że gdzieś już to oglądał. Schemat obu filmów jest taki sam, widzimy różne sytuacje, trudne sytuacje dodajmy i ludzi, którzy stoją na skraju załamania i w pewnym momencie, buuum, emocje znajdują wyjście. W polskiej wersji wszyscy bohaterowie są w jakiś sposób z sobą połączeni, a od oryginału różni je jeszcze to, że przeskakujemy z historii na historię, i spotykamy bohaterów przez cały film. Tymczasem w Dzikich historiach każdy wybuch złości, to osobna opowieść, koniec i zaczyna się następna. W Ataku paniki najbardziej mi się podobał wątek z Arturem Żmijewskim. Nie wiem, być może dlatego, że poczciwy doktor Kuba czy też ojciec Mateusz, pokazał się w innej, zaskakującej roli? Dodajmy do tego z okropnie czerwoną twarzą po egipskich wojażach. Jego historia była naprawdę ciekawa i perfekcyjnie zagrana. A reszta? Średnio. Ale może dlatego, że po Dzikich historiach nasi rodacy wydają się jacyś tacy spokojni, i nawet w tym tytułowym Ataku paniki, są jacyś tacy…. spokojni. Film polecam, ale tym, którzy nie widzieli Dzikich historii. Wtedy doceni się ten film w całości.

O ile Atak paniki mnie niczym nie zaskoczył, to jednak w październiku zaliczyłam dwa fatalne filmy. Jeden z nich nazywa się Cztery pokoje. Odznacza się bardzo wysoką oceną na Filmwebie, doskonałą obsadą i reżyserami. Zasiadłam więc do oglądania tej komedii z prawdziwą przyjemnością. Rzecz dzieje się w jednym hotelu, w Nowy Rok. Boy hotelowy ma wiele przygód z gośćmi, którzy zamieszkują tytułowe cztery pokoje. W założeniu jest to komedia. Nie uśmiałam się ani razu. Dosłownie, ani razu. Za to poziom zażenowania rósł z każdym momentem. Tym większe było moje zażenowanie, iż namówiłam brata na oglądanie tego dzieła na poprawę humoru. Nastrój się nikomu nie poprawił, co więcej, zrzedła nam mina. Nie wiem kto i po co nakręcił takiego gniota, ale uwierzcie mi, więcej finezji ma pewnie film o idiotycznym tytule Pokaż kotku co masz w środku. To jest takie dno, o którym nie śniło się filozofom. No chyba, że ja mam spaczone poczucie humoru?

Rozbaw mnie. No, po klapie z Czterema pokojami, musiało być lepiej. To też komedia, nie oszukujmy się, o dość obiecującym tytule. Ale cóż, tytuł jest mylący. O ile nie ma się poczucia zażenowania, to jednak zaśmiać się można raz. I to raczej na samym początku tego dzieła. Dobrze, że film trwa jedynie 80 minut, więcej ciężko byłoby na trzeźwo obejrzeć. A jako, że praktycznie nie tykam się alkoholu, to już w ogóle byłoby ciężko. Przyznam szczerze, że ja nie rozumiem po co za robienie filmów, biorą się ludzie o zerowym poczuciu humoru? Jeszcze bym rozumiała jakby ktoś miał prymitywny dowcip i film byłby zbiorem niesmacznych gagów, ale na serio, tu nie było nic śmiesznego, no oddajmy honor twórcom, jedna wymiana zdań była zabawna. W każdym razie o dobrą komedię, bardzo, ale to bardzo dziś ciężko.

Czas na moją ulubioną część, czyli przechodzimy do książek. Nie krzyczcie, ale w październiku przeczytałam…. 16 książek. Czy to się leczy? Chyba powinnam iść na jakieś zajęcia z powolnego czytania. No, ale cóż, jest jak jest. W październiku nie przeczytałam żadnej fatalnej książki. Najsłabsza dostała ode mnie 5 gwiazdek. A tym najsłabszym ogniwem był Park Morderców. Czyli historia o morderczym parku rozrywki. Powiem szczerze, 90 % książki jest takie sobie, ze wskazaniem na średnio. A potem przychodzi finał. I tego finału po takiej średniej książce się nie spodziewałam. Naprawdę pokręcony i niespodziewany. Ale mimo wszystko, autor mógłby streścić część pierwszą o jakieś 70 % stron i zrobić z tego króciutką nowelkę, trochę się nad nią wymęczyłam, więc sama nie wiem polecam, czy też nie?

Najlepsza książka? Zdecydowanie Małe życie Hanyi Yanagihary. Książka, którą albo się kocha, albo nienawidzi. Rozwlekła, trudna, nieco monumentalna. Jeżeli nie lubicie książek powyżej 500 stron, to lepiej ją omijacie. Potrafi zabrać parę wieczorów i poranków. O czym jest to rozległe dzieło? Cóż, mamy czwórkę przyjaciół i Nowy Jork. Miasto tysiąca możliwości, ale i niespełnionych marzeń. Gdzieś przeczytałam, że to Seks w wielkim mieście, tyle, że w męskiej wersji. Powiem szczerze, że jest to pewne uproszczenie. Owszem, pewne wątki mogą sugerować nadmierne przywiązanie do oper mydlanych i seriali. Ale całość zachwyca. To męska książka, ale napisana przez kobietę. Stąd wynika jej subtelność i delikatność, ale i bywa chwilami po męsku szorstka i brutalna. Czwórka przyjaciół i każdy z nich inaczej układa sobie życie. Nie są wobec siebie do końca szczerzy, a tajemnica jaką nosi w sobie Jude okazuje się kluczowa i generuje masę pytań. Bardzo trudnych pytań. Polecam, choć ostrzegam, to nie jest lekka,łatwa i przyjemna lektura. Ale dajcie się jej pochłonąć!

Jakże często przyjaźń i koleżeństwo sprzeciwiają się logice, jak często omijają tych, którzy na nie zasługują, jak często czepiają się dziwaków, ludzi złych, specyficznych, złamanych.

Dziewczyna na klifie Lucindy Riley. Kiedy patrzę na okładkę, myślę o leciutkiej, delikatnej i przyjemnej lekturze. Takiej, która dodaje optymizmu i koi smutki. Ale ta historia jest zupełnie inna. Owszem jest magiczna, nieco nieralna i pewnie bardziej kobieca niż męska, ale książka mówi o stracie,smutku i pogodzeniu się z marny losem. Grania straciła dziecko, nie ma ochoty na dalsze życie z narzeczonym, ucieka więc do rodzinnego domu i kiedy poznaje małą Aurorę, niedoszłą samobójczynię, jej życie zmienia się o 180 stopni. I gwarantuję, to nie jest banalna historia. Dzieje się na dwóch płaszczyznach, przeszłości i teraźniejszości. Obie części są fascynujące i tak samo wciągające. To po prostu piękna i bardzo wzruszająca historia, ja na sam koniec miałam w oczach łzy. Mimo wszystko krzepiąca, ponoć po burzy zawsze wychodzi słońce. Chce się w to wierzyć.

Życie zachowuje wszystko w naturalnej równowadze, bo skąd byśmy wiedzieli, że jesteśmy szczęśliwi, gdybyśmy czasem nie byli smutni?Albo zdrowi, gdybyśmy nigdy nie chorowali?

Kolejną ciekawą pozycją jest rodzima książka. Nie będę ukrywać, podchodziłam do niej z dystansem, bo tytuł Nie zabijaj tej miłości Anny Karpińskiej, sugerował taką sobie lekturę. Uznałam, że to musi być coś banalnego. Ale skoro przyniosłam z biblioteki, to przeczytałam. I się zaskoczyłam. Bo to nie jest banalna książka o miłości. Mamy dwie kobiety i jednego mężczyznę. Sytuacja jest taka, że jedna się z nim męczy, a ta druga, chętnie się nim zaopiekuje. Tyle, że ma męża, który niekoniecznie chce opuścić swoją żonę. A ta pierwsza ma syna i chciałaby mu oszczędzić trudów rozbitej rodziny. Ale chciałaby też porządnie się zakochać. No i mamy galimatias. A po drodze są dramaty, ale i chwile małej i nieco większej radości. Codzienność i niecodzienność. To wszystko jest napisane inaczej niż więcej kobiecych książek, co w moim przypadku oznacza tyle, że książka nie nudzi, a wręcz przeciwnie, mocno wciąga. I na dodatek nie ma tutaj oczywistego i banalnego zakończenia. I aż prosi się o ciąg dalszy!

Alice Munro. Kocham w całości, zdecydowanie moja najważniejsza kobieca autorka. Za kogo ty się uważasz, to kolejna książka, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. I w zasadzie pod wrażeniem, jestem do tej pory. Tym razem Alice Munro opowiada historię Rose, od momentu jej dzieciństwa do dojrzałego życia. Rose nie miała lekko, mieszkała z ojcem, macochą i przyrodnim  bratem. Ich relacje nie były za dobre, dziewczyna nie wierzyła w siebie i nie potrafiła kochać. Szybko wyrwała się z domu, wyszła za mąż i urodziła dziecko. Ale nigdy nie była szczęśliwa, wydawało się, że ciągle goniła za czymś nieosiągalnym. Próbowała poznać samą siebie, dowiedzieć się czego pragnie, ale było to bardzo trudne. Rose nie potrafiła żyć normalnie, całe życie chciała poznać odpowiedź na tytułowe pytanie, za kogo siebie uważa? Czy znalazła tę odpowiedź? Przeczytajcie. Alice Munro jak zwykle napisała trudną historię o niegodzeniu się na kompromisy z olbrzymią wręcz lekkością i swobodą. Mam wręcz wrażenie, że ta książka czyta się sama!

 

To na myśl miłości robiło jej się niedobrze. Miłość była zniewoleniem, samoponiżeniem, oszukiwaniem samej siebie

Muzycznie październik należał do Miuosha, z racji koncertu w listopadzie i moich muzycznych przygotowań nie powinno to nikogo dziwić. Miush był najczęściej słuchanym artystą, koncertu z Nospru najchętniej słuchaną płytą, a Miasto Szczęścia leciało u mnie bardzo, ale to bardzo często. Ale dodam, że dzielnie walczyły dziewczyny, Mela Koteluk i Daria Zawiałow ich Odprowadź i Nie dobiję się, często, bardzo często leciały w moim prywatnym radio.

Ścieżka dźwiękowa- Miuosh – Miasto Szczęścia

Lulu. Czyli ta co się smuci

W realnym świecie musisz się zdecydować, z którymi trzema wartościami chcesz spędzić resztę życia, a potem poszukać tych wartości w drugiej osobie. Na tym polega życie. Nie widzisz, że to pułapka? Jeżeli będziesz się upierała znaleźć wszystko, skończysz z niczym.

Poprzedni odcinek był bardzo trudny. Woody musiał odpocząć. Chyba zawładnęła nim zła energia. Cóż, zdarza się nawet mistrzom.

Kamera, akcja.

Lulu wzięła do ręki długopis. A jakże, różowy. Skreśliła kolejny dzień. Tydzień. Tyle czasu minęło. 7 dni. Wydawało by się, że był to rok. Względnie 8 miesięcy i 2 tygodnie. I jakieś 367 sekund na dokładkę. Do tego to był dziwny czas. Bardzo dziwny. Lulu była smutna. Rozmowy się nie kleiły. Różnica czasu. Starała się skupić na codzienności, ale było to bardzo, ale to bardzo ciężkie. Pracowała, po pracy spotykała się z przyjaciółkami, starała sobie zająć czas. Ale zająć sobie czas na 7 najbliższych tygodni, wydawało się jej rzeczą niemożliwą.

Zauroczyła się. Zakochała się. Wpadła jak śliwka w drożdżówkę. Przyzwyczaiła się do niego. Do rozmów. Spacerów. Trzymania za rękę. Do wspólnego tracenia czasu. Gapienia się w horyzont. Minął dopiero tydzień, a jej tego bardzo brakowało.

Every now and then I get a little bit lonely
And you’re never coming ’round

Keira bardzo się postarała. Woody był zachwycony. Weszła w rolę jak nóż w miękkie masło. Mało jadła, zamknęła się w domu i wyraźnie poszarzała. Do tego czytała kronikę policyjną, stąd miała zawsze przerażoną i smutną minę. Kłóciła się ze wszystkimi i o wszystko. Żyła życiem Lulu, chyba aż za bardzo?….

Jakoś tak mijały dni. Takie bardzo trudne dni. Przyszedł pewien wtorek, bardzo deszczowy. Nasza Lulu porządnie zmokła, bo zapomniała parasola. Biegła po mokrym chodniku w szpilkach, które ubrała dla poprawy humoru. Przeklinała ten moment, gdy zdecydowała rankiem, że dziś będzie dzień spódnicy. Marzyła o kubku gorącego mleka z miodem. Chciała wysuszyć włosy, otulić kocem i tak spędzić ten wieczór. I pewnie gdyby scenarzystką była Nora Roberts, to w domu czekałaby na nią mama z kubkiem kakao. I gorącym ciastem na deser. I blaszką lazanii na obiad. Ale to był Woody. Lulu czekało pranie, kończenie ważnego projektu w pracy i przygotowanie obiadu. A potem musiała ogarnąć bałagan w salonie, bo niechcący zaprosiła Mimi na jutro. Już miała dość tego popołudnia i wieczoru.

Stała pod drzwiami i walczyła z upartymi kluczami, które schowały się w jej torebce i za żadne skarby świata nie chciały ujawnić swojego położenia. Kątem oka dostrzegła wystającą ulotkę ze skrzynki na listy. Zaraz miała spaść na podłogę, w zasadzie powinna to olać, ale uznała, że pada deszcz, sąsiedzi podepczą brudnymi butami tę kolorową ulotkę, przywrze do posadzki i pani sprzątająca będzie mieć kłopot. Podeszła do skrzynki, wyjęła ulotkę, i zobaczyła,że dostała list. A nawet dwa. Zdziwiła się. Bo pisuje do niej jedynie bank z kolejną super pożyczką do wzięcia, a raz do roku pewien urząd pokazujący ile ma oszczędności na starość. A tu proszę, dwa listy. Znalazła klucz do domu, poszła do kuchni, znalazła kluczyk do skrzynki, wyjęła listy. Super oferta z banku, jak zwykle.Listy rzuciła na komodę w przedpokoju. Zdjęła przemoczony płaszcz i niewygodne szpilki. Nastawiła wodę na herbatę, wysuszyła włosy. Założyła miękki i ciepły sweter, dodała miodu i cytryny do herbaty. Przy okazji przejrzała zawartość lodówki, wygląda na to, że na obiad zrobi na szybko makaron z pomidorami i mozzarellą. Zabrała się za pranie, odcedziła makaron, podgrzała pomidorki, zjadła, przeczytała jakąś gazetkę i uznała, że czas na porządki. Starła kurze magiczną ściereczką, w pokoju, w kuchni, w salonie, została jej komoda w korytarzu.

No tak, trzeba wyrzucić listy. Jeden przerwała na pół, nie zamierzała brać pożyczki. Drugi miał podzielić los pierwszego, ale coś jej się nie zgadzało. Bank nie pisał ręcznie imienia i nazwiska. I z pewnością nie pokręciłby adresu. Dobrze, że listonoszka ją znała i wrzuciła ten list do właściwej skrzynki. Delikatnie rozerwała kopertę i wyjęła pocztówkę.

Piszesz mi w liście, że kiedy pada,
Kiedy nasturcje na deszczu mokną….

Za siódmą górą, za siódmą rzeką,
Twoje sny zamieniasz na pejzaże….

Była zaskoczona. Była szczęśliwa. Była… Trochę jakby w niebie. Bała się przewrócić pocztówkę na drugą stronę. Siedziała więc i przez bity kwadrans i gapiła na kolorowe obrazki. Wiedziała co będzie na drugiej stronie. Jakieś standardowe i banalne pozdrowienia. Dlatego wolała siedzieć i wyobrażać sobie, co pięknego mogłoby znaleźć się na drugiej stronie, gdyby była bohaterką tandetnego romansu. Ale nie była. Dlatego siedziała jak skamieniała. I czekała. I naprawdę bała się rozczarowania. W końcu odważyła się. Przeczytała te kilka zdań. Kilka serdecznych słów, z których bił zachwyt i szczęście. Lulu też zrobiło się miło. Lubiła jak inni się cieszyli. Lubiła to nawet mimo tego, że ich radość, oznaczała jej smutek. Chociaż…

Nie bądźmy tacy. Lulu też poprawił się nastrój. Niby zwykła kartka. Pocztówka z kiosku. A dla niej to był cały świat…

I Lulu tak siedziała i siedziała. I spędziła tak cały wieczór. W końcu uznała, że powinna podziękować za ten gest. Napisała, że dziękuje za niespodziankę. Odpisał,że nie ma sprawy. I tak sobie rozmawiali.

I minęły dwa tygodnie. Dużo spokojniejsze. Znów odwiedził ją listonosz. Znów dostała kartkę. I parę miłych słów. I paradoksalnie coraz trudniej jej było. Cierpliwość nigdy nie była jej mocną stroną. A ten czas, ten czas nie chciał przyśpieszyć. Wiedziała,że za jakiś czas, jak spojrzy wstecz, uzna, że te 7 tygodni było jak pstryknięcie palcem. Ale miała przed sobą kolejne 4 tygodnie. I wydawało jej się to całą wiecznością.

I jakoś tak płynął czas. I było coraz bliżej. Ale ostatni tydzień zdawał się nie mieć końca. Zupełnie jakby po poniedziałku, zamiast wtorku, znów nadszedł poniedziałek. I tak się zapętlił aż do piątku. A w piątek znów czas zwolnił, znów cofnął ją do poniedziałku i wydawało się, że nigdy nie nadejdzie sobota. Że ta sobota.nigdy nie nadejdzie.

Lulu snuła się po mieszkaniu. Słuchała Jego ulubionych piosenek. Sprawdzała pogodę, tam gdzie On był. Czytała lokalną prasę, byleby być na bieżąco i wiedzieć więcej. Kiki i Mimi się z niej śmiały. Ot, zakochana na amen. No cóż, Lulu musiała to przyznać. Zakochała się. Keira z uznaniem popatrzyła w stronę reżysera. Stała w piżamie, kręciła właśnie scenę z piątkowego wieczoru. Bardzo wczesnego. Stała w tej piżamie, a zegar pokazywał dopiero 19. To był jej ostatni samotny wieczór. Keira uznała, że Woody chyba w końcu polubił Lulu. Polubił bo pozwolił jej przetrwać te 7 tygodni w jednym kawałku. Dzięki mistrzu.

Alexander wrócił na plan. Dawno go tu nie było. Wszedł do samolotu, a Woody towarzyszył mu w podróży. Długiej i nudnej.

Lulu nie śledziła jego powrotu. Miała taki plan, ale zaraz po starcie dopadł ją sen. A obiecała sobie, że będzie dzielna i przez całą noc będzie patrzyła jak samolocik pokonuje kolejne kilometry i zbliża się do celu. Chwilę po przebudzeniu była na siebie zła. No jak mogła to przespać? Jak mogła to przegapić? Wstyd i wstyd.

Sięgnęła po telefon.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

I zdjęcie z lotniska.

Uff. Może i bez jej eskorty, ale doleciał. I wychodzi na to, że też w jednym kawałku.

Lulu mu odpisała. Woody filmował z daleka, więc do końca nie wiemy co konkretnie mu odpisała, ale akcja szybko przeniosła się na lotnisko i dokładnie widzieliśmy dwa zdania, które wysłał Lulu Miętowy Ptyś.

Nie mogę się doczekać kiedy wszystko Ci opowiem. Nie mów mojej mamie, ale do Ciebie pierwszej dziś napisałem….

Lulu się uśmiechnęła. Najpierw nieśmiało. A potem szczerze, całą sobą.

Obiecuję, nic nie powiem….

 

 

Oczywiście jak zwykle, wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń, są przypadkowym efektem wyobraźni autora.

Ścieżka dźwiękowa-Creedence Clearwater Revival- Side O’ The Road 

Minął październik

Minął kolejny miesiąc. A ja trochę tak… Jakbym nie wiedziała kiedy. Kolejny miesiąc. Niby 31 dni. Dopiero co witałam październik w progu, ledwo się w nim rozgościłam, a tu proszę, koniec. Dziękujemy, witajmy listopad.

Mocno trzymałam się mojego jesiennego rozkładu. Naprawdę mocno. Kupiłam piękny jesienny sweter. W kolorze, tak, brudny róż. Śliczny. Powtórzę, żadna tam czerń i biel. Róż.

W kinie byłam dwa razy. Plan wykonany. To była czysta przyjemność. Jesienna wycieczka również zaliczona, niestety na tę wycieczkę wybrałam tę niedzielę, kiedy padał deszcz. No trudno, Mazury wczesną jesienią są piękne, czy pada, czy też nie. Nie ma to znaczenia. Ważne, że była woda, ptaków śpiew, pyszne jedzenie i lody nad jeziorem o smaku kremówki. Ostatnimi laty polubiłam Ostródę, naprawdę piękne miejsce. Czy to latem, czy jesienią. Byłam też zimą. I wiosną w sumie też. Knajpki również były. Było spotkanie towarzyskie, a w zasadzie były dwa. Moja akcja jak widać odnosi sukces, szukam okazji by wyjść z domu i nie poddawać się chandrze.

Walczyłam z dynią, już trzy razy robiłam zupę dyniową. Przy obieraniu dyni zużyłam całe opakowanie plastrów. Wyglądam jakbym pracowała w rzeźni. Trochę mi wstyd. Ale chociaż zupa wychodzi zawsze pyszna. To się męczę. Dla szczęścia rodziny.

Październikowa pogoda to istny miks. Był ten dzień, gdy koło 15 dnia miesiąca chodziłam w letniej sukience w kwiatki. Był też ten dzień, gdy nosiłam czapkę, dwa szale, kozaki, i na wariata kupowałam rękawiczki, to termometr wskazywał ledwie 1 stopień. W każdym razie przez kilka bardzo wietrznych dni zrobiło się łyso i bardzo brzydko.

Październik był dziwny. Wspaniałe samopoczucie mieszało się z dniami pełnymi rozczarowań i smutku. Kolejne stresy w pracy zrobiły w sobie. Żołądek dawał o sobie znać. Znów pół miesiąca nie wiedziałam co mam jeść.

Nie wiedziałam też, że jestem gapa pierwsza klasa. I gorzko poczułam, że za głupotę się płaci. Płaci się dokładnie 55 % więcej niż reszta. Pomyliły mi się dni Rossmannowskiej promocji. Przyznaję, nawet troszeczkę się zdziwiłam,że w sklepie takie pustki, i na spokojnie mogłam wszystko kupić. Wybrałam tusz do rzęs marki luksusowej. Wybrałam podkład, marki luksusowej. I taką samą szminkę. To oczywiście były dla mnie marki luksusowe, bo tusze za 70 zł, to kupuję jedynie na promocji minus 55 %. Ale skoro była promocja to kupiłam. A co będę sobie żałować. Raźnie udałam się do kasy, przecież to miał być interes życia. Dumnie pokazałam koszyk, pani wszystko skasowała a potem podała mi cenę. I zgłupiałam. Miało być 55 % taniej. Zaczęłam intensywnie myśleć. Jeżeli powiem,że oddaję wszystko i czekam na jutrzejszą promocję będzie mi strasznie wstyd. I pewnie jutro tu nie wrócę. I te panie pomyślą sobie, że jestem skąpiradłem pierwszej wody. Moja wrodzona nieśmiałość i kolejka za plecami nie pozwoliła mi powiedzieć – ojej, to promocja jest od jutra? To ja nic nie kupuję, wpadnę jutro. Nie chciałam wyjść na nieogarniętą idiotkę, co nie odróżnia dni. Z udawanym uśmiechem przyjęłam wyrok, poprosiłam o płatność kartą, bo takiej gotówki to ja z sobą nie noszę, wystukałam pin i do końca miesiąca ( a to był dopiero pierwszy tydzień października), skazana byłam na suchy chleb. Po wyjściu z drogerii uznałam,że potraktuję te zakupy jako prezenty pod choinkę. Ale potem dopadły mnie wątpliwości, wszyscy pomyślą, że kupiłam to na promocji i poszłam na łatwiznę. Zrobiło mi się siebie żal. Swojej głupoty. I cały październik starałam się omijać rzeczoną drogerię. W ramach buntu. Albo nie chciałam wracać na miejsce mej hańby i wstydu.

Październik był dziwnym miesiącem. Z jednej strony piękna pogoda, wiele ciekawych chwil i fajnych wspomnień. Z drugiej strony to był ciężki miesiąc. Chwilami aż za ciężki. Sama nie wiem jak to wszystko udało mi się wyważyć i mimo wszystko, spędzić parę miłych chwil. W pracy mieliśmy najlepszy miesiąc w tym roku, chwilami pękała mi głowa, od nadmiaru pracy, ale chyba jadę na tej mojej wrześniowej opinii. Że silna ze mnie babeczka.

I wiecie co? Po takim październiku jakoś mniej boję się listopada. Bo skoro było już źle, to chyba gorzej nie będzie? Także mimo wszystko kończę pozytywnym akcentem.

Ścieżka dźwiękowa- Miuosh – Koniec

Mamy 4 wesela i pogrzeb… co weekend

To był czerwiec. Dokładnie 24 czerwiec. Godzina 14.30. Miałam fatalny nastrój. To nie był mój dzień. Byłam chora, okropnie przeziębiona. Spadła mi z głowy urodzinowa korona. Czułam się fatalnie. Padał deszcz. Na obiad miałam kurczaka z knajpy. Miał być w chrupiącej panierce, ale coś nie wyszło. Frytki były zimne. Uświadomiłam sobie, że na serio, że urzędowo mam już te 30 lat. Poza tym coś mi nie wyszło. I miałam taki nastrój, że mogłabym pozabijać wzrokiem pół miasta. Jakie tam pół. Całe.

Włączyłam o 14.30 komputer, niezawodny Spotify, polecenia, odkryj w tym tygodniu. Co mi polecił? Alunia. Wykonawca Miuosh, Natalia Grosiak, NOSPR, Smolik…. No cóż, poleciało. Potem drugi, trzeci, trzydziesty trzeci. A potem zaczęłam słuchać dalej, innych piosenek. Miasto szczęścia. Raz, dwa, sto osiemdziesiąt dziewięć. Tysiąc razy. A co mi szkodzi.

Kiedy tylko piosenka zbliżała się do końca w obawie przed chwilą ciszy, natychmiast wracałam do początku. Męczyłam nią otoczenie. Chyba wszyscy mieli jej dosyć. Poza mną. Po prostu czułam jakby te słowa były napisane dla mnie. Idealnie, po prostu idealnie opisywały to co wtedy czułam. No zdarza się. Po prostu usłyszałam tę piosenkę w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Przesłałam link do niej mojej przyjaciółce. Ona nie chciała odsłuchać, bo nasze gusta muzyczne są tak różne jak chyba tylko mogłyby być. Ale odsłuchała. Powiedziała, to było fajne. A po dwóch dniach zadzwoniła z pretensjami. Że co ja jej zrobiłam, że ona nie może już żyć bez tej piosenki. Że się zakochała. Że non stop go słucha.

Świetnie ją rozumiałam, bo ja miałam tak samo. Pamiętam jak było mi wstyd. Koszmarnie wstyd. Jechałam na lipcowy koncert Depeszy. A w słuchawkach w kółko ta jedna piosenka. Jechałam na wakacje i w pociągu przez 3 godziny nie słuchałam nic więcej niż trzech piosenek Miuosha. I właśnie na wakacjach, to był czwartek, dowiedziałam się, że zagra koncert w Gdańsku. Spełnienie marzeń. Tym większe, że koncert był z orkiestrą symfoniczną. Żadne tam rapowanie w rytm, w sumie nie wiem czego, bo nie znam się na rapowych sprzętach. To miał być koncert jak z Nospru.

Od razu kupiłam dwa bilety. Dla mnie i przyjaciółki. To był prezent na jej 30 urodziny. Zostało czekanie. I modlenie się by jej dzieci były zdrowe. By mąż został z dziećmi. Bym ja była zdrowa. I było coraz bliżej…

Tydzień zaczął się dla mnie źle. Powiem Wam, że przeklinałam samą siebie. Za te bilety, za to marzenie. Nie miałam nie tyle nawet siły, co ochoty by iść na ten koncert. We wtorek było chyba jeszcze gorzej. W środę było lepiej. Ale wieczorna wycieczka 100 km na cmentarz skutkowała bólem głowy, zmęczeniem, i przemarznięciem. W czwartek nie było lepiej. Po dniu na cmentarzach, miałam dość tłumów. Dość ludzi. Byłam niewyspana. Bolała mnie głowa, czułam jakbym zaraz miała się rozłożyć na paskudne przeziębienie. W piątek musiałam iść do pracy. Byłam standardowo niewyspana, do tego przez remont w biurze przez 5 godzin musiałam słuchać ryku urządzeń, które tłukły kafelki. Moja głowa była bliska eksplozji. Poziom energii wskazywał minus 100. Marzyłam o wieczorze pod kocem, z gorąca herbatą.

U przyjaciółki było inaczej. Ona od rana ekscytowała się na wyjście z domu. No cóż, to matka dwójki malutkich dzieci. Rzadko wychodzi gdzieś sama. A w ogóle nigdy nie była na koncercie. Takim biletowanym, klubowym. Od rana słała mi wiadomości, obrzydliwie pozytywne. Jakie będę mieć paznokcie? Jak się ubiorę? Jaki makijaż? Jakie buty wybrać? Było mi wstyd. Bo ja ją nakręciłam, a teraz najchętniej wysłałabym tam siostrę zamiast mnie.

No cóż, koło 17 rozpuściłam musującą tabletkę dodającą energii, zrobiłam sobie kubek dobrej herbaty, zjadłam talerz pierogów z twarogiem, pomalowałam paznokcie na lawendowo i założyłam biały t-shirt mówiący o tym, że jestem gwiazdą rocka. Bo wiadomo, mam rockową duszę mimo wszystko. Zrobiłam sobie czarne kreski na oczach, usta pomalowałam intensywnie czerwoną szminką. Popatrzyłam na siebie w lustrze- wyglądasz jak człowiek, a nie jak wrak. Ruszaj.

Po drodze powiedziałam jeszcze mamie, że idę na koncert, by się nie zdziwiła, że wrócę w nocy. Mama była zaskoczona. Wiedziała, że katuję tę piosenkę, ale od razu na koncert? A w ogóle jaki to koncert, skoro ten pan śpiewa w kółko jeden utwór? Co to za gatunek ? W skrócie wytłumaczyłam – hip hop ze smyczkami. Hip hop? Usłyszałam, że mam na siebie uważać. Dziwne, że to samo usłyszała przyjaciółka od męża, teścia i swojej mamy. Ach, te stereotypy.

Brat podrzucił mnie do przyjaciółki, tam pozachwycałyśmy się sobą wzajemnie, potem wsiadłyśmy do auta i zaczęłyśmy wieczór. Najpierw knajpa. Wspaniałe miejsce, flirtujący kelner, wielki tort bezowy z dyniowym kremem, jesienna herbata, plotki, ważne rozmowy, mój ból głowy i kiepski nastrój błyskawicznie zniknęły. To był idealny wstęp do tego wieczoru.

Ruszyłyśmy w kierunku Stoczni, tam też mieści się klub B90. Oczywiście kiedy spotykają się dwie szatynki, o blond osobowości, to lewo mylą z prawym, a i tak ostatecznie idą na wprost zamiast na zachód. Po 10 minutach znalazłyśmy prawidłową drogę. Doszłyśmy na styk, dobrze,że koncert zaczął się 10 minut później, bo byłybyśmy spóźnione. W każdym razie zabrakło dla nas miejsca w szatni, ale jako, że towarzystwo głównie stało w kolejce do baru po różne napoje, zajęłyśmy sobie wygodne miejsca stojące w bardzo dobrym miejscu. Obiecałyśmy też sobie, że codziennie 5 minut spędzimy nad mapą, ucząc się kierunków świata.

W każdym razie zaczął się koncert. Pierwszych 5 piosenek faktycznie nie znałam, ale wiecie co? Miałam to gdzieś, przyjaciółka była zachwycona, ludzie pozytywnie nastawieni, chociaż nie znałam tekstów i tytułów, udzieliła mi się pozytywna energia. A później…
Strumień twoich słów
Zakończony słowospadem
Z wysokości ust
Spada ciężką masą na mnie
Wiem, ze wiesz że nie śpię
Kiedy milczę, myślę
Dorośnij
Dorośnij

Później to już było czyste szaleństwo, wyśpiewałam, wykrzyczałam, czy też wyrapowałam moje ulubione piosenki. I bawiłam się świetnie. Ależ byłam spragniona tych muzycznych emocji, tej energii, która jest jedyna w swoim rodzaju i występuje tylko wtedy kiedy jest się częścią śpiewającego tłumu. Wstyd, przyznaję się, w piątek koło 22.15, doszło do publicznego wyśpiewania/wykrzyczenia/wyrapowania przeze mnie przekleństwa. Obiecuję poprawę. No chyba, że znów pójdę na ten koncert….
Sama też nie wiesz
Przeszliśmy razem wiele dróg
Umarliśmy tyle raz już
Cały czas nam zależy
Tobie nigdy nie brakuje słów
Jesteś nożem – rozgrzebujesz brzuch

Powiem Wam jedno, warto było otworzyć się na nowe. Poszłam tam z perfekcyjną znajomością 6 piosenek, w porywach do 7( to i tak sukces, w tym całym hip hopie oni strzelają słowami jak z karabinu, spamiętać to, sukces!) A wyszłam zachwycona. To nie jest typowy hip hop, już nie chodzi o smyczki i kontrabas, ani o chórki, czy o perkusję, gitary, itp. Chodzi o artystę. O to, że jest on szczerym, spontanicznym i utalentowanym człowiekiem. W zasadzie to on więcej śpiewa niż rapuje. A głos ma naprawdę przyjemny i porządny. Do tego widać, że koncerty dają mu masę radości, i potrafi oddać tę energię publiczności.

Wracałyśmy do domu zachwycone. Śpiewałyśmy w aucie jak szalone. Cieszę się, że tam byłam. Że doświadczyłam tego z moją przyjaciółką. Że mamy takie genialne wspomnienia, coś czego nam nikt nie odbierze. Nie wyobrażam sobie lepszego towarzystwa na ten wieczór, na tę wyjątkową noc. Widzieć zachwyconą przyjaciółkę, ten wspólny błysk w oku, radość z niespodzianki… Urosły mi skrzydełka.

Kolejny raz okazało się, że warto przekraczać swoją strefę komfortu. Wyszłam poza moje dobrze znane muzyczne kręgi i szczerze? To był jeden z lepszych koncertów na jakich byłam! Być może wynikło to z tego, że w ogóle nie wiedziałam czego się spodziewać? Być może chodziło o to, że poszłam nieco na siłę i na przekór, i okazało się, że to był jeden z lepszych wieczorów w tym roku. Może chodzi o to, że potrzebowałam tego wyjścia, akurat w tym czasie? Brakowało mi czegoś takiego. Energia, pozytywne emocje, możliwość wyśpiewania swojej złości i niechęci i zamienienia tego na same przyjemne odczucia. Nie wiem co tam było,co tam się wydarzyło, ale wspomnienia z tego wieczoru zostaną ze mną na zawsze. A to co dostałam podczas tych dwóch godzin, zapewni mi porcję szczęścia na cały listopad!

A zaśpiewać Miasto szczęścia, to była bajka…

Choć jest też mały skutek uboczny. Moja sympatia się pogłębia i słucham, i słucham, i nie mogę przestać!
Nie możemy stać od siebie dalej
nie da się, uwierz mi
Mimo iż mówię o tobie tyle
Tak naprawdę nie łączy nas nic
Już chyba nic
Już chyba nikt
Nie czeka na nic więcej
Tak naprawdę nie łączy nas nic
Nic, poza tym miejscem

45351163_2463114227061942_2769054411748540416_n
Ścieżka dźwiękowa – Miosh- Uderzenie

Rozmowy pod apteką

Czasem chodzę do apteki. Czasem nawet bardzo często. Tak jak ostatnio.

Otóż obudziłam się w końcu i uznałam, że czas się szczepić na grypę. Olśniło mnie tak w pewien poranek. Złapałam za telefon i niczym rażona piorunem dzwonię do przychodni. Jak pamiętam rok temu szczepiłam się w okolicy 20 października, może trochę później. Tak, z pewnością później. Tak więc dzwonię, przeczekuję irytującą melodyjkę, raz,dwa, trzy… W końcu ktoś odbiera. Opowiadam o swoim problemie, miła pani stwierdza, że niestety nie może mi pomóc.

Szczepionek brak. Brak od 1 października. Praktycznie nigdy nie mam tego momentu kiedy mówię= zaspałam. Prawie nigdy. Jak zacząć to z rozmachem. A co tam, od razu trzy tygodnie. Pytam się co mam więc teraz zrobić? Byłam załamana, bo już widziałam siebie z grypą, na samą myśl dostałam dreszczy, zrobiło mi się ciemno przed oczami i poczułam,że wyraźnie drapie mnie w gardle. Pani z recepcji powiedziała, że niestety szczepionek nie ma w hurtowni, mogę szukać na własną rękę. Może będę miała szczęście.

Ja i szczęście? Dobry żart.

No trudno, pani umówiła mnie na wizytę. Ostatecznie doszłam  do wniosku, że nie potrzebuję wizyty, potrzebuję recepty. Skoro nie jestem zaszczepiona, to nie chciałam siedzieć w przychodni pełnej chorych ludzi. Wyprosiłam by lekarka wypisała mi zaocznie tę receptę, a ja zacznę poszukiwania. Po 10 odwiedzinach w aptece stałam jak idiotka z tą receptą. Szczepionki w hurtowni brak. W końcu odwiedziłam aptekę numer 11. Miła pani powiedziała, że w tym sezonie tej szczepionki w ogóle nie miała, ale proforma zajrzała do systemu hurtowni. Dokonała odkrycia. Tej szczepionki faktycznie nie ma, ale jest szczepionka konkurencji, jakby na mnie czekała. Patrzymy na siebie porozumiewawczo i cicho mówimy jednocześnie – to co zamawiamy?

Zamawiamy. Byłoby jak w bajce, gdyby nie to, że receptę mam wypisaną na inną szczepionkę. Znów muszę pędzić do przychodni po adnotację, że mogę kupić inną szczepionkę, względnie po nową receptę. Zaledwie po 85 minutach udało mi się dostać ową adnotację. Wracam do apteki. Minął prawie cały dzień. Ledwo żyję, ale mam odpowiednią adnotację. Czuję się jak zdobywca szczytu. Mam wrażenie, że kiedy wkraczam do apteki towarzyszą mi fanfary i oklaski. Podaję pani receptę z uśmiechem na buzi i słyszę- oj, system nie działa. Ano tak, zaczął się remanent. Zamówienie zrobię po weekendzie. To ja tu pędzę jak wariatka, a pani ogłasza remanent? Poczułam zmęczenie, ból głowy, osłabienie i ogólny wzrost ciepłoty ciała. Gdybym wiedziała, że nie ma się co spieszyć, to bym nie gnała w tę i na powrót przez całe miasto. Ale ok.

Wyszłam solidnie zmęczona. Ale chociaż z malutkim sukcesikiem na koncie. Jest szansa, że dostanę tę szczepionkę.

Kiedy wyszłam tak z tej apteki zaczepił mnie pewien pan. Zaczepił? Zapytał po prostu gdzie jest najbliższy kiosk, bo mieszka tu dopiero tydzień i jeszcze się gubi. Wskazałam drogę, uśmiechnęłam się i chyba tyle. Ale pan dalej mówi. A wie pani może gdzie jest jakaś dobra piekarnia? Bo też się nie orientuję jeszcze. Powiedziałam gdzie są najlepsze bułeczki, a w którym miejscu warto kupić chleb. Pan się uśmiechnął i przeprosił za zajęcie czasu, ale jeszcze nikogo tu nie poznał i zupełnie nie wie co można tutaj robić. Powiedziałam,że można iść do kina, bo w końcu mamy kino. Witamy w 21 wieku. Pan się zapytał o repertuar, czy warto , jak wygląda sala kinowa i takie tam. Powiedziałam co nieco o tym kinie, a pan rzekł:

Mamy ten sam gust filmowy! I tak samo lubimy małe kina i nie znosimy popcornu!

No cóż, znów się uśmiechnęłam. A pan był w nastroju bo z kapelusza wyjął kolejne pytanie – aż nie chcę się pytać o muzykę, ale może też lubimy taką samą? Słucha pani Trójki? Co pani sądzi o Pink Floyd?

Znów się uśmiechnęłam, i w sumie zaczęłam mówić, że i owszem i Floydów lubię, Trójkę lubiłam, ale Depeszówa ze mnie z krwi i kości.

Pan się zaśmiał. Że w 80 latach to on też był Depeszem i jako żywo zaczął podśpiewywać refren o przewadze ciszy nad hałasem słów. No cóż, miałam ciężki dzień, nie mogłam nie wybuchnąć śmiechem. Z muzyki popularnej szybko przeszliśmy do muzyki klasycznej i zahaczyliśmy o operę. A co będziemy sobie żałować kulturalnych rozmów pod apteką!

Do wielkiej kulturalnej trójcy brakowało nam jeszcze książek. Pan zapytał się czy mamy w mieście bibliotekę, czy łatwo się zapisać i czy mają audiobooki, bo dojeżdża do pracy na uczelnię i ostatnio większość książek słucha, niż czyta.

No i tak pan stoi i opowiada mi o ulubionych książkach. I stoję i słucham, i notuję w pamięci tytuły. Bo pan wyjątkowo ciekawie opowiada. Ja też coś tam mówię, polecam, zaczynam się wkręcać w recenzję na żywo.

I pan mi przerywa. I pyta się gdzie ja się uchowałam? Bo nie sądził,że są jeszcze takie dziewczyny. I mówi:

Mam 49 lat, ale jakbym był 30 lat młodszy, to już bym prosił panią na randkę.

Zaśmiałam się. I mówię, że jakby był pan 30 lat młodszy, to ja byłabym Madonną z młodszym przyjacielem u boku.

Teraz on się zaśmiał. No dobrze, jakbym, miał 15 lat mniej, to zaprosiłbym panią na kawę. Ale nie mam, to nie poproszę ze wstydu.

Odetchnęłam z ulgą. Bo wiecie, była 19, już nie czas by pić kawkę. Także tego.

Pan jednak chciał rozmawiać dalej. No gaduła wielka. Trochę mi już się śpieszyło, ale rzadko można dziś spotkać osobę, z którą ma się tyle wspólnych tematów. Fatum, los, przeznaczenie. Ale, ale…

Tak, to ja. Wiadomo, że jeżeli chodzi o mnie, to nie może być tak, że skończy się to jakoś normalnie. Typowo, ot, miło się rozmawia, ale pędzę po te bułki, bo mi zaraz zamkną sklep. Nie. To byłoby takie banalne!

Więc pan mówi, że przeprowadził się tutaj, bo się rozwiódł. Zdarza się prawda? Więc się rozwiódł, bo żona do 35 urodzin była mało zainteresowana seksem.

Tutaj już zrobiłam wielkie oczy i myślę sobie, ok, miło się gadało, ale ja już spadam…

A po tych urodzinach to wstąpił w nią demon seksu. Jakby pani uwierzyła, ona mogła zawsze i wszędzie, jak jakieś zwierzę. Codziennie to za mało było. Po trzy, cztery razy jednej nocy. I tak chciała więcej. No nie nadążałem i wypadłem z gry. Wszystko w życiu się zmienia droga pani. Wszystko.

Aha, miło mi było. Także tego, ja już spadam.

Ale nie uraziłem pani?

Nie, nie, ja jestem już spóźniona.

Także tego. Nie wiem co ja w sobie mam. Może coś z twarzą? Nie wiem. Może powinnam założyć punkt porad psychoterapeutycznych? Nie wiem. Wiem, że jeżeli ktoś będzie chciał porozmawiać o demonie seksu jaki drzemał w byłej żonie, to z pewnością trafi na mnie.

Uwierzcie mi, przez dwa dni nie mogłam opanować śmiechu.

Ścieżka dźwiękowa- Nina Simone – I Get Along Without You Very Well (Except Sometimes)

 

 

 

Jak to bywa z dobrą radą?

Jej niezdolność do riposty nie wynikała z braku inteligencji, tylko z duchowej czystości, braku gotowości na złośliwość nawet w samoobronie.

Jest kilka rzeczy na tym świecie, których święcie nie znoszę.

Zapachu przegotowanego octu, który moja mama wlewa do czajnika i usuwa w ten sposób kamień. Śmietany w zupie. Zupy owocowej każdego smaku. Zaginania rogów w książce. Pomarańczowego koloru. Wysokich obcasów. Deszczowego listopada. Kolejek w markecie. Lodów truskawkowych. Pizzy ze sztucznym serem. Czerwonej farby na ścianie. I pewnie z tysiąca, jak nie miliarda innych.

Wiecie czego jednak nie lubię tak najbardziej z najbardziej nielubianych rzeczy?

Dobrych rad. Tych, o które nie proszę.

Ostatnio rozmawiałam z jedną z najważniejszych dziewczyn w moim życiu. Chciałam jej coś opowiedzieć, ale wyraźnie powiedziałam, nie chcę żadnych rad. Tylko mnie wysłuchaj. Tylko tyle. Nie oceniaj, nie krytykuj, nie chwal, nie dawaj rad. Chciałam wyrzucić z siebie pewien kłopot, problem, głośno coś powiedzieć, porozważać. Ale nie oczekiwałam rad. Chciałam tylko by ktoś mnie wysłuchał.

Chciałam za wiele. Nie zdążyłam dokończyć, jak w pół zdania, zostało mi przerwane. Zostałam zasypana gradem dobrych rad. Bo ja myślę tak i tak. Podejdź do tego z tej strony. Popatrz tutaj. A może… A ja na twoim miejscu…

Stop. Nie o to chodziło. Nie tego chciałam.

Wstydziłam się odezwać. Nie, nie wstydziłam. Bałam. Bo każde moje słowo na nowo będzie poddane szczegółowej analizie. Milczałam. Moje kilka zdań wywołało lawinę i godzinę analiz.

Ok, spotkanie nieudane. Ale, ale…

Pod wieczór dostałam maila. Tym razem przekazano mi punkt widzenia pana T, czyli pana męża. Jakby mało byłoby mi stanowiska jednej osoby, dostałam dla pewności stanowisko męża. Dobrze, że nie czytałam dalej, bo pewnie posypałyby się od rady od teściowej, od przyjaciółki teściowej, pani z autobusu i pijaczka spod sklepu.

Zdenerwowałam się wyjątkowo. Bo dobre rady, nawet te z głębi serca, nie były mi potrzebne. Wręcz przeciwnie. Przez nie zaczęłam się gubić, na nowo analizować i doszłam do wniosku, że podjęłam złą decyzję. Bo pół miliona innych osób nie mogło się mylić.

Powiem szczerze, jestem z tych co lubią doradzać, pomagać, i wyzwalać innych od kłopotów codzienności. Ale nigdy nie robię tego nieproszona. Zawsze się pytam czy ktoś sobie życzy mojej opinii. Czasem zaciskam zęby, bo widzę,że ktoś popełnia życiową głupotę, ale skoro nie chce by się wtrącać, to cóż, sam będzie pić to nawarzone piwo. Ja mogę tylko stać z boku. I nic więcej. Jak ktoś chce mojej pomocy, to staram się jak mogę. Ale i tak decyzja nie należy do mnie.

Dobre rady powodują w mojej głowie chaos. Gubię się, zadręczam, mam bezsenne noce, które przeznaczam na analizowanie w kółko tego samego.

Co do mojego problemu, na szczęście nie była to jakaś wielka życiowa kwestia. Ale przyznaję, przez dobrą radę poświęciłam jej za wiele czasu. Na przyszłość trzy razy, albo i sześćdziesiąt dziewięć razy, zastanowię się, zanim poproszę kogoś o radę. A trzydzieści osiem, zanim zwierzę się komuś. Co może być trudne, bo jestem gadułą pierwszej wody. Ale cóż, czas nas czyni mądrzejszymi.

Podobno człowiek uczy się na błędach.

A jaki jest Wasz stosunek do dobrych rad, które dostajecie od życzliwych? A może dajecie je niepytani?

Ścieżka dźwiękowa- Dave Gahan- Where I wait