Minął miesiąc. Czerwiec.

Jak ja kocham czerwiec! Po prostu uwielbiam ten miesiąc. W końcu to mój miesiąc. Miesiąc moich urodzin. Cudowny czas, piękna pora roku, zaczyna się lato. Są pierwsze upalne dni, długie wieczory i prawie białe noce. Są truskawki, czereśnie, szpinak. Piekę ciasta, robię pierwsze słoiczki konfitury. Spaceruję ile się da. Popijam mrożoną herbatę i lemoniadę. W czerwcu zawsze jest masa okazja do miłych spotkań. Są prezenty i po prostu jest pięknie. A nawet jak nie jest to wystarczy, że spojrzę za okno, albo na biurko. Pelargonie i piwonie. Pierwsze balkonowe poziomki i ta zieleń! Czy tylko ja mam wrażenie, że czerwiec to zapach truskawek i jaśminu? W czerwcu po prostu chce mi się żyć!

Ten miesiąc był naprawdę super. Wizyta Myszkowej rodzinki. Super czas razem! Wyjazd do Jastrzębiej, kolejne wspaniałe cztery dni. Dni, kiedy czas płynął inaczej. Nie jestem w stanie zliczyć czerwcowych wizyt na plaży, w parku, w lesie. To był wyjątkowo spacerowy miesiąc. Oczywiście w pięknych okolicznościach przyrody! Przebyłam dziesiątki kilometrów po plażach, lasach i parkach. Było dużo słonecznych dni, a i te deszczowe jakoś tak lżej było przetrwać. Z całą stanowczością mogę stwierdzić, że Wiosna wybuchła mi prosto w twarz, za to w sercu miałam ciągle maj.

W czerwcu poparzyłam sobie plecy-pierwszy kontakt ze słońcem i dwie noce z głowy. Pamiętajcie, nawet jak jest pochmurno bierzcie filtr ze sobą, smarowanie się w domu nie starcza. Zaatakowało mnie stado komarów, Ptasi Raj zdecydowanie powinien się przemianować na Komarzy Raj. Kolejna porcja nieprzespanych nocy. Zjadłam masę gofrów, lodów i wypiłam beczkę lemoniady. Nawet chętnie chodziłam do pracy. Z lubością nosiłam letnie sukienki i nawet jedną nową sobie kupiłam!

W czerwcu nowy singiel wydał Krzysiek Zalewski. Musiałam go ze trzy razy wysłuchać,ale ostatecznie jest ok. Męczyłam też z milion razy koncertową płytę Depeszy. Ci panowie wiedzą jak wprawić mnie w dobry nastrój. Przekonałam się, że warto zaprzyjaźnić się z panią w kiosku. Odkłada mi ciekawsze gazetki z książkami. Któż to widział, w niejakim Poradniku Domowym za 9,.99 zł można kupić potężne, 800 stronicowe dzieło Johna Irvinga! A, że Irvinga wielbię to jestem w siódmym niebie. W ten oto sposób kupiłam kilka książek,dalej szaleję na Woblinku, chociaż czasu na czytanie książek jakby mniej. Ale nie żałuję!

Generalnie czerwiec był uroczym i bardzo dobrym miesiącem. Działo się wiele i wszystko co się działo było po prostu dobre. Uwielbiam ten czas. I chciałabym go zachować na zawsze. Czerwcowe wspomnienia będą magiczne.

Ścieżka dźwiękowa- Patrice Rushen – Forget Me Nots

Hel. I Jurata.

Spakuj nas
Pojedźmy na Hel
Już od lat nie widziałaś mew

Podczas mojego czerwcowego wypadu do Jastrzębiej, jeden dzień spędziliśmy na Helu. Była to odważna decyzja. Nawet bardzo. Wiadomo, na Hel ciężko dostać się autem, i o ile można tego dokonać pociągiem z Trójmiasta, to z Jastrzębiej zostaje auto, względnie rower. Wybraliśmy auto, bo rowerów jakoś brakowało na wyposażeniu. Pogoda była taka sobie, ale im bliżej miejsca docelowego tym cieplej i słoneczniej! Mgła odeszła w niepamięć, przed nami słońce i wakacyjny klimat!

Na Helu byłam wiele razy, ale głównie przed szczytem jego popularności. Kiedy byłam dzieckiem, było tam jakby ciszej i spokojniej. Teraz turystów tłumy, ale nie ma się co dziwić, Hel zachwyca. Z jednej strony pełne morze, z drugiej zatoka. Dużo wody, i jeszcze więcej zieleni. Sosny, świerki i piach. Piękna droga na plażę, i o dziwo, spokojna. Na samej plaży wielkiego tłoku nie było. Chociaż plażowiczów było całkiem sporo. I odważnych do pierwszych kąpieli w morzu. Czas pochodzić po plaży, można zdjąć trampki i zrzucić jeansową kurtkę. Witaj lato! Wypad na Hel, to długie spacery, wspaniała świeża ryba w porcie, piękna pogoda, masa jodu i letniej świeżości.

Wracając nie mogliśmy odmówić sobie chwili w Juracie. Spacer po plaży i po molo. Cynamonowa herbata i lody. Odrobina luksusu w czystej postaci. Myślę,że mimo korków i stresów na drodze, po prostu warto pojechać na Hel!

Ten wpis dedykuję Zbyszkowi, który mimo ogromnej miłości do Helu, nie rozpoznał plaży ze zdjęcia:0

Ścieżka dźwiękowa- Razorlight – In The Morning

Piknik na plaży

Wszyscy dobrze to znamy. Szczęście to mała chwila, moment, mała rzecz. Oczywiście wcześniej było inaczej. Wyczekiwałam wielkich chwil, masy emocji i fajerwerków! Wiadomo, takie chwile nie zdarzają się codziennie. Bywałam więc rozczarowana. Jak tu cieszyć się zapachem bzu? To takie oczywiste! Z wiekiem zauważyłam, że szczęście to pogodny dzień. Wystarczyło, że na przekór pogodzie, nie padało, a było upalnie i słonecznie. I już, wystarczy. Szczęście ma zapach morza i rozgrzanego piasku. Szczęście ma zapach sprayu na komary i mrożonej kawy z mlekiem kokosowym. Szczęście to te 3 godziny, kiedy w sumie nic nie robisz, ale czujesz, że jeszcze chwila i pękniesz z przyjemności. Szczęście to zimny arbuz na plaży w upalny dzień i wspólne żarty. Szczęście to spacer po lesie i nucenie ulubionych piosenek. Szczęście to podkradane komuś frytki na murku przy plaży. Szczęście to uśmiech i trzymanie się za ręce. Szczęście to wspólne milczenie i poczucie, że nic nie musisz. Bo i tak jest dobrze!

I to była zwyczajna sobota. Kilka godzin na plaży. Kilka godzin spaceru. Niby a nic. A jednak dla mnie wszystko.

Ścieżka dźwiękowa- Suede – I Don’t Know How To Reach You

Spacerem po plaży. Jastrzębia.

Mówiłam Wam, że miesiąc temu postanowiłam wyjechać na długi czerwcowy weekend. Chciałam odetchnąć po tych trudnych miesiącach, zmienić otoczenie i po prostu odpocząć. Wybrałam Jastrzębią Górę. To samo województwa, półtorej godziny od domu,nad pełnym morzem. Poza tym to miejsce do którego mam ogromny sentyment. Miałam trzy lata kiedy przyjechałam tutaj z mamą i dziadkiem na moje pierwsze wakacje. Pamiętam migawki. Lody z dziadkiem.. Spacer po schodach na plażę. Cerata w czerwoną kratę na stołówce, zielona huśtawka przed ośrodkiem i latarnia morska w Rozewiu. Oczywiście w międzyczasie wiele razy tutaj byłam, ale zawsze na moment. Teraz chciałam wrócić na trochę dłużej. Ośrodek wciąż stoi, jak i latarnia. Zejście na plażę tak samo łagodne i ukryte. Wróciły wszystkie beztroskie wspomnienia małej mnie. Takie przebłyski, tak się wzruszyłam,że aż się popłakałam jednego wieczoru. Dziadka już nie ma z nami, a ten ośrodek wciąż jest i pamięta nasze wakacje!

W każdym razie w czwartkowy, pochmurny i deszczowy poranek pojechaliśmy do naszej bazy. Po drodze przejaśniło się. Było mgliście, chłodnawo, ale chociaż nie padało! Od razu po przyjeździe poszliśmy na plażę. Uwielbiam ją, mgła, ale na samej plaży wyjątkowo ciepło. Mogłabym tam zostać na zawsze!

To były cztery dni wypełnione spacerami, sycenie wzroku kolorami morza. Zbieraniem muszelek i łapaniem drobinek bursztynu. Długie spanie, leniwe poranki, wspólne śniadanie, jeszcze więcej spacerów, rodzinne grillowanie, szum fal i nocne oglądanie komedii romantycznych z mamą. Były gofry, lody i mrożona herbata.

Jastrzębia jest przepiękna. Leśna, zielona, piaszczysta i w kolorze morza. Mogłam tam spacerować i spacerować. Bez poczucia zmęczenia, wręcz na odwrót. Każda chwila była magiczna i wyjątkowa. Ludzi tłum. Cieszę się,że wybrałam osobny domek na uboczu. Było kameralnie i spokojnie. Aczkolwiek miałam wrażenie, że tylko ja pamiętam o epidemii. I tylko ja noszę maseczkę. I tylko ja pamiętam o dystansie społecznym. Mimo tego cały wypad był po prostu idealny. Zapomniałam o całym Bożym świecie i o codzienności. Odpoczęłam, nabrałam energii i dystansu. Było przepięknie!

Ścieżka dźwiękowa- Budka Suflera – Cały mój zgiełk

Perfect day

No dobra, nie jeden Perfekcyjny dzień, a w zasadzie trzy. Trzy perfekcyjne dni. Cały urodzinowy weekend.

Zaczęło się w piątek. Coroczne spotkanie z dziewczynami. W tym roku już dawno sobie wymyśliłam, że zrobię większe urodziny. Powtórkę tej super imprezy z mojej 30-stki. Wiadomo jednak, że z powodu obecnej sytuacji impreza odpadała. Było kameralne spotkanie dla moich 3 przyjaciółek. Była gorąca czekolada z bananami i herbata z wiśniowym prądem. Były prezenty, plotki i dużo śmiechu. Cieszę się,że spotkanie nie tyle się udało, co w ogóle doszło do skutku. Kwadrans przed wyjściem z domu czarne chmury zrodziły ogromną i gwałtowną burzę. Bałam się,że trzeba będzie wszystko odwołać, ale dzięki K., i jej determinacji dotarłyśmy na miejsce suchą nogą. Wróciłam późno do domu, nie czułam,że tak szybko minęło kilka godzin. Ale musiałam szybko się kłaść spać….

W sobotę świętowałam. Mam urodziny. Wróć, musiałam bardzo wcześnie wstać. Zostałam rano obudzona przez budzik. Czekał na mnie dzień niespodzianka. Szybko się ogarnęłam, zakupy, zmywarka, śmieci, i na dworzec. Jechałam pociągiem do piekła! Tak, naprawdę, nie dość,że pociąg był brudny, ciemny i z okropnym towarzystwem, to jechał on na Hel. Jedyny plusik to ten, że pociąg był piętrowy, więc podziwiałam świat z wysoka. Mija 30 minut jazdy, czytałam książkę, walczyłam z duchotą-brak klimy i maska na twarzy, co chwilę prowadziłam dezynfekcję, z wielką ulgą wysiadłam w Gdyni. Tam czekał na mnie czerwony dywan. No lekko przesadzam. Dywanu nie było. Był za to wielki bukiet kwiatów a’la łąka z mojej sukienki. Bardzo pomysłowe. Plan dnia obejmował śniadanie, bardzo długi spacer plażą, pyszny obiad we włoskiej knajpce, która chyba stanie się moją ulubioną- lemoniada gruszka -szałwia to petarda, a te ravioli z cielęciną i rodzynkami…. Kulinarne niebo! Potem znów był spacer, tak aby zgłodnieć na wyśmienite lody o smaku raju-czyli Bounty. I nim się spostrzegłam, minęło 9 godzin. Wróciłam do domu i kolejna niespodzianka. Piżama party u siostry. Popijałyśmy mrożoną herbatę z czymś gorzkim co siostra nazywa Wermutem i oglądałyśmy do nocy…. Ślub od pierwszego wejrzenia. Maraton. Za oknem deszcz i burza.

Chwila snu i znowu w akcji. Tym razem czekało mnie rodzinne świętowanie. Robiłam z siostrą uroczysty obiad, i drżałam nad moim tortem bezowym. Muszę przyznać, że jak na osobę, która nie lubi tortów robić i jeść, ten wyszedł mi prawie jak z cukierni! A potem była kolejna porcja prezentów, uśmiechów, rozmów i dużej radości!

Weekend był piękny. I to były najlepsze urodziny na jakich byłam! I do tego były to moje urodziny!

Ścieżka dźwiękowa- The Kooks – All the Time

Co mi Panie dasz?………

No i cóż kolejny rok życia zacznę z tą pieśnią. W tym roku faktycznie, nie wiem co będzie? Kompletnie nie wiem jak będzie wyglądał świat i moje życie? Warunki dyktuje wirus. Ale ja jakoś tak na przekór cieszę się życiem. I tym co mam. Niedawno ktoś się mnie zapytał, czy jakbym miała możliwość cofnąć się do jakiegoś momentu życia i go zmienić, to bym co zrobiła? Odpowiedziałam, że nie. Nie chciałabym. Bo teraz jestem szczęśliwa z samą sobą. I to bardzo.

Mam te już 32 lata. Oczywiście w ogóle się na tyle nie czuję, i według niektórych nie wyglądam na tyle. Ale mam już w sobie jakąś tam gamę doświadczeń i pokonanych przeciwności losu. Wiem, czego chcę, a czego zdecydowanie nie chcę. Bardzo siebie lubię. I z każdym rokiem coraz więcej. Jestem coraz pewniejsza siebie, coraz bardziej otwarta na świat, chyba coraz mniej nieśmiała?

Życzę sobie by mnie było stać
Na święty spokój
Szczęścia ile się da, miłości w bród
Mądrych ludzi wokół….

Dlaczego ona, a nie ja?

Ona siedzi na plaży i patrzy w dal. Pogoda taka sobie. Trochę wieje, co jakiś czas kropi. Morze jest niemal granatowe. W ręku trzyma książkę. Jeansy, trampki, ciepły koc. Siedzi i słyszy pewną piosenkę….

Dlaczego ona, a nie ja
Tak wiele szczęścia w życiu ma
Czemu biegnie na spotkanie
Ze swym chłopcem ona, a nie ja

Dlaczego ona, a nie ja
Do jego serca drogę zna
Czemu się na powitanie śmieje
Właśnie ona, a nie ja

Dlaczego ja, nie ona dziś
Powtarzam sercu zazdrosnemu
Ach milczeć serce mogło byś
Nie pytać ciągle czemu ona, nie ja….

Nie słucha serce takich rad
Lecz tak jest urządzony świat
Tak się plączą ludzkie szlaki
Że i dla mnie przyjdzie taki czas

Że będę na spotkanie biec
I swego szczęścia trwożnie strzec
Ze swym chłopcem do świtania
Błądzić pośród migotania gwiazd

Zapomnę co to zazdrość złość
Pochwycę cały świat w ramiona
I wtedy obok szepnie ktoś
Dlaczego właśnie ona, ona nie ja….

I kiedy piosenka dobiega końca, czuje, że ktoś okrywa ją swoją bluzą. Czuje czyjeś dłonie na ramionach i głos- chyba już trochę zmarzłaś? I wtedy już wie, że wszystko ma swój czas…..

Krokowa

Szybka wycieczka do Krokowej. Tam spędziłam część niedzieli. Jeżeli oglądaliście Kamerdynera to kojarzycie i rodzinę i ich posiadłość. Oczywiście w filmie pałac nie występował, ale wiadomo było,że zacna rodzina Von Krockow posiadała okazałe włości. Historia rodziny jest bardzo ciekawa, i warto ją poznać. Także spacerujemy. W samym pałacu działa hotel i restauracja, jest też bezpłatne mini muzeum. No i przepiękny ogród. W słoneczny dzień można tam spacerować i całkiem przyjemnie tracić czas! Jak będzie w okolicy Pucka to wpadajcie koniecznie.

Ścieżka dźwiękowa– Obywatel GC – Tak… Tak… To Ja

Dobra jest taka chwila………..

Dziś zabieram Was na wycieczkę. Piękną wycieczkę! Trochę wieje, więc weźcie szaliczek. I buty odporne na piasek. Polecam też sukienkę w wiosenne kwiatki!

Wsiada się w pociąg. Wyciąga książkę, na uszach słuchawki. 27 minut później koniec trasy. Z dworca odbiera Was Fotograficzna Maruda-opcja dostępna na życzenie . Teraz dezynfekcja, w tych czasach to podstawa! I ruszamy. Kilkadziesiąt kroków i mamy pierwszy postój. Kawiarnia Lawenda. Zamawiamy lemoniadę mango, albo i różaną obie pyszne. Kto ma ochotę na brownie niech po nie sięga. Jest boskie. Przed nami spacer,lemoniada w dłoń.

Idziemy nabrzeżem, tu wieje mocniej, poprawcie szaliczek. Podziwiamy widoczki. Kto nie widział Błyskawicy i Daru Młodzieży, obowiązkowo robi zdjęcia i podziwia. Jak się napatrzycie to migiem na falochron, podziwiamy widoczek. I idziemy wzdłuż mariny. I już widać, wita nas plaża. Teraz się cieszymy , że mamy wygodne buty. Chwilę idziemy plażą, potem ścieżką, nie kręcą nas tłumy, szukamy wzrokiem kamiennych schodków i już, witamy na Kamiennym Wzgórzu. Podziwiamy widok z góry. W dół można zjechać kolejką, ale w czasach epidemii zdecydowanie polecam spacer. Odpocznijcie sobie na ławeczce w pobliskim parku, dopijcie lemoniadę, idziemy dalej. Mijamy wspaniałe domy w typowym dla Gdyni stylu. Ach ten modernizm, mnie zawsze urzeka!

Mijamy nowe miejsce na wypoczynkowej mapie Gdyni, Park Centralny. Tworzy się go etapami, nie powala może wielkością ( jak na razie), ale za to urzeka kwiatami, kwitnącymi poziomkami i przyjemną dla oka architekturą. Patrzymy na zegarek, niepostrzeżenie minęło 2,5 godziny. Czas na obiad. Polecam O Jeju i curry. Nie dość,że super przyjemne miejsce (nawet mimo wszechobecnej bariery z pleksi), to i pyszne! Choć nieco ostro! Ale co tam, po takim posiłku jesteśmy gotowi na coś więcej.

Na więcej spacerów oczywiście. Tym razem dość szybko padła nazwa pewnej miejscowości, całkiem niedaleko. Marsz do auta i w drogę. Nie mogę Wam zdradzić gdzie ostatecznie wylądowałam. Nie mogę. Jest to niedaleko, ale nie powiem. Bo to jest dzikie miejsce. Im mniej tam ludzi, tym lepiej. Oczywiście jakbyśmy kiedyś się spotkali, to chętnie je Wam pokażę. Ale na razie powiem tyle. Jedziemy, jedziemy. Mija trochę czasu, ale niezbyt długo. Tak na 4 piosenki Krzysztofa Z. Potem parkujemy na prawo, nie jednak na lewo. I na prawo, na pewno na prawo. I plażą, dość kamienistą idziemy przez jakieś 500 metrów. Potem schodami w górę. W połowie schodów macie dość, ale odwracacie się i widzicie widok. Zapowiedź tego co czeka wyżej. Tak, musimy iść wyżej i wyżej. Schody się kończą, idziemy przez las. Żałujecie, że nie macie z sobą wody. Torebka została w aucie, została cierpliwość. Dużo cierpliwości. Na szczęście została ona nagrodzona jednym z najpiękniejszych widoków na świecie. W takich chwilach człowiek docenia swoje miejsce na ziemi. Tak, z pełną premedytacją powiem,że mieszkam w najpiękniejszym miejscu na świecie. Doceniam moment i nawet zdjęciowa Maruda nie marudzi! Jedyny minus naprawdę się zmęczyłam i potrzebuję wody. Na szczęście jakieś pół kilometra dalej jest restauracja. Litr wody z cytrusami znika błyskawicznie! Teraz tylko zejść na dół!

Zmęczenie niesamowite. Krokomierz pokazuje 30 tyś kroków. Ledwo chodzę. Ale wiecie to? To był wspaniały widoki. I najpiękniejsze widoki!

Ścieżka dźwiękowa – Agnieszka Chylińska – Znalazłam

Minął maj. Książkowo.

I kolejny książkowy miesiąc za nami! Trochę książek przeczytałam, dokładnie to

Co mnie rozczarowało?

Jestem żoną szejka, Laili Shukri.Przyznam szczerze, że książkę czyta się szybko. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie takiego życia, bycia uwięzioną w złotej klatce i oddać wolność w imię luksusowych wycieczek i tuzina pokojówek. Minusem tej książki, jest styl autorki. Bardzo naiwny, prosty. Miałam wrażenie, że całość opisuje gimnazjalistka!

W bogatych krajach Półwyspu Arabskiego w oczy rzuca się znany od wieków ostentacyjny przepych Wschodu. Popularne są automaty, pokryte cienką warstwą złota listkowanego, w których zamiast napoju lub przekąski można kupić sztabki złota lub złote monety.
Ponieważ wielu mieszkańców Dubaju ma problemy z otyłością, to rząd postanowił rozdawać złoto za każdy zrzucony kilogram. Każdy, kto schudnie co najmniej pięć kilogramów, dostanie dwa gramy złota za każdy kilogram (…).

Czas na polecenia.

Olga Tokarczuk i Opowiadania bizarne, czyli opowiadania jak dziwny jest świat. A raczej jak będzie dziwny, bo Pani Olga zaprasza do przyszłości. Trochę tutaj fantastyki i groteski. Każde opowiadanie jest inne, na swój sposób niepowtarzalne. Jedne bardziej zapadają w pamięć, inne trochę mniej. Ale nie da się ukryć, że autorka zachęca by przyjrzeć się temu dokąd zmierza świat, jak szybko się zmienia i jak bardzo potrafi zaskoczyć.

Z nami jest jak ze starymi klepsydrami, wiesz, kochanieńki? Czytałem o tym. W takich klepsydrach ziarna piasku od częstego przesypywania robią się bardziej okrągłe, wycierają się i piasek przesypuje się szybciej. Stare klepsydry zawsze spieszą. Wiedział pan o tym? Tak samo nasz układ nerwowy, on też się zużył, wie pan, zmęczył się, bodźce lecą przez niego jak przez dziurawe sito i dlatego mamy wrażenie, że czas płynie szybciej.

Kolejna Olga, tym razem Rudnicka, która mówi- Granat poproszę! Świetna książka na poprawę humoru! Duet babci Jadzi i Adeli rozweseli każdego ponuraka. Nie jest to nic wielkiego, ale nie zawsze ma się ochotę na poważne tematy i wybitne dzieła. Ta książka relaksuje, poprawia nastrój, czytanie jej to świetna zabawa. Wiele razy wywoła uśmiech na Waszej twarzy! Mnie kupiła w 100 %. To taki lek na złe czasy w formie książki!

– Chyba nie rozumie – uznała Jadwiga. – Pozwól, Adelo, że ja jej wyjaśnię. – Poprawiła zsuwające się na czubek nosa okulary i powiedziała łagodnie: – Emilko, karma do nas nie wraca. Ani ta dobra, ani zła, bo karma ma nas w dupie.

Teraz będzie Szadź, Igora Brejdyganta. Po prostu świetny kryminał!
Mordercę znamy od razu. Śledzimy jego poczynania, i równoległe działania policjantki Agnieszki, która próbuje złapać psychopatę i zapobiec kolejnej tragedii. Z pozoru mamy tutaj kompletny brak zaskoczenia, ale to pozory. Książka zaskakuje na każdym kroku, wciąga i przyciąga. Nie sposób przestać jej czytać! Owszem można się przyczepić do kilku rzeczy, ale to są takie drobiazgi, że nie psują przyjemności z lektury. Polecam każdemu fanowi mniej oczywistych kryminałów. Całą historię zadajemy sobie pytanie czy Agnieszka zdąży? I jaką karę poniesie Sławomir…
Religia, polityka, młode dziewczyny i trauma przeszłości.Miks wrażeń, które tworzą świetną książkę.

Tak zazwyczaj bywa, że gdy ludzie do czegoś nie przywykli, są pełni obaw i chowają się w sobie, w zanadrzu skrywają rzeczy, o jakich innym nawet się nie śniło. Wystarczy je uwolnić, a wtedy…

Do kina czy na film? Blythe Roberston postanowiła zająć się kwestią randkowania. Fajnie wiedzieć, że takich randkowych niezdar jest więcej! W grupie siła. Książka, która pokazuje, że nie każda rodzi się flirciarą pierwszej klasy, że nie każda ma super szczęście w miłości i niektórym idzie to gorzej. Można się pośmiać, przybić z autorką piątkę i uznać, że tak po prostu bywa. I poszukać zabawnych sercowych porażek u samej siebie. Ta książka nie nauczyła mnie randkowania, ale z pewnością pokazała, że warto mieć do siebie dystans! Fajna, lekka, zabawna lektura, dodaje optymizmu!

Teraz zachęcam do przeczytania dziwnej książki na ten czas. Dziwnej, bo zimowej. Cztery płatki śniegu Joanny Szafrańskiej. Za oknem plus 20 stopni, piękny majowy dzień, a ja czytam książkę, w której chwyta mróz, i prószy śnieg. Przedświąteczny czas, jeden blok i jego mieszkańcy, których niespodziewanie połączy magia świąt. Bardzo przyjemna w odbiorze, lekka z dowcipem, i porcją wzruszeń. Bardzo miło się ją czytało, nawet w maju!

Na sam koniec Jodi Picoult i Dziesiąty krąg. Małżeństwo w kryzysie i dorastająca córka. Nikt nie widzi, albo nie chce widzieć, że Trixie nie jest już dzieckiem. Trixie wyrywa się spod rodzicielskiej opieki i staje się ofiarą gwałtu. Ta sytuacja diametralnie zmienia życie tej rodziny. Zaczyna się piekło. Rodzina musi podjąć trudną drogę, pomóc sobie i pomóc Trixie. Wybaczyć sobie i znów być drużyną, której celem jest ochrona dobrego imienia córki, a także wymierzenie sprawiedliwości…
Trudny temat, skomplikowane relacje rodzinne, nie jest to łatwa, lekka i przyjemna książka, ale zdecydowanie wciąga.

Faktów nie można unicestwić – można je tylko przemilczeć. Milczenie zaś to nic innego jak ciche kłamstwo.

Dobrego i zdrowego weekendu!

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd- Breathe