Lulu i narodziny smutku

Ktoś mi mówi:”Nie chcę, nie dbam, żartuję”, a ja po prostu nie słucham, nie słyszę. Albo słyszę: „Kocha, lubi, szanuje”. Potem pojawiam się w punkcie wyjścia, na jakiejś pustej stacji, zaryczana, pokaleczona, z bałaganem w sercu jak w tobołku u Cyganki i… brnę w następne nieszczęście.

To był bardzo długi blok reklamowy. Nie tyle podwójny czy potrójny, to był zalew reklam. Woody zostawił Lulu i Miętowego Ptysia na tej plaży na bardzo długi czas. Ale wrócił. Bo Woody nie zostawiłby tej historii bez zakończenia. W końcu Lulu nie powinna żegnać się w ten sposób. Po prostu zniknąć i udawać, że jej nie było. Że jej nigdy nie było. No i bardzo ważne, jak nie najważniejsze. Aktorzy. Mieli podpisane umowy, mieli grać. Nie można było z dnia na dzień zostawić ich bez pracy. W zasadzie można byłoby, ale skoro trzeba im było płacić, to Woody uznał, że nie można marnotrawić pieniędzy włożonych w ten serial, i dograć, choćby tylko kilka scen.

Woody zagonił więc scenarzystę do roboty. Ale ten miał wielki kryzys twórczy i cierpiał na zanik natchnienia. Ale się ogarnął. Każdy by się ogarnął gdyby wielki reżyser stał nad głową i wrzeszczał. I żądał i domagał się scenariusza. Scenarzysta zaczął więc pisać. I napisał to…

Wróćmy do odcinka sprzed niemal miesiąca.

Lulu i Miętowy Ptyś siedzieli w tej kawiarni. Świeciło słońce, śpiewały ptaszki, szumiał ocean, czy też inny ciek wodny. On wziął ją za rękę. Ona przeżywała jeden z najpiękniejszych dni swojego życia. W prywatnym rankingu nadała numer 5. Z tendencją rosnącą z każdą kolejną wspólnie spędzoną godziną. Więc on łapie naszą Lulu za rękę i mówi coś, co brzmi jak cover tego utworu :

I tak się trudno rozstać….

Lulu wyraźnie słyszała jak pęka jej bańka mydlana. Jak kilka tygodni, kilka najpiękniejszych tygodni wzbija się w powietrze niczym stado bocianów i odlatuje w nieznane. Keira chciała zaznaczyć, że bardzo ciężko było jej zagrać tę scenę. Po prostu ciężko jej było wyrazić zdumienie, które miało wyrażać żal za latającymi bocianami. Ale jest aktorką, zagra wszystko. Więc zagrała. Ponoć koncertowo. A wierzcie, łatwo jej nie było.

Ptyś coś mówił, tłumaczył, opisywał. Ale Lulu była jak za mgłą. Niewiele z tego rozumiała. To znaczy zrozumiała jedno…. W głowie słyszała jedną piosenkę…

Nic nie może przecież wiecznie trwać,

co zesłał los, trzeba będzie stracić....

Lulu powinna być przyzwyczajona. W końcu jak nikt inny doskonale znała tę subtelną gorycz żalu, która powolutku zalewała całą jej duszę. Ze szczególnym uwzględnieniem okolic pewnego mięśnia…

Siedziało sobie ich dwoje. Opadło różowe confetti. Chmurki jak wata cukrowa rozpłynęły się w powietrzu. W ogóle to powietrze przestało pachnieć malinową mambą. Wszystko wróciło do normalności. I szarości. Generalnie do 128 odcieni szarości.

Tego wieczora Lulu nie miała ochoty na rozmowy z przyjaciółkami. Zgasiła światło, zapaliła świecę o zapachu anyżu i pomarańczy, przysiadła na parapecie, gapiła się w świat za oknem. Czas jakby się zatrzymał. Jakby chciał boleśnie pielęgnować każdą sekundę i rozciągnąć ją do granic możliwości. Keira miała już dość. Chciało jej się płakać, ale w scenariuszu było napisane, że ma połykać łzy, więc łykała. Jedna po drugiej. Gdzieś tam zobaczyła blady przebłysk świtu. Jakieś światełko w tunelu. Tunelu zwanym życiem.

 

Następnego dnia, a była to sobota, Lulu długo leżała w łóżku. Nie, to nie było krańcowe stadium rozpaczy i początek depresji. Zrobiła sobie duży kubek kakao, przeglądała kobiece magazyny, rozkoszowała delikatnymi dźwiękami muzyki. Leniwie zaczęła poranek. I postanowiła, że da sobie radę. To tylko 7 tygodni. Dokładnie 7 tygodni i 5 dni. A jako, że Lulu wiedzieć lubi wszystko, to i wie, że do 7 tygodni i 5 dni, należy dodać 9 godzin. Minut? 18. Sekund? Nie liczyła. Z matematyki miała tylko czwórkę. W każdym razie Lulu doszła do wniosku, że to tylko 7 tygodni. Nic wielkiego…..

A, bo teraz pewnie jesteście w tym dziwnym stanie, takim momencie, kiedy też reżyser wie już wszystko, a Wy nie macie pojęcia. Jakie 7 tygodni. Było, jest, czy będzie? I o co chodzi z tymi sekundami.

Lulu sięgnęła po telefon, jak w każdej trudnej chwili potrzebowała wesprzeć się na ramieniu przyjaciółki. Od niej również usłyszała to co chciała. 7 tygodni. Przeżyje. Nic wielkiego się nie stało.

  • Dasz radę Lulu, Czekaj malutka, mama rozmawia przez telefon, to Mimi mówiła do swej córeczki, próbującej wyrwać jej kanapkę. Dasz radę.
  • No pewnie, że dam. To tylko 7 tygodni.
  • 7 tygodni i 5 dni dla ścisłości. Ale wierzę w ciebie, silna z ciebie babka.
  • Dzięki, właśnie to chciałam usłyszeć.

Teraz już naprawdę była pewna, że da sobie radę. W końcu Mimi ją zna. Da radę. To tylko 7 tygodni. Siedem poniedziałków kiedy nic się nie chce, wspomina weekend i narzeka, że tak daleko do soboty. Siedem wtorków, takich dni, kiedy jest nijako. Siedem środkowych dni tygodnia, kiedy energia po weekendzie odpuszcza, ale dostaje się nowej, bo czuć  piątek. Siedem męczących czwartków, ale pełnych nadziei. Siedem piątkowych przyjemnych wieczorów. Siedem słodkich sobót, kiedy wolno płynie czas. Siedem niedziel, uroczych, spokojnych, pełnych przyjemnych chwil. Da radę.

Lulu już wiedziała, że przetrwa te siedem tygodni bez Ptysia. Przecież nie rzuci się z mostu. Mimo to miała milion obaw. To, że przeżyje to jedno. Ale chodziło też o jakość tego życia. Z tym mogło być gorzej. Raczej nie, że mogło. Lulu wiedziała, że będzie ciężko. W końcu kto jak kto, ale Lulu miała tendencję do wpadania w skrajności. I bardzo silnego przeżywania smutku. Lubiła też poużalać się nad samą sobą. Wiedziała, że te 7 tygodni i 5 dni będą bardzo trudne.

Miętowy Ptyś był podekscytowany. Podekscytowanie i pozytywne emocje rosły nie z dnia na dzień, a  z minuty na minutę. Zupełnie odwrotnie było z Lulu. Kiedy on znów był na różowej chmurce, Lulu brodziła w szarej kałuży smutku i rozczarowania. Tam rósł entuzjazm. U nie analogicznie rosło napięcie. Niebezpiecznie zbliżała się godzina zero.

To była sobota. Jedna wiadomość, potem druga, zdjęcie z samolotu, Miętowy Ptyś gotowy na przygodę życia. Lulu siedziała przy biurku, obok stał termos z malinową herbatą, 3 kanapki, paczka czekoladowych ciasteczek i ze dwie chusteczki. Tak na zaś.  Całe 9 godzin siedziała i śledziła trasę lotu. Co trzydzieści minut odświeżała stronę, znajdowała samolot i zastygała. Śledziła postępy, sprawdzała ile kilometrów zostało, jaką mają prędkość i wysokość. I w ogóle jej to nie nudziło. Całe 9 godzin siedziała i śledziła tę mapkę. Keira pomyślała, że naprawdę dziewczyna musi to przeżywać, skoro tyle siedzi i czuwa. Brawo ona.

Poszła spać dopiero wtedy kiedy obiekt latający wylądował i dał znać, że wszystko ok. Ze swojego notesika wykreśliła jeden dzień. Jeden dzień, a zostało ich tak wiele!

Miętowy Ptyś szkolił się na drugim końcu świata. Siedem tygodni i pięć dni. A Lulu to przeżywała. Bo ona nie dostała od losu tych siedmiu tygodni. Bo on na pewno o niej zapomni. Ledwo nawiązana nić znajomości się rozluźni. Była tego pewna. Odliczała dni, ale one w ogóle nie chciały płynąć. Wręcz przeciwnie, ciągnęły się w nieskończoność. Ze względu na różnicę czasu nie dane im było prowadzić długich rozmów. Raczej wyglądało to tak – on pisał, kiedy ona spała. Kiedy ona odpisywała, on się szkolił. Kiedy on odpisywał przed pójściem spać, ona dopiero wychodziła z pracy. Keira solidnie przygotowała się do roli. Miała worki pod oczami, wiecznie smutny wyraz twarzy i tęsknotę w oczach. Nic jej nie cieszyło, raczej drażniło. Wiecznie zadawała pytania –  dlaczego, a po co, czy warto? Wiecznie miała pretensje. Do wszystkich i o wszystko. Było jej źle. Bo ona się przyzwyczaiła. Bo ona się zauroczyła. A on na drugim końcu świata. Była taka zmęczona, taka smutna, taka tęskniąca, że była pewna, że minęły 4 tygodnie i 6 dni. Minęły dwa.

Nie da rady. Z pewnością nie da rady. Była też pewna, że będzie czekać nadaremno….

I tak tę naszą Lulu Woody zostawił. Koniec zdjęć. Możemy iść do domu.

Wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń, jest przypadkowe i niezamierzone.

 

Wiem, że lubię sama być, trwonić tak cenny czas.
Choć nic się nie dzieje to dobrze mi jest z tym

I trudno mi się przyznać, że to wszystko nagle traci sens
gdy Ciebie nie ma.
Na głos nie wypowiem, że tęskniłam gdy nie było Cię
trochę za długo

 

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode- Precious

Reklamy

Kler.

Najbardziej oczekiwany film roku. Najbardziej kontrowersyjny film roku. Tłumy widzów, masa komentarzy i medialny szum.

Jako, że podjęłam swoje jesienne wyzwanie być częściej w kinie, w 1 październikowy weekend wybrałam się na Kler. Pierwsze wrażenie? Bardzo ciężko kupić bilety. Chociaż seanse w kinie w centrum Gdańska lecą co 30 minut od rana do wieczora, to bilety na jakieś sensowne miejsca udało mi się dostać na 19.10, na któryś z kolei pokaz. Brak rezerwacji, od razu trzeba je kupić. Byłam zaskoczona, pełna sala, jeszcze nigdy tak filmu nie oglądałam. Nigdy.

Drugie zaskoczenie? Przyjechałyśmy 40 minut przed czasem. Po drodze marudziłam przyjaciółce – po co tak wcześnie? Ano okazało się, że nasz zapas skurczył się do 14 minut. Na wielkim parkingu przed kinem miejsc brak. Parking podziemny objechany 6 razy. Miejsc brak. Udało nam się zaparkować dopiero 10 minut spacerem od kina. Byłam w wielkim, wielkim szoku. Jeszcze większy szok przeżyłam w samym kinie. Kolejka do tego by wejść na salę, była dłuższa niż ta na Openerze, do wymiany biletu na opaskę. Przestałam marudzić, że przybyłyśmy z takim wyprzedzeniem. Nie zdążyłam nawet kupić kawy!

Przed nami rekordowa ilość reklam. Dookoła dziki tłum. Przypomniałam sobie dlaczego aż tak nie lubię multipleksów. Tłumy, tona popcornu pod nogami, śmierdzące tanim serem naczosy, hektolitry siorbanej coli, rozmowy i śmiechy w nieadekwatnych momentach. Ale trudno, moje świeżutko otwarte kino, jeszcze tego nie grało, a studyjne ma rządowe dotacje, więc wiadomo, że z Klerem im nie po drodze. Musiałam się przemęczyć. Choć przyznaję, fotele są dużo lepsze niż w kinie studyjnym.

Zanim zacznę opisywać film powiem w ramach szerszego kontekstu. Jestem osobą wierzącą-jak pewnie wiecie. Chodzę do kościoła, wiara jest dla mnie ważną częścią życia, ale oddzielam księży od Boga. To znaczy, wiem, że są grzeszni jak każdy z nas. Pewnie dlatego nie szłam na ten film z wypiekami na twarzy. Wiedziałam, że żaden film nie odwróci mnie od wiary. Byłam zaś ciekawa tego co zobaczę i co aż tak zbulwersowało niemal cały kraj. No i byłam ciekawa po prostu gry aktorskiej, bo obsada była świetna. Nawet ta bardzo trzecioplanowa.

Zgasły światła, zaczął się film.

Zaczął się ostro. Popijawa na plebanii. Trzech zupełnie różnych księży, ale widać,że bawią się świetnie. Regularna impreza. Są śpiewy,picie na czas,niestosowne żarty. Super zabawa. I po takim wstępie widz spodziewa się komedii. Jednej wielkiej komedii. I zasadniczo nagonki na Kościół,opartej na prostych schematach-kasa i wódka .

To jest dramat. Dramat ludzi. Ludzi, którzy zmagają się  z ogromem samotności, niezrozumienia, z własnymi słabościami. Z pokusami, którym ulegają i przeszłością, o której nie da się zapomnieć.

Owszem, bohaterowie wydają się po prostu źli i cyniczni. Ale to pierwsze wrażenie, z tej pierwszej sceny. Potem widać, że ich zachowanie to wynik tego, że są po prostu ludźmi i mają wady. Jak każdy z nas. O tyle jest im trudniej, bo są wystawieni na widok publiczny, a także uważa się, że ksiądz jest jak święty. Zło się go nie ima. Ano to nieprawda.

Sam film jest świetnie zagrany. Janusz Gajos stworzył niezwykłą postać, chciwego i cynicznego biskupa, łatwo byłoby mu stworzyć karykaturę człowieka, ale idealnie wszystko wyważył i jego biskup Mordowicz odrzuca, a nie śmieszy. To po prostu chciwy człowiek, żądny atencji i składania sobie hołdów. Bardzo próżny i bardzo  dziecinny w umiłowaniu świecidełek. Jacek Braciak, mistrzostwo świata, on się chyba urodził do tej roli. Gra całym sobą. Lisowski zbudowany jest na spojrzeniu, grymasie, niewypowiedzianej wyższości. Ta postać, pracownika kurii, który ustawia przetargi, zbiera haki i generalnie gra pod siebie i  marzy o wielkiej karierze, jest odpychająca. Ale nie oszukujmy się, karierowicze idący po trupach są wszędzie. Tadeusz Trybus to wiejski ksiądz zagrany przez  Roberta Więckiewicza. Powiem szczerze, jakoś tak niespecjalnie mi on pasuje do roli księdza. Owszem, aktor świetnie zagrał postać pijaka i rozpustnika, co sypia z gospodynią, ale jakoś najmniej pasował mi on do roli księdza. W każdym razie ludzie piją i zdradzają. Nie tylko księża.  Arkadiusz Jakubik, to jak on zagrał zasługuje na moje niekończące się oklaski, on po prostu stał się Andrzejem Kukułą, oddanym parafianom księdzem, który zostaje oskarżony o pedofilię. I w jednej chwili uwielbiany przez wszystkich kapłan, staje się wrogiem publicznym numer jeden. Nikt nie wie jednak jaki sekret nosi w sobie Kukuła, jak ciężko mu jest pokonać demony przeszłości…

To jest bardzo smutny film. Na poważnie. Film, który siedzi w głowie. Jest bardzo solidnie nakręcony i perfekcyjnie zagrany. To co mi się podobało, to cisza na seansie. I po nim. Żadne tam śmiechy, chichy, głupie żarty. Tylko zaduma. A potem rzeczowa dyskusja.

Czy oburzył mnie ten film? Nie, zdecydowanie nie. Czy rozumiem ten cały szum? Nie. Nie rozumiem oburzenia kościoła i prawej strony sceny politycznej. Nic mnie w tym filmie nie zaskoczyło. Ale pewnie dlatego, że ja nie uważam księży za świętych za życia. Zdaję sobie sprawę, że spora część kleru nie pochodzi wcale z wielkiego powołania, a po prostu z czystej kalkulacji. Mój licealny katecheta, ksiądz, przez dwa lata prowadził z nami wspaniałe lekcje religii. W 3 klasie się nie pojawił. Zrzucił sutannę bo jego partnerka była w ciąży. Dziś ma troje dzieci, są małżeństwem, bardzo szczęśliwym. Mój proboszcz jest sympatycznym człowiekiem, ale to chodzący kalkulator, na wszystko ma cenniki i w kółko chce coś remontować. Ksiądz z sąsiedniej parafii był upokarzany przez arcybiskupa, ten z czystej złośliwości okroił mu parafię o 2/3 i zostawił z gigantycznym kredytem, na kościół, który po wybudowaniu, przestał był jego parafią…. Tak, księża są różni. Bo ludzie są różni. I są słabi i grzeszni.

Uważam, że ten film jest bardzo potrzebny. Nie mi, ale tym, którzy ciągle wierzą, że księża nie przeklinają, piją jedynie mszalne wino, a w tak zwanym wolnym czasie nie robią nic innego poza modlitwą i ascezą. Wiele rzeczy w kościele mi się nie podoba i ten film, mam taką nadzieję, będzie okazją by zacząć zmiany. Trzeba zdecydowanie oddzielić kościół od polityki i polityków. Patrzeć na ludzi, a nie w portfele parafian. Głośno powiedzieć o problemie pedofilii, przeprosić ofiary,a  sprawców ukarać. Moim zdaniem nadszedł czas na rozmowę o celibacie. Szczerze? Mi nie przeszkadzałoby to, że mój proboszcz ma żonę i dzieci. Przynajmniej byłby bliższy życia. W kościele przeszkadza mi hipokryzja, wiernych strofujemy, a sami robimy jak nam się podoba, bo mamy prawo. I może ten film jest wielką szansą dla kościoła na zmiany?

Bo mimo wszystko ja w tym filmie zobaczyłam jakąś nadzieję….

Ścieżka dźwiękowa- Hozier – Take me to church 

Wrześniowo-książkowo

No cóż, bezsenne wrześniowe noce… To dzięki nim na liczniku mam 19 książek. Sama się zdziwiłam, obstawiałam góra piętnaście pozycji. Powinnam się jakoś nagrodzić? Może dobra herbata w kawiarni? Kawałek sernika? A może nowa sukienka? Głosownie rozpoczęte.

19 książek. I wiecie co? Większość to były naprawdę świetne pozycje. Po wakacyjnym poluzowaniu, kiedy to czytałam nieco lżejsze książki, znów zabrałam się na poważne historie. Jak wiadomo, kobieta jest zmienną, a chłodne wieczory jakoś tak mnie nastroiły na ciekawe lektury.

Najpierw rozczarowanie. Ciężko było mi wybrać taką książkę, która naprawdę była zła. Takiej nie było. Powiem więc o książce, po której spodziewałam się wielkiego WOW, a tego nie było. U mnie takim rozczarowaniem było Czasami kłamię Alice Feeney. Zgodnie z recenzjami czytelników i ogólną bardzo wysoką oceną tej książki, liczyłam na wielkie wow. Tym bardziej kiedy na dzień dobry dostałam takie trzy zdania:
Nazywam się Amber Reynolds. Są trzy rzeczy, które powinniście o mnie wiedzieć:
Jestem w śpiączce.
Mój mąż już mnie nie kocha.
Czasami kłamię.

Naprawdę liczyłam na coś, co przykuje moją uwagę i zachwyci. Nie zachwyciło. Książka jest przereklamowana, i dość chaotyczna. Do tej pory nie wiem o co w niej chodziło tak naprawdę i jakie jest zakończenie. Wyjątkowo do mnie nie trafiła i w ogóle nie zachwyciła. Ale możecie sprawdzić jak będzie u Was. Mnie lekko znudziła.

Teraz wielkie plusy. Jeżeli przeczytałam jakąś książkę Pamuka, to wiadomo, że będzie on numerem jeden. Rudowłosa oczywiście znajduje się na szczycie. Zastanawiam się po cichu, czy Pamuk mógłby napisać coś co by nie wywołało we mnie choć odrobiny zachwytu, i chyba nie mogłoby się to zdarzyć. Rudowłosa to książka, która różni się od innych książek Pamuka. Widać to już po samych gabarytach, jest tu dziwnie mało stron. A treść? Z pozoru banalna, ot miłość młodego chłopaka to pięknej, dojrzałej kobiety. Marzenia nastolatka i powolna droga na szczyt. A następnie konfrontacja. Konfrontacja miłości ze śmiercią. Z pozoru strasznie to błahe, i takie oklepane. ale w tym tkwi piękno. Ta książka to mistrzostwo słowa i formy. A zakończenie? Niczym w najlepszym kryminale. Myślę,że to będzie idealna książka, dla tych co dopiero chcą zacząć przygodę z mistrzem prozy. Nie zniechęci na starcie objętością, a z pewnością zafascynuje.
Gwiazdy są jak myśli, chwile, informacje czy wspomnienia, które mam w głowie: nie mogę myśleć o nich wszystkich naraz, lecz mogę wszystkie zobaczyć. Przypomniało to nieprzystawalność słów, które miałem w umyśle, do moich fantazji.
Słowa nie nadążały za uczuciami i zawsze okazywały się niewystarczające.

Kiedy trafiacie na książkę o tytule Instrukcja dla pań sprzątających nie bardzo wiecie czego macie się spodziewać. Czekam na Wasze pierwsze skojarzenia! Ja byłam pewna, aż mi wstyd, że to są zapiski pomocy domowej w Ameryce w latach 50. Troszkę się pomyliłam, i muszę tutaj przeprosić Lucię Berlin za to moje skojarzenie. Ta książka to jedno z moich odkryć. Coś co mnie zaintrygowało i sprawiło, że parę dni chodziłam jak nakręcona. Ciągle chciałam czytać tę książkę i więcej i więcej… Instrukcje to zbiór opowiadań. Opowiadań o codziennym życiu różnych kobiet. Lucia wplata w nie w swoje wspomnienia i swoją przeszłość. Te historie, choć niektóre dość banalne, to mają w sobie ogromną siłę. Głównie dzięki wielkiemu talentowi Lucii do zabawy ze słowem. Jej styl jest lekki, bezpośredni, pełen autoironii i dowcipu. Ta książka urzeka opisem najtrudniejszym emocji w codzienności i prostocie. To po prostu książka o życiu, trochę mniej kolorowej stronie życia. Ale gwarantuje, będziecie zachwyceni.
Świat po prostu toczy się dalej. Właściwie to nic nie ma znaczenia. takiego prawdziwego. Ale czasami, tylko na chwilę, pojawia się ta łaska, przekonanie, że jednak coś ma znaczenie, ogromne.

Iris Murdoch nie pisze książek, które się czyta dla zabicia czasu, albo wtedy kiedy ma się ochotę na coś lekkiego i niezobowiązującego. Mędrcy i kochankowie to książka, która jest wymagająca i żąda pełni uwagi. Czym się odwdzięcza? Duszną atmosferą, pełną celnych uwag, ironią na najwyższym poziomie i skomplikowanym opisem relacji międzyludzkich, które czasem ciężko sobie wyobrazić. Mamy tutaj grupę przyjaciół z Oxfordu, którzy zamawiają wielkie dzieło u wybitnego autora. Autora, który staje się ich śmiertelnym wrogiem- uwaga, nie ma to nic wspólnego z kryminałem . Po drodze mamy złamane życia, nieodwzajemnione miłości, śmierć, wielką miłość i gorycz zdrady. Ot, życie wyższych sfer. Poniekąd to książka psychologiczna, skomplikowana, ale kiedy ją czytałam, odczuwałam ogrom emocji i dużą czytelniczą satysfakcję. Bo to bardzo intrygująca książka. I z pewnością wrócę do twórczości Iris Murdoch.

Jenny Eclair i Przeprowadzka. Powiem szczerze, ta książka przeszyła mnie do głębi. Edwina jest wdową, ma za duży dom i z wielką ochotą chce go sprzedać. Kiedy oprowadza agenta nieruchomości od pokoju do pokoju, budzą się w niej wspomnienia. W tym domu działo się bowiem tyle rzeczy! Wielka miłość, narodziny dzieci, ogrom smutku,żalu i rozpaczy. Ten dom to nie są tylko meble, dość nadgryzione zębem czasu, to po prostu życie Edwiny. Szykowanie się do przeprowadzki to lawina wspomnień. Nie tylko Edwiny, ale i jej dzieci i pasierba. Ostrzegam, jeżeli spodziewacie się rodzinnych historii o pierwszych krokach, wspólnie upieczonych ciasteczkach i pielęgnowaniu wnuków, to się srogo zawiedziecie. Ta książka to połączenie kryminału, psychologicznego portretu rodzinnych relacji i spowiedzi po latach. Nie spodziewałam się po tej historii, aż takiego ładunku różnych emocji. Szczerze polecam.

We wrześniu przeczytałam 3 zimowe książki, traktujące o Bożym Narodzeniu. To chyba wpływ tej pogody, ale i ta rodzinno-życiowa zawierucha, potrzebowałam po prostu takich historii, które mnie otulą i dodadzą nadziei. Szczerze przyznaję, sama się zdziwiłam, że będę polecać tę książkę. Nie, to, że jest zła, wręcz przeciwnie. Chodzi o porę roku, ale co tam, nie przejmujemy się konwenansami. Wieczór jak ten to książka Gabrieli Gargaś, o kobietach i dla kobiet. Tak wiem, to nie jest wybitna literatura, ale poprawiła mi humor, nie mogłam przestać się uśmiechać kiedy wracałam do tej historii. Michalina, Zofia, Jadwiga, Lena- bohaterki tej historii, krzyżują swoje losy w okolicy Bożego Narodzenia i koją życiowe smutki przy kubku gorącej czekolady. A złamane serca sklejają przy pomocy cynamonowych serduszek. Banalnie, słodko, ale jak kojąco. Polecam kiedy dopada Was zły humor, macie katar, za oknem leje, i w ogóle codzienność nas przygniata.
– Myślisz, że to jest w życiu ważne, by nie stracić tej pogody ducha, którą każdy ma w sobie?
– Tak, myślę, że tak. I chyba trzeba wierzyć…
– W Boga?
– W ludzi. W ludzi przede wszystkim.

Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych Susan Gloss, to moja ostatnia propozycja. W zasadzie dość podobna w stylistyce do powyższej propozycji. Nie jest to dzieło wybitne, nie zmienia życiowej filozofii, nie zmusza do przemyśleń, albo chociaż nie trzyma w napięciu i nie elektryzuje. Ale ma swoją moc. Moc kubka gorącego kakao. Rozgrzewa duszę, poprawia nastrój, rozświetla ponury wieczór i koi nerwy. Każda chwila spędzona w sklepie Violet jest kolejną porcją szczepionki na zły humor. Jeżeli lubicie ubrania z duszą i książki o słabo-silnych kobietach, to musicie po nią sięgnąć. Na pewno sprawi, że zimny dzień, będzie trochę cieplejszy.

Niektórych interesuje tylko to, co nowe i popularne – powiedziała Amithi. – Według mnie, postępując tak, nie dostrzegają wokół siebie pięknych rzeczy.

Ostatnio nie mam na nic czasu. Za dużo pracy w pracy i za dużo obowiązków po pracy. Do tego dopadło mnie jesienne przemęczenie. Ostatnio zasnęłam przy malowaniu paznokci bordowym lakierem. Przespałam Kuchenne rewolucje, choć głowę bym dała, że one nawet się jeszcze nie zaczęły. Każdy dzień zaczynam z bólem głowy z niewyspania, chociaż śpię po 8 godzin. Energetyczne wsparcie potrzebne na cito.
Ścieżka dźwiękowa- Manic Street Preachers- Motorcycle emptiness

Kulturalnik wrześniowy. 1 część.

Jeżeli chodzi o kulturalną część zeszłego miesiąca to sporo się tego nazbierało. Dlatego też musiałam rozbić część książkową i filmowo-serialową.

Zacznę od tej filmowo-serialowej.

Młody Sheldon. Przez długi, długi czas, byłam wielką fanką Teorii Wielkiego Podrywu. Ale bądźmy szczerzy, jedynym serialem, który utrzymał poziom od pierwszego do ostatniego odcinka, byli Przyjaciele. Reszta po drodze wpadała w pułapkę, skoro serial się ogląda, to kręćmy byle co, i tak ktoś obejrzy. Tak więc Teoria w pewnym momencie zamiast śmieszyć, solidnie mnie męczyła i porzuciłam oglądanie. Ale, ale, pojawił się Młody Sheldon. Czyli losy małego genialnego, totalnie aspołecznego chłopca. Umówmy się, nie jest łatwo w wieku 9 lat iść do liceum. Nie jest łatwo znaleźć przyjaciół, kiedy oni są dwa razy wyżsi i więksi od ciebie. Nie jest łatwo kiedy wiesz więcej od nauczycieli i wytykasz im błędy. Nie jest łatwo żyć bez grama inteligencji emocjonalnej, mówić dokładnie to co się myśli i robić to co się chce, nie patrząc na innych. Taki jest Sheldon. Rodzice i rodzeństwo nie mieli z nim łatwo. Na pocieszenie można dodać – dorastanie Sheldona było zabawne. Dla mnie to taki serial śniadaniowy. Fajnie nastraja z rana, jest uroczy, bezpretensjonalny, ma swój wdzięk. A chłopiec grający Sheldona radzi sobie wyjątkowo dobrze i sprawia, że ten serial ogląda się z dużą przyjemnością. I chociaż nie jest to jakieś wielkie dzieło, to jednak miło mi się zaczyna z nim dzień.

The Affair. O tym serialu słyszałam i czytałam wiele dobrego. Postanowiłam więc sprawdzić czy to prawda i naprawdę jest to wyjątkowe dzieło. Od samego początku produkcja miała u mnie dużego plusa. W końcu gra w niej Joshua Jackson. Czyli wiadomo, nawet jak nie będzie za wiele treści, to przynajmniej będzie na kogo popatrzeć i powzdychać. Fabuła nie jest specjalnie oryginalna. Tak na pierwszy rzut oka. Wakacyjne miasteczko, i dwa małżeństwa. Jedno przyjezdne, drugie miejscowe. Jest on i ona. On to Noah,  głowa 6 osobowej rodziny, nauczyciel i pisarz. Jego żona wychowuje 4 dzieci. Odwiedzają teściów, bardzo bogatych, to mają być wakacje jak zawsze. Nudni teściowie, problemy z dziećmi, rodzinne chwile, ale…. Ale Noah poznaje Allison, kelnerkę w barze, gdzie zatrzymują się na obiad. I to nie będą zwykłe wakacje. Allison jest mężatką, poza byciem kelnerką prowadzi z mężem rancho, i przeżywa żałobę po śmierci synka. Łączy ich bardzo gorący romans. Banał? No banał, każdy wie o tym, że zdradzany w końcu się dowie wszystkiego i okazuje się,że kilka chwil przyjemności kosztuje naprawdę wiele. Skutki wakacyjnych uniesień, odczuwać będą przez lata obie rodziny.  Dalej banalne? No pewnie. Ale jest coś co wyróżnia ten serial, otóż każdy odcinek podzielony jest na dwie części. Te same wydarzenia oglądamy z perspektywy Noah’a  i Allison, okazują się być zupełnie inne. Każde przefiltrowuje je bowiem przez swoje oczekiwania, lęki, niepokoje i marzenia. Każde odczuwa daną chwilę zupełnie inaczej i zupełnie inaczej ją zapamiętuje. Stąd oglądając dany odcinek widzimy to samo wydarzenie, dwa razy, ale zupełnie inaczej. Co jeszcze wyróżnia ten serial? Wspaniałe aktorstwo. I wyjątkowe skupienie na szczegółach. Nie będę ukrywać, to taki serial, który wymaga uważności, jest dość wymagający, zmusza do myślenia. Ale warto poświęcić mu swój czas. To naprawdę inteligentny serial, do tego niezwykle ciekawie zrobiony. Pozornie nic się nie dzieje, ale tu aż kipi od emocji!

Filmowo. W końcu, po Mundialu, po wakacjach, wracam do  oglądania filmów.

We wrześniu skusiłam się na Oskarową propozycję. Coco. Animowany film dla dzieci. Wiecie co? Popłakałam się, ileż tam było wzruszających scen! Ja, stara baba płakałam przy animowanej bajce, nawet mając 7 lat zachowałam więcej godności na Królu Lwie. A teraz? Nie wiem, czy to muzyka, kolory, historia, ponury wieczór, ale wzięło mnie. Ten film jest po prostu uniwersalny i ponadczasowy. Urzeknie dosłownie każdego. I sprawdziłam, ta piosenka naprawdę siedzi w głowie i zdecydowanie nie chce z niej wyjść.

Love Story. Wiecie, że dopiero pierwszy raz widziałam ten film? W całości, bo wcześniej oglądałam go w częściach. A to sam koniec, albo sam początek. No cóż, jak mówi sam tytuł, jest to film o miłości. I to raczej bez happy endu. Typowy wyciskacz łez, bez chusteczek nie da się go obejrzeć do końca. Nie wiem, nie powinien być w moim stylu, ale jak mówiłam, miałam ciężki wrzesień i jakoś tak trafił do mnie. I się powzruszałam i chyba aż za bardzo. Ale miałam powody. W każdym razie możecie zobaczyć, czy i na Was zrobi wrażenie.

W starym, dobrym stylu. To nie jest arcydzieło, ale wiecie co? Obejrzałam ten film z ogromną wręcz przyjemnością. Wspaniali aktorzy spotkali się na planie i na dużym luzie zagrali w filmie o sile przyjaźni . Otóż mamy trzech panów w sile wieku, którzy tracą swoje emerytury. Kiedy widmo bankructwa na stare lata spogląda im w twarz, postanawiają napaść na bank. Dość powiedzieć, że nie mają doświadczenia, to brakuje im jeszcze pomysłu, kondycji i odwagi. Ale panowie dzielnie ćwiczą, bo w końcu warto być gotowym na skok życia. Cały napad jest chyba najbardziej uroczym napadem na bank, jaki widziałam w życiu. To chyba właśnie sprawia, że ten obraz tak miło się ogląda, jest niezwykle wręcz uroczy i optymistyczny. Oczywiście nie jest to film wybitny, coś co zmieni życie na lepszy, ale na pewno miło można spędzić przy nim czas i nie mieć poczucia, że ten czas się zmarnowało na coś płytkiego i beznadziejnego.

I na koniec film z kinowej sali. Poszłam na niego bardzo spontanicznie z moim bratem,  a pod kinem dołączyła do nas siostra. Co prawda kiedyś o nim czytałam, ale był to niszowy obraz, który grany był jeden raz w studyjnym kinie. Ale, mój brat znalazł kolejny pokaz i w ten oto sposób pewną niedzielę spędziliśmy w naszym ulubionym kinie. Zaskoczona byłam ilością ludzi, co jak co, ale nie spodziewałam się, że na rosyjski, punkowy musical będzie zajęta prawie cała sala. No tak, bo Lato to właśnie punkowy musical. Czarno-biały, niezwykle ujmujący, szczery, świetnie zagrany, otulony idealną wręcz muzyką. Kanwą opowieści są losy dwóch muzyków, którzy na fali muzycznej rewolucji zakładają punkowe zespoły. Muszą mierzyć się z cenzurą i codziennym życiem, które to w Leningradzie w latach 80, było dość skomplikowane. I uwaga, jest to historia oparta na prawdziwych losach dwóch muzyków, których łączy nie tylko miłość do punka, ale i jedna kobieta. Powiem szczerze, czytałam bardzo pozytywne recenzje, ale nie spodziewałam się, że to będzie aż tak dobre! Tak, to jest musical, ale powiedzmy sobie szczerze, nie jest to musical idealny, przerysowany i sztuczny. Genialna jest scena, kiedy bohaterowie wchodzą do autobusu i cały pojazd tańczy  i śpiewa w rytm Passengera, hitu Iggy’go Popa. Albo ta przepiękna scena, kiedy w deszczową noc, pijana kobieta w czerwonej sukience zawodzi Call Me, udając, że jest Debbie Harry. Te musicalowe sceny są po prostu mistrzowskie, nieperfekcyjne, zaśpiewane z wyraźnym rosyjskim akcentem, bez dbania o styl i przesadną jakość. Tu rządzą po prostu emocje. Szczere emocje. I chociaż nie ma tutaj happy endu i ogólnej wesołości, bo czasy trudne, a muzyka punkowa to alkohol i narkotyki, to jednak wychodzimy z kina w dobrym nastroju. Być może to ta muzyka, atmosfera wolności, albo po prostu film idealny? Nie wiem, wiem, że od aktorki, która grała główną rolę damską, nie mogłam oderwać wzroku, była tak magnetyczna, że w zasadzie ten film należał do niej. Wiem, że ciężko będzie znaleźć ten film w pierwszym lepszym kinie, ale jak będzie okazja, to koniecznie zobaczcie.
5b828927b2f11_osize969x565q71h3704b2

W kwestii muzycznej brak niespodzianek. We wrześniu rządził Krzysztof Zalewski. Panowie z Depeche Mode drugi miesiąc z rzędu oddali mu pierwszeństwo, ot nowość. Na trzecim miejscu zaskoczenie, wróciłam do słuchania Placebo. I przypomniałam sobie dlaczego Sleeping with Ghost, to płyta którą kocham od pierwszego do ostatniego taktu. Jako, że miałam dużo bezsennych nocy niech nie dziwi, że piosenką, którą najczęściej słuchałam było Przyjdź w taką noc, Luka zeszła na drugi plan. A na trzecim próbował ją dogonić Karwoski, wielkie zaskoczenie, bo ja nigdy nie lubiłam Pablopavo i Ludzików. Nigdy. Dlatego też dzielę się moim odkryciem.

Przed Państwem Karwoski.

 

I to by było na tyle w tej części. Książek przeczytałam naprawdę sporo i powoli ogarniam temat. A na razie, witaj nowy tygodniu. Piękny, mimo siatkówkowego niewyspania i 4 dniowego meczowego maratonu, jestem zachwycona grą i wczorajszym wynikiem.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski – Przyjdź w taką noc

 

Minął wrzesień.

Wrzesień. Koniec lata, dni coraz krótsze, noce coraz chłodniejsze….

Ten wrzesień pogodowo był bardzo przyjemny. Letni, a nie jesienny. Któż by słyszał, że 20 września do pracy pójdę w sandałkach? No kto? Ja takie cudo widziałam pierwszy raz.  26 września zaliczyłam też czapkowy debiut. O 7.45 rano na termometrze było 8 stopni. Nie ma jak przeskok, z tropików do listopada.  Mimo wszystko pogodowo narzekać nie mogłam za bardzo. Chyba tylko pogodowo było ok. No pewnie nieco przesadzam, a może nie?

Wrzesień zaczęłam chorobą. A jakże, nie ma to jak dobry start. Katar, ból zatok, setki dzikich bestii w gardle. Taki standard. Udało mi się zaleczyć, tydzień. Tak, tyle wytrzymałam w zdrowiu. Na koniec miesiąca znów przyszła kolejna infekcja. Znów odezwały się zatoki i ponownie okazałam się atrakcyjną przystanią dla setek dzikich bestii w gardle. Może i duchem jestem 30 lat starsza, ale ciało mam przedszkolaka!

Wrzesień to również czas problemów. Rodzinnych problemów. Dwa tygodnie strachu, niepewności i silnego stresu. Nie powinnam się dziwić, dlaczego po nerwowym maratonie złapałam kolejny katar. Nie mogłam spać, nie miałam apetytu. Najgorsze, że kiedy pracuje się z własnym ojcem, to nie bardzo kiedy można uciec do rodzinnych stresów. Taplałam się w tej nerwowej atmosferze non stop i kopałam coraz większy dół. Oczywiście starałam się być silną. Bo wszyscy się załamali, ktoś musiał trzeźwo myśleć i konkretnie działać. I padło na mnie. Pocieszyłam, przejmowałam emocje, analizowałam i szukałam rozwiązań. I aktywnie działałam. Musiałam przejąć stery i obrać właściwy kierunek. Stresy zostawiłam na bezsenne noce. Za dnia byłam mistrzem organizacji i naprawiania błędów. Pocieszania, dodawania nadziei, tonowania emocji, uspokajania i konkretów. Po dwóch bardzo ciężkich tygodniach w końcu się udało pokonać przeszkody, był sukces i nawet podwójne frytki w ramach zwycięstwa nad groźnym systemem. Chociaż ten czas był naprawdę ciężki, to jednak wiele mi dał. Po pierwsze pokazał mi, że nie jestem taką słabą trzciną na wietrze jak siebie widziałam. Nie jestem nawet słabosilna. Jestem silna. Pokonałam wiele swoich ograniczeń i ostatecznie mogłam ogłosić zwycięstwo. Od kilku osób usłyszałam, że byłam jak taran, szłam po swoje. Nie, nie swoje, bo bezpośrednio ta sprawa nie dotyczyła mnie, ale tak, w kwestii moich najbliższych potrafię pokonać wrodzoną nieśmiałość i wrażliwość. I zaskakuję samą siebie. Co mnie zaskoczyło? Mimo wszystko opanowanie. Co innego mieć nocne chwile słabości, a co innego załatwiać różne sprawy i nie stracić głowy. Nie dać się ponieść emocjom w newralgicznych momentach. Mi się udało, pokazałam samej sobie, kolejny raz, że mogę na siebie liczyć. Że nie jestem taką życiową niezdarą i nikt nie musi trzymać mnie za rękę, bo się potknę przy byle problemie. Wręcz przeciwnie, to ja wspieram innych i daję im swoją siłę. Chociaż mówiąc szczerze, wolałabym by ktoś wypisał na to wszystko certyfikat. Tak bym nie musiała testować tego wszystkiego na sobie. Mimo wszystkich plusów, czuję się wykończona. I fizycznie i psychicznie. Jakby ktoś chciał mnie zabrać do jakiegoś spa, to wiecie gdzie mnie szukać!

Jako, że ten miesiąc zaczął się źle, a potem było tylko gorzej, postanowiłam, że choćby nie wiem co, ale będę realizować zadania ze swojej jesiennej listy. A co! Na poprawę humoru kupiłam sobie jesienne botki, i wiecie co? Nie są czarne. Jestem z siebie dumna. Spotkania z przyjaciółmi? Dwa zaliczone, zgodnie z planem, jak fajnie było oderwać się od problemów, poważnie pogadać z ukochaną Zuzią, pobawić z małym Michasiem i pośmiać z przyjaciółką, spędzając letni wieczór w ogrodzie. Dalej? Byłam w kinie – mój brat to najlepszy spontaniczny kompan kinowych wypraw. Szaleję, oj szaleję. Moja dusza i ciało była też w dwóch kawiarniach. Co prawda wypiłam tam cappuccino i lemoniadę z mango, ale wybaczam sobie i uznaję, że zadanie wykonane. Spacerowałam, mam świadków i dowody. Co prawda morza nie zaliczyłam, ale za to było i jezioro i trzy razy Motława. Może jakby to zsumować to wyjdzie takie mini morze? Jak widać, nie próżnowałam. A tak naprawdę to chyba chciałam by ten wrzesień nie kojarzył mi się jedynie z przykrymi chwilami. Chyba troszkę mi się udało. Aczkolwiek wrzesień tak mnie zmęczył i poprzewracał na drugą stronę, że z ulgą ogłaszam jego koniec.

I z nieco większą nadzieją zerkam  w stronę października. Mam tylko jedno marzenie – odrobina spokoju. Tego mi trzeba.

Ścieżka dźwiękowa – Good Charlotte – Keep your hands off my girl

 

Jesień.

b9a1f98fa92b5514fff622206367fbcd

I znów przyszła jesień. Ten czas kiedy świat pachnie cynamonem i szarlotką. Gorącą czekoladą, herbatą z malinowym sokiem i maminym rosołem.

Jesień to ciepłe swetry, milutkie szale, i perfumy o słodkich zapachach.

Jesień to wieczory w domu, filmowe maratony, czytanie książek bez wyrzutów sumienia.

Jesień to czas spowolnienia, kiedy pada deszcz, albo gdy wieje, można lenić się w domu. I nie martwić się tym, że traci się czas. Bo słońce, bo upał, to wypada coś porobić by nie tracić czasu.

Jesienią mogę słuchać wieczorami ulubionych płyt, otulać kocem i popijać kakao. Zapalić  zapachowe świece, wyciągnąć album ze zdjęciami, zanurzać we wspomnieniach. Tak miło tracić czas….

Jestem bardzo jesienną osobą. Mam jesienną duszę. Nie tak kolorową jak letnie kwiaty, ale wypłowiałą, jak jesienne liście. Noszę w sobie dużo jesiennej melancholii. Mam też dużo niepokoju, zupełnie jak listopadowe wichury i ulewy. A spacery nad morzem w październikowy wieczór są pełne magii i żaden letni zachód słońca na tłocznej plaży, nie może się z tym równać.

Ale mimo wszystko, nie lubię jesieni. Nie lubię? Ja jej nie znoszę. Na samą myśl o listopadzie robi mi się słabo. Nie lubię ciemności, szarości, braku kolorów za oknem. Nie lubię zimna. Tego, że brakuje mi energii. Że ciągle boli mnie głowa od tych zmian pogody. Nie znoszę rano wstawać i nie słyszeć ptasich treli. Nie znoszę deszczowych dni. Szarugi, i tego, że wszyscy mają gorszy humor. Listopad też mnie nie lubi. Wszystko co złe, zawsze bierze na siebie. I atakuje mnie przykrymi i smutnymi rocznicami.

I mimo całej swojej „jesienności” bardzo nie lubię tego co się zaczęło i potrwa aż do grudnia. Nie lubię. Nawet bardzo nie lubię…

Ale nie chcę na całe 3 miesiące pogrążyć się w smutku i pielęgnować tego stanu. Nie mówię, że pokocham jesień z całego serca. Oj nie. Ale postanowiłam, że…

Będę częściej spotykać się ze znajomymi, co najmniej dwa razy w miesiącu. Wiadomo, na mniejsze i większe smutki nie działa nic lepiej, jak plotki z przyjaciółkami.

Smutne jesienne wieczory będę spędzać w kinie. Jako, że w końcu doczekałam się swojego kina , będę tam gościła co najmniej dwa razy w miesiącu, bez wymówek. W końcu  zawsze mówiłam,że będę regularnie chodzić do kina w starym stylu, bez popcornu. To mam, marzenie spełnione. Zamierzam regularnie zostawiać troski i trudy codzienności za drzwiami kina i dryfować w innym świecie.

Będę kolorowa. Kupię kolorowy sweter, żadna tam kolejna szarość, czerń albo granat. Musztarda? Może czerwień? Kupię kolorowy szal i kolorowe rękawiczki. Koloroterapia, na przekór szarości.

Co najmniej dwa razy w miesiącu odwiedzą inną kawiarnię. Zrobię sobie jesienny ranking najlepszych herbat w mieście. Albo i dorzucę do tego najlepsze gorące czekolady? Kto mi zabroni?

Mam w planach ( na razie po cichu) dwa fajne koncerty. Chcę rozkręcić się kulturalnie, teatr, opera, koncerty, wystawy, muszę iść do muzeum, galerii sztuki. W każdym razie nie chcę tylko siedzieć na kanapie i każdy wieczór spędzać w ten sam sposób. W rytm narzekania na brzydką pogodę i brak słońca. O nie.

Nie będę tylko opowiadać, że jesień bywa ładna. W ładne weekendowe dni będę aktywna w plenerze. Nie chodzi oczywiście o maratony, rowerowe wycieczki i biegi przełajowe. Spacery po plaży, lesie, wycieczki za miasto. Mniejsze i troszkę większe. Co najmniej raz w miesiącu. Choć to akurat będzie najbardziej zależne od pogody, ale liczę, że matka natura jak każda matka, zadba by jej dziecko, dostało choć jedną niedzielę w miesiącu bez deszczu i wichury.

Taki mam ambitny plan na jesień. Może ją w końcu polubię? Albo chociaż obdarzę życzliwą neutralnością?

Trzymajcie kciuki bym dała radę.

8709b74942b1f3235c675641375f60ab

Ścieżka dźwiękowa – Arctic Monkeys – Catapult 

 

Lulu i morska toń

[…] ludzie mają dziwną skłonność do wybierania tego, co prowadzi ich do zguby

Woody długo kazał na siebie czekać. Ale taka już specyfika mistrza. W każdym razie, kolejny odcinek gotowy. Bez zbędnych wstępów, zaczynamy.

I znów stała na tej klatce. Ta nasza Lulu. Stała i nie mogła się ruszyć. Musiała poukładać sobie wszystko w swojej małej głowie.

Minęło może z 5 minut. Uśmiechnęła się. Odkąd była nastolatką marzyła o takiej chwili. Nie zdążyła wejść do domu, a on już do niej napisał. Uśmiechnęła się. Przeczytała wiadomość. Jeden raz, potem drugi, zapewne i trzeci i czwarty. Miała uczucie jakby się miała roztopić. I nie wiedziała czy to z powodu upału, czy z powodu tego wieczoru? Nie wiedziała, nie znała powodu, ale musiała przyznać – jeżeli miałaby się roztopić. Jeżeli miałaby stać się kałużą, byłaby najszczęśliwszą kałużą na ziemi.

Lulu, to był cudowny wieczór….

Zegar niebezpiecznie zbliżał się do 1 w nocy. Za 5 godzin powinna wstać i zacząć szykować się do pracy. Ale nie mogła. Leżała w łóżku, gapiła się w niebo.

Lulu, to był cudowny wieczór…. Nie mogę się doczekać następnego spotkania.

Gdyby to zależało od Lulu, to właśnie siedzieliby na jakiejś plaży i podziwiali bezchmurną noc. Musiały jej wystarczyć rozmowy z Kiki i Mimi, które kazały relacjonować jej każdą sekundę tego wieczoru. Chyba pierwszy raz w życiu Lulu miała wrażenie, że powietrze smakuje jak guma balonowa. A i wszędzie latają różowe motylki….

Następne spotkanie? Jestem za.

Nie wymyśliła nic mądrego. Bo niby co mogłaby napisać? Chce się z nim spotkać. Już, zaraz, natychmiast. Słodka śliwkowa drożdżówko, chyba się nie zakochałaś?

Lulu spojrzała na siebie z boku. Za późno. Już po ptakach…. Gdyby była poetką, mogłaby opisać ten moment w takim stylu – utonęła w głębi jego błękitnych oczu i zapomniała o kole ratunkowym. Albo, zanurzyła się w lawie czekoladowej miłości. Ale Lulu była prostą dziewczyną, więc powiedziała sobie wprost – tak, jestem beznadziejnie zakochana w Miętowym Ptysiu.

Miętowy Ptyś też nie mógł spać. On miał chociaż to szczęście, że chodzi do praca 3 godziny po Lulu, nie chciał jej męczyć, ale musiał, gnębiło go jedno pytanie. Mimo późnej pory, postanowił je zadać.

Lulu prawie już spała. No dobra, może nie tyle, że prawie, ale ustaliła sama z sobą, że w ciągu kwadransa, odpłynie w miły świat sennych marzeń. Telefon jednak powiadomił ją, że dostała wiadomość….

Lulu, czy mogę zadać krępujące pytanie?….

Ten wstęp, bardzo ją obudził. Chyba aż za bardzo.

Wydawałaś się dziś trochę spięta, czy było coś nie tak z mojej strony?

Lulu pomyślała, że to głupie pytanie. No pewnie, że była spięta. Była spięta tak, jak rasowa testerka gorsetów! Taka jej wada, poznała już trochę tę Lulu. Im bardziej jej na czymś zależało, tym bardziej się stresowała. Ale nie sądziła, że to aż tak widać! A taka była z siebie dumna. Niczego nie stłukła, nie rozlała, nawet nie spaliła tego ciasta. A przecież w środku była jak wieprzowa galaretka. Nie bardzo wiedziała co powinna odpisać. Zaprzeczać, czy powiedzieć prawdę? Udawać, że odniósł złe wrażenie, czy powiedzieć, że tak, była spięta?

Nie, wszystko było ok. Ja po prostu jestem nieśmiała.

Keira pochwaliła w duchu Lulu, szczerość przede wszystkim. Chociaż może? Nie, nie będzie śmiał, w końcu to żaden powód do wstydu. A może jednak?…..

A jakbym poprosił żebyś nie była taka nieśmiała? Coś to da? 🙂

Lulu znów nie wiedziała co powinna odpowiedzieć. Stan zamurowania zdarzał się jej rzadko. W końcu tym co ją wyróżniało, było to, że Lulu zawsze wiedziała co ma powiedzieć. A teraz nie wiedziała. Było za późno, za trudne te pytania, jej za bardzo zależało…

Nie wiem, można spróbować?

Kolejna inteligentna, ale za to szczera odpowiedź.

Keira popatrzyła się na reżysera. Serio? Ty, ty Woody Allenie przeprowadzasz taką wymianę zdań? Nie mogłeś wymyślić czegoś bardziej pomysłowego? Już chyba bardziej wolała dramatyczne zwroty w życiu Lulu, niż smętne rozmowy.

Woody poczuł na sobie wzrok swojej muzy. Wprowadził drobne korekty w scenariuszu.

Zobaczymy czy to działa na następnym spotkaniu 🙂 Ale nie bój się, nie będzie żadnych krępujących testów z mojej strony 🙂

W sumie to Lulu mogłaby dać się przetestować. W granicach rozsądku oczywiście. Takie myśli znaczą jedno, czas spać. Zdecydowanie czas spać….

Następne dni były miłe. No dobra wspaniale. Woody filmował jak Lulu prawie unosi się w powietrzu. To był taki splot samych szczęśliwych chwil. Keira też się uśmiechała. W końcu doszło do idealnego położenia Jowisza względem Księżyca. A Saturn w Słońcu, dodawał dodatkową porcję optymizmu. Lulu miała wrażenie, że czegokolwiek by się nie dotknęła, to wszystko jej wychodziło. Dzień za dniem pędził, i przynosił coraz więcej szczęścia. Dosłownie w nim tonęła. Po prostu czuła, że ma dobry czas. Była taka szczęśliwa, że rankiem bolała ją szczęka od wiecznego uśmiechu. Pewnie to brzmi banalnie, ale Lulu zamieszkała na waniliowej chmurce i za nic w świecie nie chciała z niej schodzić. Tylko sunąć dalej i dalej….

Było kino, kawiarnia i spacer. I tak mijał czas.

To był naprawdę fajny dzień. Świeciło słońce, było ciepło, Lulu miała na sobie letnią sukienkę, a jakże w kwiatki. Popijała malinową lemoniadę. Gapili się przed siebie, w wielki błękit. Niby nie działo się nic szczególnego. Najpierw był trochę za długi spacer. Tysiące, nie, miliony wymienionych słów. Z siedemdziesiąt osiem spojrzeń w oczy. I teraz ta chwila w kawiarni.
Mam dumę na karku zamiast głowy
I bezsensownie wolne ręce
Nawet tramwaje, nawet tramwaje
Rogami dotykają trakcji
A przecież ten prąd, co moc im daje
To przy nas nie ma bytu racji.
Do stu tysięcy beczek naszych łez daj mi rękę
Do stu tysięcy beczek naszych błędów podaj mi rękę

I bierze jej rękę.

I mówi, że tak szkoda mu wyjeżdżać…. Szkoda mu wyjeżdżać stąd. Ale skoro przyjął awans to musi stąd wyjechać….

A ona gwałtownie wybudziła się ze swojego snu….

f90923e5e8fecac62b77f3569c149d51
Tyle twoich słów w głowie ciągle mam
tyle pięknych słów że uwierzyłam, że już zawsze będzie tak…

Keira nie chciała się pogodzić z taką koleją rzeczy. Poszła się kłócić z Allenem. Ale on powiedział, że znudziła mu się ta sielanka. I nie ma dyskusji. W końcu to on jest tu reżyserem. Na planie zgasło światło. Wszyscy do domu…..

Wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone. A cała historia to ma wyobraźnia.

Ścieżka dźwiękowa – Mando Diao – Gloria

O tym co w szafie…

Jako, że ostatnio był taki smętny temat, zmiana klimatu. Tak kompletnie, o 180 stopni. W końcu nie od dziś wiadomo, że kobieta zmienną jest, więc i mój nastrój się zmienił. Wystarczyło po ponad dwóch tygodniach wyleczyć zapalenie zatok, na tyle, że mogę przespać ciurkiem 3 godziny bez konieczności wstawania co godzinę w poszukiwaniu chusteczki do nosa i sprayu z wodą morską. Hip hip, hurra.

W każdym razie ostatnio miałam dylemat. Taki typowo kobiecy. Dylemat pod tytułem i co ja mam na siebie włożyć do pracy? Pracuję w takiej firmie, gdzie nie mam dress codu. Ba, z inżynierami i projektantami rozmawiam głównie przez telefon. W 95 % po towar ( jeżeli nasi kierowcy go nie rozwożą, albo nie zabiera go kurier) przyjeżdżają robotnicy. W byle jakich roboczych ciuchach, często po prostu brudnych. I uważałam, że idiotycznie byłoby siedzieć w pracy w garsonce, czy wyjściowym sweterku. Do pracy ubierałam się wygodnie. Najczęściej w jeansy i t-shirt. W wersji zimowej w ciepły sweter. Swoją szafę dzieliłam na dwie strefy, ciuchy do pracy i te, które zakładam kiedy gdzieś wychodzę. Tyle, że moje „wychodne” ubrania, nie miały okazać pokazać się tak często jak bym chciała. Pewnie dlatego, że jak idę do kina, jadę nad morze, albo wybywam na wakacje, i tak wybieram to co wygodne. A piękne sukienki, spódnice i eleganckie koszule wiszą w szafie i czekają, aż kupię bilet to opery czy teatru.

9647e00e386c93945a3e787fa2ff5836

Ostatnio tak stałam przed tą szafą i miałam dylemat. Zobaczyłam spódnicę. Tę na szczególne chwile. Przepiękną. Ukochaną. Była bardzo droga, ale doczekałam aż nastanie nią promocja. Połowa ceny i tak była ceną, przy której miałam w oczach łzy, ale spódnicę kupiłam. Bo ja nie lubię spódnic i w zasadzie noszę tylko jedną i tylko latem. Długą, czarną i do ziemi. A z innymi mi nie po drodze. Bo jakoś nie potrafię ich nosić, myślę tutaj o zestawieniu ich z górą. Sukienki są dużo prostsze w obsłudze, nie trzeba się zastanawiać czy ta bluzka pasuje, czy też nie? No, ale kupiłam tamtą spódnicę. Moja siostra aż zapiszczała z radości gdy ją zobaczyła, tłumaczyła, że to super modna solejka i mam ją nosić. Ha, łatwo powiedzieć. Zamiast ją nosić, podziwiałam ją z perspektywy widza. Wisiała sobie spokojnie w szafie, a ja wzdychałam. Bo skoro droga, to będzie na specjalne okazje. Miałam ubrać ją do teatru, ale wybrałam sukienkę. Miałam ubrać ją na urodziny przyjaciółki, ale uznałam, że będzie zbyt strojna. I tak sobie wisiała.

Otworzyłam szafę i pomyślałam, że nie mam co na siebie włożyć. I zobaczyłam tę spódnicę. I przypomniałam sobie fragment artykułu, który przeczytałam dzień wcześniej. Że lubimy kupować rzeczy na specjalne okazje, a potem ich nie nosimy, zalegają w szafie i nie cieszą. I wiecie co? Postanowiłam nie czekać na specjalną okazję.

Wzięłam szary t-shirt, spódnicę, jeansową kurtkę i proste baletki. Dziwnie się czułam. Niby dzień był pochmurny, pracy miałam aż za dużo, ale uśmiechałam się od ucha do ucha. Tego dnia dostałam chyba z 20 komplementów, najbardziej mniej rozczulił ten od małej dziewczynki w sklepie, że wyglądam jak księżniczka z bajeczki. Jakoś tak dziwnie się czułam. Po pracy zamiast wrócić do domu, poszłam do ulubionej kawiarni. Co z tego, że był środek tygodnia, zamówiłam duże cappuccino, wyjęłam książkę, podziwiałam ludzi za oknem. Czułam się wyjątkowo. Poszłam na spacer. I kto by pomyślał, że to wszystko efekt jednej spódnicy.

Parę dni później obudziłam się w bardzo złym humorze. Pogoda była taka sobie, w pracy czekał mnie sądny dzień, a ja wstałam elegancko lewą nogą. I to chyba nawet podwójnie lewą. Po  prostu było mi źle. Tak generalnie bez powodu. Znów podeszłam do mojej szafy i znów uznałam, że nie mam co na siebie włożyć.  Czyli standard, ale, ale. Zobaczyłam  sukienkę, którą kupiłam, zachwyciłam się i schowałam do szafy. Na tak zwane specjalne okazje. Tyle, że jak już przyszła jakaś specjalna okazja, to nigdy nie miałam na nią ochoty. No dobra, po prostu o niej zapomniałam. Zdjęłam ją z wieszaka, wybrałam do niej flanelową koszulę w kratę i trampki. I poszłam tak do pracy. I wiecie co? To był świetny dzień. Wcale nie potrzebowałam szczególnej okazji, ba, to ja ją stworzyłam. Zwykły dzień, jakiś tam nijaki wtorek, zamieniłam w wyjątkowy dzień. Dzięki sukience.

Piękna jedwabna koszula. Ileż ona biedna naczekała się na swój debiut! Jakiś czas temu  uznałam, że kupiłam ją zupełnie niepotrzebnie. Bo pasować będą do niej jedynie jakieś eleganckie spodnie, a ja takowych  nie posiadam. I czekałam na to, aż kupię sobie te eleganckie spodnie. Ale nie kupowałam, bo i po co? Przecież nie chodzę w eleganckich spodniach. W szafie miałam tylko jeansy, raz kozie śmierć. Piękną bluzkę połączyłam z dziurawymi spodniami. Efekt był cudowny. W sam raz do pracy. A po pracy postanowiłam umówić się z przyjaciółką na spontaniczne ploteczki. W końcu szkoda by taka koszula nie pokazała się na mieście.

I wiecie co sobie pomyślałam? Że ubrania nie powinny czekać na specjalne okazje. Zaskakujące dla mnie było to, że to ubranie tworzy okazję. Kawiarnia, ploteczki, spontaniczny wypad do centrum miasta na obiad. A to wszystko dzięki temu, że rano nie wybrałam klasycznej bluzki i prostych jeansów. Coś czuję, że ta jesień będzie dla mnie kolorowa i bardzo inspirująca. W kwestii ubrań oczywiście. Bo jednak boję się katarów. Nie wiem czy ładna sukienka ma uodparniające moce? Muszę to przetestować!

f5ae7acabc1da5ccc9165d4207a99177

Ścieżka dźwiękowa- Archive- Sell Out 

 

Ścieżka dźwiękowa mojego smutku

Ostatnio moja przyjaciółka miała gorszy czas. Tak bywa, starałam się być obok. Pocieszyć, służyć radą, być blisko. Jednego wieczora K., napisała, że zawsze szukała pocieszenia w muzyce, ale teraz nic do niej trafia. I sama nie wie co z nią się dzieje. Podzieliłam się z nią jedną piosenką. Powiedziałam, że słucham jej kiedy świat rozpada mi się na kawałki. Po kilku minutach odpisała – to jest genialne, ale nie sądziłam, że słuchasz takiej muzyki? Odpisałam jej, że byłam na ich 4 koncertach. Że od 16 lat jestem ich fanką, wierną i oddaną. I napisałam – wiesz, że ten zespół, te piosenki, to ścieżka dźwiękowa mojego smutku.

I uświadomiłam sobie, że mam taki jeden zespół, który towarzyszy mi w smutnych chwilach. I, że słucham go w zasadzie tylko wtedy kiedy mi źle. Co generalnie zdarza się dość regularnie. Ale tak, bywają całe miesiące, kiedy w ogóle ich nie słucham. Bywają zaś takie tygodnie, kiedy są mi potrzebni jak powietrze. I słucham na okrągło. I wtedy wiadomo, dopadł mnie smutek. Nie dziwi więc, że latem biorę z tym zespołem cichy rozwód. A jesienią zacieśniamy więzy miłości. Bo smutek, mniejszy i większy, dopada mnie niemal codziennie. I tak zatracam się w tej muzyce. I nie słucham jej by poprawił mi się nastrój. To właśnie ścieżka dźwiękowa mojego smutku….

Na początek oczywiście depresyjny klasyk. Coś co pogrąża w rozpaczy i smutku. Wywołuje łzy i zostawia człowieka pociętego na miliony kawałków. 16 minut żalu i coraz większej czarnej dziury. I znikąd ratunku! I dobrze, bo tu nie chodzi o to by lepiej się poczuć, ale by dogłębnie poznać swoje uczucia, wsłuchać się w nie. Wywalić na wierzch, popłakać, zwinąć w kłębek, przykryć kocem, jeść czekoladę na kilogramy i postanowić nigdy więcej nie wyjść z łóżka. Tak bywa. I ja mam takie chwile, kiedy pozwalam sobie na 16 minut najpiękniejszej rozpaczy na ziemi. Za każdym razem kiedy słucham tej piosenki, jestem jakby bliżej samej siebie. Ale uwaga, tej piosenki naprawdę najlepiej słuchać w listopadowy wieczór, po ogromnym zawodzie miłosnym. Wtedy docenia się ten utwór. I kiedy się zacznie, to po 25 razie, ze zdumieniem odkryjecie, że już ranek. I kolejny tragiczny poniedziałek. I znikąd pociechy. I trzeba stawić czoło nowemu dniu, i tym samym niszczącym emocjom. I przejść ten dzień, pamiętając, że:

 

You’re killing me again
Am I still in your head?
You used to light me up
Now you shut me down

 

 

Kolejna piosenka, to mój smutek dedykowany jednej osobie. Albo grupie osób. Albo w ogóle wobec całemu światu. Kiedy wkurzają mnie ludzie, puszczam sobie ten utwór. I powiem Wam, że im głośniej, tym lepiej. I śpiewam. Moja rada, kiedy będzie sami w domu, i będziecie na kogoś naprawdę wściekli, włączcie ten utwór i śpiewajcie ile pozwala serce, własny wstyd, albo sąsiad za ścianą. I gwarantuję Wam,że poczujecie błyskawiczną ulgę. Tak jakby z serca spaść miała tona kamieni.  Bo nagle zdajecie sobie sprawę, że ten, któremu dedykowaliście ten utwór, to ostatni drań . I chcecie jeszcze raz wykrzyczeć mu wszystko to, co autor zawarł w tym utworze. I tak w kółko, i w kółko….

Pray to god I think of a nice thing to say 
But I don’t think I can so fuck you anyway

 

Kolejna piosenka, kolejna porcja smutku i żalu. Tę piosenkę puszczam sobie kiedy brakuje mi sił. Tak ogólnie, sił do życia. Bo to piosenka o tym, że nie ma się energii. To znaczy ma się czas, by trwonić ją na osobę, która pewnie nie jest tego warta. Ale w zasadzie na nic ponad to. Bardzo to smutna pieśń. Mocna, dająca do myślenia. Nieco znieczulająca. Ale nie w ten sposób, że nam lżej i nagle wstajemy pewni sił. Ta piosenka rozgrzesza moje zmęczenie samą sobą i życiem generalnie. I zdecydowanie jest to utwór, przy którym lubię marnować czas. I użalać się nad swoją bezsilnością.

Drink with me
I will talk of things I want
To do in life but know I can’t
Find the energy
Find the energy
Find the energy
Find the energy

Czarny i niebieski. Dwa bardzo smutne kolory. Kolory smutku. Ale i kolory siniaków. Tych fizycznych, jak i tych, które tworzę sobie sama. Gdzieś tam w środku. Nie muszę się obijać o stół, walnąć łokciem w drzwi, potknąć się na schodach. Wystarczy, że na kimś się zawiodę, ktoś zawiedzie mnie, zrani, a ja oskarżam samą siebie. Bo gdybym była inna, byłoby inaczej. Spokojniej, lepiej, a ludzie zachowaliby się zupełnie inaczej. Osobiście mam tendencję- w pierwszej fazie zranienia, że szukam winy w sobie. I nabijam sobie guzy. I te siniaki. I czuję się taka niebieska… I wtedy słucham tej piosenki. I nie jest mi lepiej. Ale cieszy mnie to, że ktoś mnie rozumie. I tak jak ja, ma czarno-niebieskie plamy na duszy….

Bring me light
Black and blue
I will always love you

Teraz będzie piosenka, której tytuł może sugerować siłę. Albo chociaż proces zdrowienia. Ale dla mnie ta piosenka jest po prostu przypomnieniem tego, że powinnam być silną osóbką, a nie jestem. Ta piosenka potęguje mój kiepski nastrój, wprawia mnie w jeszcze większe poczucie beznadziei. Ale wiecie co? Są po prostu takie dni i takie momenty w życiu, kiedy nie szuka się pocieszenia. Są takie emocje, które trzeba przeżyć i poużalać się nad swoim marnym losem. I ta piosenka taka właśnie jest. Ona nie dodaje mi siły. Tylko ją zabiera. Bo pokazuje jaka jestem słaba. A powinnam być taka silna….

 

You make me feel (You make me feel)
You make me feel stronger

 

No, to na nowy tydzień się posmuciłam. A bo chora jestem, to wiecie, mam swoje powody. Drugi tydzień sobie choruję i nic nie przechodzi. Średnia utrzymana, od marca choruję na przełomie każdego miesiąca. Tak więc zaliczyłam już przekichany marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień. Liczę na jakąś nagrodę. No, może chociaż dyplomik na ścianę. Smarkacz roku to ja.

Ścieżka dźwiękowa – Archive – Black &Blue

Lulu i falstart

Często życie bawi się z nami. Podsuwa nam diament kryjący się pod upuszczonym biletem do metra lub w fałdzie zasłony. Zaklęty w słowie, spojrzeniu, nieco naiwnym uśmiechu.
Wystarczy zwracać uwagę na detale. Są jak rozsiane w naszym życiu kamyczki, które nas prowadzą. Ludzie brutalni, żyjący w pośpiechy, noszący rękawice bokserskie, czy rozsypujący żwir, nie zważają na nie. Chcą czegoś mocnego, wielkiego, błyszczącego, żeby nie stracić ani minuty, schylając się po grosz, słomkę, rękę drżącego człowieka. Ale jeżeli ktoś się schyli, jeżeli zatrzyma czas, odkryje diamenty na wyciągniętej dłoni. Lub w koszu na śmieci. I życie już nigdy nie będzie smutne.

 

Keira odczuwała lekkie drżenie rąk. Tego nie było w scenariuszu. To reżyser postanowił ubarwić, kolejny już raz, tę historię i wprowadził niespodziewany zwrot akcji. Bała się spojrzeć na ekran telefonu.

Lulu przepraszam….

Nie, nie przeczyta. Wróci do domu. Zje kubełek lodów. A może powinna przeczytać? Może Ptyś leży w szpitalu i czeka na przeszczep nerki?

Przepraszam, ale czy pani wysiada?

Słucham?

Zaraz zamykam drzwi, a chyba chciała pani wysiąść?

Tak, tak, przepraszam.

No cóż. Wysiadła z autobusu. A raczej ją zmuszono. Stała na tym przystanku i wiedziała, że wszystko pójdzie nie tak. Zgodnie ze scenariuszem, który dostała jakiś czas temu, po wyjściu z pojazdu komunikacji publicznej miał na nią czekać Miętowy Ptyś. Miał czekać i miał zabrać ją do domu. Przypomniała jej się rozmowa. Wczorajszy wieczór. On ją przekonywał, że lepiej będzie jak po nią wyjedzie. Lulu miała swoją godność. Poza tym jest silną kobietą, wie jak działają autobusy, potrafi kupić bilet, a raz na 5 prób, dotrze do celu bez komplikacji po drodze. On się upierał, i ona też. Ostatecznie wypracowali coś w rodzaju kompromisu. Pierwszą część trasy przejedzie sama, potem on będzie mógł się wykazać i podwieźć pod dom, by nie błądziła na nowym i modnym osiedlu, gdzie ponoć można się zgubić. Teraz stała w połowie drogi i tak bardzo trzęsły się jej ręce…..

Lulu, przepraszam…

Wzięła głęboki oddech.

Lulu, przepraszam, ale dopiero dojechałem do domu(awaria w pracy), nie zdążyłem zrobić zakupów, możesz jednak podjechać autobusem? Tylko wezmę prysznic, i lecę po ciebie na przystanek, po drodze zrobię zakupy. Bardzo przepraszam.

Lulu się śmiała. Oczywiście wyobraziła sobie 3 miliardy czarnych jak upierzenie kruka scenariuszy. A tymczasem tu chodzi tylko o drobny poślizg. Szła na przystanek, po drugiej stronie ulicy, w uszach wciąż słuchała jednej piosenki. Uśmiechała się. Tak do samej siebie. Za 5 minut miała mieć kolejny autobus. Było dobrze.

Wsiadła do autobusu. Był upał, kupiła bilet, zajęła miejsce, dziewczyna obok jadła hamburgera. Lulu bała się, że ubrudzi jej sukienkę. Z jej szczęściem do nieszczęścia, było to bardzo prawdopodobne. Jednak wizja hamburgera na morelowym materiale nie przeraziła jej. Bardziej przeraziło jej to, że wjeżdżała w te rejony miasta, o których nie miała bladego pojęcia. I generalnie nie wiedziała gdzie ma wysiąść. Znała ulicę, postanowiła więc zapytać się kierowcy. Wyjątkowego nieuprzejmego dodajmy. Na szczęście jej szalona jazda miała zakończyć się właśnie na tym przystanku.

Jako, że od przeczytania smsa, do teraz nie minęło nawet 10 minut, została sama na tym przystanku. Dosłownie i w przenośni pośrodku niczego. Dobrze chociaż, że miała książkę. To nie musiał być całkiem zmarnowany wieczór.

Lulu, przepraszam…..

Miała deja vu. Co jest z nią nie tak? Kiera też chciała się dowiedzieć co tym razem się stało? Drzwi się zacięły? Prysznic nie zadziałał?

Lulu przepraszam, ale nie mam dziś szczęścia, w sklepie jest awaria kasy. Idź przed rondo prosto w stronę kościoła, ja będę szedł w twoją stronę.

Rondo?

Lulu się rozejrzała, zobaczyła 3 ronda. Kościół? Żadnego kościoła. Człowiek? Ani jednego. Mamusiu, chcę do domu.

Lulu, weź się w garść. I się wzięła. Żar lał się z nieba, miała wrażenie, że z każdym krokiem stapia się z chodnikiem, ale szła. Rondo wybrała na chybił trafił, ence pence w lewej ręce. I szła. Prosto? No pewnie, że tak. W zasadzie to prosto pod górkę. Gdzieś przy 40 schodku miała kryzys. Mogła pewnie mordować wzrokiem. Liczba kroków rosła analogicznie do jej wyczerpania. Była pewna, że spłynął jej starannie nałożony makijaż, a jeszcze chwila i ona sama zamieni się w kałużę i zostanie tu na wieki. W końcu coś zobaczyła. Krzyż na wieży. Czy to nie fatamorgana? Nie, to kościół, wstąpiły w nią nowe siły. To już pewnie niedaleko.

Trafiłaś, jestem pod wrażeniem!

Miętowy Ptyś stał przed nią, zdyszany, w koszuli pod kolor jej sukienki. W ręku trzymał siatkę z zakupami. Niezgrabnie się przywitał. Lulu coś mówiła. Narzekała, że tyle tu schodów, że nie wiedziała gdzie iść, że była pewna, że odwołuje spotkanie. Mówiła i mówiła. Nie powiedziała mu jednak, że strasznie podoba jej się jego uśmiech. A on nie powiedział jej, że lubi kiedy tak mówi. I nie może przestać.

Przeszli może ze 100 metrów, kiedy przed nimi wyrosły kolejne schody. Chyba z 30, albo i 40. Lulu stanowczo odmówiła pokonania tej przeszkody. Trudno, ma dość. Jest z 60 stopni. Niech on idzie i piecze i to ciasto. Ona tu poczeka, o, tam jest ławeczka. Ma książkę, poczeka. Tylko żadnych więcej schodów. Przekonał ją jednak, że to ostatnie schody.

3 minuty później …..

Niedobry spieczony kurczaku, awaria windy, mieszkasz na 2 piętrze? Chyba nigdy nie zrobiła takiego treningu. Pomyślała, że jutro na pewno nie zrobi kroku. Przeleży cały dzień. A nie, jutro idzie do pracy. Spieczony kurczaku!

Przez godzinę rozmawiali.Albo i dłużej. Zdecydowanie dłużej. Głównie o muzyce. Ona popijała drugą szklankę wody mineralnej. Tak fajnie się rozmawiało, ale….

No fajne to mieszkanie, ale gdyby przemalować tę ścianę na jasno, byłoby lepiej. Trochę za mało tu kwiatów, tutaj postawiłabym jakiś elegancki kwiat. No i na co te ciężkie zasłony? Jak ma się przeszkloną ścianę i taki widok z okna, to trzeba go odsłonić. Ja bym…. Wróć na ziemię, dziewczyno, wróć na ziemię.

Lulu, myślisz, że już możemy?

Znów się wyłączyła. Zdecydowanie wróć na ziemię.

Czy możemy już upiec to ciasto?

No chyba czas najwyższy.

Poszli więc do kuchni. Lulu czuła się wyjątkowo skrępowana. Nie lubi gotować w nie swojej kuchni. On musiał jej we wszystkim pomagać. Było to nawet zabawne. Siekał orzechy, mieszał, podawał składniki. A kiedy padło ważne pytanie – a masz w ogóle jakąś blaszkę do pieczenia? Zobaczyła jak wyciąga z 16 różnych foremek i blaszek, gotowa była mu się zaraz oświadczyć. Przecież to mężczyzna idealny. Ktoś po prostu stworzony dla niej. Ktoś kto lubi gotować, bardzo profesjonalnie sieka orzechy, ma 16 foremek do ciast i 4 rodzaje ekstraktu waniliowego z różnych krańców świata. Wlewając do ciasta dominikańską wanilię zakochała się we właścicielu tej kolekcji. Już słyszała weselne dzwony i widziała biały tort z czarnymi zdobieniami. Jej raj w tym momencie miał kształt 14 centymetrowej foremki do ciasta i zapach wanilii….

80386a7c23c6e82658a8c366edaf34af

 

Nastąpił ten niezręczny moment, kiedy ciasto się piecze, i trzeba zająć czymś czas. Ona stała niedaleko piekarnika. On gdzieś koło zlewu. Na nieszczęście, albo szczęście miał bardzo dużą kuchnię. Każde więc tak stało w tym kąciku. Sączyła się rozmowa.

Woody się znudził. Stoją te dwie sieroty w tej nowoczesnej i wygodnej kuchni. Ona pilnuje ciasta w piecu jakby Brownie było ze złota. On stoi przy tym zlewie i bawi się ściereczką do naczyń. Kino familijne. Zmiana scenografii.

Stoją na balkonie. Jest piękna noc, bezchmurne niebo. Ona pije białe wino. On pokazuje jej gwiazdy. Ona się uśmiecha. On ją przytula. I ….

I upiekło się ciasto.

Zostawiamy balkon i to niebo, bo to zrobiło się banalne. Ona mówi, że ciasto pokroi w foremce. On się upiera, że musi być elegancko. Walczy z tym ciastem, ale wyjść z formy to ono nie chce. Ona się śmieje. On się złości. W końcu się poddaje. Ona znajduje rozwiązanie, sięga po nóż. Nie, nie, nie zabija go, z powodu ciasta, co nie chce wyjść z foremki. Nawet Allen miałby skrupuły. Zdecydowanym ruchem odcina ciasto od formy. i już, ląduje na desce.

On dolewa jej wina. Nie wypiła dużo. W zasadzie bardzo mało, ale jest pijana szczęściem i ta chwilą. Rozmawiają. Dużo się śmieją. Jeżeli szczęśliwi czasu nie liczą, to ona właśnie jest szczęśliwa. Kiedy zerka na zegarek, orientuje się, że jest za kwadrans północ. Jak Kopciuszek boi się, że czar pryśnie. Mówi, że musi iść. On mówi, że ją odwiezie. Ona dziękuje, wcale nie ma zamiaru protestować. Jest późno, to po pierwsze. A po drugie już wie, będzie jej się trudno rozstać. Z nim. Z jego głosem. Z uśmiechem. Z tymi oczami….

Po drodze nie mogli się nagadać. Gdyby to od niej zależało, to Lulu mogłaby jechać całą noc. Na swoje nieszczęście mieszkała tylko 8 minut jazdy autem.

Znów stała pod drzwiami. Tym razem nie musiała mieć na uszach słuchawek. Słyszała w głowie wciąż jedną piosenkę…..

 

Cięcie. Kolejny emocjonujący odcinek za nami. Aktorzy grali do późnej nocy, są zmęczeni. A Keira jedzie do spa!

Wszystkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń, są przypadkową  bogatej wyobraźni autorki.

9f4b8df8063f346f15363e144c88933e

Ścieżka dźwiękowa- City of stars – Ryan Gosling, Emma Stone