Serialowo

The Crown. Sezon 3. Ach, jak ja czekałam na sezon numer trzy. Zmiana aktorów, byłam jej wyjątkowo ciekawa. Tym większa była moja ciekawość, że do obsady w roli siostry Elżbiety, Małgorzaty, dołączyła Helena Bonhan Carter. I cóż, jak zwykle wyszła perełka. Ten serial jest po prostu mistrzowski. Nie ma tutaj fajerwerków, szalonych zwrotów akcji. Ba, przecież życie Królowej Elżbiety, nie jest jakąś wielką tajemnicą i nie ma się co spodziewać niespodzianek. Ale jednak ten serial ogląda się jednym tchem. Ten sezon w mniejszym stopniu pokazuje nam królową. Jest ona jakby w tle. Głównie skupiamy się na będącej w kryzysie Małgorzacie, której to Elżbieta, musi nieść ukojenie. Widzimy też Karola, przyszłego króla, który dostaje bolesną lekcję tego, że jako następca tronu, musi robić to czego się od niego wymaga, a nie tego, co podpowiada mu serce. Mamy też Filipa, który na progu 50 urodzin i podboju kosmosu przez człowieka, doznaje kryzysu wieku średniego i marzy o wielkich rzeczach, które zostawią po nim ślad. To naprawdę udany sezon. Dostojny, elegancki, pięknie nakręcony. Po prostu perełka. Uwielbiam go oglądać, a każda scena dostarcza ma masę przyjemności.

Fargo,sezon 1. Kto nie kojarzy tego tytułu? Dobrze znany film,doczekał się serialowego rozwinięcia. W roli głównej Watson, serialowy Watson. Martin Freeman gra tutaj nijakiego człowieka. Ot, sprzedawca ubezpieczeń w Fargo. Mąż niezbyt przyjemnej żony, i właściciel wyjątkowo głośnej pralki. Jedno zdarzenie i Lester staje się autorem zbrodni. Wplątuje się w okropną aferę i jego życie zmienia się o 180 stopni. To serial brutalny i bezwzględny. Ale i niepozbawiony ironii, jest jakby przesiąknięty duchem braci Cohen. Zgrabnie łączy farsę z dramatem i thriller. Jednocześnie, boisz się, i masz ochotę wybuchnąć śmiechem. To taki obraz, gdzie uwagę skupia się na szczegółach, gestach i mimice. Zdecydowanie wymaga pełnej uwagi, ale odwdzięcza się najwyższą jakością. Wyjątkowe aktorstwo, wspaniały scenariusz, czysta perfekcja!

Pełne morze. Sezon 2. Pierwsza część tej historii była naprawdę ciekawa. Dlatego też z przyjemnością zabrałam się za sezon drugi. No cóż, lekko naciągany, chociaż dobry na poranne oglądanie. Taki niewymagający pełnego skupienia. Mamy piękne kreacje, jeszcze ładniejsze dekoracje. I całkiem sympatyczną intrygę kryminalną. Ot, wspaniale pasuje do śniadania. Mnie w tym serialu najbardziej wzrusza 2 kapitan, jest tak przystojny, że wow, miło się z nim zabrać w rejs. Oczywiście te stroje i makijaże z lat 40, są dla mnie wyjątkowe i ładnie się to ogląda. Generalnie, wizualnie bardzo ładne, nieangażujące, niemęczące, nieszkodliwe. Wiem, że będzie sezon numer 3 i w sumie też miło będzie go oglądać do śniadania. Ale nie liczcie ani na wielkie emocje, ani cudowną grę aktorską, czy wybitny scenariusz. To się po prostu dobrze ogląda. I nic więcej.

The Sinner. Sezon 2. Pierwsza część zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Nawet ta Jessica Biel, którą niezbyt lubiłam, pokazała swoje spore możliwości i byłam zachwycona całą historią. Byłam zdziwiona drugim sezonem, bo ten pierwszy zakończył się definitywnie i nie do końca wiedziałam co też można pokazać w kolejnym. Okazuje się, ze drugi sezon jest całkiem odrębną historią. A łącznikiem jest postać policjanta. Tym razem wraca on  do rodzinnego miasteczka. Nie tylko konfrontuje z trudnym dzieciństwem i wspomnieniami, ale i pomaga w śledztwie. A to śledztwo zaczyna się tak, że w motelu znajdują się ciała rodziców pewnego chłopca, dziecko znika, ale pojawiają się tysiące niewiadomych. Jest sekta, jest przerażające pranie mózgów, jest sieć, która oplata całe miasteczko. Są miliony wspomnień i tragicznych powiązań. Ta seria jest jeszcze cięższa, mroczniejsza, bardziej zagmatwana i naprawdę wciągająca. Szczerze polecam, to świetny serial, perfekcyjnie zagrany, duszna atmosfera po prostu nie pozwala się oderwać od ekranu. Mały chłopiec, morderstwo, sekta, i toksyczny dom. To się nie mogło nie udać.

Ścieżka dźwiękowa- Derek and Dominos – Why does love got to be so sad?

Minął rok. Podsumowanie kulturalne.

Czas na kulturalne podsumowanie roku 2019. Czyli muzyka, film i książki.

Zaczynam od książki roku. Wybór był trudny. Trudny, bo kiedy przeczytało się 197 książek , można mieć problem z wyborem tej jednej, jedynej. Zeszły rok zdominował Wiesław Myśliwski. Miejsce pierwsze ex aequo zajmują jego dwie książki, kolejność dowolna, nie mogłam się zdecydować, więc tak Traktat o łuskaniu fasoli i Ucho igielne, to te pozycje, o których nie mogłam zapomnieć! Te książki wywarły na mnie wielki wpływ i ciężko mi powiedzieć, że inne były tak samo dobre. No, ok, nie da się porównać kryminału do powieści filozoficznej, ale tak, te dwie książki, to zdecydowanie książki ubiegłego roku na mojej prywatnej liście chwał.

Teraz czas na część filmową. Ach,ileż było pięknych filmów w tym roku! Ciężko wybrać ten najlepszy, będzie ciężko ale spróbuję. Najlepszym filmem w moim prywatnym odczuciu jest Boże Ciało. Film,który zaskakuje,poraża świeżością i uniwersalnością. No i ta główna rola. Czysta aktorska perfekcja. Na drugim miejscu Green Book. Film lekki, ale naprawdę ujmujący, z pięknym przekazem, świetnym aktorstwem, genialną muzyką i w ogóle, oglądanie tego filmu jest po prostu czystą przyjemnością. Nie ma ani jednej zbędnej sceny, a ile w nim smaczków! Perfekcja. Miejsce trzecie dla mnie zajęła Faworyta. Albo się go kocha, albo nienawidzi. Film, który robi wrażenie. Nie sposób przejść obok niego obojętnie. Ja byłam nim zachwycona, niezwykły, artystyczny, wyjątkowo oryginalny obraz. I te fenomenalne kobiece role. Coś zupełnie innego od Green Booka, drugi biegun, ale jednak oglądałam go z taką samą przyjemnością. W sumie w zeszłym roku obejrzałam 67 filmów.

Serial roku. Trudna kategoria! U mnie na pierwszym miejscu będzie Czarnobyl, tak wiem, zero zaskoczenia, ale to naprawdę najlepszy serial, jaki widziałam rok wstecz. Na drugim miejscu poruszający The Act, czyli serial. który po prostu oglądałam zagryzając palce. Z trzecim miejscem miałam problem, bo było tylko świetnych seriali! Ale wybór padł na Russian Doll. Co by zmienić nieco klimat. Nie wszystko musi być na poważnie i oparte na faktach. Może być nieco szalenie, pomysłowo i z dowcipem.

I moja ulubiona, część muzyczna. Tę część wygrał po całości Zalewski Krzysztof. W kategorii piosenka roku, najczęściej słuchany artysta roku, płyta roku i najlepszy koncert roku. Dominator. Najczęściej słuchałam Złota i pochodzącej stamtąd Luki. Z Krzysztofem się nie żegnam, tylko płynnie przechodzę do koncertowej części. Dla obowiązku dodam, że Depeche Mode na zaszczytnym drugim miejscu. Pierwszy raz od dziesiątek lat taka zmiana! W liczbach przesłuchałam 123 dni i 22 godziny. Jak dobrze, że słuchanie muzyki nie przeszkadza w 99 % życiowej aktywności. Słucham w pracy, w drodze do pracy, i w drodze z pracy. I z rana, i przed snem. W sumie wychodzi na to, że nie słucham jedynie w kinie, kościele i kiedy śpię. Zdecydowanie żyję muzyką i chyba żyję, dzięki muzyce. Jedno z drugim się bowiem łączy.

Czas na koncerty. Ach, jak ja je kocham! Na pierwszym miejscu oczywiście będzie koncert Krzysia. Ale który? Z pewnością ten ostatni,grudniowy Solo Act. Pod każdym względem po prostu idealny. To było fantastyczne wydarzenie, które przyniosło mi wiele radości i morze przyjemności. Świetne miejsce, ciekawe aranżacje i piękne wspomnienia we trójkę. Na miejscu drugim będzie koncert Męskiego Grania. Ach, jaka byłam radosna ,że w przedsprzedaży kupiłam bilety. Miało się farta! A na trzecim miejscu będzie koncert z 4 czerwca. Tyle gwiazd na jednej scenie, ukochane przeboje z lat 80, wielkie głosy i oczywiście spełnione marzenie, czyli wchodzę na Plac Zebrań Ludowych i co? I Krzysztof śpiewa Nie pytaj o Polskę. Nie mogło być piękniej! I do tego, to był piękny, upalny dzień, bez ani jednej chmurki na niebie.

O, i tak sobie to zgrabnie, kulturalnie podsumowałam. W sam raz na weekend. Można planować nadrabianie.

Ścieżka dźwiękowa- Moloko – Familiar Feeling

Gapa

Przygniótł mnie nadmiar pracy. Szarość, która towarzyszy mi od rana do wieczora, kto ukradł moje słońce? Ta wietrzna pogoda, mam wrażenie, że w mojej głowie szaleje halny! Generalnie od kilku dni najlepiej wychodzi mi spanie i spędzanie czasu na lenistwie. Ale cóż, praca wymaga skupienia i mojej obecności. Domowe czynności nie chcą same się wykonać. Tak więc mimo wszystko nie mogę zapaść w sen zimowy. Tfu, przedwiosenny, bo zimą to co widzę za oknem z pewnością nie można tego nazwać…

Moje nieogarnięcie się bije rekordy. Wymyśliłam sobie we wtorek, że muszę odkamienić czajnik w pracy. Ok, wybrałam się w podróż do pracy i przez szaloną jazdę, która trwała całe 3 minuty ( bo pieszo nie podejmę się aktualnie dojścia do pracy) często powtarzałam sobie- kup kwasek cytrynowy. Wysiadłam z pojazdu, weszłam do Biedronki. W głowie wciąż sobie powtarzałam- kup kwasek, kwasek cytrynowy. Wzięłam opakowanie granoli czekoladowej, bo rano zauważyłam, że się skończyła. Wzięłam też zieloną herbatę, bo w mi pracy się skończyła. Zadowolona wyszłam ze sklepu, jeszcze zdążyłam wymienić kilka zdań z miłą panią kasjerką. Robię kilkadziesiąt kroków, mijam dozorcę, witam się, narzekamy na pogodę. Widzę okna biura i mówię sobie – gapo, nie masz kwasku. W tył zwrot, wracam do sklepu. Idę do odpowiedniego regału, biorę do ręki co trzeba. Podchodzę do kasy, ta sama kasjerka, mówię do niej- pani widzi jaka ze mnie gapa, przyszłam  po kwasek, wyszłam z płatkami i herbatą, ale się zorientowałam i wróciłam.

Pani dziwnie podejrzanie się śmieje, i mówi- oj, gapcio z pani.

No nie, ja mogę mówić o sobie gapa, ale pani to mnie chyba obraziła? Tak sobie dumam, kiedy słyszę

Wzięła pani proszek do pieczenia, musi się pani cofnąć po kwasek.

Zabrałam wielopak proszków z sobą i oddaliłam się z udawaną godnością…

Zdecydowanie muszę odkamienić sobie mózg!

 

Ścieżka dźwiękowa- Pet Shop Boys – Why Don’t We Live Together?

Filmowo.

Jako, że mamy weekend, czas na kilka filmowych poleceń.

Kamerdyner. Miałam bilety na ten film rok temu, ale jakoś kiepsko się czułam, za mnie poszła siostra, film się jej spodobał. Teraz moja kolej. Po dobrych i bardzo dobrych recenzjach mojej rodziny, postanowiłam sprawdzić czy mieli rację. Film był długi i faktycznie pięknie nakręcony. Gra aktorska ok. No dobrze, minusem dla mnie był główny bohater i rola Sebastiana Fabijańskiego. Nie podobał mi się sposób w jaki grał. W ogóle nie było w nim emocji, może taki był zamysł,ale mówiąc szczerze taka gra mnie męczy. W ogóle uważam,że choć wizualnie film jest piękny,to za długi. Takie rozwleczenie powoduje,że akcja traci miejscami tempo i nuży. Nie jest to zły film, ale jakoś mnie zmęczył i znużył swoją objętością. Generalnie to miłosna opowieść z wielką i bardzo trudną historią Kaszub w tle.

Córki Dancingu. Co to był za dziwny film! Tim Burton byłby zachwycony. Dwie syreny robią furorę na lokalnym dancingu. Tańczą i śpiewają jak anioły. Do tego są przepiękne. Mają tylko drobną wadę. Jak coś im nie pasuje,to potrafią kogoś zjeść. I robią przy tym naprawdę dużo bałaganu! Jest krew, są walające się wnętrzności, ale chociaż syreny nie są głodne. To film kompletnie „odjechany”. Ni to musical, ni kryminał, ni komedia. Ciężko go jednoznacznie zdefiniować  i ocenić. Podobały mi się piosenki i syrenowe wykonania. Ale niekoniecznie polubiłam się z tą „odjechaną” fabułą. Mam wrażenie, że tym filmem rządził przesyt. Momentami byłam naprawdę zmęczona.

Pralnia. Film Netflixa. Temat? Panama Papers. Obsada? Bez zarzutów. Meryl Streep, Antonio Banderas czy Gary Oldman, są gwarancją jakości. I tak, film jest dobrze zagrany. Tyle, że scenariusz nie jest idealny. Generalnie jest to film, dla pasjonatów tematu. Jeżeli ktoś oszustwami podatkowymi jakoś tak niespecjalnie się interesuje, to będzie znużony. Ja chwilami byłam. Bo choć znam temat i czytałam o nim, to jednak miałam wrażenie, że całość jest zbyt przegadana i przemądrzała. Być może nie był to najlepszy wybór na ten wieczór. Potrzebowałam czegoś lekkiego, a nie dostałam tego. Ale cały pomysł mi się podoba. Tyle, że chyba w złym czasie obejrzałam ten film. Albo naprawdę scenariusz ma braki. Jak widzicie, sama nie mogę się zdecydować!

Disaster Artist. Ten film był dla mnie wielkim zaskoczeniem, pozytywnym. To się naprawdę rewelacyjnie ogląda. Co to jest? Film w filmie, czyli o tym jak kręcono najgorszy film na świecie- The Room. W zasadzie nikt nie wiedział o co w tym filmie chodzi. Nie wiedział też sam autor. Film był robiony po kosztach, aktorzy nie wiedzieli co mieli grać, i w jakim gatunku biorą udział. To, że ten film powstał można nazwać realizacją szalonego marzenia. Premiera filmu była klapą. Nikt nie zrozumiał przekazu twórcy, za to żałosne sceny, wywoływały salwy szczerego śmiechu. I tak właśnie powstał The Room, kultowy film, który wywołuje śmiech. Miliony ludzi na całym świecie, oglądało go, by napawać się brakiem talentu i wizji. I właśnie o tym jest to dzieło. O tym wielkim marzeniu, które udało się zrealizować i do końca nikt nie wiedział, ani po co, ani dlaczego. Co w tym filmie urzeka? Genialne aktorstwo, to się naprawdę ogląda z wielkim zaciekawieniem i fascynacją. Postać reżysera-amatora, jest po prostu kapitalna. Film  więc polecam.

Córka trenera. Na ten film jak pamiętam miałam iść do kina. Ale akurat się rozchorowałam i cóż. Na szczęście pojawił się na HBO, więc mogłam go nadrobić. No i cóż. Chyba dobrze, że nie szłam do kina. Nie to, że jest zły, ale nie porwał mnie na tyle, bym żałowała, że zobaczyłam go później. Mamy ojca, trenera swojej córki, i córkę, młodą adeptkę tenisa. On jest zafiksowany na jej sportowym sukcesie, całe życie zdaje się podporządkować jej karierze. Treningi, dieta i turnieje. A ona wchodzi w taki wiek, że od tenisowego kortu woli randkowanie. I mamy konflikt interesów. Ojciec tyran trener i zmęczona tym córka. Ojciec ma zdecydowanie więcej ambicji niż ona, i przerzuca swoje wymagania, na córkę. To dobry film, dla tych rodziców, którzy uważają,że ich dzieci osiągają za mało i mają za mało zainteresowań. Czasem warto się zastanowić czego naprawdę chce nasze dziecko, a nie tylko, czego oczekuje rodzic.

 

Ścieżka dźwiękowa- Archive – Now and them

Minął miesiąc. Grudzień.

Minął miesiąc. I przy okazji minął rok. O, wyjątkowo szybko minął ten grudzień. Za szybko!

Wiadomo, grudzień to wielkie odliczanie i oczekiwanie na Święta. I na wolny czas. To odliczanie można określić ilością zjedzonych czekoladek z kalendarza adwentowego i ilością wyrzuconych worków ze śmieciami, jakie się zapełniło podczas generalnych porządków. To był dość fajny grudzień. No oczywiście, byłby lepszy gdyby nie kolejne zapalenie zatok, ale wiadomo, stan chorobowy to u mnie już niemal norma. Niestety. Nie lubię antybiotyków, kataru i bólu głowy. I tych nieprzespanych nocy przez zatkany nos. Do tego nie mogłam wziąć zwolnienia, więc całą chorobę byłam w pracy. Jakoś dałam radę, z dużym naciskiem na jakoś.

Początek miesiąca był naprawdę udany. Udało mi się spotkać z przyjaciółką, wybrać na jarmark, kilka razy wpadłam do miłych kawiarni. I do knajpek tak samo. A na sam koniec miesiąca,zrobiłyśmy sobie babskie spotkanie. Było zupełnie jak na studiach. Plotki,śmiech,te poważne sprawy i zupełnie błahe. I piernikowe cappuccino. I cytrynowy sernik.

Grudzień to oczywiście koncert Krzyśka. Co z tego,że z tym chorym i niemym gardłem! Było wspaniale. Ciągle miło go wspominam. Za to uwielbiam koncerty, te emocje buzują we mnie tygodniami.

Grudzień to kolejna  oczywistość – Święta. W tym roku bardzo udane. Rodzinne, smaczne i bogate w prezenty. Wiem, że jestem grzeczna, ale żeby aż tak? Nie spodziewałam się. I dzięki temu prezentowi w postaci biletu na koncert Dawida P.,  mam na co czekać i do czego odliczać czas. Zostało tylko pięć miesięcy. Prawie jak jutro!

Po Świętach był pokręcony czas w pracy. Taki kiedy nie wiesz, który to dzień tygodnia. Pracowałam dzielnie, nawet w Sylwestra. W tę noc nie robiłam nic ciekawego. Zrobiłam ciasto, i sałatkę. Poszłam na Mszę, która była podziękowaniem za cały miniony rok. Jak wracałam to miasto szykowało się na pożegnanie roku. Słychać było próbne wystrzały fajerwerków, ludzie pędzili na pierwsze imprezy. A ja spokojnie szłam do domu. Trochę czytałam, trochę słuchałam, trochę posiedziałam z rodzicami. O północy wyszłam pooglądać pokaz fajerwerków. Niedaleko, pod dom. Potem standardowo, łyk szampana, kawałek ciasta, i kąpiel w pianie. Po wszystkim oglądanie fajerwerków z Londynu i Lizbony. I spać. Ot, całe moje szaleństwo. I w taki oto sposób zakończyłam grudzień, jak i cały rok!

Ścieżka dźwiękowa- Celeste- Strange

Karmaniola, czyli od Sasa do Lasa.

Bardzo lubię teatr. I chodzę tam za rzadko. Ale czasem się udaje zdobyć bilety na interesującą mnie sztukę. Bo ja gapa jestem tak naprawdę i zamiast za pięć dwunasta, budzę się kwadrans po i biletów brak. Tym razem byłam na sztuce, o której mówiło się na mieście, że jest genialna. Poszłam,sprawdziłam i faktycznie,było rewelacyjnie. Kto będzie miał okazję niech obejrzy. A o czym to jest? Ano o Polsce i Polakach. I podziałach między nami. I o tym,że na te sprawy, każdy z nas ma swój pogląd, oczywiście ten jeden, jedyny i słuszny. Całość dzieje się w czasie Rewolucji Francuskiej, ale genialnie pasuje do współczesności. I bardzo zgrabnie łączy przeszłość z teraźniejszością. Ja nie tylko dobrze się bawiłam,ale i miałam okazję do przemyśleń. Dodam, że cały spektakl ma bardzo żywe tempo, a jedną z głównych ról gra… szubienica!

W tym roku postanowiłam zdecydowanie częściej chodzić do teatru! A Wy kiedy ostatnio na czymś byliście?

Ścieżka dźwiękowa -Marianne Faithfull – The Gypsy Faerie Queen 

Minął grudzień. Książkowo.

Czas na książkowe podsumowanie minionego miesiąca. Grudzień był deszczowy i miał trochę wolnych dni, więc sprzyjał czytelnictwu po całości! Przeczytałam więc 17 książek.

Czas na minus miesiąca. Sarah Sheridan i Na gwiaździstych morzach. Piękna okładka i bardzo kuszące recenzje. Rozmarzyłam się na myśl o tej niezwykłej powieści, pachnącej czekoladą, odwagą i przygodami.
No cóż, przyszło mi się rozczarować. Książka opowiada i owszem o odważnej kobiecie, pionerce dalekich podróży i nawet jest na statku transport czekolady, ale całość nuży. Mam wrażenie, że jest to efekt stylu pisarki,a raczej jego braku. Zdecydowanie pozytywne recenzje są przesadzone.

Teraz książka, która zrobiła na mnie neutralne wrażenie. To znaczy w sumie się zawiodłam, bo oczekiwałam wielkiego wow, a tego nie było. Były świetne momenty, ale i momenty kompletnej nudy. Norwegian Wood, Murakaniego, nie okazało się książka, która mnie zachwyciła po całości, a raczej wywołała mieszane odczucia. Norwegian Wood to książka, która toczy się powoli. Jest czymś w rodzaju pamiętnika. Pamiętnika młodego studenta. Przeżywamy z nim miłości, egzaminy, przyjaźnie…
Chwilami ta historia nuży, aż chciałoby się krzyknąć, by coś zaczęło się dziać. A zaraz znów poddajemy się tej leniwej narracji. I nie wyobrażamy sobie by mogło być coś inaczej. No cóż, ta książka wzbudziła we mnie skrajne emocje. Od zachwytu, do znudzenia. Nie jest to książka, którą polecam na pierwsze spotkanie z tym pisarzem. Ja na szczęście, wiem na co go stać, ale o tym w części plusów miesiąca.

Normalny człowiek nie robi rzeczy, których musiałby się wstydzić.

Wielki plus? To będzie Nóż autorstwa Jo Nesbo.Harry, znowu się spotykamy. I wracamy do punktu wyjścia. Gdzie ten ułożony, kochający i kochany mąż i ojciec? No gdzie?
Harry pije, wyrzuciła go żona, do tego pewnego dnia budzi się cały we krwi. I w ten poranek dostaje najgorszą z możliwych wiadomości. Dotyczy ona jego ukochanej….
Nesbo w najwyższej formie. Świetnie poprowadzone wątki osobiste, ale i genialna sprawa kryminalna. Ta jak żadna inna, dotyczy Harry’go osobiście. Angażuje go w stu procentach i rzuci się cieniem na całe jego życie.
Maksymalnie wciągająca, intrygująca, przepełniona papierosowym dymem, alkoholem i dobrą muzyką. Tej książki nie chce się odkładać na półkę!

Jeśli wchodzisz w układ z diabłem, powinieneś zadać sobie pytanie, dlaczego diabeł uważa ten układ za dobry.

I teraz wracam do Murakaniego. Norwegian Wood mnie nie urzekło, sięgałam więc po Kafkę nad morzem, z pewną nutą niepewności. Okazało się, że Kafka dosłownie mnie pochłonęła.
Mamy tutaj wielowątkową powieść, które jak się okazuje, wiele łączy. Zaczyna się od ucieczki 15 letniego chłopca z domu. I ta ucieczka, to podróż przez różne stany wyobraźni.
Nierzeczywista, bardzo metaforyczna, piękna, utkana z tysiąca mądrych zdań. Z czystym sumieniem mogę polecić ją każdemu!

Niezależnie od obrotu Ziemi wszyscy żyją w snach”.

Ślepy Zabójca, Margaret Atwood. Byłam zaskoczona, że Atwood wzięła na warsztat taką opowieść. Dość banalną i do bólu obyczajową, zwyczajną. Faktycznie gdyby ktoś inny pokusił się o opisanie losów tych dwóch sióstr, to wyszedłby z tego byle jaki melodramat. Ale jeżeli za taką rodzinną sagę bierze się genialna Atwood, to wiadomo, że nie będzie banalnie i byle jak.
Oglądamy świat oczami dziecka, nastolatki, młodej mężatki i dorosłej, statecznej kobiety. To bogaty, ale i tragiczny świat. Świat gdzie nad uczuciami górują interesy i pozory.
Ta historia pokazuje kunszt autorki. Piękno jej słowa, i bogatą duszę.

Bo co to właściwie oznacza: pochodzenie? Ludzie zasłaniają się tym, żeby usprawiedliwić własny snobizm albo swoje upadki.

Pamiętam,że pierwszą książkę Yrsy Sigurdardottir, kupiłam na jakimś kiermaszu za złotówkę. Wyjątkowo mi się spodobała. Wyjątkowo. Wiedziałam,że ta pani ma w sobie wielki talent. I Odziedziczone zło to potwierdza. Nie łatwo mnie przestraszyć, ale tak, po tej książce bałabym się jechać na Islandię!
Solidny i niezwykle trzymający w napięciu kryminał. Ciemna i zimna Islandia i kilka brutalnych morderstw, które z pozoru zupełnie nic nie łączy. Miliony tropów, a głównym świadkiem jest małomówna siedmiolatka. W tej książce urzekło mnie wszystko, dosłownie nie mogłam się oderwać od niej. Chcę poznać więcej książek tej autorki!

Kto przychodzi o północy w odwiedziny?
Nikt dobry.

Maxime Chattam tworzy genialne książki, z pogranicza thrillerów i kryminałów. Otchłań zła to książka, którą ostatnio przeczytałam. Chattam jest mistrzem w swoim gatunku. Tworzy skomplikowane kryminały, które naprawdę przerażają i wbijają w fotel. To książki, które nie pozwalają zasnąć i zakłócają spokój dnia codziennego. Nie można się od nich oderwać, choć z drugiej strony, tyle w nich, grozy, niepokoju i napięcia,że ma się non stop dreszcz przerażenia. To książka dla tych, którzy nie boją się wejść w mroczny świat morderstw na kobietach.

Śmierć przeszkadza;śmierci się nie lubi,a kiedy się zdarza,lepiej,żeby to było z dala od naszych oczu.

I na sam koniec Ciemna strona miłości, Rafika Schamiego. Romeo i Julia w wersji syryskiej. Dwa skłócone rody i wielka miłość. Do tego monumentalna historia tych rodów i ogólna historia Syrii, która nie należała do najprostszych.
Piękna, choć momentami zbyt monotonna, można by nieco ją skrócić, nie każdy ma siłę przebrnąć przez 900 stron. Ale ogólnie warto, historia robi wrażenie. Zupełnie inny świat, zupełnie inna kultura i miłość, która chce przezwyciężyć wszystkie przeszkody!

Wiara rzadko przenosi góry, zabobon jednak zawsze całe narody.

Podzielę się też z Wami moim noworocznym postanowieniem!


Ścieżka dźwiękowa- Jose Gonzalez – Stay Alive

Nowy Rok

Za moment powitamy Nowy Rok. Czego Wam i sobie przy okazji życzę? Długo nad tym myślałam, ale ten rok pokazał mi, że jedyne czego człowiek potrzebuje do szczęścia, to po prostu zdrowie. Kiedy ono jest, to damy sobie radę ze wszystkim. Będziemy mieć siłę by pokonać wszelkie przeciwności, i siłę by cieszyć z miłych chwil.

Także ja Wam życzę po prostu zdrowego Nowego Roku. I tego by mieć co wspominać.

Świętujcie jak chcecie. Pod kocem, na imprezie, przed telewizorem, czy na balu.

Do poczytania w Nowym Roku!

Ścieżka dźwiękowa- Męskie granie- Sobie i Wam

Święta, Święta i znów po

Było jak co roku. Tyle przygotowań, a wszystko przeleciało błyskawicznie. Takie solidniejsze przygotowania świąteczne zaczęły się w piątek. Wtedy to siłą zmusiłam ojca do zakupów prezentowych. Bo dość miałam corocznego ganiania w Wigilię za podarkami, bo tata nie wiedział co komu kupić. Mamie wybrałam pierścionek z szafirem. Jej wymarzony. Tata płakał jak płacił, ale cóż. Dla siostry wybrałam książki, listy Wisławy Szymborskiej. Liczę po cichu, że da mi poczytać. Z bratem problemu nie miałam. Ja sama nie wiem, czy te prezenty dla niego, to kupuję dla niego, czy dla siebie? W tym roku padło, a jakże, na grę. A jaką? Grunt to zdrowie. No dobra, marzyłam o niej. A, że brat na tej medycynie, to jak nic jemu pasuje. Jestem po 2 wieczorach pełnych gry, i cóż, to był strzał w 10. Dla siebie problemu nie miałam. Owszem, wielbię prezentowe niespodzianki, ale tym razem sama wybrałam sobie prezent i z braku niespodzianki byłam wyjątkowo zadowolona. Prezentem był bilet na koncert Dawida Podsiadło. Bilet kupiłam sama, tatko oddał mi pieniądze. Udawane zaskoczenie ćwiczyłam dzielnie cały kwadrans. Wyszło wyjątkowo przekonująco! Naprawdę przekonująco!

W sobotę wstałam bardzo wcześnie. Ustaliłam sama z sobą, że będę piec śliżyki. Tak mnie wzięło, że od 4 w nocy, tudzież nad ranem, nie spałam i czekałam na moment by nastawić ciasto drożdżowe. Ostatnie porządki i prace kuchenne. To był męczący, ale całkiem miły dzień.

Niedziela to totalne szaleństwo. Wyprawa po ryby, była wyzwaniem. Kolejka, kolejka i jeszcze raz kolejka. No, ale chciało się ryby prosto ze stawu. Na szczęście właściciele zadbali o klientów, rozdawali grzaniec, kawę i ciasto. Na szczęście ja zawsze mam przy sobie czytnik. Stojąc w tej kolejce ogarnęłam 100 stron. Byłoby więcej, ale mój tata zakręcił się tu i tam, i dostał rybę spod lady, poza kolejką. Brawo on. Potem choinka, przepiękna jodełka. I kolejne zakupy. Kolejki do kasy zdawały się nie mieć końca. Jako, że byłam tak zachwycona choinką, z marszu zaczęłam ją ubierać. Zawsze czekałam do Wigilii, ale teraz poleciałam do piwnicy po „grudniowe” kartony i ozdobiłam  drzewko. Moim zdaniem pięknie, w dymnym różu i srebrze. Bez łańcuchów i dziwactw. Sama elegancja.  A potem uparłam się, że sama powieszę kurtynę świetlną na oknie. Nie powiem ile razy mi spadła, bo straciłam rachubę…. I musiałam pakować prezenty. I zabrakło mi papieru. I dobrze, że to była niedziela handlowa!

photomania-f82a1801548ee8b91d6ba38f2e7d7863
Moja choineczka!

W poniedziałek rano musiałam iść/jechać do pracy. Najpierw byłam niezbyt zadowolona z tego faktu, ale ostatecznie uznałam, że to nawet mi pasuje. Po tamtej stronie miasta jest bowiem świetny sklep ze wspaniałym serem na sernik. W pracy nie posiedziałam długo, za to kupiłam co miałam, i to bez kolejki. Następnie poleciałam do biblioteki, oddać solidne zapasy i poczynić nowe. A potem do Młyna po porcję bananowych czipsów, kasz, miodu i herbat. Tym razem wybrałam słony karmel. Ale daję słowo, następnym razem będzie banan w czekoladzie. Wolnym spacerem wróciłam z siostrą do domu. I jak tylko weszłam, to zostałam wysłana na kolejne zakupy. Te trwały długo, głównie przez zepsuty bankomat i brak mielonych orzechów włoskich. Gdzieś po 13 udało mi się zjeść śniadanie. Zaraz potem ruszyłam do kuchni. Na pierwszym planie pojawił się piernik według przepisu Magdy Gessler. Następnie zajęłam się maślanymi ciasteczkami do maku. Ja, kuchnia i cisza. Jak ja to lubię. Wałkowanie to najlepszy relaks. Aczkolwiek gdzieś tak przy trzeciej blaszce odczuwałam pewne znużenie. Ale za to wyszły mi najlepsze kruche ciastka na świecie! To był długi dzień.

Rano zakup pieczywa, ku memu zaskoczeniu obyło się kolejek. W ostatniej chwili złapałam też paczkę suszonych fig do maku. Pieczenie najlepszego piernikowego sernika na świecie poszło gładko. Potem nastąpiła żmudna produkcja uszek. Tutaj przydał się mój uszkowy wspólnik. Brat wałkował dzielnie, ja lepiłam, a potem smażyłam. Przy okazji śpiewamy, gadamy, dzielimy się marzeniami. Dwie godziny i 3 michy gotowe. Smażone uszka są najlepsze na świecie, serio, nie wiem czemu ludzie je gotują? Nie wiem też dlaczego u nas się je smaży? Ot, tajemnica rodzinna. Uszka gotowe? To robimy sałatki. Krojenie warzyw wymaga cierpliwości, ale dla takich nerwusów jak ja, to cenna lekcja. Następnie pozostało już tylko czekanie. I wybranie sukienki na wieczór. I ostatnie poprawki, sianko pod obrus, pomarańcze i goździki, ułożyć talerzyki i obrać mandarynki do maku. Kiedy przyjechała babcia, wszystko się zaczęło. Tata czytał fragment Pisma Świętego, tak się rozpędził, że dojechał do Trzech Króli. Dzielenie się opłatkiem i szczere życzenia. A potem kolacja, długie rozmowy, gorący barszcz, faszerowany szczupak i śledzik po betlejemsku. Prezenty, jestem mistrzem ceremonii. W tym roku wręczanie podarków trwało i trwało. Uwielbiam dawać prezenty i widzieć radość jaką dają. Lubię też je dostawać. Wymarzone książki, ulubione perfumy, piękna biżuteria, cudowne kosmetyki i imponująca koperta. Potem kompot, mak z ciasteczkami, sprzątanie. Zasypiam wśród choinkowych lampek. To był piękny dzień i jeszcze piękniejsza noc.

W środowy poranek nie dane mi było długo pospać. Razem z siostrą umówiłyśmy się,że idziemy na Mszę o 8 rano. Potem mały spacer. Po powrocie kubek herbaty z malinami, i świąteczny seans. Padło na Święta Last Minute. Późne, długie i leniwe śniadanie, oczywiście bardzo pyszne. I oczywiście turniej gier planszowych. Nikogo nie zdziwiło, że królem rodzimej służby zdrowia został mój brat. Kombinowanie by pierwszym dostać się do specjalisty, ma opanowane do perfekcji! Czas się poruszać, był więc przedwieczorny, świąteczny spacer. I późna obiadokolacja. I jedzenie sernika w pościeli, przy akompaniamencie kolęd.

Czwartek, i poranny mały smuteczek, to już ostatni dzień Świąt! Tyle przygotowań i proszę. Minęło zdecydowanie zbyt szybko! Wielki kubek zielonej jaśminowej herbaty, zapas mandarynek, oglądamy Klausa. Jak ta animacja nas wzruszyła! Prawie się popłakałam! Potem idę z  tatą na cmentarz. Jest brzydko, ale miło. Spotykamy babcię i taty brata. Biorę babcię pod rękę, ona wspomina wigilię i mówi,że nie pamięta milszych Świąt. Rozmawiamy i żartujemy. Moja babcia za kilka dni kończy 88 lat, ale mimo licznych chorób, entuzjazmu i energii do życia, to jej zazdroszczę! W domu czeka na nas śniadaniowy szwedzki stół. Wybieram a jakże, sernik! Po późnym śniadaniu ruszamy na coroczną wycieczkę szlakiem ulubionych szopek. Taka nasza tradycja. Trochę ruchu, szukanie miejsca do parkowania i powrót dziecięcej radości, kiedy widzę ruchomą szopkę. W domu czeka na nas gęś, reszta barszczyku i uszek. I długa kolacja. A po niej kolejny wieczór, makowiec, piżama i wspólne oglądanie filmu.

Jak zwykle, Święta minęły za szybko. W piątkowy ranek musiałam iść do pracy. Ale szłam naładowana, pozytywną świąteczną atmosferą.

Ścieżka dźwiękowa- Archive – Baptism

Święta,święta.

Już za moment i za momencik nadejdą Święta. Jedni je lubią, inni nieco mniej. Jedni czekają na prezenty, inni na zapach choinki. A innych to denerwuje i najchętniej przespaliby cały świąteczny czas. Jedni od miesięcy szukali idealnych prezentów, zagniatali ciasto na staropolski piernik, myli szafy, szorowali parkiety i przeglądali rodowe srebra. Inni mieli to w nosie. Nieważne jak,najważniejsze,że już jest. Jest ten wyjątkowy czas. Oczywiście nie każdy świętuje,ale każdy lubi zwolnić, odpocząć, może się wyciszyć, albo przeciwnie,nadrobić towarzyskie zaległości. Jedni będą leżeć w piżamie i oglądać powtórki Kevina. Inni kolędować od domu do domu, zajadać pyszności i cieszyć się gwarem.

Nieważne jak, ale najważniejsze,że w zgodzie z sobą. W spokoju i w zdrowiu. I w radości. Wesołych Świąt.

Ścieżka dźwiękowa-Bob DylanMust be santa