Serialowo

Serialowe rekomendacje, czyli coś co idealnie pasuje do weekendu.

Pracujące mamy. Ten serial był jednym z moich porannych odkryć. Krótkie odcinki, w sam raz do śniadania. Ciekawe tematy, i chociaż nie mam dzieci, to losami bohaterek mocno się przejęłam i serial oglądałam z wielką przyjemnością. Niestety Netflix przez długi czas ignorował drugi sezon. No, ale przy okazji sezonu numer trzy, poszedł po rozum do głowy. Pojawił się więc sezon numer dwa i numer trzy. Obejrzałam ciurkiem. W życiu bohaterów wiele się zmieniło, dzieci trochę podrosły i podreptały do przedszkola. Niektóre związki się rozpadły, jedne przyjaźnie zostały wystawione na próbę, zmiany w pracy, problemy z dziećmi. Oj, dużo się działo! Bycie rodzicem to wielkie wyzwanie, bohaterowie się nie nudzą. Bo to serial nie tylko o matkach, ale i ojcach. Niektórzy są samotni i muszą występować w roli matek, inni towarzyszą matkom w codzienności, a jeszcze inni zdradzają swoje partnerki i odsuwają od rodziny. Samo życie. Anne ma problem z wchodzącą w wiek nastoletni Alice, ta to dopiero testuje jej cierpliwość. I nie ma znaczenia, że Anne jest szanowaną psychiatrą, dojrzewanie Alice daje jej solidnie w kość. Frankie próbuje wyjść na prostą, chce dojrzeć i sumiennie wychowywać małą córeczkę. Kate i Nathan mają problemy, obydwoje dużo pracują, ale on myśli o rodzeństwie dla Charlie’go. A Kate niekoniecznie ma ochotę na powtórne macierzyństwo, chce zająć się pracą. Ian musi stawić czoło rozpadowi związku i zająć się Zoe. Serial uwodzi lekkością, ironią i niewymuszonym poczuciem humoru. Oczywiście pewne sytuacje są kompletnie przejaskrawione, ale jednak nie odbiegają za bardzo od codziennego życia. Ogląda się lekko i przyjemnie. Można się pośmiać,a chwilami pocieszyć, że nie mam dzieci, które robią aż tyle zamieszania. Generalnie bardzo polecam. Mamom i tym co dzieci nie mają. Każdy znajdzie coś dla siebie, i każdemu ten serial poprawi humor. 3 sezon kończy się w taki sposób, że następny jest koniecznością. A już zaciskam palce, jak rozwiążą się te wszystkie problemy i dylematy!

Stranger Things. Bardzo, ale to bardzo czekałam na tę kontynuację. Co prawda drugi sezon był już trochę za szalony jak dla mnie ( jeżeli oczywiście w tym serialu, cokolwiek może być za szalone, skoro wszystko jest totalną bajką), a ten jest szalony ponad miarę. Te wszystkie niesamowite wydarzenia, są tak niesamowite, że kompletnie nie wiem o co tutaj chodzi. I chwilami fabuła mnie przeraża, a czasami po prostu śmieszy. Nie wiem kto to pisał, i co takiego popijał/co zajadał, że posiadł aż taką wyobraźnię, ale jestem zawiedziona. Realizmu zero, i owszem kilka scen mnie przestraszyło, ale w następnej scenie płakałam ze śmiechu. Są plusy, świetna gra aktorów i muzyka. Tak, muzyka niezmiennie robi dobry klimat. A młodzieżowi aktorzy są naprawdę świetni, ale te wszystkie super laboratoria i potwory z roztopionych ludzi, są idiotyczne. Zakończenie jest otwarte, boję się, że pojawi się sezon 4. Nie wiem czy będę go oglądać. Jestem rozczarowana, mocno rozczarowana.

The Act. Ten serial obejrzałam z ogromnym zaciekawieniem. Opiera się na prawdziwej historii. To mini serial, tylko kilka odcinków, niezwykle wciągająca fabuła, zaczyna się oglądać, mijają dwa dni i serial obejrzany. Polecam zrobić sobie z nim weekendowy maraton. Gypsy Rose porusza się na wózku, ma tysiąc chorób. Jest całkowicie uzależniona od matki. A ona robi wszystko po pomóc swojej córce i zapewnić jej dobre życie. Jest jej ciężko, bo samotnie wychowuje córkę, ale tak bardzo się stara! Z daleka widzimy trud Dee Dee Blachard by Gypsy miała nieco radości z życia. Ale to fasada. Gypsy dorasta, coraz więcej rozumie i dojrzewa. I odkrywa z przerażeniem, że ukochana matka ją rani i wykorzystuje. Nie pozwala jej dorosnąć. A co najgorsze, Gypsy w ogóle nie jest chora! Kiedy uświadamia sobie ile straciła, nie potrafi się z tym pogodzić. Gypsy z matką żyją z dobroci innych ludzi, poruszonym chorym dzieckiem, nie może więc nagle wyzdrowieć. Ale rodzi się w niej bunt. A któregoś dnia pod różowy domek podjeżdża policja…. Ten serial ma genialną obsadę. Przyznam szczerze, że głównej roli nie udało mi się rozpoznać Patricii Arqeutte! Do tego mamy wrażenie, że oglądamy dokument, identyfikujemy się z bohaterami, przeżywamy z nimi te wszystkie emocje do samego końca. Zdecydowanie jeden z lepszych seriali jakie widziałam! I na koniec muszę to powiedzieć – to trzeba zobaczyć.

Dom z papieru. Tą kontynuacją byłam szczerze zaskoczona. Bo co tu kontynuować? Serial się skończył, i tyle. Ale nie, z wielką pompą promocyjną, ogłoszono, że oto jest, kolejna część historii o niezwykłej grupie złodziei. No i powiem Wam, ta kontynuacja jest jedną z najbardziej żenujących kontynuacji serialowych. Z absurdalnych pomysłów scenarzystów można tylko się głośno śmiać. Podobały mi się dwa dialogi. Na cały sezon. Reszta była po prostu nudna i bez sensu. Otóż grupa złodziei postanawia powrócić. I przeprowadzić podobną akcję co poprzednio, a celem jest wyciągnięcie kompana z więzienia. Grupa się zbiera, a nawet rozszerza. Większy skład, jeszcze bardziej przemyślany plan, jeszcze większe wyzwanie i wiara w sukces. I mówiąc szczerze, to jest naprawdę złe. Nawet bardzo złe, po prostu absurdalne. Nie powiem czy akcja będzie udana czy też nie. Mówiąc szczerze, jeżeli podobała się Wam część pierwsza i chcecie zostawić sobie pozytywne wrażenia, to ten sezon możecie śmiało odpuścić. Uznać, że po prostu nigdy nie powstał i tyle. Nic nie tracicie. Nic a nic.

dom-z-papieru-3-rozmawiamy-z-obsada_5d31fb5f

 

Ścieżka dźwiękowa- Stereophonics – Dakota

 

Reklamy

Minął sierpień. Książkowo.

W sierpniu na liczniku 15 książek. No cóż, nie zwalniam tempa!

Porażką sierpnia, będzie książka, którą przeczytałam w czasie podróży. Była głupia, nudna, bez sensu i idealna na podróż w olbrzymim upale. Nie trzeba przy niej myśleć, można śmiało omijać co drugie zdanie, a i tak wiadomo o co chodzi. Szczegółowo nie będę nakreślała o co w niej chodzi, bo w zasadzie chodzi o to, że ona i on, no lubią się i mogliby non stop. To już wszystko wiecie. Beznadziejna książka, ale jak ktoś lubi to może dojrzy w niej głębię. Ale raczej bym na to nie liczyła. Tą książką jest Gdy upadnę. 

Co będzie największym plusem sierpnia? Mam dwie takie książki. Pierwsza to książka o dziwnym tytule- Bum, autora Mo Yana. Z pewnością jedna z najbardziej absurdalnych i oryginalnych książek, jakie w życiu przeczytałam.
Chwilami odrzucająca, uwaga wegetarianie mogą być zniesmaczeni. Ostrzegam, sporo miejsca zajmują opisy jedzenia psiego mięsa. Dostajemy obraz chińskiej prowincji.
Specyficzna, nie dla każdego. Z pewnością jej lektura dostarcza spektrum różnych wrażeń. Sama nie wiem czy bardziej mi się podobała, czy przerażała łamane na odrzucała. Ale z pewnością styl pisarza przyciąga i nie pozostawia obojętnym.

Powieść nie powinna poświęcać swojej godności tylko po to, by zadowolić goniące za sensacją czasy. Nie powinno się jej skracać, ograniczać i upraszczać jedynie po to, by przypodobać się gustom pewnej grupy czytelników.

Kołysanka, to książka Leili Slimani. Młode małżeństwo z dwójką malutkich dzieci zatrudnia nianię. Louise, nie tylko uwielbia małą Milę i jej brata Adama, ale i kocha ich rodziców. Sprząta, gotuje, zaczyna czuć się jak członek rodziny. Z przerażeniem dowiaduje się, że mały Adam pójdzie niebawem do przedszkola, i jej obecność w domu tej rodziny,dobiega końca…
Przerażająca to historia. Opisana na sucho, niczym notka w gazecie. Potęguje to niezwykle duszny klimat.
Z pewnością jedna z ciekawszych książek, jakie ostatnio przeczytałam.

Z dziećmi człowiek czuje się samotny. Ich nie obchodzi nasz świat. Domyślają się jego brutalności, ciemnych stron, ale nie chcą o tym słyszeć.

Idziemy dalej. Czas na Ofiarę, wspaniałej Joyce Carol Oates, którą szczerze wielbię. Wielowątkowa historia mistrzyni opowiadań, jaką jest Oates.
Tym razem poznajemy historię nastolatki, domniemanej ofiary rasistowskiego gwałtu. To nie tylko psychologiczne stadium dramatu, ale i powieść obyczajowa oraz kryminalna. Ameryka w pigułce. Bolesne rozliczenie się w mitu amerykańskiego snu. |Ta powieść jest gorzka, smutna i szczera. Oates pokazuje najgorszą stronę ludzkiej natury, kiedy to na dramacie nastolatki, jej otoczenie chce ugrać coś dla siebie. I w dramacie widzi się szansę…
Czytało się ją dosłownie jednym tchem.

I TO PRZEMINIE- domyślał się, że miały służyć pocieszeniu, ale chyba niezbyt radosnemu. Jakby ktoś, kto siedzi na wózku inwalidzkim mówił, że i tak pada, więc nie można wyjść pograć w piłkę.

Czas na kolejną książkę. Zapiski niewidomego taty, przeczytałam drugi raz. No dobrze, może i przez przypadek, ale co z tego, skoro świetnie się czyta tę pozycję? Ryan to mężczyzna po trzydziestce, niedawno się ożenił z miłością swojego życia, szuka mieszkania wygodnego dla rodziny,bo marzy z żoną Tracy o potomku,i nie byłoby nic w tym nadzwyczajnego gdyby nie fakt,że Ryan jest niewidomy.
Retinopatia powolnie odbierała mu wzrok, zdążył opanować życie w niemal ciągłej ciemności,ale czy da sobie radę z niemowlakiem w domu? Czy będzie wsparciem dla żony? Czy pokocha dziecko, którego nigdy nie zobaczy?
Autor bardzo lekko opisuje swoje perypetie, nie oczekuje współczucia, a jedynie opowiada o swoich dylematach i codzienności. Najpierw jest to walka o ciążę, potem codzienność z córeczką Tess.
Bardzo ciekawa książka, która trochę wzrusza, trochę śmieszy,ale ujmuje szczerością.

Czasami dobrze jest przekazać kontrolę komuś innemu. Czasami miło jest zdać
się na mądrość i doświadczenie innych ludzi i uniknąć odpowiedzialności za trudne
decyzje.

Na koniec polecam autobiografię niezwykłej postaci, mistrzyni polskiego kryminału, czy książkę Joanny Chmielewskiej, o Joannie Chmielewskiej. Życie ( nie )całkiem spokojne, jest świetną okazją, by poznać autorkę książek nieco bardziej prywatnie. Poznać jej dzieciństwo i życie, w którym aż iskrzyło od niesamowitych wydarzeń! Książka kipi od humoru i autoironii. Śmiało mogę powiedzieć, że czyta się sama. A po lekturze tej książki, można odnaleźć w wielu przygodach Pani Joanny, sytuacje i bohaterów z jej powieści. Wszystkim fanom literatury tej autorki, polecam tę książkę. A „nie”fanom też, genialnie poprawia nastrój. A już szczególnie opis zdawania egzaminu na studia!

A tymczasem ja już nie mogę się doczekać wrześniowego podsumowania. Będzie się działo! Bo w sierpniu byłam nieco w wakacyjnym klimacie, i czytałam książki, które pozwoliły mi przetrwać kilka dalekich podróży, ale wracam do naprawdę wyśmienitych pozycji.

Ścieżka dźwiękowa- Belle & Sebastian – I Want The World To Stop

 

Wilanów i reszta

Kiedy jestem w Kozienicach, to wiem, że muszę odwiedzić Warszawę. To nie tak , że ja jakoś kocham tę Warszawę. Ale nigdy nie opuszczę okazji spotkania się z E. Choćby miało ono trwać kilka chwil, ale muszę bo się uduszę i kropka.

W tym roku ominęłam Starówkę, bo pewnie wygląda tak samo jak rok wstecz, zamiast tego postanowiłam odwiedzić Wilanów. Pierwszy raz, owszem kiedyś już byłam, ale było za późno na zwiedzanie i zostało mi przejście się po bezpłatnej części parku, zrobienie zdjęcie z oddali i to tyle. Tym razem miałam czas i weszłam i do pałacowych ogrodów i do samego pałacu. No cóż, ze względu na prace remontowe część ogrodu była wyłączona ze zwiedzania, jak i część pałacowych pokoi, ale nie miało to znaczenia. Wejść było zdecydowanie warto. Zwiedzanie trwało około 1, 5 godziny= pałac plus ogrody. Ogrody latem są przepiękne, soczyście zielone, pełne kolorowych kwiatów. Do tego pięknie utrzymane, dające cień, po prostu bajeczne. Pałac zaś wzbudza zachwyt przepychem. Co prawda nie mogłabym mieszkać w takich wnętrzach, bo czułabym się jak kustosz w muzeum, ale nie ukrywam, że pałacowe wnętrza robią wielkie wrażenie. Uwielbiam spacerować po miejscach pełnych historii, takie małe zboczenie „zawodowe”. Więc się przeszłam, zachwyciłam i serdecznie polecam. Wilanów jest piękny i warto go odwiedzić. Jedynym minusem są ceny biletów, kiedy idzie się większą grupą, to płaci się jak za obiad w knajpie. Ale jeżeli polujecie na okazję, odwiedźcie Wilanów w czwartek, wejście jest darmowe. W okolicy działa wiele knajpek, więc po tym jak nasycicie oczy i duszę pięknymi widokami, to możecie nasycić i ciało. Ale ostrzegam ponownie, ceny są dość pałacowe.

Jako, że mam z E., stałą miejscówkę na spotkania-to chyba będzie nasza tradycja, spotkałyśmy się nad Wisłą-jeszcze bez ściekowej awarii. Był więc spacer, i tradycyjny obiad w mlecznym barze. Kompot, placki, mrożona herbata i dużo rozmowy. Czego chcieć więcej? Bardzo żałuję,że nie mamy siebie bliżej i bardziej na co dzień, ale cieszę, że udaje nam się regularnie spotkać. I pielęgnować już bogatą stażem znajomość, którą zapoczątkowała wspólna miłość do zespołu o nazwie Kasabian. Miłość do zespołu nam obu nieco zbladła i zmalała, ale za to sympatia do siebie rośnie. A poza na bulwarze było bardzo przyjemnie i to moja obowiązkowa pozycja podczas wizyty w stolicy. Ale, ale, chodzę tam za dnia. Wieczorami pewnie nie byłabym zachwycona. Za głośno, tłoczno i zbyt alkoholowo. Ale za dnia… Za dnia jest tam niezwykle przyjemnie. Jest też nasza Syrenka, czyli bar mleczny, piękne widoki i masa okazji do rozmowy. Tak się cieszę, że znam E., i że cały czas udaje nam się przyjaźnić, mimo niemałej odległości. Jestem pod wrażeniem, że potrafi olać pracę i wyjść mi na spotkanie w taki sobie zwykły wtorek. To się nazywa przyjaźń!

Reszta dnia upłynęła nam na podróży do domu. O dziwo bardzo szybkiej, sprawnej i komfortowej mimo upału. Tylko jakoś mojej głowie, ciężko było wrócić do domu… I w sumie ciągle jest mi ciężko 🙂

psx_20190911_2050554186122754060616718.jpg
Pałac 

psx_20190911_1911004769635463587936605.jpg

psx_20190911_205036592686269857148950.jpg
Mam bilecik
psx_20190911_205121331248781022954183.jpg
Sypialnia 
psx_20190911_1911536632339094219036736.jpg
Ogrodowo
psx_20190911_1911296777817472150243726.jpg
W środku pałacu
psx_20190911_0609315055590407321454082.jpg
Ogrodowo
psx_20190911_2052081346779213733629621.jpg
Bogactwo kwiatów
psx_20190911_2051401561493219647205690.jpg
Bulwary
psx_20190911_0609044294568164555534319.jpg
Placki z widokiem

Ścieżka dźwiękowa –  Florence + The Machine – Hiding 

 

Minął sierpień

I żegnam kolejny miesiąc. Sierpień. Kiedy chodziłam do szkoły, koniec sierpnia, oznaczał koniec lata. I jakoś tak mi zostało, z początkiem września, myślę o jesieni. Dużo za dużo myślę. Ale wróćmy do sierpnia.

Sierpień zaczęłam na wakacjach. Było naprawdę fajnie, pogoda dopisała, a ja się zrelaksowałam. No może poza ostatnim dniem , kiedy to spotkałam dwie burze. Jedną taką prawdziwą, z piorunami. I drugą, o moim imieniu. Otóż to,kiedy szłam z torbą do auta, musiałam pokonać bardzo strome schody. Miałam okulary przeciwsłoneczne i nie zapaliłam światła. Biegłam ( jestem pewna, że jakby istniała instrukcja obsługi schodów, byłoby tam napisane= nie biegać po ciemku), i bach, wywrotka. Nabiłam sobie kilka solidnych siniaków. Ale przeżyłam, to najważniejsze, a na tych schodach były dwa wypadki śmiertelne, więc miałam szczęście. Ale huku narobiłam jakby strzeliły ze 3 pioruny.

Potem czas upływał mi na pracy. Chociaż przyznaję, w sierpniu miałam 3 długie weekendy. Więc nie było tak źle, mogłam odpocząć. Pogoda była nieco lepsza, znalazło się kilka całkiem przyjemnych, ba, bardzo upalnych dni. W końcu mogłam ruszyć nad jezioro i nad morze.

Sierpień był bardzo towarzyskim miesiącem. Było wiele okazji do ciekawych spotkań, i tych rodzinnych i przyjacielskich i koleżeńskich. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że brakowało mi czasu na nudę! Było intensywnie, dużo kawiarni, obiadów poza domem, spacerów i rozmów. Tego mi było trzeba!

Był wyjazd na wesele i wspaniałe chwile z całą rodziną. Jak ja za nimi wszystkimi tęsknię! Jednak kontakt telefoniczny czy internetowy to nie to samo. Tylko jak by tu zrobić, byśmy mieszkali bliżej siebie? Ot, zagadka. Muszę intensywnie myśleć jak rozwiązać ten problem. Jakbym mogła zabrać wielką wodę na Mozowsze, to już bym się tam przeprowadziła. No, ale chyba mi się nie uda.

Udało mi się ograniczyć uleganie swoim zachciankom. Udało mi się trochę zaoszczędzić. Aż jestem z siebie dumna, okazji było sporo, ale byłam dzielna. Nawet bardzo dzielna.

W sierpniu się uspokoiłam. Lipiec jakoś tak mi zleciał niepostrzeżenie, więc w sierpniu postanowiłam maksymalnie wykorzystać każdy dzień. Chyba mi się udało, bo sierpień nie przeleciał mi błyskawicznie, tylko pozwolił celebrować wiele pięknych chwil. Zostało mi też sporo pięknych wspomnień i dużo upieczonych ciast. W końcu sezon owocowy w pełni, borówki, maliny, pierwsze śliwki i jabłka. I gruszki, brzoskwinie!

To był naprawdę fajny miesiąc. Jestem pewna, że z przyjemnością będę wracać do wspomnień jakie zostawił.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Freestate

 

Ku przestrodze

Dzisiejszy wpis, jest ściśle związany z tym poprzednim. Piszę go właśnie, ku przestrodze. By Was wyczulić i uczulić na pewną kwestię. Oczywiście nie chcę nikogo straszyć, ale na swoim przykładzie pokazać, że życie bywa zupełnie nieprzewidywalne.

Jak już wiecie, użądliła mnie pszczoła. Zostawiła żądło, które szybko zostało wyjęte. Rana została zdezynfekowana, ochłodzona, a następnie przyłożyłam cebulę. Po kwadransie przestało mnie boleć, nie dostałam wstrząsu. Praktycznie zapomniałam o sprawie. Uznałam, że wszystko będzie ok.

W nocy po ugryzieniu, o 2 w nocy obudziła mnie fala gorąca. Nie wiedziałam co się dzieje. Okazało się „płonie” mi lewa ręka, ta użądlona. Nie mogłam spać, nie mogłam dotknąć tej ręki, pulsowała i dosłownie parzyła. Rano zobaczyłam i zmierzyłam, że czerwony obrzęk wynosi 16 cm długości. Lekko się przestraszyłam, ale pomyślałam – reakcja na użądlenie pszczoły, pojawia się momentalnie,a nie kilkanaście godzin później. Dostałam maść sterydową bez recepty, ponoć miało pomóc. Po dwóch godzinach wróciłam do apteki, pani dała mi płyn znieczulający i mówiła, że teraz to z pewnością przejdzie.

Oczywiście nie przeszło. Bolało mnie koszmarnie. Ręka dosłownie mi płonęła. Czułam się tak, jakbym trzymała ją w piecu do pizzy. Ale wszędzie pisali, że ugryzienie pszczoły jest bolesne i może boleć przez 24 godziny. Mimo bólu i takiego sobie samopoczucia-ból brzucha i brak apetytu pocieszyłam się właśnie tym. To takie typowe. A pewnie ja nieco przesadzam.

Wróciłam z pracy do domu. Chociaż mówiąc szczerze, zupełnie nie wiem jakim cudem w niej wysiedziałam przepisowe 8 godzin. Siadam na łóżku, i płaczę. Jestem dość odporna na ból. W skali od 1do 10,ten ból to była solidna 36. Mama zrobiła mi octowy okład. Zamknęłam oczy, dosłownie na kwadrans. Poczułam wtedy, że moja ręka zrobiła się niesamowicie wręcz sztywna i ciężka. Szybki rzut oka, spuchła mi 3 razy. Jeszcze szybsza decyzja, jedziemy na pogotowie.

Było chłodno, jakieś 18 stopni,nie byłam jednak w stanie założyć swetra. Ręką była kompletnie sztywna i maksymalnie spuchnięta. Trafiłam na pogotowie. Czekała mnie tylko godzina czekania. Jeszcze w kolejce zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłam? Zajmuję miejsce, ktoś jest pewnie bardziej chory, a mnie wczoraj ugryzła pszczoła. Ludzie z kolejki patrzyli na moją rękę i zaczęli się pytać jaki to szerszeń mnie ugryzł. Ból z poziomu 36, zwiększył się na 51,5. Połykałam łzy, fala czerwieni objęła już 3./4 ręki, i dosłownie mnie paliła, biło od niej takie gorąco, że można było smażyć jajecznicę. Siostra napisała sms, jak się trzymam i czy coś wiem. Odpisałam jej jedynie….

Amputacja, błagam, amputacja.

Gdyby nie mój tata, który trzymał mnie za zdrową rękę, zaczęłabym chodzić z bólu po ścianach, albo poszła do gabinetu zabiegowego i odcięła kończynę górną… W końcu nadeszła moja kolej. Tata mnie pocieszał, że to lekarz po 50, z doświadczeniem, na pewno będzie dobrze. Najpierw do gabinetu weszłam ja, a potem ledwo przyprowadziłam swoją monstrualną i czerwoną rękę.

Nie musiałam zbyt wiele mówić, pan doktor od razu się zapytał -osa czy pszczoła? Mówię, że pszczoła, usłyszałam z lekkością w głosie:

Pani Magdaleno, pszczoły na wymarciu,a pani jedną zamordowała, no nieładnie.

Musiałam się uśmiechnąć, co prawda wstydziłam się powiedzieć, że użądlenie było dnia poprzedniego, ale powiedziałam prawdę, to wszystko wyszło teraz. Lekarz zapytał czy jestem alergiczką, potwierdziłam. I usłyszałam, że jako alergik, może się pojawić u mnie reakcja na jad, w ciągu 24 godzin. I faktycznie, po 10 godzinach pojawił się obrzęk, a po 23 godzinach opuchlizna. Miły pan doktor powiedział, że wypisze mi skierowanie na 2 kolejne ugryzienia pszczółki, czyli na dwa zastrzyki. Jeden sterydowy, drugi przeciwalergiczny. Niestety, wyznał też, że ten stan zapalny może się utrzymać jeszcze kilka dni. Podziękowałam, zaniosłam skierowanie do pielęgniarki i poszłam do zabiegowego.

Mama mojej mamy, powtarzała jej, że człowiek powinien mieć zawsze na sobie najlepszą bieliznę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba pokazać ją światu. Dobrze, że trzymam się tej zasady. Zastrzyki były domięśniowo, a mówiąc prościej w tyłek. I to dwa. Pewnie wynika to z mojego umiłowania do symetrii. Zabieg przeprowadzała świetna pani pielęgniarka, przywitała mnie słowami:

Osa czy pszczoła?

Pszczoła.

O, to będzie pani zdrowa!

No ciężko było mi w to uwierzyć. Ale kilka osób mi to powiedziało. Sądząc po rozmiarze reakcji, będę super zdrowa. Zastrzyków się nie boję, nie robią na mnie żadnego wrażenia. Ale pani pielęgniarka narzekała.

Przychodzą do nas fajne dupska, jest gdzie się wbić, a pani taka chuda, same kości, żadnych mięśni…

Zaczęłam tłumaczyć, że dziś faktycznie nie miałam apetytu, ale ja naprawdę lubię słodycze. Pani mi nie wierzyła, ale w końcu udało jej się zrobić zastrzyk. Ten sterydowy miał ponoć boleć.

I jak, wszystko w porządku?

Dziwne, nic a nic nie boli.

A ma boleć?

Nie, nie, ja tak tylko panią chwalę, i dopinguję, niech pani nie przestaje robić to jak robi!

Nic nie bolało, serio. No potem bolał jeden mięsień, ten od sterydu. Ale za to palenie ręki ustąpiło raz i dwa. Co prawda do dziś swędzi i jest opuchlizna, ale nie pali. Czekam aż wszystko minie. A pszczół będę unikać do końca życia. Nie wiem jak, być może będę chodzić w stroju pszczelarza? Może i obrażę się na miód. Ale wiem jedno, w poniedziałek przeżyłam najgorsze kilkanaście godzin w moim życiu. I dowiedziałam się, że po użądleniu reakcja może nastąpić w ciągu 24 godzin. I nie ma co wierzyć, że jak nie było wstrząsu, to jest ok, że obrzęk i ból po ukąszeniu jest normalną kwestią.

Na zdjęciu jest moja ręka po przyjściu z pracy do domu. Po godzinie ręka przestała przypominać ludzką kończynę, nie pokażę w jakim stanie jechałam na pogotowie, bo moglibyście doznać wstrząsu.

psx_20190902_2114094726167005352894423.jpg

Uważajcie na siebie. Ja tego poniedziałku nie zapomnę do końca życia.

Ścieżka dźwiękowa-  The Libertines – What a Waster 

 

Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji…

Weekend był piękny. Pogodowo. Bo sobota była dla mnie wyjątkowo ciężkim dniem. Bardzo ciężkim. Fatalnym. Ale o 23.53, rzut beretem, sierpień zakończył się dobrze. Z nadzieją. Ale zanim to nastąpiło, musiałam przewietrzyć głowę, uspokoić emocje i złapać dystans. Poszłam nad moje jezioro. Cisza, jak mi tego było potrzeba. Trzy razy je okrążyłam. Godzinę siedziałam na takiej żółtej barierce i gapiłam na łabędzie. Zieleń, szum wody, dźwięki natury, jak mnie to uspakaja!

psx_20190901_211226525423861700026801.jpg

W niedzielę pogoda była chyba jeszcze lepsza. Był dylemat, na plażę, czy nad jezioro? Wygrało jezioro i wodny rower. Ludzi tłum, stałam pół godziny w kolejce, czekając aż zacumuje mój pojazd. Kaczucha. Wypożyczyłam ją na dwie godziny. Siostra znów rwała się do sterowania maszyną, chociaż przez godzinę próbowała się zorientować gdzie jest prawo, a gdzie lewo. Leniwie łapałyśmy promienie słońca, gadałyśmy i jadłyśmy kasztanowe wafle. Były nas trzy baby. 10 minut przed końcem pływania/pedałowania/dryfowania, poczułam kosmiczny ból, nie potrafiłam go zlokalizować, za moment jednak zorientowałam się co mnie boli, wewnętrzna strona lewej ręki, zerknęłam w jej stronę i zobaczyłam ogromną pszczołę, wbitą w moje ramię. Byłyśmy na środku jeziora, skąd na środku jeziora pszczoła? No skąd? I czemu jak zwykle musiała zjeść mnie? Ugryzienie osy boli, ale mówiąc szczerze, to jak starcie myszy, ze słoniem, w porównaniu z pszczołą. Dacie wiarę, że się poryczałam? Ja, 31 letnia stara baba widząc żądło, wpadłam w czarno-żółtą rozpacz. Dobrze, że mamusia opalała się z tyłu kaczuchy, zachowała zimną krew i wyjęła żądło. I pocieszała. A moja siostra wpadła w panikę. Bo ona boi się pszczół. I bała się, że się zarazi ugryzieniem. Pędziła do brzegu, niemal krzycząc- wypadek, wypadek.

No cóż, nie mam śmiertelnej alergii na jad pszczoły. Chociaż użądlenie boli jak nie wiem co. W restauracji poprosiłam o cebulę. Siedziałam w mojej ulubionej koszulce z cebulą niemal pod pachą. Czułam się jak idiotka. Śmierdziałam jakbym była wykąpana w cebulowej zupie, a moja rodzina musiała ze mną wracać do domu 30 km! Brawa za wytrwałość. Niestety dostałam wysypki po ugryzieniu i nie jest za różowo. To znaczy czerwono jest, moja ręka jest cała czerwona i płonąca. Dostałam steryd i czekam czy zejdzie to coś co mnie szpeci i doprowadza swędzeniem do szału.

Widoki były piękne, ale jednak natura pokazuje mi miejsce w szeregu. A ja kolejny raz przekonuję się, że Przygoda, to moje drugie imię!

Żeby było śmiesznie, kiedy ugryzła mnie osa, spryskałam się środkiem z napisem Max. Wczoraj spryskałam się tym samym środkiem. Użądliła mnie pszczoła. Maksymalnie to on przyciąga latające potwory. Czas złożyć reklamację. Czas oszacować straty moralne. Czas iść do pracy.

Dobrego poniedziałku!

 


Ścieżka dźwiękowa- Hozier-Shrike

Weselne granie

Jakoś w styczniu kupiłam moją rabarbarową kreację. I w końcu miałam okazję by ją założyć. To znaczy, z założenia była kupiona na tę okazję, i w końcu, po niemal 8 miesiącach nadszedł ten dzień. Wesele Kingi.

Wyjechać mieliśmy w piątek o 13. Ale jak to u nas bywa, przyszła zaraza. Tym razem nie moja. Na szczęście, zachorował mój brat. Przez 3 dni męczył się z gorączką, w dniu wyjazdu również. Niewiadoma kto jedzie, trzymała nas do samego odjazdu. Ostatecznie mój brat wygrał walkę z dziwną chorobą i pakował się na ostatnią chwilę. Dosłownie ostatnią, bo ja już siedziałam w aucie.

Na miejsce dojechaliśmy o 22.30. Podróż mi się dłużyła i była męcząca. Szybko zrobiło się ciemno, nie można było czytać w aucie, i jak na złość, mimo zmęczenia, nie mogłam zasnąć ani na moment. Na szczęście  ukochana ciocia Zosia czekała z pierogami. Takie rumiane, odsmażane, i ruskie, i z mięsem i z grzybami. Raj na ziemi. Do 1 w nocy omawialiśmy jutrzejszy ślub. Ledwo żywa poszłam spać, i chociaż ustaliliśmy, że wszyscy leżymy do 9 rano, mój wewnętrzny budzik obudził mnie o 6 rano ( a może to była rozpychająca się mama, z którą przez 4 dni dzieliłam tapczan?). No cóż, w ruch poszły książki i zabawy z moim ukochanym psem. Jak ja kocham tego Moriska! Dzielnie czekałam do 9, zjedliśmy solidne śniadanie i zaczęliśmy się szykować. W sypialni kuzynki założyłyśmy profesjonalny salon fryzjersko-kosmetyczny. Przygotowania przerwał obiad. Ciocia uznała, że zanim zjemy weselny rosół, miną wieki. Pojawiła się więc pomidorówka i pierogi. Karnie jedliśmy. I ciocia miała rację, od obiadu do rosołu, minęło 5 godzin!

Po obiedzie ostatnie poprawki, i sukienki poszły w ruch. Moja rabarbarowa kreacja zrobiła na wszystkich wielkie wrażenie. No ja się nie dziwię! Była po prostu bajeczna. A 5 cm szpilki, okazały się tak wygodne, że wytrzymałam w nich całą noc, choć miałam je na sobie pierwszy raz w życiu. Cud jakiś!

Pod kościołem zdążyłam uściskać kuzynkę, muszę przyznać, że wyglądała przepięknie, zajęliśmy miejsca i zaczęła się Msza. Było bardzo ładnie i co ważne szybko. Jednak po ślubie do życzeń ustawiło się 250 osób i trwało to i trwało. Po 5 minutach znudziło mi się czekanie na koniec i autokar, który zawiezie nas 30 km na salę. Znalazłam wujka Wiesia i wkręciłam siebie i mamę w podróż z wujem. Co prawda czekaliśmy dobre 30 minut pod salą, ale za to miałam okazję poznać drugą naturę wujka. 80 latek z laseczką, za kierownicą zamienia się w Kubicę.

W końcu młodzi dojechali, zaczęło się wesele. Z wielką pompą. Nie byłam nigdy na tak wystawnej imprezie. Co godzinę podawano kolejne danie główne. Nie byłam w stanie tego zjeść i odpadłam po trzecim. Za to polubiłam barmana, który robił świetne bezalkoholowe mojito. Nadrobiłam rodzinne zaległości. Zespół był fajny, nie było disco polo, acz dużo polskiego rocka z lat 80-90. Minusem dla mnie było to, że siedziałam przy końcu stołu, zaraz przy parkiecie. Ciągle mnie filmowano i robiono zdjęcia. Mama mówiła, że to przez to, że wyglądam jak milion dolarów. No cóż, jak się człowiek zaopatrzy w rabarbarową kreację, to potem musi cierpieć.

O pewnej godzinie, po ustalonym znaku, razem z bratem udaliśmy się na świeże powietrze celem oglądania transmisji z Męskiego Grania. Zrobiliśmy furorę, bo przyłączyli się do nas znajomi młodej pary. W ten sposób zrobiliśmy coś na kształt alternatywnego wesela. Były więc wspólne śpiewy i tańce. I dyskusje o wyższości Krzysia nad Organkiem. I ogólne uwielbienie dla Dawida Podsiadło. Poza tym okazało się, że z moim bratem tworzymy uroczą „parkę”. A jak już wszyscy przyjęli do wiadomości,że jesteśmy rodzeństwem, to okazało się, że łączy nas podobieństwo kości policzkowych. No bywa.

Po koncercie, poszliśmy na tort, były oczepiny, obyło się bez głupich zabaw. Na szczęście. Zlokalizowałam wuja i jego partnerkę, jako, że autokar miał przybyć dopiero po 5 rano, zabrałam się z wujostwem nieco wcześniej. Wujo kazał śpiewać w aucie, bo ponoć tak się wraca z wesela. Głośno i  z przytupem.  Dojechaliśmy z fasonem, padłam na łóżko i postanowiłam spać do południa.

Niestety, reszta towarzystwa wróciła po 6 rano i narobiła nieco hałasu. Sen był więc krótki i niezbyt regenerujący. A czekały nas jeszcze bardzo wczesne poprawiny. Tym razem pod namiotem, w luźnej i kameralnej atmosferze. Miałam przygotowaną na tę okazję pudrowo różową kreację, która niektórym podobała się nawet bardziej niż ta rabarbarowa.  Po drodze trafiliśmy na jakiś wyścig kolarski i przez dobre pół godziny staliśmy w szczerym polu. W ogromnym, przeogromnym upale.  Na miejscu stół znów uginał się od jedzenia, a ja walczyłam z sennością. Udało mi się jednak wykonać kilka spacerów po okolicy, tak dla otrzeźwienia umysłu. Pogoda aż za bardzo dopisała, i mogłam cieszyć się urokami małej wsi. Było uroczo. Trochę mniej urocze było to, że po powrocie z poprawin, wujo uznał, że za mało mu zabawy i zorganizował kolejną imprezę pod altanką. Jak widać wyspanie się, nie było w planie tego wyjazdu!

Poniedziałek był nieco spokojniejszym dniem. Był wypad do Zwolenia, był relaks nad jeziorem, było rodzinne ucztowanie, które to płynnie przechodziło ze śniadania w deser, a  ten w obiad, a potem kolejny deser i kolacja. Było zorganizowane prowizoryczne biuro pod altanką, i doszłam do wniosku, że mogłabym tak pracować całe lato, pół wiosny i wczesną jesień. Nawet irytujący klienci 450 kilometrów od domu, byli mniej irytujący.

O następnym dniu laby opowiem kiedy indziej.

To był niezwykle intensywny czas. Ale piękny. Już tęsknię za rodziną. Za śniadaniami cioci. Za moim kochanym psiakiem. Za cudowną atmosferą i chociaż nie odpoczęłam, to doładowałam się solidną porcją  samej pozytywnej energii.

Ścieżka dźwiękowa – Elektryczny – Smolik, Brodka, Podsiadło

O makijażu. Albo jego braku.

Wyjeżdżając na wakacje postanowiłam ograniczyć ilość kosmetyków. Wzięłam więc z sobą jedynie krem BB z dużym filtrem. I balsam do ust. I to tyle. No był też olejek do opalania, czy żel pod prysznic, ale mówimy o makijażu.

Uznałam, to znaczy założyłam, że pogoda będzie piękna, a ja będę maszerować większość czasu w okularach przeciwsłonecznych. A wieczorami chodzić na basen, zmywanie więc tego makijażu przed basenem, a potem kolejna tura pielęgnacji, wydała mi się po prostu jedną wielką stratą czasu i energii. Poza tym z wyjazdu na wyjazd, rośnie liczba leków, jakie muszę z sobą zabierać, dlatego też nie wzięłam z sobą nic.

Na co dzień nie jestem wielką fanką skomplikowanego upiększania się. Wystarczy mi kilka chwil, nie używam podkładu, odkąd postawiłam większą uwagę na prawidłową pielęgnację, teraz starczy mi krem BB-jaka to oszczędność czasu. Podkładu używam tylko na „wielkie wyjścia”, czyli maksymalnie 2-3 razy w miesiącu. Dojrzałam do tego, że lepiej wydać więcej na lepszy krem, niż wydawać pieniądze na produkty, do krycia problemów. Obecnie na dzień używam BB z Avonu, dokładnie to ten. Tylko on ma idealny dla mnie kolor i nie tylko ładnie wyrównuje kolor cery, ale naprawdę poprawia wygląd skóry. Od pół roku jestem też wierna marce The Ordinary i kończę 3 buteleczkę serum z witaminą B3 i cynkiem, jak dla mnie to ideał. I dzięki tym dwóm kosmetykom moja skóra wygląda całkiem ok. Ostatnio nawet się zapomniałam i wyszłam z domu bez żadnego kremu na twarzy. Jako, że nie ogłoszono alarmu w prasie i telewizji, że mamy atak zombie, muszę przyznać, że nawet bez kremu BB, niewyspana, rozemłana i w ogóle nie w formie, nie wzbudziłam niczyjego zainteresowania. Tak samo zresztą jak w makijażu. Pani w piekarni uśmiechała się do mnie tak samo i kazała zapłacić dokładnie tyle samo. W bibliotece wypożyczyłam książki i nikt nie życzył mi życzliwie zdrowia, bom taka blada. Wniosek? Ludzie naprawdę mają w nosie to czy mam na sobie tusz do rzęs, albo idealnie dobrany złoty rozświetlacz na policzkach.

To oczywiście nie znaczy, że wyrzucę wszystkie swoje kolorowe kosmetyki. Kiedy mam ochotę to się maluję. I robię to z przyjemnością. Ale właśnie, robię to bo chcę, a nie, bo muszę, bo nie wypada iść do pracy bez makijażu, albo nie daj Boże pokazać się pani z warzywniaka bez solidnej warstwy kosmetyków na sobie. Jak mam odpowiedni nastrój, czas, ochotę, to czemu nie? Lubię kupować kosmetyki i bawić się nimi jak dziecko. Ale jak nie mam ochoty, to się nie zmuszam. I nie czuję się źle w wersji oryginalnej, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami, których przecież jest cały wachlarz.

Chcę, czy nie chcę, mój wybór. I chyba tak powinno być.

Ścieżka dźwiękowa- Amos Lee- Arms of women 

Zazdrość.

Kiedy ta piosenka wybrzmiała w Gdyni, w ogóle jej nie kojarzyłam. Nie wiedziałam kto ją śpiewa w oryginalnym wykonaniu, i dlaczego ludzie ją znają i śpiewają? Dopiero po kilku dniach i kilku odsłuchaniach na You Tubie uznałam, że jest to rewelacja! Na żywo? Nie porwała mnie. Myślałam, o jakże mi wstyd, że to jakiś popowy koszmarek rodem z RMF. I jak się pomyliłam! Dopiero na spokojnie, na wakacjach, odsłuchałam, raz, jeden, drugi, a potem poszło. Nie wiem, nie liczyłam. 500 razy, a może i 6 tysięcy? Na zmianę. Wersja oryginalna i ta Krzyśkowa i Igorowa. Wersja z Męskiego Grania ma ten plus, że „kocie” ruchy Krzysztofa są nie do podrobienia. Ale Kaśka śpiewa to tak dobrze,że sama nie wiem co lepsze!

W każdym razie wpadło mi to w ucho. I zapętliło się w głowie. Sąsiedzi pewnie zaczną wzywać policję, i skarżyć. W pracy już nie mogą tego słuchać. A ja mogę. Idę ulicą, słuchawki na uszach i śpiewam. A jak nie mam słuchawek to i tak śpiewam. W głowie. I idę z pieśnią na ustach w świat. Z uśmiechem przed siebie!

Muzyka dostarcza mi niezwykłych emocji. Dlatego też kiedy ją słyszę, to rozbudzam swoją wyobraźnię. Dlatego też w głowie stworzył mi się pewien teledysk. Nie wiem do jakiej wersji, powiedzmy, że do słów….

Są chwile, gdy wolałabym martwym widzieć cię
Nie musiałabym się tobą dzielić, nie, nie

Ona, dajmy na to Helena, ma zły dzień. Rano zaspała. Ma okropny dzień w pracy. Wszystko idzie nie tak, popsuła się drukarka, zawiesił komputer, a na biurko wylała się kawa. To nie był jej dzień. Adam, poznała go kilka miesięcy temu. To była miłość od pierwszego spojrzenia. Nie widzieli się od dwóch tygodni. Najpierw on wyjechał służbowo, potem ona. Helena była smutna, liczyła, że jak tylko wróci, to on będzie czekał pod jej drzwiami. Ale praca, i praca, i inne obowiązki. Snuła się po tym biurze z grobową miną. Kurczowo trzymała telefon w dłoni, zerkała na niego co chwilę- no odezwij się! Zaproponuj coś! 2 dzień jestem na miejscu. Nie pisz, ze praca i praca. Że mama ma sprawę, że siostra coś chce, że szefowa wymaga, a koleżance z biura trzeba pomóc. Umów się ze mną!

Niestety, mijały godziny, a cisza z jego strony ją przerażała. Nie lubi już jej. Ma inną…. Zrobiła sobie pocieszający obiad, z dużą ilością parmezanu i makaronu. Ubrała dres, włączyła film, ale jej się znudził. I kiedy zastanawiała się co by tu znów przekąsić, bo makaron zjadła już ze dwa kwadranse wstecz, dostała wiadomość:

Jestem za kwadrans.

Kwadrans? Zgłupiał chyba. Biegła po domu jakby się paliło. Dres zamieniła na niebieską sukienkę. Dodała cerze świetlistości, odświeżyła włosy. Spryskała ulubionymi perfumami, usta pociągnęła jasną pomadką. Była gotowa.

To gdzie jedziemy?

Niespodzianka.

Niespecjalnie lubię takie niespodzianki, bo wiesz…

Czy ty zawsze musisz tyle mówić?

No jakoś tak wyszło, że gaduła ze mnie.

Zamknij oczy. Pogadamy za 5 minut.

I zabrał ją w jej ulubione miejsce. Był piękny letni wieczór, środek tygodnia, nad jeziorem nie było nikogo. Wyjął piknikowy kosz. W środku były babeczki z malinami, i składniki do przygotowania pewnego napoju, który ona bardzo chciała spróbować. Ponoć był to drink tego lata, a on ponoć potrafił mieszać to i tamto.

I siedzieli na pomoście, jedli te babeczki, obgadali ostatnie tygodnie. I ona czuła się tak błogo, tak spokojnie, tak fajnie. I tak bardzo chciała, by tak już było zawsze. Zawsze we dwoje, że w głowie zaczęła sobie nucić…

Gdybym mogła schowałabym Twoje oczy w mojej kieszeni,
Żebyś nie mógł oglądać tych,
które są dla nas zagrożeniem .

Do pracy nie moge puścić Cię, nie, nie
Tam tyle kobiet, każda w myślach gwałci Cię….

Chodź, zrobię ci tego Aperola.

Najmodniejszy drink, dodać to, potem tamto. Patrzyła jak zaczarowana. Zaczął padać deszcz. Siedzieli pod jakąś wiatą, czy czymś takim. Ona popijała drink, jadła kolejną babeczkę ( nie liczyła którą), on został przy soku pomarańczowym z wodą gazowaną. Właśnie omawiali kolejny ważny temat. Nie było tych nieważnych, wszystko co do siebie mówili, było najważniejsze na świecie. On więc mówił jakieś rodzinne historie, a jej wyobraźnia mówiła, że chciałaby stworzyć kolejne rodzinne historie właśnie z nim. Ale ten głos w głowie…

Złotą klatkę sprawię Ci, będę karmić owocami
A do nogi przymocuję złotą kulę z diamentami….

Ach, jak pragnęła by ta chwila trwała wiecznie. Nie chciała już nigdy się rozstawać. Chciała zostać nad tym jeziorem, już na zawsze……..

Takie coś mi wyszło. Przesadziłam, chyba z ptasim mleczkiem, ale dostałam w pracy i musiałam zjeść. O jedną kosteczkę za dużo!

Ścieżka dźwiękowa – Hey- Zazdrość

Minął lipiec. Książkowo.

I kolejne książkowe podsumowanie. W lipcu na liczniku 17 książek. Tak wiem, deszczowy lipcopad. Choroba i 3 dni zwolnienia. Wakacje i jakoś tak samo wyszło…

Jeżeli chodzi o jakoś literatury, to było całkiem ok. Nie było wielkiego gniota i wielkiego Wow. Czas wakacji, literatura jakby nieco lżejsza…

Rozczarowała mnie jedynie książką Piotra C, # to o nas. Autor Pokolenia Ikea, rozbudził nadzieję na ciekawą historię. Tym razem miało dzieło o pokoleniu współczesnych 30 latków. I cóż, mam te 30 lat, i jakoś nie znam w swoim otoczeniu takiego Jego i takiej Jej. Nie wiem, może się ukrywają? Jasne, pewne przemyślenia są trafne, ale całość jest maksymalnie przejaskrawiona i zbyt dosłowna. W tej książce nie ma miejsca na subtelność, delikatność i niedopowiedzenie. Rozumiem intencję autora i to, że chciał stworzyć portret współczesnego 30 latka. Ale poszedł w komedię. Nie wyszło z tego pokoleniowe dzieło,a raczej przejaskrawiony wycinek warszawskiej elity.

– To taką rozmowę mam na myśli – odpowiedział. – Że gadasz, a tu nagle pojawia się świt. Że jesteś ciekawa tej drugiej osoby. Nie boisz się pokazać swoich poglądów. Nie boisz się odsłonić. Nie mówisz „pracuję tu i tu, za pięć lat widzę się tu i tu, lubię makaron i buraki”, ale opowiadasz, za czym tęsknisz. Czego się obawiasz. Jakie masz plany. I nie boisz się, że ktoś cie wyśmieje. Chodzi mi o taką rozmowę, która wnosi do życia coś nowego. O śmierci. O samym życiu. Rozumiesz?

Czas na te książki, które warto polecić. Co prawda kiedyś już czytałam trylogię o Teodorze Szackim, ale w zeszłym miesiącu, postanowiłam do niej wrócić. Najpierw przeczytałam Gniew, a potem Ziarno Prawdy. Uwikłanie czytałam w czerwcu o ile dobrze pamiętam. Nie wiem czy ktoś jeszcze nie sięgnął po te książki, ale jeżeli nie zapoznaliście się bliżej z prokuratorem Szackim, to zachęcam. Solidne kryminalne sprawy, świetnie poprowadzone wątki obyczajowe. Do tego jestem fanką Teodora. Jego inteligencji, bezczelności i poczucia humoru. Także kto nie czytał, przeczytać musi.

Mówi się, że w każdej legendzie jest ziarno prawdy. Ale są takie legendy, w których nie ma prawdy ani kropli.

Teraz będzie niezwykła książka Murakamiego Ślepa wierzba i śpiąca kobieta. Już sam tytuł zachęca by spędzić z nią więcej niż kilka chwil. Ta książka to zbiór opowiadań. Niektóre lekko bawią, inne szczerze wzruszają. Jedne na długo zapadają w pamięć, inne od razu uciekają z głowy. To co je łączy to precyzja każdego słowa. Tę książkę czytało mi się po prostu znakomicie. Praktycznie jednym tchem. Piękna, mądra, zaskakująca i urzekająca. To opowiadania o ludziach, o słabościach i codzienności. Miłości, rodzinie, i trudnych wyborach. Są niby zupełnie różne, a jednak pięknie podobne. Polecam tę książkę każdemu.

Oczywiście chciałabym być piękna i mądra, i bogata też. Ale nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, jaka bym się stała, gdyby coś takiego miało się sprawdzić. To mogłoby być dla mnie za dużo. Jeszcze nie bardzo uchwyciłam sens życia. Naprawdę. Nie bardzo rozumiem, na czym polega.

Hate, Alana Gibbonsa, to historia oparta na faktach. Rosie jest odważną, pewną siebie i wyróżniającą się osobą. Nie ubiera się jak inni, ma swoje poglądy i pasje. Zostaje zaatakowana w parku i pobita na śmierć. Powodem tego zdarzenia była jej inność i przywiązanie do swojego światopoglądu. Po jej śmierci, Evie, jej siostra dokonuje rekonstrukcji zdarzeń. Próbuje pogodzić się ze stratą, zrozumieć powody zbrodni, wybaczyć innym. A także odpowiedzieć na pytanie, czy warto być innym, czy lepiej bezpiecznie płynąć z głównym nurtem? W erze hejtu i nienawiści to bardzo cenna pozycja.

Niektórzy z moich przyjaciół już o tym wiedzą, ale teraz powiem to przed wszystkimi. W tym tygodniu wyjawiłem rodzicom, że jestem gejem. Jestem dumny z tego, jaki jestem, tak samo jak wy powinniście odczuwać dumę z tego, jacy jesteście. Chcę powiedzieć, że wszyscy tutaj, w Shackleton, dziewczyny i chłopaki, biali i czarni, geje i hetero mają takie samo prawo do szacunku. Sprzeciw wobec uprzedzeń i dyskryminacji nie jest atakiem na wolność słowa. To nieprawda, że polityczna poprawność posunęła się stanowczo za daleko. To niezbędna ochrona praw wszystkich obywateli, bez względu na kolor skóry, płeć, i orientację seksualną.

Pocałunki piasku, autorstwa Reyes Monforte, to moje kolejne spotkanie z tą autorką. Tym razem czekała na mnie historia  wielkiej miłości, której nie przeszkodziły różnice kulturowe i setki kilometrów.
Laia, dziewczyna z Sahary, która dostała wielką szansę na normalne życie w Hiszpanii. Ale kiedy przeszłość zapukała do jej drzwi, musiała opuścić wygodne życie i ukochane, i na powrót stać się niewolnicą, smutna, ale piękna to historia. Kiedy uświadamia sobie, jak we współczesnym świecie traktowane są kobiety, odczuwa się wielką wdzięczność, że mamy wielki przywilej życia tu i teraz.

Nie, nie rób tego błędu. Nie powinnaś się wstydzić swojej przeszłości, bo to właśnie ona doprowadziła cię, na dobre i na złe, w to miejsce, w którym się dziś znalazłaś. Dzięki niej jesteś tym, kim jesteś.

Muzyka twojej duszy, Agnieszki Lis, to kolejna książka, którą Wam polecam. Ciekawie i oryginalnie ujęta historia młodego chłopaka. Igor pochodzi z prostej, wiejskiej rodziny, jest bardzo zdolny i ma szansę na prawdziwą karierę.
Isabel jest utalentowanym muzykiem. Unika jednak powrotu do Europy.
Te dwie historie łączą się w zaskakujący dla czytelnika sposób. Piękna, poruszająca różne struny historia o ludzkich wyborach i ludzkim przeznaczeniu.

Agnieszka Olejnik i Ławeczka pod bzem. Tę książkę czytałam w podróży na wakacje i jako książka na drogę, sprawdziła się idealnie. Co się dzieje, kiedy wygrywa się główną nagrodę w Lotto? Zmienia swoje życie. Tak właśnie czyni Iga, której los zgotował wielką niespodziankę.
Iga ma prześmieszną mamę, sympatycznych przyjaciół i nie do końca wie co zrobić z taką sumą pieniędzy. Ciepła, zabawna, bardzo przyjemna książka. Taka w sam raz na wakacje, leniwe chwile w parku.

Takie to podsumowanie. Tak, przyznaję, nie było w lipcu jakiś wielkich i monumentalnych powieści. Było wakacyjnie, ale nie ogłupiająco. Poprawię się za miesiąc!

Ścieżka dźwiękowa – The Doobie Brothers – Listen to the Music