Minął miesiąc. Listopad.

I po listopadzie. Wiecie co? To nie był taki zły miesiąc. Naprawdę. Kurcze, lepszy niż październik. Byłam w miarę zdrowa. Z przychodnią miałam do czynienia jedynie w momencie szczepienia się na grypę. Załatwiłam kilka spraw z listy, tych których ciężko jest załatwić. W pracy było dobrze. Dobrze, czyli było dużo pracy. Ale i źle. Bo wiadomo, dużo pracy, dużo stresu, jeszcze więcej chaosu. Ale dałam radę.

Pogodowa była taka sobie. Za mało słońca, za mało. Za dużo deszczu i szarości. Brr. Marzę o wielkich połaciach śniegu i siarczystym mrozie!

Odwiedziłam fryzjera. Po 2, 5 miesiącach. Zachciało mi się zmiany. Ostatecznie stanęło na- poproszę tylko podciąć. Dostałam zdjęcia z wesela kuzynki. Nic nie mówię, ale w szare popołudnia przeglądam te zdjęcia. I ta moja czerwona kreacja…. I tak sobie nucę…

Wiem tylko jedno, nic nie działa jak czerwona sukienka….

No miało się to szczęście, że choć raz w życiu wyglądał jak człowiek!

Muszę powiedzieć,że na przekór pogodzie i szarości,a często i deszczowej pogodzie udało mi się prowadzić udane życie kulturalne. Trzy razy kino i jeden wieczór w teatrze. Całkiem na plus. Były też spacery, 1 listopada, i chyba nieco później też. Były chwile w kawiarniach i mój popisowy sernik piernikowy, nieskromnie powiem, stał on się hitem.  Nie tylko moim, ale i świata. Była kolejna porcja grzańca z cydrem i dużo rozmów. Do tego jeden sweter. Nie polecam kupowania białych swetrów. Raz pobrudzony kremem BB, za nic nie chce się doczyścić. A to był mój ulubiony sweter. Albo drugi ulubiony. Nieważne. Strata bolała. Nowy jest fajny. Ale zapobiegawczo w paski, i nie ma tam ani grama bieli. Jest za to nieco żółtego, bordowego i granatu, bardzo głębokiego.

Nie wiem czemu, ale szybko minął mi ten miesiąc. Dwa dłuższe weekendy, dużo leniwych śniadań. Owszem, nerwy też były, ale wieczorna joga i świeczka zapachowa o zapachu zimowego lasu dawała radę. A jak doda się do tego porcję kakao i ciasteczko z czekoladą, to już pełnia szczęścia.

Nie tak do końca. 4 razy śnił mi się pogrzeb. A raz wypadające zęby. Dwie osoby zmarły z otoczenia,na szczęście odpukać, nie jest to najbliższa rodzina, ale zapobiegawczo powinnam nie kłaść się spać. Albo w jakiś sposób wyłączyć w sobie opcję marzeń sennych.

Standardowo kilka razy zrobiłam coś nie tak, kilka mnie gryzie, i gniecie nieco to w lewym, to w prawym boku. Jak mówiłam standard. Ale muszę przyznać, że to nie był taki zły miesiąc. Nie był…

Ścieżka dźwiękowa-Belle and Sebastian: If She Wants Me

 

Filmowo

Mam olbrzymie opóźnienie w recenzowaniu filmów. Chyba za dużo ich oglądam!

Pewnego razu w listopadzie. No cóż, film mnie solidnie rozczarował, a przecież grała w nim wspaniała Agata Kulesza. Fabuła? Jak sam tytuł wskazuje, akcja dzieje się listopadową porą, w Warszawie. Matka z synem zostają eksmitowani ze swojego mieszkania. Tułają się po mieście. Nocują na działkach w opuszczonej altance, a to w noclegowni dla bezdomnych,a to w squacie. Marek jest studentem, ogrzewa się przy uczelnianych grzejnikach, bywa, że nocuje w garażu swojej dziewczyny. Marek i jego matka mają jeden problem, psa co się wabi Koleś. Noclegownie i schroniska niezbyt przychylnie patrzą na posiadaczy psów. A matka Marka,nie wyobraża sobie bez niego życia. I w sumie ten film to takie nocne spacery Marka z psem, za psem, a ranne powroty do mamy. Studia, dziewczyna, i znów kłopot z psem. To ma być kino zaangażowane, ambitne, społeczne. Ale powiem szczerze, jest nudne. W zasadzie niewiele się dzieje, a każda scena wydaje się kalką poprzedniej. Zupełnie nie wiadomo po cóż powstał ten film.

Rocketman. Film z zupełnie innej kategorii niż ten powyżej. To muzyczna podróż przez życie Eltona Johna, życie, które z daleka wygląda wspaniale i kusząco. I może budzić zazdrość. Ale tak naprawdę życie na świeczniku, okupione było uzależnieniami, brakiem szczerej przyjaźni i miłości, odrzuceniem i niezrozumieniem. Ale tak naprawdę Elton od dziecka stykał się z brakiem rodzicielskiej miłości. Wiecznie nieobecny i emocjonalnie zimy ojciec. I matka, która niekoniecznie posiadała wysoki instynkt macierzyński. W takim otoczeniu dorastał Elton, chłopiec geniusz. Gdyby nie troskliwa babcia, która wspierała jego talent, być może nigdy nie poznalibyśmy szerzej skali jego możliwości. Po tym filmie zdecydowanie można powiedzieć, że Elton był nieprzygotowany na sławę, wody sodowej miał cały basen, i ambicję by być najlepszym. Z pewnością był oryginałem, muzycznym wirtuozem, ale i słabym człowiekiem. Nałogi, niemal zniszczyły jego wielką karierę. Ale wiemy, że mistrz w porę się ogarnął i ustabilizował. Czym urzeka ten film? Świetnym aktorstwem, energią i muzyką. Muzyka jest rewelacyjna, a główny aktor dosłownie stał się Eltonem. Do teraz chodzi za mną filmowa wersja I’m still standing….

Azyl. Jakoś od jakiegoś czasu czaiłam się na ten film, ale nie miałam okazji obejrzeć. W końcu się udało. Azyl to film o małżeństwie Żabińskich, którzy w Warszawskim zoo ukrywali setki Żydów. Film z amerykańskim rozmachem, amerykańskimi aktorami i budżetem. I to widać, wyszło dobrze, choć brakuje mi w całości prawdziwych emocji, jakiejś takiej pasji. No nie wiem, być może miałam za wysokie wymagania? A może po prostu znałam zakończenie tej historii, i brakowało mi napięcia związanego z czekaniem na zakończenie? Wielkim plusem była dla mnie rola Jessiki Chastain. Uwielbiam jej eteryczną urodę i sposób grania. I w tym filmie jako Antonina Żabińska, była naprawdę świetna. Generalnie film, który mogę szczerze polecić, ale nie nastawiajcie się na wybitne dzieło i wielkie arcydzieło.

Czasem, zawsze, nigdy. Skusił mnie opis tego filmu, dobra obsada i czas trwania. W sam raz na wieczorny seans w środku tygodnia, tylko 80 minut. Zasiadłam do tego filmu ze sporą ciekawością, bo niebanalne obrazy, to coś dla mnie. Ale chyba nie zrozumiałam tego ambitnego obrazu. Nic a nic. Taka trochę wydmuszka, zapowiadało się ciekawie, ale wyszło nieciekawie. No, albo ja nie doceniam kunsztu. Owszem, parę scen było ciekawych, ale to za mało bym mogła polecić ten obraz. A szkoda, bo Bill Nighy to wybitny aktor. Ale historia, która głównie kręci się wokół gry w scrable i naprawiania kontaktu z synem i jego rodziną, jakoś mnie nie urzekła. Bill, wybacz!

Chłopcy z ferajny. Wielki klasyk, wspaniała obsada i porywająca historia życia Henry’go Hilla, zafascynowanego życiem i działaniem w mafii. Widzimy żywot Henry’go od młodzieniaszka, który to bije znajomych, popija i ma w nosie szkołę. A potem całą jego drogę ku bogactwu. Jest to klasyczny film o mafii. Są piękne kobiety i udawana rodzinna sielanka. Dużo krwi, dużo zabójstw, napady, dużo, dużo pieniędzy i więzienie. Spaghetti liczymy w kilogramach, jak i wrogów, a do tego mamy mniejsze i większe rodzinne dramaty. W Henry’m szybko rośnie żądza łatwego majątku i władzy, jaką daje mu pozycja w mafii. Świetny film, świetne dialogi, po prostu klasyk, który warto poznać. I nie tylko, jeżeli jest się fanem gatunku. No i najważniejsze, historia jest oparta na faktach. Warto zobaczyć. Ba, to trzeba zobaczyć!

Spokojnego weekendu!

Ścieżka dźwiękowa – Kult- Gdy nie ma dzieci

Paczka. Część 2.

Ciąg dalszy paczkowej historii. We wtorkowy wieczór dostałam upragniony i jakże oczekiwany sms. Ale szybko okazało się, że nie jest on tak do końca upragniony. Poinformowano mnie bowiem, że minął termin odbioru paczki i obecnie przebywa ona w centrum sortowania. To, że termin minął nie było dla mnie żadną niespodzianką. Albo i było. Opcje były dwie. Przełożono mi tę paczkę bez poinformowania mnie o tej czynności, przez co przeoczyłam termin. A miałam dostać wiadomość, że paczka jest do odbioru. Najlepiej byłoby więc co najmniej 3 razy dziennie pędzić pod paczkomat i sprawdzać czy już może doszło do aktu przełożenia. Opcja druga była taka, kurier przyjechał i po prostu wziął paczkę do centrum sortowania, bo upłynął ten termin odbioru.

Delikatnie mówiąc zadowolona nie byłam, gdyż to całe centrum mieści się w oddalonej, przemysłowej części miasta. Autobus jeździ bardzo rzadko, musiałam więc prosić o pomoc w dotarciu po paczkę. Wybór padł na brata, bo miał u mnie dług wdzięczności. Tak to nazwijmy. Ok, po pracy pojechałam do tego całego centrum. W małym korytarzyku stłoczyło się 8 osób, beze mnie. Stałam więc w kolejce i czekałam. Grzecznie czekałam. Nadeszła pora na mnie. Muszę dodać, że czekałam jedynie 25 minut. Podałam pani dane do odbioru paczki, byłam już tak blisko, jak nigdy blisko! Ale jednak daleko. Pani szukała paczki w systemie i cóż? Kolejny Zonk. Paczki u nich nie ma. Zaczęłam się zastanawiać czy aby nie pomyliłam centrum sortowania? Ale nie, jak byk pasował adres. Pani zawołała drugą koleżankę i odkryły w tym zawiłym systemie, że paczka dalej jest w paczkomacie. No, ale jak to? Nikt nie wie. Mam jechać i sprawdzić. Z nietęgą miną opuściłam punkt sortowania i pojechałam z powrotem. Stałam pod tym paczkomatem i uznałam, że jeżeli tym razem nie odbiorę paczki, to naprawdę go zdewastuję. I niech mnie nagrają, a proszę bardzo. Jeszcze się uśmiechnę do zdjęć!

Odebranie paczki (czytaj przeterminowanego prezentu) w paczkomacie standardowo zajmuje  15 sekund. Nowicjuszom około minuty. Mi zajęło to 12 i pół dnia .  Ktoś coś?…..

Ścieżka dźwiękowa- Męskie Granie Orkiestra – Chcemy być sobą

Jak sobie ułatwić życie.

Podzielę się z Wami moją historią. Historią jak ułatwić sobie żywot. Metoda autorska opracowana przeze mnie. Kopiujcie do woli. Albo i nie. Pamiętajcie, robicie to na własną odpowiedzialność.

Zamówiłam pewną rzecz. Prezent znaczy się. Nabyłam go drogą internetową. Najrozsądniejszą cenę dostawy oferował InPost. Niestety była dostępna tylko opcja kurierska. Co mnie nieco zdziwiło, bo też rzecz nie była jakoś specjalnie obfita gabarytowo, żeby też musieć podróżować kurierem, a nie trafić do paczkomatu. Ale do rzeczy, najpierw czekałam 6 dni na wysyłkę owego prezentu. No bo coś tam coś, i jeszcze więcej coś tam coś tam. Wykazałam się cierpliwością. Ale do czasu. W końcu się upomniałam elegancko, że można już wysyłać. W końcu ja zapłaciłam natychmiast, i z jakąś taką wzajemnością można potraktować moją osobę i wysłać paczkę. Pan się z tym zgodził. Wysłał natychmiast po neutralnej interwencji. Nerwy były głęboko schowane,co zdarza mi się rzadko. Udało się. Pan paczkę wysłał, jeszcze tego samego wieczora dostałam sms, że jutro przyjedzie kurier. I wtedy pojawił się on. Zonk. Ale jak to jutro.? Jutro to nikogo nie będzie w domu! Szybko wchodzę na stronę śledzenia paczki, jest opcja przekierowania paczki na tą samą ulicę, czyli wchodzi w grę jakiś sąsiad, ale nie chcę tego robić. Jest też możliwość przekierowania paczki do paczkomatu. Z pełną premedytacją odrzucam paczkomat koło pracy, skoro jest czwartkowy wieczór, to marne szanse, że paczka mnie zastanie w godzinach pracy, lepiej wybrać paczkomat w okolicy domu. Ten bliższy został mi zabrany, ostał się ten 10 minut spacerem, ok, podejdę w końcu w sobotę po ten prezent dla zdrowia.

Zgodnie z moim tokiem myślenia, paczka dojechała w piątek o 17. Nie chciało mi się iść wieczorem, poszłam więc w sobotę rano. Paczkomat jest w dość tłocznym miejscu, to ważne dla kolejnej części opowieści. Wpisuję numer telefonu, kod i bach, słyszę dźwięk otwieranej skrytki. Ale nie, no dźwięk był, ale raczej takiej umierającej skrytki. Nie powiem, chciała się otworzyć, ale jakoś jej nie szło. No nie mogła i koniec. Ok, daję jej drugą szansę. To samo. Próbuje i rzęzi, ale nic to nie daje. Trzecia próba. Nic to, zamknęła się w sobie i kaplica. Po 4 próbie, bo może to taka skrytka, co musi się rozgrzać nim pokaże co ma w środku, pokazała mi się informacja, że muszę zadzwonić na infolinię. To i dzwonię. Chodzę w tę i na powrót. Najpierw jestem 7 w kolejce, za chwilę 5, potem dziwnym trafem 6, a potem nagle 2 i ląduję poza podium, 4 miejscówka. Dziesięć minut później załapałam się na rozmowę. Miły pan kazał mi wykonać kilka czynności. Najpierw mam pobić skrytkę. Tak dosłownie, cytuję- proszę solidnie postukać w każdy bok skryteczki. Czynię to z lekką nieśmiałością, bo jednak ludzie spacerują, ale pan po drugiej stronie zachęca, by jednak włożyć w to więcej energii- no dalej, mocniej, nie bać się. Łatwo mu mówić, to nie on stał na ulicy i jak młodociany dewastator nie walił pięścią w metal. Generalnie starałam się zachować dobrą minę do złej gry. Udawać, że pukam raczej z życzliwości i z dużej sympatii do skryteczki, aniżeli z powodu nadmiaru agresji. Udawałam więc dobry humor i modliłam się by żaden znajomy nie szedł tą ulicą. Na szczęście nie szedł. Po tym jak pobiłam paczkomat, miałam raz jeszcze wpisać kod. I według najlepszej wiedzy pana po drugiej stronie, miałam wyjąć paczkę. Ależ byłam radosna! Wpisałam kod i zonk. Znów krztusi się i krztusi i otworzyć się nie chce. Pan radzi spróbować raz jeszcze i kolejny. I nic. Zero efektu. Skrytka się uparła i koniec. Pan powiedział, że zgłosi zaraz sprawę, ktoś przyjedzie i przełoży paczkę. Mam czekać na sms.

No dobra, czekam. W niedzielny poranek dostałam sms, odbierz paczkę dziś do godziny 17. Ucieszyłam się, ale szybko działają! Po kościele poleciałam po paczuchę. No ale ten tego… Zonk. Trzy razy zonk. Wściekłam się. Zaczęłam analizować i solidnie się zakręciłam. No dobra, widać to nie był ten sms. Być może w soboty nie jeżdżą kurierzy i nie przekładają paczek. Mija poniedziałek, dalej bez żadnej wiadomości. We wtorek postanowiłam się przejść i jednak sprawdzić czy już przełożyli paczuchę, ale być może zapomnieli mi dać o tym znać. W końcu chodziło tylko o przełożenie paczki, ileż to trwa? 5 sekund? Znów jednak spotkałam się z rozczarowaniem. Paczka ciągle tkwiła w popsutej skrytce. Postanowiłam zadzwonić kolejny raz na infolinię, cóż to się dzieje, czemu nie można przełożyć tej małej paczuszki do innej skrytki. Dowiedziałam się, że moja sprawa czeka w kolejce na rozpatrzenie reklamacji. Jestem któraś tam w kolejce i po rozpatrzeniu podejmą decyzję. No i czekam. Minął tydzień. Paczki nie ma. Prezent się  lekko już zdezaktualizował, a oni wciąż nie mogą dokonać rozpatrzenia mojej jakże skomplikowanej sprawy. Widać przełożenie paczki do działającej skrytki, jest tak nieoczywistą i skomplikowaną kwestią, że widać sam prezes musi podpisać zgodę, na tę jakże odpowiedzialną operację. Na pewno będzie relacja na żywo i zastępy komandosów dla obstawy. Czekam  więc sobie. Ułatwiłam sobie życie, nie ma to tamto. Chciałam oszczędzić sobie sobotniego spaceru do pracy….

Proponuję małą sondę, kiedy przełożą mi paczkę?

A- zapomnij, nigdy

B- może uda się w tym roku

C- zapytaj prezesa

W każdym razie dziś mija 10 dzień, kiedy moja paczka sobie leży i czeka.

Żeby nie było tak lekko, to powiem Wam, że od tygodnia mamy w pracy awarię wody. Nie mamy wody, cały tydzień. Herbatę robię w domu, przyznaję, robię wypasioną wersję, z pomarańczą, goździkami i miodem. I biorę swój półlitrowy kubeczek termiczny i w drogę. Ale jest ten problem, że jak siedzisz w biurze 8 godzin i popijasz herbatkę, to nachodzi cię pewna potrzeba. A bez wody jest ciężko. Oj ciężko. Wszyscy ćwiczymy się w sztuce cierpliwości. I przy okazji czujemy jak odkrywcy. Za moim biurowym oknem dokonano bowiem spektakularnego odkrycia. Znaleziono 3 rury, których nie było na mapkach. Zjechało się aż całe szefostwo wodociągów. Jak dla mnie rury jak to rury, ale dla pewnych osób były jednak cenne, bo usunięcie awarii się przez nie opóźnia. Dodatkowo panowie uszkodzili kabel od telefonu, mapy swoje, a kopacze swoje. W każdym razie woda w kranie to wielkie błogosławieństwo, doceńcie to, póki jej zabraknie.

A ja czekam. Na rozpatrzenie reklamacji. Na wodę. Na cud jakiś.

Ścieżka dźwiękowa-Lights & Motion – Northern Lights

 

 

 

Spirit in the forest

 

Let’s have a black celebration
Black celebration
Tonight

Jakby ktoś się mnie pytał co robiłam w czwartkowy wieczór, to odpowiadam. Byłam w kinie. I to nie na byle jakim filmie. A na filmie-koncercie. Tak, tak. W czwartek 21 listopada, było nasze Black Celebration. Czyli w skrócie pokaz filmu Spirit in the forest. Historie sześciorga fanów, wplecione  w koncertowe wspomnienia z Berlina. Wielka sala, wszyscy ubrani na czarno, miejsce zajęte co do sztuki. I przed nami 95 minut muzycznej fiesty. Oczywiście mogę narzekać, czemu tylko 95 minut? Ja mogłabym i 395 minut….

Fajnie było znów nasycić się tymi emocjami. Pomalować na czarno paznokcie, wyprasować odpowiednią koszulkę, walczyć z upartym deszczem, co nie chciał przestać padać. A potem zasiąść w fotelu i przywołać wszystkie piękne wspomnienia z najlepszą muzyką na ziemi. I śpiewać i klaskać i przeżywać tyle pozytywnych emocji.

Fajny to był czwartek. Fajny to był wieczór. Fajny to był film.

Ścieżka dźwiękowa – Depeche Mode- In your room

 

Filmowo

Kolejny weekend minął niepostrzeżenie. A ja mam dla Was kilka filmowych poleceń.

Na plaży w Chesil. Bardzo chciałam zobaczyć ten film w kinie, nie udało się. Ale od czego jest HBO Go? W końcu mogłam go obejrzeć. Fabuła zapowiada się obiecująco. Jest bowiem bardzo młoda para, właśnie wzięli wymarzony ślub i szykują się do nocy poślubnej. Ona jest bardzo zdenerwowana, on z tych nieśmiałych. Dla obojga to będzie pierwsze doświadczenie bycia z kimś. Noc poślubna jest okazją do wspomnień, o początku pięknego związku. Tyle, że wspomnienia to nie wszystko, i wspomnienia to tylko coś co było. Teraz jest źle. Nic nie idzie po ich myśli. Jeden wieczór, masa rozczarowań i niedopowiedzeń. Film pokazuje moment tu i teraz, a również w retrospekcjach początki ich związku. Miało być tak pięknie, Florence i Edward byli tacy zakochani. Pokonali sporo przeszkód by być razem, zwieńczeniem miłości był ślub. Ale ten cudowny dzień staje dramatem. No cóż, temat jest wyjątkowo ciężki, ale jednocześnie subtelny. Ale czy filmowi udało się pokazać tę subtelność? Nie do końca. Z pewnością bardziej delikatna i niedopowiedziana jest książka. Niekoniecznie do końca pasuje mi również odtwórczyni głównej roli. Chociaż lubię tę aktorkę ( Saoirse Ronan), to jednak czegoś mi w niej brakuje, by w pełni jej uwierzyć w ten cały natłok emocji. Po prostu nie pasuje mi to roli eterycznej panienki. Oczywiście całość jest dobra, nawet na 4 z plusem. Ale kilka rzeczy mi do końca nie zagrało.

Przedszkolanka. O tym filmie wiele słyszałam i bardzo chciałam go obejrzeć. I mówiąc szczerze, czas jaki z nim spędziłam z pewnością nie był czasem straconym. Oryginalny, niejednoznaczny i ambitny. Z pewnością nie urzeknie każdego. Wiem , że spora część widzów, zniechęci się oglądając kolejny raz, recytującego wiersze, 5 latka. Nie ma tu pościgów i efektów specjalnych. W roli głównej widzimy przedszkolankę, cierpliwą i kochającą dzieci. Osobę, która uwielbia poezję, i chce rozwijać swój talent. Niestety, świat nie zachwyca się jej dziełami, i docenia wrażliwości. Po pracy wraca ona do domu, do męża i dzieci, i prowadzi normalne, nudne życie. Ale ma wielkie aspiracje artystyczne. I kiedy odkrywa talent i niezwykłą wrażliwość u swojego ucznia, ciężko jej się zatrzymać. Wiersze chłopca przedstawia jako swoje i zdobywa uznanie na kursie pisania. Nikt nie zauważa, że ta piękna poezja to dzieło przedszkolaka. Lisa zaczyna mieć obsesję na punkcie Jimmy’go. Ciąga go na konkursy, wieczorku w klubach, ćwiczy recytację i zmusza do tworzenia poezji. Co jest o tyle skomplikowane, że mały Jimmy nie potrafi jeszcze pisać. Lisa w zamyśle chce pomóc chłopcu, ale tak naprawdę swoje ambicje realizuje poprzez Jimmy’go. Zakończenie jest bardzo smutne i przejmujące. Pokazuje jak samotna w swoim życiu była Lisa. Jak bardzo ciążyły jej niezrealizowane marzenia….

Co się wydarzyło w Madison County? Film klasyk. Cudowne role Meryl Streep i Clinta Estwooda. Skromna gospodyni domowa, matka i żona, przeżywa kilka najpiękniejszych dni swojego życia, pod nieobecność rodziny. O tej niezwykłej historii, po jej śmierci dowiadują się jej dzieci, dzięki pamiętnikowi matki. To on przenosi ich w przeszłość…. Francesca postanawia nie jechać na wystawę krów. Zostaje sama w domu. Mąż z dziećmi wyruszają, a zmęczona codziennością Francesca, ma okazję by pobyć sama z sobą i odpocząć. Ale jej plan legnie w gruzach, nie będzie bowiem samotna…. Jej samotny weekend,przerwał pewien fotograf, który zgubił drogę. Trafił pod jej dom, i znalazł nie tylko drogę do mostu, a i do serca gospodyni. Spędzają razem kilka dni. Tylko kilka dni, ale za to jakich dni! Francesca znów czuje się kobietą, taką jaką była przed ślubem. Jest gotowa iść za głosem serca i zostawić wszystko dla nieznajomego. Bądźmy szczerzy, która z nas nie miałaby ochoty rzucić wszystkiego dla jednego spojrzenia Roberta? Historia spełnionej, a jednocześnie niespełnionej miłości. Smutna to historia, ale i pełna pasji i radości. Czasem wystarczy tylko kilka dni…

 

Kraina wielkiego nieba. Film,który obejrzałam nieco przypadkowo, był to obraz zmuszający do refleksji, smutny i bardzo prawdziwy. Jest małżeństwo, jest bieda, jest dziecko, są niespełnione marzenia i aspiracje. Ona chciała być nauczycielką, on nie ma pracy. Jest nastoletni syn. Ona udaje, że podoba jej się to życie, ale coraz bardziej tęskni za wolnością i byciem dawną sobą. On tego nie rozumie, ucieka gasić pożar, bo można przy tym nieźle zarobić. Ona zostaje sama z synem i niby czeka na męża, ale nie tęskni i nie czuje już miłości… Smutny, bardzo to smutny film. Nakręcony w taki sposób, że współodczuwamy żal, smutek, rozczarowanie , rozpacz i tę duszną atmosferę małżeństwa. Zdecydowanie brakuje tam powietrza, aż chce się uciekać… Wielkim plusem jest kameralność filmu i świetne aktorstwo. Niepozorny obraz, który robi wielkie wrażenie!

Ścieżka dźwiękowa- Kings of Leon- Rememo

Minął październik. Książkowo

Nie powinnam dzielić się informacją, ileż to mam książek na liczniku, bo sama w to nie wierzę. Wydaje mi się, że pobiłam swój osobisty rekord. Także jeżeli chcecie czytać więcej i więcej, to moja recepta jest prosta. Zapalenie zatok, antybiotyk, zwolnienie i domowe pielesze. Generalnie nie polecam mojego sposobu na zwiększenie narodowego czytelnictwa. Plusem jest to, że przeczytałam wiele świetnych książek! A było ich…. 26.

Rozczarowanie października? Wszystko gra, Agnieszki Szygendy. Pomysł nawet był ciekawy. Dorośli, lekko znudzeni życiem faceci, chcą ubarwić sobie codzienność zamieniając swoje życie w grę. Simsy na żywo. Wypełniają zadania, żyją pod czujnym okiem kamer i wspólnie komentują swoje poczynania.
Zadania skupiają się wokół płci przeciwnej, a niczego nieświadome kobiety zostają pionkami w idiotycznej grze. Zadania są seksistowskie i przewidywalne. Cała książka jest dość toporna i momentami mocno prymitywna. Zdecydowanie nie polecam.

Czas na pozytywy.

Zacznę od Prymitywa, Marcina Kołodziejczyka. Prymityw to książka, którą zdecydowanie warto przeczytać, choć zdecydowanie nie jest dla każdego.
Już pierwsze strony pokazują, że styl autora jest specyficzny. Coś jak pomieszanie Masłowskiej i Gombrowicza. Współczesność pokazana z reporterskim zacięciem, przełożona na epopeję narodową. Polaków portret własny. Jest dużo polityki, jest dużo codzienności. Książka wciąga i urzeka. Chociaż pewnie niektórych odrzuci i uznają, że to nie tylko strata czasu, ale i kompletny brak talentu autora. Mnie autor kupił, czytałam, czytałam i nie mogłam przestać!

Patos chamstwa zdobywa świat, bo jest głośny, drze mordę i ma tak mało dumy, że odczuwa dumę z byle czego, a zwłaszcza z bycia dumnym.

Historie dziwnych samotności,, Marty Mazuś zrobiły na mnie duże wrażenie, choć to dość niepozorna objętościowo książka. Książka o samotności, która czai się za ścianą. Reportaże o samotnych ludziach, o ich codziennej walce z tym przerażającym uczuciem. Samotności nie widać często na pierwszy rzut oka. Boimy się jej, wstydzimy, ukrywamy. Albo nie chcemy reagować, bo jesteśmy tylko sąsiadami, przechodniami, epizodem w czyimś życiu…
Smutne, gorzkie, zmuszające do refleksji i zatrzymania się w pędzie codzienności.

Kolejna książka będzie reportażem. Maciej Zaremba Bielawski, zabierze nas do Szwecji, razem z książką, Polski hydraulik i nowe opowieści ze Szwecji. Wspaniałe, nawet nieco uzależniające reportaże najwyższej próby. Państwo, które jawi się nam jako państwo idealne, od podszewki. I okazuje się, że nie wszystko złoto co się świeci. Szkolnictwo, służba zdrowia, pomoc społeczna….. To wszystko potrafi przyprawić o zawrót głowy, nad nadmiarem biurokracji i sztywnego trzymania się reguł, zamiast zobaczenia w tym wszystkim drugiego człowieka.
Przeczytam tę książkę, jednym tchem. Szczerze polecam, świetna robota dziennikarska.

– Czy prawdą jest, że już w listopadzie 2002 było wiadomo, że policjanci z Borlänge w styczniu będą chorzy?
– Tak – potwierdzam – stróże porządku sami to zapowiedzieli.

Idziemy dalej. Szwindel, Jakuba Ćwieka. Oryginalny i zupełnie nieoczywisty kryminał. Coś nowego, świeżego i porywającego. Czytałam Szwindel błyskawicznie i z dużą uwagą. Kryminał bez krwi, pościgów i morderstw. Przekręt stulecia. Inteligentna historia, która sprawia czytelnikowi mnóstwo przyjemności. Bardzo niepozorna książka, nie spodziewałam się, że jej lektura, będzie aż tak wciągająca i ciekawa.

Nie ma nic gorszego dla oszusta niż gęba znana z telewizji i gazet.

W chorobie zauroczyłam się pewną kobiecą książką- Cała przyjemność po mojej stronie, Natalii Sońskiej. Już od pierwszych stron, czuć, że akcja dzieje się w cukierni. Jest słodko, ale nie mdląco. Ta książka jest jak gorzka czekolada z orzechami. Idealna na jesień. Poprawia humor, wciąga, nie jest zbyt wymagająca, kilka razy wywołała na mojej twarzy szczery uśmiech. Bardzo kobieca, idealna na ponury wieczór.

człowiek powinien najpierw żyć w zgodzie z samym sobą, dopiero wtedy będzie mógł żyć w zgodzie z innymi.

Floryda, Lauren Groff, to moje kolejne polecenie. To nie jest książka na poprawę nastroju. Tytuł- Floryda, może sugerować coś ciepłego, słonecznego, całkiem przyjemnego i lekkiego. Ale te opowiadania, to zdecydowanie nie jest plażowa, czy też wakacyjna lektura. To opowiadania przesycone lękiem i niepewnością. Wszystkimi bolączkami współczesnego świata. Mamy przemoc wobec kobiet. Strach o dzieci. Niepewność matki co do swoich umiejętności wychowawczych. Ta książka jest pełna emocji, głównie tych negatywnych.
Czyta się to mimo wszystko wyjątkowo dobrze, książka chociaż odrobinę chaotyczna, wciąga i nie pozwala odłożyć jej na półkę.

Czas na kryminał. Chłopiec,który zaginął. Drora Mishaniego. Ciekawe podejście i spojrzenie na kryminał. Nie ma krwi, nie ma szalonych pościgów, ani nadmiaru akcji. Jest policjant, matka, która zgłasza zaginięcie syna i sąsiad, korepetytor, niespełniony pisarz.
Akcja toczy się bardzo powoli, zakończenie zaś przychodzi nagle i jest wyjątkowo zaskakujące i oryginalne. Z pewnością autor ma spory potencjał i solidną dawkę ciekawych pomysłów. Książkę polecam wszystkim znudzonym tradycyjnymi kryminałami.

I już koniec. Już nie płacz, to książka  Joy Fielding. Bardzo zaskakująca i wyjątkowo wręcz wciągająca pozycja.
Bonnie znajduje ciało byłej żony swojego męża. Po jej śmierci spokojne i uporządkowane życie Bonnie, Roda i ich córeczki Amandy, legnie w gruzach. Bonnie zmierzy się z wątpliwościami wobec śmierci Joan, zamieszkaniem z nią dwójki pasierbów i powrotem brata marnotrawnego. Życie Bonnie jest w niebezpieczeństwie, a dookoła niej zdaje się czaić zagrożenie…
Zaskakujące i nieoczywiste zakończenie. Nie wpadłam na nie, naprawdę świetna książka.

 każdy ma jakieś tajemnice, maleńką część siebie, której nie chce ujawnić przed innymi. Nie ma takiej osoby, o której wiedziałoby się wszystko.

Szybko zleciał ten tydzień. Kilka godzin, i znów weekend!

Ścieżka dźwiękowa- Męskie Granie 2019 – Zazdrość

Serialowo

Kolejna porcja serialowych poleceń.

The Spy. Ten serial wzbudził we mnie olbrzymie emocje. Sasha Baron Cohen, aktor wybitnie komediowy i nie kojarzony dotąd z wybitnym aktorstwem, gra główną rolę w poważnym serialu szpiegowskim. Gra postać trudną i radzi sobie świetnie. Jestem pod wielkim wrażeniem, zarówno jego gry, jak i samego serialu. Ale przejdźmy do fabuły, a tak jest jednocześnie skomplikowana, jak i nie. Zacznijmy od tego, że jest to prawdziwa historia. Eli Cohen był izraelskim szpiegiem, który infiltrował rząd w Syrii. Widzimy wyczerpujące szkolenie i pracę agenta. Jego podwójne życie i sprawne lawirowanie pomiędzy byciem Elim a agentem. Eli swoim niezwykłym urokiem i lekkością bycia, zdobywa przyjaciół i wpływy wśród najwyższych syryjskich władz. Staje się ich powiernikiem i doradcą. I swoją rolę odkrywa perfekcyjnie. Eli w kraju zostawił żonę w ciąży. Nietrudno sobie wyobrazić ogrom jej cierpienia, kiedy została rozdzielona z mężem, a on nie mógł jej powiedzieć czym się zajmuje. Niby byli małżeństwem, ale żyli zupełnie osobno. Oboje toczyli walkę o życie. On by go nie rozpoznano. Ona z samotnością i wychowaniem dziecka bez ojca. Serial ogląda się fenomenalnie, i chociaż bazuje na prawdziwej historii, więc rozwiązanie, dla niektórych, nie będzie zaskoczeniem, to muszę przyznać,że napięcie towarzyszy nam do ostatniej sekundy serialu.

Telefonistki. To już kolejny sezon spotkań z przyjaciółkami i ich perypetiami. No cóż, jak zwykle los nie szczędzi bohaterkom wrażeń. Po emocjach z poprzedniego sezonu, akcja ani na moment nie zwalnia. Ba, ileż tu się dzieje! Przeskakujemy pomiędzy więzieniem a szpitalem. Wszystko się komplikuje, a to co jest niezmienne, to piękne stroje i zawsze nienaganne makijaże. Owszem, to już nieco telenowela, ale ogląda się ją z olbrzymią wręcz przyjemnością. I już wiemy, że będzie kolejny sezon. I dobrze, to taki serial, który fajnie leci w tle. No i ten wspaniały główny aktor….. Och i ach.

Niewiarygodne. Ten serial obejrzałam w zasadzie nieco przypadkiem. Zobaczyłam polecenie na Netflixie – oparte na nagrodzonym Pulitzerem reportażu. I przepadłam. To mini serial, kilka odcinków, ale za to jakich! Marie zostaje zgwałcona. Informuje policję i zgłasza szczegóły, była noc, była sama w domu, on ją zgwałcił we śnie, nie zostawił żadnych śladów. Policjanci sugerują Marie, że to się jej przyśniło i gwałtu nie było. Marie im wierzy, wycofuje się ze zgłoszenia i przyznaje do kłamstwa. Ale w innym miejsc ktoś gwałci młodą kobietę. Dwie policjantki łączą siły by złapać sprawcę…. To naprawdę solidny, wciągający i pasjonujący serial. Poszukiwania sprawcy gwałtów nie są przeciągnięte, nie skupiamy się na życiu prywatnym policjantów, nie ma wątków pobocznych. Są świadkowie, są ofiary, są detektywi i koniec. Nie ma upiększania rzeczywistości i udania, że policjantki zawsze są umalowane, zawsze mają dobry humor i wszystko idzie im jak z płatka. Dawno się aż tak nie wciągnęłam, jeden z najlepszych mini seriali tego roku.

Młody Sheldon cz 3. Kolejne spotkanie z genialnym dzieckiem i jego zwariowaną rodziną. To w ogóle się nie nudzi. Dalej jest tak samo uroczo i sympatycznie. Kolejny raz całe show zbiera babcia młodego geniusza. jaka jest genialna! Jej miłosne perypetie i oddanie wnukom, jest po prostu przeurocze. A celne riposty zwalają z nóg. Do tego wiecznie rozedrgana mama Sheldona i pyskująca siostra bliźniaczka. Jak zawsze wiele się dzieje. Całość zachowała lekkość i niewymuszony humor z poprzednich części. Młody Sheldon poprawia humor i jest miłą odskocznią od jesiennej szarości. Ja uwielbiam oglądać go w niedzielne poranki do śniadania. Słodkiego. Uwielbiam i jestem dozgonną fanką całej rodzinki Cooperów.

 

Peaky Blinders. To kolejny sezon i kolejne spotkanie z rodziną Toma Shelby’go. W tym sezonie tyle się dzieje, czasami mam wrażenie, że nawet za dużo! Krew się leje, wrogów się nie oszczędza. Rodzina Toma jak zawsze dostarcza mu atrakcji. Mu, albo raczej nam. Widzom. To co mi się podoba , to idealnie dopracowana scenografia i stroje. Świetne aktorstwo i soczyste dialogi. Co prawda czasem akcja jest zbyt mocno naciągana, a główny bohater cierpi a nadmiar życiowego szczęścia, ale oglądałam ten nowy sezon z olbrzymią przyjemnością. I polecam go każdemu. Od przygód rodziny Shelby,ciężko się oderwać. Ja czekam na kolejny sezon.

To byłoby na razie na tyle. Dopiero co zaczął się dłuższy weekend, a tu proszę, prawie koniec. Co się dzieje z tym czasem?

Ścieżka dźwiękowa-Deep Purple-Bloodsucker

 

Dłuższy weekend przed weekendem

W czwartek o 15.30 zaczęłam długi weekend. Aczkolwiek zadań miałam tyle, że zrobiłam sobie szczegółową rozpiskę. Inaczej bym się zgubiła! Odebrać kwiaty, zrobić obiad, umyć włosy, posprzątać, zrobić zakupy, posegregować pranie, iść do piwnicy po ciepłe buty…. No, ale zdążyłam ze wszystkim i o godzinie 18.00 rozpoczęła się nasza rodzinna Akcja Znicz. Wyruszyliśmy na drugi koniec Trójmiasta. Było tak zimno,że chociaż założyłam pełen zimowy zestaw, to i tak czułam arktyczne zimno. Na szczęście tego dnia, ulica nie była jeszcze zamknięta, i udało nam się rozsądnie zaparkować. Był spacer, ale w granicy rozsądku. Do domu wróciłam bardzo późno, herbata z sokiem pigwy i imbirem. I weekend…

Piątek powitał mnie słońcem. Było zimno, ale słonecznie, od razu poczułam się doładowana solidną porcją witaminy D. I miałam masę energii. Do 9 rano zaliczyłam kościół, cmentarz,oraz przygotowałam całą patelnię solidnej jajecznicy na boczku, dla mnie i dla brata, bo szykował nam się długi dzień. W tym roku, z pewnością dzięki weekendowej dacie, nie zauważyłam szaleństwa na drogach i walce o miejsce parkingowe. Owszem, było dużo ludzi, ale w normie. Nie czułam się niekomfortowo, a przebijanie się przez dziki tłum, nigdy nie było moją ulubioną formą spędzania czasu.  ?Tym bardziej przeciskanie się przez tłum, niosąc naręcze kwiatów, zniczy, grabków i czego tam jeszcze dusza sobie zamarzy. Naszych bliskich odwiedziliśmy spokojnie, o czasie, bez stresu i pośpiechu. Był czas na wspominki i nutkę żalu, że tyle lat minęło i tyle nas ominęło…  Był spacer po okolicznym lesie, który w słoneczny dzień wyglądał przepięknie. Był atak rwy kulszowej, który dopadł mego tatę w kościele, jako usiadł tak nie mógł wstać. A idąc wsparty na moim ramieniu, każdemu nieznajomemu głośno powtarzał, że ci młodzi w ogóle nie mają kondycji i musi holować córkę do auta… Potem był tradycyjny obiad w ukochanej knajpie, gdzie właściciel nas lubi i pozwala szefowi kuchni improwizować. Specjalnie dla nas. Dyniowo-cebulowe risotto z żółtkiem i czipsami z boczku było istną poezją dla zmysłów… Potem spacer po pustych i cichych uliczkach Starego Miasta. Kawiarnia i piernikowy sernik. Jaśminowa herbata, widok na Motławę… Potem wieczorna wizyta na cmentarzu, ogrzewamy się łuną ze zniczy i znów wspominamy… Niby dzień to smutny, ale rodzinny i wyjątkowo przez to  ciepły. Dostałam też po tym dniu zlecenie na piernikowy sernik. Wyzwanie podjęte, według rodziny ciacho był lepsze niż z kawiarni.

Myślałam, że w sobotę uda mi się odpocząć. Ale gdzie tam. Goście, goście. Akcja Goście. Latanie po sklepach, gotowanie, pieczenie i sprzątanie. A potem ucztowanie i długie rozmowy.

Jako, że w sobotę, nie udało mi się odpocząć, myślałam, że uda mi się tego dokończyć w niedzielę. Ale gdzie tam. Od rana, mimo paskudnej pogody byłam w ruchu i poza domem. Znów przejechałam/przeszłam przez całe Trójmiasto. Kiedy wróciłam o 19 do domu, to przypomniałam sobie, że miałam w ten długi weekend trochę odpocząć. No cóż, nie udało się. Ale nie żałuję. To był dobry czas.

Muszę też podziękować Kataszy. Dzięki niej poszukiwania szczepionki uznaję za zakończone. Jestem po szczepieniu, poza lekkim bólem ręki nie działo się ze mną nic. Każdemu to polecam.

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- Dance with somebody

Minął październik

I po październiku. Kolejny miesiąc za nami. Miesiąc wstecz chwaliłam się moim „żelaznym zdrowiem”. Że niby dwa i pół miesiąca bez choroby. No i mam. Chwalipięta od siedmiu boleści. Większość miesiąca przechorowałam. Najpierw próbowałam oszukać samą siebie, zamaskować objawy saszetkami na dzień i na noc. Zabić ból gardła tableteczką ze słowem Intensive w nazwie, ponoć najsilniejsza na rynku. Nie działało. W pewien piątek wróciłam wcześniej do domu z pracy i jak się położyłam do łóżka, to wstałam dopiero we wtorek. Zapisałam do lekarza, i doczłapałam resztkami sił. Tę trasę w dobrym zdrowiu, udaje mi się pokonać w 12 minut. W chorobie szłam 35 minut. I doszłam spocona i ledwo żyjąca. Pani doktor mnie obejrzała z każdej możliwej strony u zdiagnozowała, a jakże ostre zapalenie zatok. I gardła. Dostałam spersonalizowany antybiotyk. Takie cuda. Antybiotyk, steryd i lek antyalergiczny w jednym. Z receptą poszłam do apteki, i wieczorem dostałam swoje super krople na zatoki. Niestety były chyba za mało osobiste, bo nie pomogły. Musiałam wziąć standardowy antybiotyk. Nie wiem czy pomógł, bo kicham i smarkam cały czas.

Choroba zdeterminowała ten miesiąc. Pogoda była jesienna, więc oszczędzałam swoje wątłe zdrowie. Siedziałam w domu. Czytałam, oglądałam filmy i seriale. W chwili dopływu energii przearanżowałam pokój. Mam o 3 źródła światła więcej. Miało być 4, ale nie mogę znaleźć moich cotton ballsów. W każdym razie, rozjaśniam sobie jesień. Vivat lampki choinkowe, naprawdę robią klimat. W końcu zakupiłam też sporą ramkę na zdjęcia, powklejałam tam zdjęcia i powiesiłam ten zbiór na ścianie. Miło wstawać rano i widzieć piękne wspomnienia. Czy można widzieć wspomnienia? Może to się tylko czuje? W każdym razie moja kolekcja zdjęć mi się podoba. Jesień w końcu. Nostalgia mi się włącza.

Pogoda była jak w kwietniu. W kratkę. Te piękne dni mieszały się z bardzo brzydkimi. Ostatni tydzień to była zaś zimowa aura. No i owszem, brakowało śniegu, ale 3 stopnie na plusie, zmusiły mnie do ubrania najbardziej zimowej kurtki jaką mam. Zorientowałam się, że muszę kupić kozaki na zimę. Ale najpierw wynieść z mojej szafki na buty sandały. Tak je lubię, że nie mogę się z nimi rozstać… Obiecuję, na dniach się poprawię, raczej już potrzebne mi nie będą. Także wiecie, jak było pięknie to ja pod kocem umierałam z bólu zatok i gardła. A jak wróciłam do żywych to pogoda zrobiła mi psikusa. Takie to moje szczęście. Albo i pech. Jak kto woli. W każdym razie dopiero koniec miesiąca był dla mnie łaskawy. I mogłam wyjść z domu. Muszę jednak dodać, że siedzenie w domu ma jeden plus. Dużo gotowania i pieczenia.

A poza tym październik minął szybko. Choć nie gładko. Było kilka bardzo trudnych dla mnie dni. Był jeden bardzo smutny wieczór. Ale swój żal i rozczarowanie szybko przepracowałam. Jak nic dojrzewam. Nabieram dystansu. A może już mi się znudziło rozpaczanie i marnowanie cennego czasu? W końcu ileż można? Nie wiem. Wiem, że mam wokół siebie naprawdę wyjątkowych ludzi. Moja przyjaciółka zna mnie jak nikt inny na świecie. Nie muszę mówić jak mnie ucieszyła, czy też raczej ukoiła jedna wiadomość od niej – a teraz milczę z tobą…  W ogóle muszę dodać, że mam szczęście do znajdowania fajnych Katarzyn w moim otoczeniu.

W październiku raz byłam w kinie, trzy razy w knajpie, i 4 razy u lekarza. Ilość wizyt w aptece nie zliczę. Nigdzie nie ma szczepionek na grypę, a ja 2 tydzień chodzę z tą receptą i nie wiem już w jakie drzwi pukać. Wyjątkowo mnie to irytuje. Oswoiłam się z brakiem siostry. Nawet mnie lekko zirytował jej przyjazd na cały weekend. No, ale jak to, chcesz nocować? Ja chyba za bardzo lubię samotne poranki. I kompletną ciszę….

Jak więc widać październik postanowił mnie nie rozpieszczać. Ja już lepiej nie będę mieć żadnych oczekiwań wobec listopada. Niech tylko wróci mi zdrowie….

Ścieżka dźwiękowa- Stevie Wonder – Visions