Minął miesiąc. Styczeń.

I witamy luty, żegnając styczeń, z pewną ulgą. Nie dlatego, że był zły. Nie, nie był taki, ale był intensywny, bogaty w pośpiech, pęd i niekończącą się ilość stresów. Musiałam jednocześnie ogarnąć remont domu, przeprowadzkę i sesję na studiach. To był szalony miesiąc, wiele się działo, wiele razy budziłam się niewyspana, a kładłam się z bólem głowy i ogromnym niepokojem w sercu. Chyba nigdy nie żyłam pod taką presją i w takim tempie. Moje jedyne spacery, odbywałam po sklepach i marketach. Tych meblowych i budowlanych. Mogłabym zamieszkać w Ikea i Obi, oszczędziłabym dużo czasu i nerwów. Remont zaczęliśmy 2 stycznia, więc jak widzicie, ten rok zaczął się naprawdę z grubej rury. Do tego presja czasu, bo na miesiąc mieliśmy tylko miesiąc, a dom posiadał skromny stan deweloperski. Jak się domyślacie, pracy było aż nadto! Ale miesiąc zwieńczyliśmy przeprowadzką i wizytą u notariusza, która to 30 stycznia, wręczyła nam akt notarialny.

Styczeń zdominował temat remontu. Żyłam w zasadzie na dwa domy, w wiecznym niedoczasie. Za dużo jadłam na mieście, za mało miałam chwil dla siebie, na odpoczynek, na relaks, ale i na naukę. 27 stycznia miałam seminarium zaliczeniowe, promotor oczekiwał, że maksymalnie do połowy miesiąca, prześlę mu dwa rozdziały swojej pracy. I tutaj pojawił się problem, bo kiedy wychodziłam z domu mniej więcej o 6.15 rano ( by rano zajechać na „budowę”, a wracałam blisko 20. Ciężko było mi zmobilizować się wieczorem, by pisać. Co prawda miałam już wcześniej pokaźną kolekcję notatek, ale zebrać się w sobie, by coś z tego wymyślić w formie pracy, było nieosiągalne. Wieczorami jadłam byle co, robiłam pranie, ogarniałam koty i szłam spać. Ale udało mi się poświęcić jeden weekend, na pisanie. I seminarium zaliczone z uwagą od promotora- brak uwag, temat świetnie ugryziony. Ależ byłam z siebie dumna! Bo przyznaję się, byłam pewna, że nie tyle nie zaliczę tego seminarium, co nie uda mi się oddać w terminie wymaganej części pracy. Ale się udało, chociaż okupiłam to ogromną ilością stresu i nerwów. Musiałam również przygotować projekt, w pewnym programie, którego nie znałam, nie rozumiałam, i nie mogłam rozgryźć. Ale się udało.

W kwestii gryzienia, to musiałam odwiedzić dentystę. Coś dziwnego poczułam podczas gryzienia, w mojej nowej klinice, raz do roku każdemu przysługuje darmowy przegląd ze zdjęciem, poszłam, zrobiłam zdjęcie i miły pan stomatolog pilnie wpisał mnie na wizytę na za tydzień. Usłyszałam, że to ostatnia chwila przed leczeniem kanałowym, ale to okaże się na żywo, bo zdjęcie zdjęciem, ale co w zębie to zobaczymy. I teraz mnie pocieszył, kanałowe? Ale jak to! Ja nie chcę! Tyle na głowie i jeszcze to. I jeszcze powiedział, że będziemy musieli ciąć dziąsło, bo źle narosło. I omal nie dokonałam żywota. Za tydzień siedziałam na fotelu, siedziałam 100 minut, no niemalże bo 98 minut. W życiu tyle nie siedziałam bez ruchu, w tle leciał RMF Relax, a nad głową film przyrodniczy. Dostałam 4 zastrzyki ze znieczuleniem, bo możliwe, że będziemy musieli robić kanałowe. Jeżeli mam być szczera, to wydawało mi się, że nie przeżyję. I co z tego, że miałam to nieszczęsne znieczulenie! Sam pan doktor mówił mi co chwilę- jest pani bardzo dzielna, jest pani bardzo dzielna. Te 98 minut później wstałam z fotela, jak się okazuje lżejsza o kawałek dziąsła, chudsza o ponad 600 zł, za to bez leczenia kanałowego, co mnie jako jedyne ucieszyło. Kiedy przestało działać znieczulenie, pojawił się okropny ból. Dwa dni jadłam zimne kaszki dla niemowląt, i zagryzałam je tabletkami przeciwbólowymi. Było ciężko, jakby dostatecznie ciężko już nie było. Tutaj małe zaskoczenie, dlaczego ja zawsze wybieram mężczyzn jako swoich dentystów? Nie umiem tego wytłumaczyć?

Pogoda oszalała i styczniowa aura po prostu dawała w kość. Zimy nie było, za to jesienne sztormy, deszcze, i szarość, która na cały tydzień zabrała słońce. A jak wiecie, ja działam na baterie słoneczne, bez słońca gasnę i koniec. Najgorzej działała na mnie sztormowa auta, miałam zawroty głowy i totalną niechęć do życia. Śnieg padał przez 2-3 godziny i zniknął, także zima w odwrocie.

Styczeń przyniósł masę spacerów po sklepach budowlanych. Do Castoramy i Ikei wchodziłam jak do siebie. Okazuje się, że tuptanie po tych wielkopowierzchniowych sklepach świetnie nabija kroki. W Gdańskiej Ikei od wejścia do kasy, zrobimy 3 tysiące kroków. Teraz pomyślcie ile można zrobić, jeżeli czegoś zapomnicie, albo zmienicie zdanie? Generalnie podszkoliłam się w typowo technicznych kwestiach. Zawsze lubiłam malowanie i dalej lubię. Mąż mnie zmusił do pomocy przy układaniu podłóg i powiem Wam, przy okazji zaczęłam odróżniać różne sprzęty i narzędzia. Sama pomalowałam małą łazienkę, i sama stworzyłam kolor z 3 barwników. Dodatkowo sama złożyłam komodę w sypialni i szafkę w łazience. Jakby ktoś coś, to mogę się polecić! Dalej nie lubię, ba nie znoszę pakowania kartonów, więcej sensu widzę w ich rozpakowywaniu. Na szczęście zatrudniłam do pomocy siostrę i przyjaciółkę. Najgorsze jest to, że nie mogę rozpakować wielu kartonów, bo wciąż nie mam na nie miejsca. Na poddaszu schnie wylewka, musieliśmy zamówić schody na połowę lutego, potem trzeba ułożyć tam podłogi. Docelowo tam będzie nasza garderoba i pokój do pracy i miejsce na jogę. 36 metrów, które nas kupiło, i przez nie kupiliśmy ten dom. Ale cóż, trzeba czekać,a wszystko co ma być docelowo na strychu, wali się w salonie i w sypialniach.

W dniu oddania kluczy dopadł mnie straszny wręcz smutek. Ekscytacja przygasła, za to pojawił się żal. Taki fizyczny i psychiczny. Przepłakałam dwie noce z tęsknoty za naszym małym mieszkankiem i za kotami. Wiadomo, Frania i Filemonek są z nami, ale mieli koleżanki i kolegę. Roboczo nazwałam je Klusia, Szelka i Kwadraciak. Dzieciaki przychodziły do nas, do ogródka. Dokarmiałam je, Frania uwielbiała je obserwować z okna. Nowa właścicielka powiedziała, że nie życzy sobie kotów w ogrodzie i je przegoni. Sąsiad obok karmi koty, ma dla nich ogrzewaną budkę, wiem, że to były dzikuski, wystarczyło, że wstałam z kanapy, a one widziały to przez okno i uciekały w popłochu, ale pokochałam je. Frania za nimi tęskni, siedzi w oknie i czeka na odwiedziny. Dogadałam się z dawnym sąsiadem i będę mu dostarczać karmę dla kociaków, ale przyznaję, tęsknię za moją trójką, która umiłowała sobie nasz ogródek i dawała nam dużo radości. Lubiłam jak nieśmiało zaglądają przez okno balkonowe czy już jesteśmy i czy już pora na obiad. Teraz pęka mi serce…. Już sama nie wiem czy tęsknię za dawnym domem, czy za kotami?

Styczeń miał w sobie wiele emocji, od radości, do zmęczenia, zniechęcenia, do żalu. Za mało snu, za dużo stresów. Jedynie los oszczędził mi chorowania. Codziennie piję świeżo wyciskany sok z jednego grapefruita i zajadam łyżkę kwiatowego pyłku. To moja licencja na niechorowanie. Ciekawe ile będzie działać?

Ścieżka dźwiękowa- Of Monsters And Men – Little Talks

Reklama

Kupiliśmy dom!

No dobrze, czas odkryć wszystkie karty. Dlaczego też miałam kryzys, i ostatnie dwa miesiące były niczym maraton? Dlaczego żyłam zestresowana i przerażona zawartością kalendarza, który krzyczał – dziewczyno, jesteś spóźniona! I to nie o kilka godzin, ani tygodni, ale i miesięcy? Otóż, staliśmy się dumnymi posiadaczami 95 metrowego domu!

Tak, to była najbardziej spontaniczna decyzja w całym moim życiu. W przerwie między moim listopadowym chorowaniem, poszliśmy na jesienny spacer. Naszym oczom ukazała się tabliczka- na sprzedaż. Był to dom, który oglądaliśmy rok temu, przekonał nas do siebie prawie wszystkim. Prawie, robi wielką różnicę. Do oddania był bowiem gotów za 10-12 miesięcy, a transze należało płacić w ciągu 30 dni od dnia podpisania umowy. Developer był nieugięty, płać teraz, i czekaj na oddanie budynku do użytku. Było to dla nas nieosiągalne, bo przecież pieniądze na większe mieszkanie, ukryte są w obecnym mieszkaniu. Opcja była jedna- sprzedać je i przez rok wynajmować kolejne mieszkanie. Była to opcja absurdalna, więc odłożyliśmy marzenie o domu, na nieokreślony bliżej czas. Tak, było nam ciasnawo. Wiem, że nie powinno się narzekać, ale mieliśmy 42 metry, nas dwoje i nasze dwa kociaki, ciężko było myśleć o jakiejś perspektywie powiększenia rodziny. Do tego mąż potrzebował swojego gabinetu, albo chociaż solidnej przestrzeni do pracy. Mnie męczyła mała kuchnia, ale sąsiedztwo i ogród wynagradzało wszystko. Natomiast wiedzieliśmy, że to przejściowe mieszkanie i docelowo marzą nam się 3- 4 pokoje, z dużym ogrodem w formie bliźniaka, czy też szeregu. Najważniejsze dla nas było to, by nad sobą nie mieć sąsiadów. Ale nie mieliśmy presji, że to już, dziś czy pojutrze. Obserwowaliśmy lokalny rynek nieruchomości, ale ceny nic tylko rosły, tak samo jak rosły raty kredytów. Czułam, że to nie jest dobry moment, ale czy w życiu jest jakikolwiek dobry moment na zmiany?

Teściowa, która pracuje w banku i od 30 lat udziela kredytów hipotecznych, mówiła, że to okazja i by drugi raz nie stracić jej oczu. Czemu to była okazja? Ktoś kto dokonał rezerwacji, wpłacił zaliczkę i podpisał umowę przedwstępną nie dostał kredytu. Dom wrócił na sprzedaż i jakby na nas czekał. Nie mogliśmy pozostać głusi na ten zbieg okoliczności…

Także ten ostatni czas był szalony z prostego powodu. Sprzedaliśmy nasze mieszkanie i 29 stycznia oddaliśmy klucze nowej właścicielce. Od teraz nasze życie toczy się kilkanaście ulic dalej. W naszym wymarzonym domu. To nowy rozdział i nowy początek.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski- Jaśniej

Nareszcie!

Feels like home, I should have known, From my first breath……..

Dziękuję za trzymanie kciuków! Mamy to. Wyrobiłam się. Wyrobiliśmy się. Co prawda następny tydzień, stoi pod znakiem sesji na uczelni, więc znów możecie trzymać kciuki. Coś czuję, że odetchnę na wiosnę, więc wiosną przychodź. Ale dziś rozpiera mnie duma i dużo nadziei.

Ścieżka dźwiękowa- Miley Cyrus- Flowers

Mały kryzys

Macie tak czasami, że bardzo czegoś chcecie, ale przytłacza Was droga do tego celu? Jesteście już tak blisko, ale im dalej w las, tym gorzej i gorzej….A niby tak bardzo tego chciałam!

Goni mnie presja czasu, zadania piętrzą się i piętrzą. Nie mogę nawalić. To wyzwala we mnie kolejną presję.

I tak bardzo chciałam tych wszystkich zmian, ale myślałam, że będzie trochę lżej.

O ja naiwna!

Jak ja marzę o wolnej głowie, o spokoju ciała i po prostu o braku kalendarza, który w każdej minucie przypomina mi jak już bardzo jestem spóźniona…

Mam w sobie tyle napięcia, niepewności i stresu, że zaczynam żałować. To znaczy, nie żałuję. Ale chwilowo jestem przytłoczona….

Ścieżka dźwiękowa- The Sugarcubes – Birthday

Brak pokory

Ostatnio wracałam z pracy do domu kolejką, zajęłam czteroosobowy zestaw miejsc, przedział był pusty, ale i tak na następnym przystanku wsiadły dwie panie i dosiadły się do mnie. Chcąc nie chcąc, musiałam przysłuchiwać się ich rozmowom. Panie pracują w dużej firmie, takiej która projektuje i wykonuje mosty oraz tory tramwajowe i kolejowe – tym dość głośno się chwaliły i opowiadały o dniu w pracy. I podkreślały swoją wielką odpowiedzialność. Ale i mocno narzekały. A narzekały na to, że ostatnio jedna z nich szukała swojego zastępcy, czy też asystenta. Wiadomo, osoba po politechnice, która zna się na projektowaniu. Panie były zaskoczone, bo kandydaci zgłosili, że chcieliby zarabiać 3,5 tyś na rękę. Obie stwierdziły, że kiedy one zaczynały stawki były inne, i teraz młodych cechuje cyniczny Brak Pokory. Wiadomo, panie były po 40, kiedy więc zaczynały, niemal 20 lat temu, albo i więcej, sytuacja była inna, ceny mieszkań, w moim mieście, wzrosły o 350 %. Z ciekawości sprawdziłam sobie temat w internecie, bo takich firm w okolicy dużo nie ma, i faktycznie, wisi ogłoszenie, wymagania? Wykształcenie wyższe kierunkowe techniczne, biegła znajomość języka angielskiego, znajomość programów Auto CAD i Microstation(cokolwiek to jest), dodatkowo prawo jazdy i oczywiście doświadczenie. Oferują za to możliwość uczestniczenia w ciekawych projektach i jako super gadżet kartę Multisport.

Ale wracam do rzeczy, czy naprawdę brakiem pokory jest, oczekiwanie za wymagającą i skomplikowaną pracę, która wymaga dużej wiedzy, 3,5 tysiąca na rękę? Z taką pensją młody człowiek nie dostanie kredytu na mieszkanie, albo będzie mieszkać z rodzicami, albo z trudem wynajmie kawalerkę i będzie liczył każde 10 złotych. Nie oszukujmy się, w tak dużym mieście jak u mnie, wynajem kawalerki ze wszystkimi opłatami to koszt 2,5 tysiąca złotych. Wiadomo, fajnie mieszkać we dwójkę, czy trójkę, i dzielić koszty. Ale nie każdy ma z kim wynająć mieszkanie. Albo wolałby po prostu mieszkać sam. Już w ogóle nie mówię o tym, by zakładać rodzinę, czy zbierać na wkład własny, z taką pensją.

Czy uważam, że oburzenie tych pań jest słuszne, że młodzi, wchodzący na rynek pracy mają brak pokory? Oczywiście, że nie. Być może te panie byłyby zadowolone, gdyby ich asystent zarabiał pensję minimalną, czyli na rękę 2700 złotych. Ale za tę kwotę, bardzo ciężko się utrzymać w pojedynkę. W zasadzie skazuje to na życie z rodzicami, jeżeli nie mamy towarzysza niedoli, z kim można wynająć mieszkanie. Czy 3,5 tysiąca na rękę, dla osoby, która ma projektować mosty to dużo? Jak dla mnie nie i proszenie o taką pensję nie jest oznaką braku pokory, a po prostu normalną pensją, na dzisiejsze czasy. Oczywiście wiem, że są osoby z mniejszą pensją, odnoszę się do tej konkretnej sytuacji, konkretnych oczekiwań, wymagań i wiedzy, którą musi dysponować kandydat by zostać przyjętym.

A jakie jest Wasze zdanie? Czy taka pensja, to brak pokory i gdyby ktoś aplikował o takie wynagrodzenie, to też z zalewającego Was żalu rozmawialibyście o tym całe 35 minut?

Ścieżka dźwiękowa- Accept – Metal Heart

W zamknięciu, geniusz w 4 odcinkach!

Dziś zapraszam na serialową polecajkę z Netflixa. Będzie to serial, który bez problemu można obejrzeć w 1 wieczór, bo to tylko cztery odcinki, coś na weekendowy wieczór z serialem, domowym popcornem i dobrą herbatą.

Jestem wielką, wielką fanką Doktora Who, i maszeruję za rolami Davida Tennanta. I chociaż w tym serialu gra naprawdę świetnie, to nie da się ukryć, że całe show kradnie mu Stanley Tucci. To on jest owym geniuszem, który nawet oczekując na wyrok śmierci, sprawia, że kochamy go po całości.

No dobrze, co nieco o fabule. Ta toczy się niejako dwutorowo. Harry i Mary, są małżeństwem. On jest pastorem, ona prowadzi dom i zajmuje się ich synem, nastoletnim Benem. Jednym słowem, wzorowa rodzina. Drugi biegun to więzienie, tam na karę śmierci oczekuje niejaki Jefferson Grieff, profesor kryminologii, który ze swoim kolegą spod celi, Dillonem, prowadzą oryginalne biuro porad do spraw beznadziejnych. Trafia do niego Beth, która chce zrobić reportaż o Grieffie. A przy okazji powierza mu sprawę nowo poznanej Janice, która znika bez śladu. Co ciekawe, Janice, jest korepetytorką Bena i w dniu zaginięcia, szła do niego na lekcję. Tego samego dnia, pastor Harry, przypadkowo dostaje pendrive z niepokojącą treścią. Co łączy te postaci, co się wydarzy? To już trzeba zobaczyć.

Serial toczy się wokół pytania- czy każdy z nas, w pewnych okolicznościach, może być sprawcą zła? Czy w każdym z nas jest ukryty morderca? Mamy tutaj grupę bardzo inteligentnych i opanowanych ludzi, których przytłoczyła pewna sytuacja, a jedno posunięcie, przypadek w zasadzie, generuje kolejne. A potem sytuacja jest już nie do odkręcenia, i koło się domyka. I bardzo ważne pytanie, jak daleko można się posunąć, chcąc ratować swoich bliskich?

Serial oparty jest na niedomówieniach i dużej dozie niepewności. To wszystko sprawia, że zaczynamy mieć dużo pytań i wątpliwości, wobec samych siebie. Serial każe się zastanowić nad rolą mediów społecznościowych, nad osądzaniem innych i nad tym, że nie wszystko co jest oczywiste, takim właśnie jest.

Plusem jest świetna obsada, a naprawdę mistrzowsko gra tutaj Stanley Tucci, jest w pełnym sensie psychopatą, ale robi to z takim uśmiechem na ustach, że nie sposób go nie pokochać.

Szczerze polecam, na nadchodzący weekend!

Ścieżka dźwiękowa- Republika-Raz na milion raz

Kosmetycznie

Żel do twarzy Ceravee, oczyszczający. To żel stworzony dla potrzeb cery tłustej i mieszanej. Produkt ma świetne opakowanie z pompką, bardzo higieniczne i wydajne. Plusy? Delikatna formuła, bezzapachowa. Żel jest naprawdę delikatny, według producenta ma to zapewnić idealny balans, między oczyszczeniem, a nawilżeniem cery. I moim zdaniem robi to genialnie. Żel bardzo dobrze oczyszcza, zostawia cerę mięciutką, gładką i świeżą. Jest tak delikatny, że można nim zmywać nawet makijaż oczu. Jedyny minus? Cena, żel kosztuje 35,99 zł, dla mnie to trochę dużo, jak za żel do mycia twarzy. Ale na pewno będę go miała na uwadze i wrócę do niego.

Maseczka Dermomask, nocna eksfoliacja. To chyba jedyna maseczka, którą kupiłam w aptece. Potem widziałam je już w Hebe i używam jej dość regularnie. No cóż, naprawdę się z nią polubiłam. Maseczkę producent zaleca używać, pomiędzy godziną 22 a 1 w nocy, kiedy to skóra najbardziej się regeneruje. Maska zawiera 3 % kwas migdałowy, który ma zadanie odnowić skórę, wygładzić ją i wyrównać koloryt. Dodatkowo zawiera kompleks, który zwiększa produkcję witaminy C w skórze i tym samym odmładza skórę. Maska jest bardzo kremowa, nie spływa, nie zastyga, dla mnie to plus. Maseczka naprawdę działa, ale uwaga, musicie jej używać 2-3 razy na tydzień, by zobaczyć efekty. A te efekty to jaśniejsza, odświeżona, dobrze nawilżona cera, która naprawdę jest jakby odnowiona. Polecam, jeżeli macie jakieś niedoskonałości, blizny i przebarwienia. Maseczka jest dostępna w saszetkach i tubkach. Spełniła wszystkie moje oczekiwania!

Podkład Gosh Cameleon. Miał to być mój hit. Czy spełnił moje oczekiwania? Hmm, niekoniecznie. Po pierwsze podkład jest biały, nasycony perełkami koloru, które mają pękać podczas aplikacji i idealnie stapiać się ze skórą i dawać naturalne wykończenie. Owszem, robią to, ale i tak, to nie jest podkład, a jedynie delikatny krem koloryzujący. Miałam odcień najjaśniejszy, nie wiem czy to tylko domena najjaśniejszego koloru, czy wszystkich, ale krycie jest bardzo, ale to bardzo delikatne, wręcz minimalne. Aby go używać trzeba mieć praktycznie idealną cerę, i brak niedoskonałości. A u mnie to chwilowo nie występuje. Plusem na pewno jest lekkość, delikatność, nadanie cerze satynowego wykończenia i uczucie nawilżenia cery, dzięki kompleksowi z witaminą D. Samo to sprawia, że cera wygląda lepiej. Aczkolwiek przy braku krycia, bardzo ciężko jest docenić i prawidłowo ocenić ten produkt. Myślę, że osoby, którym zależy na tym, by coś nałożyć na twarz i czuć się lepiej, będą zadowolone. Jeżeli potrzebujecie podkładu, to warto szukać czegoś innego. Za 60 złotych, uważam, że można znaleźć coś dużo lepszego.

Avon, żel pod prysznic malina i kokos. To bardzo kremowy żel, o cudownym zapachu maliny i kokosa. No cóż, powiem Wam, że kupił mnie całkowicie, pachnie rozkosznie, słodko, niesamowicie relaksująco. Dla mnie to świetny zapach na zimowe wieczory, cudownie otula i odpręża. Dodatkowo żel jest wydajny, dobrze oczyszcza, nie wysusza i nie podrażnia skóry. Dlatego śmiało go polecam, w promocji można złapać go już za 5 złotych, więc warto spróbować, jeżeli lubicie zapachy, takie do zjedzenia!

Ścieżka dźwiękowa-Iron Maiden – Futureal

Minął rok. Kulturalnie

Czas na kulturalne podsumowanie minionego roku. Czyli coś z muzyki, filmu i książek. To co? Gotowi?

224 książki, tyle mam na liczniku, wiem, wiem. Dużo. Żeby nie było, z nikim się nie ścigam, po prostu dojeżdżam do pracy i czytam w tym czasie. Bycie wiecznym pasażerem, ma po prostu swoje plusy. Moje największe plusy? Ostatnie kuszenie Chrystusa, Nikosa Kazantsakisa. To książka wymagająca dużej uwagi i jeszcze większego skupienia. Prowokacyjna i kontrowersyjna, angażująca i zmuszająca do myślenia. To historia Chrystusa, który wątpi, poddaje w wątpliwość swoją misję i rolę. Jedno z arcydzieł literatury. Na pewno olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie Rebeka, książka Daphne de Maurier. Ta książka to klasyka kryminału, sensacji i romansu. Ta książka manipuluje odczuciami czytelnika, dosłownie odkrywa go od życia. Całkowicie mną zawładnęła i każdemu polecam. Tak samo jak kolejne spotkanie z Jessie Burton, czyli Wyznanie. Historia trzech kobiet, Connie, Elise i Rose. I dość ponadczasowa chęć bycia akceptowaną, kochaną i zrozumianą. Przepięknie napisana, wprost czarująca!

Koncertowo nie było jakoś mocno bogato. Byłam na Męskim Graniu i 2 osobnych koncertach, więc bez sensu jest robić podium. Moje refleksje są natomiast takie, Męskie Granie, w przedłużonej wersji, dwudniowej, nie mają sensu. Oczywiście teraz będzie łatwiej, nie ma niespodzianek. Wiemy, że kupując bilet na piątek, idziemy na dzień bez Orkiestry. Ja tego nie wiedziałam i ostatecznie trafiłam na dziwny dzień, taki bez najważniejszej grupy muzyków. Sam koncertowy piątek był dość średni. Na pewno nie pójdę ponownie na taki dzień Męskiego Grania. Na szczęście w tym roku, w sierpniu czeka mnie koncert DM, więc w 2023 roku, na pewno odpuszczam tę imprezę. Ale za to muszę Wam powiedzieć, że moje serce w 2022 roku, skradła Kaśka Sochacka. To dziewczyna z wielkim talentem, ale o wielkiej skromności. Byłam zachwycona jej głosem, pewnością siebie i tym, że chociaż grała w małym mieście, to dała z siebie 120 %. To był zdecydowanie koncert roku! Jeżeli będziecie mieli okazję, to koniecznie zajrzyjcie na jej koncert. Miałam też bilety na koncert Zalewskiego w Teatrze Szekspirowskim. Ale zaczęła się wojna na Ukrainie i uznałam, że to nie jest ten czas.

Muzycznie ubiegły rok należał do Depeche Mode. Wynikało to z dwóch rzeczy, po pierwsze w maju odszedł Andrew Fletcher i moje serce bardzo cierpiało. Bo dla mnie DM, to coś więcej niż tylko muzyka, to moje życie. Kolejną okazją do zapętlenia DM na moim Spotify, była październikowa konferencja prasowa i informacja o nowej płycie i warszawskim koncercie. DM słuchałam więc najczęściej. Na drugim miejscu znalazł się Krzysiek Zalewski, a na trzecim, co mnie nieco zaskoczyło, powrót do klasyki, czyli Pink Floyd. W kategorii płyt, znów wygrało DM, z Violator. A w piosenkach zdecydowanie rządziło Walking in my shoes, czyli piosenka, która od kilkudziesięciu już lat, jest pieśnią mego życia. Zaskoczenie, na trzecim miejscu mamy Kaśkę Sochacką i Niebo było różowe, to naprawdę wspaniała piosenka. Na drugim miejscu, znalazł się Krzysztof Zalewski, z Annuszką. Mam do tej piosenki ogromny sentyment.

W zeszłym roku obejrzałam 63 filmy, wiele razy byłam w kinie i obejrzałam naprawdę ciekawe obrazy, które wysoko oceniam. Na pewno na podium znajdzie się film Johnny, który doprowadził mnie do łez ze wzruszenia. Bardzo pozytywnego wzruszenia! Nie pisałam Wam jeszcze, ale rzutem o taśmę, w poprzednim roku widziałam też Glass Onion, dostępna na Netflixie, kontynuacja Na noże, szczerze? Coś genialnego, i co ważne, nie trzeba znać pierwszej części, bo to dwa zupełnie różne filmy. Gwarantuję Wam jednak, będziecie całkowicie oczarowani. Na podium znajdą się też Piosenki o miłości, film, który swoją kameralnością i muzyką, podbił moje serce do cna. Kto nie widział, niech nadrabia. To film, który wspaniale się ogląda i wspaniale się go słucha.

W zeszłym roku nie oglądałam wcale tak dużo seriali i to mnie naprawdę zaskoczyło. Zwyciężyła u mnie zdecydowanie Wielka Woda, serial zrealizowany na najwyższym światowym poziomie. Bardzo mnie też zaskoczyło w Zamknięciu, czyli serial, który zajmuje jedynie dwa wieczory, ale robi wrażenie wspaniałą grą Davida Tennanta i rozważaniami- czy naprawdę każdy jest gotów do czynienia zła? Przez dużą część zeszłego roku, nadganiałam i nadrabiałam The Office, to mój idealny serial obiadowy, dość absurdalny, ale jestem wierną fanką Michaela i tak już zostanie.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – It’s No Good

12 miesięcy, czyli minął rok

Czas na podsumowanie całego minionego roku. Czyli 2022 w dwunastu punktach!

Styczeń. Zaczął się świetnie, powitaliśmy Nowy Rok w gronie przyjaciół. A potem świętowaliśmy 90 urodziny mojej kochanej babci. Było rodzinne spotkanie, dla mnie z jednej strony, piękne, a z drugiej coś czułam, że spotkanie w gronie 40 osób musi się źle skończyć. I oczywiście skończyło się korona-party. 10 osób zachorowało, w tym moja mama i siostra, oraz kuzynka z całą rodziną. Zachorowała też teściowa, więc cały miesiąc w zasadzie spędziliśmy na testowaniu się, W domu to był czas intensywnego szykowania się do sesji na studiach. A także dużo nerwów zjadła mi operacja Franusi, dochodzę do wniosku, że ta nasza pchełka, była dużo dzielniejsza niż ja!

Luty. To bardzo dziwny i trudny miesiąc. Właściwie od początku miesiąca, czuć było napięcie. W nocy, kiedy tylko przebudziłam sprawdzałam czy Kijów się trzyma i nie zaczęła się wojna. Aż 24 lutego, o 5 rano zadzwoniła mama z informacją, że się zaczęło. Nie sądziłam, że powtórzy się rzeczywistość, którą znała z autopsji moja babcia. Przyznaję, że mocno weszłam w wojenne tematy, non stop siedziałam duchem i ciałem też, w informacjach. Czułam niepokój, kiedy przez 5 minut, nie odświeżałam strony, czy wiadomo coś nowego. Mocno to odchorowałam, psychicznie, bo jestem wyjątkowo nadwrażliwa. To był dla mnie trudny czas i starałam się skupić swoją uwagę na pomocy naszym sąsiadom. Nomen omen, nie sądziłam, że ta wojna tyle potrwa i przyniesie tyle ofiar!

Marzec. Czas pierwszych ogrodowych kwiatów i długich spacerów nad morzem. Szukałam spokoju i małych radości. Zimową porą odwiedziłam Jastrzebią Górę, która jak żadne inne nadmorskie miejsce, niesie mi spokój i przywołuje cudowne wspomnienia. Udekorowałam ogród bratkami i od razu poczułam się nieco lepiej. Z tęsknotą oczekiwałam wiosny, która jednak była dość oporna i szła bardzo, ale to bardzo powoli. Marzec jednak wniósł pewne ożywienie towarzysko-rodzinne, i dał nadzieję na lepsze dni.

Kwiecień. Coraz dłuższe dni, szkoda tylko, że wciąż zimne. Wiosna zrobiła się leniwa i nie zaszczyciła na swoim ciepłem i słońcem. Przyszła rodzinna Wielkanoc, którą chyba w tym toku bardzo docenialiśmy. W kwietniu zabrałam się solidnie za akcję Ogród. Stworzyłam nową rabatę, wsadziłam kwitnące na różowo drzewko i cieszyłam się jak dziecko. Koniec miesiąca spędziłam zaś w podróży, w Pieniny. Była to podróż niezwykła, bo na drugi kraniec Polski, zabraliśmy Franusię. Okazało się, że jest ona zapaloną podróżniczką, po prostu kicia idealna!

Maj. Zaczął się pięknie, o dziwo ciepło, słonecznie i niósł magiczne chwile. Chodziliśmy po górach, wybraliśmy się na spływ Dunajcem, jedliśmy pstrąga wprost z rzeki i cieszyliśmy wolnym czasem. Kiedy wróciliśmy po pienińskiej przygodzie, do domu, powitała nas znów jesień, a nie wiosna. I tak do połowy miesiąca, nosiłam ciepłą kurtkę, zamiast lekkiego płaszczyka. Bez pojawił się na chwilę i zniknął jeszcze szybciej. Ale udało się odbyć kilka pięknych spacerów, zjeść pierwsze kalmary nad morzem, ukwiecić ogródek i wybrać na rowerową wycieczkę. Oczywiście nad morze!

Czerwiec. Pojawił się w końcu czas, na nasze kaszubskie truskawki! Miesiąc zaczął się koncertowo, bo z Dawidem Podsiadło na stadionie. Potem było jeszcze więcej truskawek w każdej formie. Posadziłam pelargonie i żurawki, dzielnie pieliłam moje nowe rabatki, i zbierałam pierwsze plony z zielnika. Poza tym zaliczyłam wszystkie egzaminy w terminie, wyprawiłam podwójne przyjęcie urodzinowe- jaka to oszczędność mieć z mężem urodziny tydzień po sobie! Zrobiliśmy kilka mniejszych wycieczek po okolicy, a na koniec miesiąca, ruszyliśmy na ukochane Roztocze. W czerwcu zwiedziliśmy Lublin i wróciliśmy oczarowani. Szwędałam się po Zamościu i odkryłam genialne lody rokitnikowe. Poza tym w końcu poczułam co to znaczy upał!

Lipiec. Zaczął się właśnie na Roztoczu, z każdą kolejną wizytą, uświadamiam sobie jakie to cudowne miejsce na mapie Polski. Tym razem miałam okazję odwiedzić kilka ciekawych miejsc, nasycić oczy zielenią, spokojem. A brzuch pączkami babci Zosi. Kiedy 10 lat temu, pierwszy raz odwiedziłam Zamość, nie sądziłam, że stanie się to mój drugi dom i zyskam tam wielką rodzinę i drugą babcię. W lipcu na termometrze pierwszy raz w życiu zobaczyłam 45 stopni na plusie! Byłam na dwóch ciekawych koncertach, Raz,Dwa, Trzy i na genialnej Kaśce Sochackiej. Spędziłam masę czasu na nadmorskich spacerach i kolejny raz przekonałam się jak kocham Mechelinki. Dodatkowo byłam kolejny raz, na całodniowej wycieczce na wydmach, pamiętajcie Człopino jest super!

Sierpień. To miesiąc w którym naprawdę wiele się działo i który osobiście bardzo lubię. Mieliśmy sporo gości i dużo czasu spędziliśmy na naszej kochanej plaży i na magicznych spacerach. Zachody słońca na mojej plaży, są bajkowe. W sierpniu świętowaliśmy z rodziną i przyjaciółmi naszą pierwszą rocznicę ślubu. Byliśmy na Męskim Graniu, które wzbudziło we mnie mieszane uczucia, ale generalnie było kolejną okazją do spotkania z bratem i posłuchania Miousha. W sierpniu staraliśmy się celebrować każdą chwilę, stąd wycieczki nad morze i nad jezioro. Mam wrażenie, że wycisnęłam ten miesiąc jak cytrynę!

Wrzesień. Zaczął się pięknie! Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę, tym razem los nas poniósł w Góry Stołowe. To było moje pierwsze spotkanie z nimi i wróciłam całkowicie zakochana w tamtych terenach. Kłodzko, Zamek Książ, Ołomuniec, Skalne Miasto, wędrówki po tajemniczych i dostojnych skalnych cudach. To był piękny czas i chętnie tam wrócę. No, a jak już wróciłam, to bach, pochodziłam tydzień do pracy i złapał mnie paskudny covid. Dwa tygodnie siedziałam w domu i czułam się całkowicie otępiona i niesprawna na każdym polu. Druga połowa tego pięknego miesięca, zamieniła się w naprawdę fatalny czas. Nie sądziłam, że mogę tę chorobę, aż tak źle przejść!

Październik. Po siedzeniu w domu, naszło mnie na małe zmiany w wystroju wnętrz, odwiedziliśmy Vintage Skład, i podrasowaliśmy nasze cztery kąty, o meble z epoki PRL. Po covidzie byłam dalej niesamowicie wręcz słaba, nie miałam sił na spacery, i jakiekolwiek aktywności, poza spaniem oczywiście. Atrakcją miesiąca było niespodziewane ogłoszenie Depeszowej trasy koncertowej i szaleństwo. Takie pozytywne, planowanie wyjazdu, kupienie biletów. Raz byłam w lesie, na jesiennym spacerze, zrobiłam zapasy herbaty, pokusiłam się nawet o produkcję pierogów z malinami i serem. Kiedy wydawało się, że idzie ku lepszemu, postanowiliśmy zorganizować wieczór z przyjaciółmi. Ale wiadomo, miesiąc bez chorób? Nie ma mowy. Zamiast wieczoru pełnego rozmów i żartów, leżałam z okropną anginą.

Listopad. Jako, że październik skończył się chorobą, to i listopad się nią zaczął. Moja angina rozsiała się po organizmie, musiałam zmienić antybiotyk i wylądowałam na długim zwolnieniu. Dużo gotowałam, nawet lekko się rozpieszczałam kulinarnie. Udało mi się też nieco nadrobić zaległości towarzyskie, w drugiej połowie miesiąca. Aczkolwiek przez cały miesiąc towarzyszyła mi ogromna i niczym nieokiełznana senność i brak energii do życia. A jak już poszłam na jeden spacer, to okazało się, że będzie miało to poważne skutki. Czyli po prostu, na spacerach można podjąć spontaniczne i odważne decyzje!

Grudzień. W zasadzie ciężko robić podsumowanie po podsumowaniu. Ale cóż, zdrowie znów lekko zaszwankowało, pracy było aż za dużo, miesiąc minął błyskawicznie i przyniósł prawdziwą zimę. Chociaż na chwilkę!

Jaki to był rok? Dużo się działo, dużo dobrego. Było kilka gorszych chwil, głównie spowodowanych przez zdrowie, od września walczę z long covid i osłabioną odpornością. Ale było tyle dobrego, pięknych podróży, cudownych spotkań i miłych wspomnień. Jesteśmy fajną rodzinką, mamy cudowne kociaki, nasi bliscy są zdrowi i blisko nas. Na pewno będę wspominać ten rok, jako czas odwagi i realizacji marzeń!

Ścieżka dźwiękowa- Editors- Harm

Minął grudzień. Książkowo.

W grudniu przeczytałam 18 książek, takich relaksujących, podczas dojazdów do pracy. Przeczytałam również, 5 podręczników do zarządzania i z dziedziny prawa pracy. Ale nie wliczam ich do statystyk.

Byłam dość łaskawa, na najgorszą ocenę, czyli czwórkę, w dziesięciostopniowej skali, zasłużyła ledwie jedna książka, Twoje zdjęcie, Melanie Moreland. Określiłabym jako książkę, do stania w korkach, czyta się i zapomina. To historia, którą mam wrażenie czytałam już z milion razy. Mocno przewidywalna, czyli wielka miłość i masa komplikacji. Nie ma tutaj tak naprawdę nic odkrywczego, nic nowego, nic zaskakującego. Bardzo schematyczna i w sumie niczym mnie nie urzekła. Jedyny plus, napisana tak, że szybko się czyta. Ale jeżeli liczycie na historie, które poruszają i wywołują różne emocje, to tutaj tego nie ma.

Wszystkie te miesiące podsumowane jednym, pięknym, przerażającym słowem: ADAM.

Dużo lepiej, jeżeli chodzi o książki godne polecenia!

Kerry Fisher, Sekretne dziecko. Na okładce możemy doczytać, że książka wzruszy nas do łez. I to prawda, to naprawdę poruszająca historia!
Główną bohaterką jest Susie, którą poznajemy jako młodą dziewczynę, młodą matkę i żonę. Susie musi jednak oddać swoje dziecko. I żyje z tą tajemnicą przez ponad 40 lat. Ale nie udaje jej się uciec od przeszłości. Życie Susie, jest determinowane przez zdarzenia, które były kiedyś. Wydaje się, że Susie ma wszystko, oddanego i kochanego męża, dwie córki, ale jednak w jej sercu jest ogromna zadra…
To historia, która porusza, wzrusza i pokazuje siłę miłości. Siłę zrozumienia i przebaczenia. Była to dla mnie naprawdę cudowna lektura, książka, która pozwoliła się zatrzymać. Czytało mi się ją świetnie i szczerze polecam, każdemu, kto lubi życiowe historie.

Była moją najlepszą przyjaciółką. Jedyną osobą, która mnie rozumiała. Nie popełnij naszych błędów, Gracie. Nie bądź zbyt dumna, uparta albo zbyt głupia, żeby przeprosić. Dużo o niej myślałam przez te lata, tyle razy
chciałam z nią porozmawiać. Pozdrów ją ode mnie.

Firefly Lane, Kristin Hannah. No dobrze, macie mnie. Na sam koniec popłakałam się i po prostu nie umiałam pokonać wzruszenia i łez.
Katie i Tully, przyjaciółki od dziecka. Dwie tak różne osoby, z różnych domów, z różnymi historiami. Z różnymi oczekiwaniami na życie. Zawsze razem. To co je dzieliło, szybko znikało, bo liczyła się przyjaźń. Nie zawsze gładka i piękna. Chwilami naznaczona niezrozumieniem, złymi decyzjami, dużą dawką negatywnych emocji. Ale to co piękne, zawsze były dla siebie jak siostry. Nawet po najgorszej kłótni, czuły, że ta druga wciąż ją kocha i będzie przy niej. Myślę, że o takiej przyjaciółce marzy każda z nas! O kimś, kto w środku nocy rzuci wszystko i stanie obok.
Książka napisana jest z dużą czułością i miłością. Chociaż jest całkiem obszerna, to czyta się ją naprawdę błyskawicznie. To historia, która dzieje się na przełomie 30 lat. Razem z Kate i Tallulah, dorastamy, przeżywamy czas studiów i wkraczamy w dorosłość.
To piękna książka, która poruszy wiele, myślę, nie tylko kobiecych serc!

 Chyba matka Teresa powiedziała, że samotność to najgorszy rodzaj ubóstwa.

B.A. Paris, Terapeutka. Jeżeli lubicie klasyczne thrillery, które zaskakują, trzymają w napięciu i nie pozwalają odłożyć książki na półkę, to musicie ją przeczytać.
Świetnie napisana historia, wciąga niesamowicie i daje czytelnikowi masę satysfakcji. Wyraziści bohaterowie, wielu podejrzanych, emocji nie brakuje od pierwszej do ostatniej strony. Dla mnie bardzo dużym plusem jest zakończenie, które okazało się naprawdę zaskakujące i satysfakcjonujące.
Podoba mi się klasyczny układ, stopniowanie napięcia i budowanie poczucia zagrożenia. Czytało mi się świetnie i polecam każdemu, kto lubi klasyczne historie, które stopniują napięcie i trzymają się schematów, ale w pozytywnym znaczeniu.

Czasami zdarza się coś złego a później przychodzi coś gorszego… jak to, że okłamuje cię ktoś, komu ufasz… u wtedy to pierwsze przestaje wydawać się takie złe.

Louise Candlish, Zniknięcie Emily Marr. Ta książka naprawdę mnie zaskoczyła!
Owszem, ma kilka wad, ale jednak najlepsze w niej jest to, że potrafi bardzo solidnie zaskoczyć i odmienić całkowicie spojrzenie na daną historię. Przyznaję, dałam się autorce nabrać!
Bohaterką książki jest postaci Emily. Emily, która przez swoje zachowanie stała się najbardziej znienawidzoną osobą w Wielkiej Brytanii. Musi uciekać, musi się odciąć…
Historia jest złożona, skomplikowana i bazuje wokół kilku wątków. Po pierwsze dotyczy on medialnego linczu i potęgi internetu do siania nienawiści. A drugi temat, to zaburzenia psychiczne, które powodują życiową degradację…
Mimo złożoności, książkę czyta się świetnie. A zakończenie, solidnie zaskakuje!

Joanna Mokosa-Rykalska, Matka siedzi z tyłu. Opowieści z d**y wzięte. Bardzo lekka, bardzo życiowa, potrafi poprawić nastrój i nieźle rozśmieszyć.
Historie, które opowiada matka dwójki dzieci, żona, siostra, córka i przyjaciółka. Wszystko opisane lekko,okraszone solidną dawką dobrego humoru. Cięte riposty autorki, potrafią doprowadzić niemal do łez śmiechu!
Tak, to nie jest nic poważnego. Ot, historie o życiu, które przeżywa chyba każdy z nas. Irytujące, nękające, męczące. Typowa codzienność. Ale podana w takiej formie, że z tą książką fajnie spędza się czas. I pewnie wiele razy można powiedzieć- mam dokładnie tak samo!

Oczywiście mnie też w życiu wiele rzeczy wyszło, na przykład włosy z głowy. Wyszłam tez parę razy z siebie. To umiejętność każdej matki.

Na koniec polecam Wam Irenę, Małgorzaty Kalicińskiej i Basi Grabowskiej. To książka, która daje do myślenia. Owszem, można do tego podejść jak do babskiego czytadła. Ale myślę, że wiele córek, z chęcią zobaczy perspektywę swojej matki. I vice versa. Szkoda, że nie każdy ma w rodzinie takiego rozjemca, jakim jest Irenka. Postać niemal bajkowa, która swoim sprytem i życiową mądrością, stara się doprowadzić relacje matki i córki na właściwe tory.
To historia o Dorocie, matce, i Jagodzie, o córce. O konflikcie pokoleń, o trudnym godzeniu się z dorosłością dziecka i jego wyborami. To opowieść o poczuciu niezrozumienia i samotności.
Naprawdę mądrze się ją czytało. A postać babci-cioci Irenki, dodawała całości komediowego sznytu.

Jeśli sądzisz, że zmienisz mężczyznę, to lepiej zmień mężczyznę.

Ścieżka dźwiękowa- Interpol – Number 10