Świątecznie

Wyjątkowo czekałam w tym roku na Wielkanoc. I nie chodziło wcale o wolny poniedziałek. Chodzi mi o jakąś nadzieję i nowy początek. Początek roku był dla mnie fatalny. Teraz wszystko budzi się do życia. I mi rośnie poziom nadziei. Co prawda nie jest idealnie, ba, wszystko dalekie od ideału, w każdej z możliwych dziedzin życia,  mimo to karmię się atmosferą. Zielenią, radością, zapachem kwiatów, cygańskim mazurkiem i lżejszym płaszczem. I zamierzam najeść się wiosennej radości po kokardki.

I tego Wam życzę. Dużo radości.

 

 

Ścieżka dźwiękowa- Thomas Jack- Rivers

Reklamy

Przyłap ze mną chwilę, przyłap ze mną dzień

2019-04-13_23.07.02.jpg

To były Mikołajki. Pewien pan ogłosił,że będzie miał dla mnie niespodziankę. No może niekoniecznie tylko dla mnie, ale ja odebrałam to bardzo osobiście….W każdym razie pewien pan ogłosił, że miesiąc przerwy mu starczył i znów chce ruszyć w trasę, Ale już nie z Niemenem, a z samym sobą, że tak to określę. Na tej małej, wiosennej trasie, Pan Z., nie zapomniał o Gdańsku. Oczywiście od razu kupiłam bilet i zrobiłam sobie w ten oto sposób mały świąteczny prezent.Ja byłam bardzo dobrze zorganizowana, i miałam bilet. Ale cóż, drugi bilet się zagapił. I kiedy chciał się kupić, to okazało się, że biletów brak, bo koncert wyprzedany. Jak zwykle przeżywałam dramat. Wierzcie mi, ogromny to był dramat. Coś w tym stylu

.

Na szczęście w moim życiowym pechu, miałam odrobinę szczęścia. Otóż pan Z., zachwycony wyprzedanym koncertem na 3 miesiące naprzód, postanowił zagrać kolejny koncert w Gdańsku. Mogłam odetchnąć. Wyglądało to mniej więcej tak.

W 2 minuty sprzedałam bilet na marcowy koncert Pana Z, zakupiłam też dwa bileciki na kwiecień i zostało czekanie. Zostało długie i nudne czekanie…Ale w końcu czas przyśpieszył. Przyszedł ten tydzień. Koncertowy tydzień. Odliczanie stało się konkretne i takie realne. Sobota. Wieczór w kinie i reklama Kuriera. Czym reklamowali ten film? Oczywiście teledyskiem Krzysia. Prawie pusta sala, ja i wielki ?Krzyś przede mną. Moja koleżanka prowadziła prześmieszny dialog z Krzysztofem i spowodowała u mnie eksplozję śmiechu. A potem….Poniedziałek, wtorek, i już piątek. A jak piątek to znak, że jutro będzie koncert!Oczywiście u mnie to już standard, że dzień przed ważnym dniem wraca mi katar i ból zatok. Już w ogóle mnie to nie dziwi, nic a nic. Wzięłam więc zapobiegawczo dwie tabletki na zatoki i czekałam do soboty.Sobota była bardzo słoneczna. Ale i wyjątkowo zimna. Wręcz zimowa. Dobrze chociaż, że nie deszczowa, bo mój system zatok nie toleruje deszczu i pochmurnych dni, od razu pojawia się ból i uczucie jakbym była pijana. Dla informacji, nigdy pijana nie byłam, ale myślę,że tak mogłabym się czuć. Do rzeczy, dzień zaczął się miło. Ale jak to przed świętami, trzeba było zająć się sprzątaniem i jeszcze raz sprzątaniem. Ogarnąć duże zakupy. Upiec jakieś ciacho i tak mijał dzień. Pierwotnie myślałam,że koncert jest na 19, ale mój błąd, od 19 wpuszczali na Maneżu, koncert miał być o 20. Zupełnie nie wiedziałam co mam zrobić z darowaną godziną. Postanowiłam pomalować paznokcie i walczyłam z niezdecydowaniem-w co się ubrać? Ostatecznie wygrała granatowa koszula,biała marynarka i ciemne jeansy i nowy komplecik biżuterii. I jakoś doczekałam do 19 by ruszyć się z domu. Oczywiście nie obyło się wcześniej bez mocnej zielonej herbaty z imbirem i kurkumą, która miała dodać i energii w drogę.Po kwadransie jesteśmy na miejscu, trzeba tylko zaparkować, wykonać kilkadziesiąt kroków i już zaraz….Grzecznie do kolejki. A ta ciągnęła się przez pół Garnizonu. Temperatura oscylowała w okolicy zera stopni, ale cóż, nikt nie mówił,że będzie lekko. Trzeba stać, na szczęście kontrola szła dość sprawnie, i po 20 minutach byliśmy w środku. Zajęliśmy dogodne pozycje, i czekamy.I czekamy, bo Pan Z., jak prawdziwa gwiazda każe na siebie czekać kwadrans. Ale to takie miłe oczekiwanie. Jemu mogłabym i godzinną obsuwę wybaczyć. A co tam, i dwugodzinną. I dwudniową! Także stoję, rozglądam się, rozmawiam, i czekam. I już jest, gasną światła, ekscytacja sięga zenitu. Pierwsze dźwięki i …..Dźwięk jest tragiczny. Uświadamiam sobie, że dłużej niż dwie piosenki i ten łomot rozwali mi głowę. Nie dam rady przetrwać tego hałasu. Na szczęście dźwiękowcy dość szybko uporali się z problemem, i następna piosenka zabrzmiała idealnie. Było głośno, ale przynajmniej nie miałam wrażenie, że przez głowę przelatuje mi młot pneumatyczny.A sam koncert? Nie wiem jak to powiedzieć, to było coś niesamowitego. Pewnie się powtórzę, bo podobne odczucia miałam w sierpniu przy Męskim Graniu, ale Zalewski to mistrz. Daje publiczności niesamowitą ilość energii. To człowiek orkiestra, moim zdaniem urodzony frontman i prawdziwy artysta. Koncert był moją osobistą listą przebojów. No dobra, wiem, że jestem na tym poziomie, że nieważne czego by nie zaśpiewał, byłabym w niebie, ale ta setlista wyjątkowo przypadła mi do gustu. Świetne połączenie starszych piosenek, z tymi całkiem nowymi przedpremierowymi( o których mamy jeszcze nie mówić, więc wymownie milczę mówiąc jedynie, że jest na co czekać), a także genialnymi coverami. Od soboty ciągle nucę Killer/Papa was a rollin’ stone-, George’a Michael’a co za wersja, wszystkim nam spadły skarpetki z nóg. Bawiliśmy się jak na prywatce w latach 80! To było tak dobre, że koniecznie musi znaleźć się na nowej płycie Krzysztofa! A co byście powiedzieli na dwie wersje Miłość, miłość? Jedną jedynie z towarzyszeniem pianina i pustą sceną, a drugą na bis z całym zespołem i masą energii? Luka śpiewana wśród publiczności, czy też rewolucyjna Polska z odśpiewaniem najpierw Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie…. A potem bisowane Jak dobrze, Niemenowa Dolaniedola i pewien przebój lata…Zostańmy przy nim na dłużej. Powiem Wam szczerze, że przy dźwiękach Początku zaczęłam 30 rok życia. Wtedy, w sierpniową noc stałam pod sceną i śpiewałam to z całą Orkiestrą i czułam, że każde słowo i nutka pasuje i jest na swoim miejscu. Potem przyszły te okropne 4 miesiące i moja chęć do życia osłabła. Nastrój siadł, zdrowie się posypało, a los z każdej strony sprawdzał moją cierpliwość. I wiecie co? Przedwczoraj wyśpiewałam to z nadzieją. I uwierzyłam, że znów będzie tak jak rok wstecz. Przypomniałam sobie te emocje, pozytywne emocje i wiecie co? Wróciły do mnie. Może jeszcze nie wszystkie, ale większa część z pewnością. To było mi wyjątkowo potrzebne. Przebój lata, będzie moim wiosennym hymnem. Nagrałam sobie tę piosenkę. Uchwyciłam tę radość, ten wyjątkowy moment i będę go sobie regularnie puszczać, jak najlepsze lekarstwo. Nie podzielę się tym nagraniem z Wami, bo zarejestrowany został mój śpiew.Mogę zaś podzielić się kawałeczkiem koncertu. Panie i Panowie, przed Wami Kurier.

Kiedy zabrzmiały ostatnie słowa podziękowań i koncert się skończył poczułam się tak lekko i spokojnie. Jak po psychoterapii. Uświadomiłam sobie, że ja kocham muzykę i koncerty. Uwielbiam ten stan oczekiwania, nerwowego odliczania, a potem ten tłum, hałas i wspólne emocje. Klaskanie, nieskrępowany śpiew, który ginie w tłumie, dzikie tańce- to mój sposób na czysty umysł.  Ja i bliskie mi osoby dzielimy razem piękne chwile. I nic tak nie poprawia mi nastroju i podnosi na duchu jak koncert. Było pięknie. I chcę więcej…..

IMG_20190413_220424_096.jpg

Ścieżka dźwiękowa – Krzysztof Zalewski- Miłość, miłość

Filmowo

Teraz zabieram Was do domowego kina. Chociaż bardzo polubiłam kino, to dalej lubię posiedzieć/poleżeć w domu, i z tej wygodnej perspektywy oglądać filmy.

Ciche miejsce. Horrory to takie filmy, które z reguły nie są uznawane za wyjątkowo wybitne pozycje. Owszem, jest wiele kultowych horrorów, ale rzadko kiedy mówi się, że to ambitny i inteligentny film. Dodatkowo kameralny horror, który zdobywa uznanie zarówno krytyków, jak i widzów, to już bardzo rzadkie połączenie. A takim filmem z pewnością jest owe Ciche Miejsce. Za reżyserię zabrał się aktor, John Krasinski, w głównej roli obsadził swoją żonę i zaprosił na horror. Dość specyficzny, albowiem tym co przeraża jest jakikolwiek dźwięk. Nie znamy czasu akcji, ani jego miejsca. Po prostu widzimy rodzinę,  która musi żyć w ciszy. Każdy bowiem dźwięk, oznacza przybycie dziwnych stworzeń, które mordują źródło dźwięku. No, ale nie tak łatwo żyć w ciszy, będąc rodziną z trójką dzieci, i kolejnym w drodze. Jak tu bowiem urodzić dziecko w kompletnej ciszy,a  do tego przekonać noworodka by nie płakał choć przez sekundę? Ten film nie oszałamia efektami specjalnymi, tutaj wrogiem jest dźwięk. I to on ma nas przerażać i sprawiać, że zagryzamy palce z niepewności co dalej? Ciche miejsce to film bez wielkiego budżetu, ale z niezwykłą wręcz atmosferą . Jest krótki, trzyma cały czas w napięciu i sprawia, że naprawdę boimy się choćby szumu wiatru za oknem….

Ella i John, ten film obejrzałam w pewien ponury i bardzo wietrzny wieczór. Tytułowi bohaterowie to małżeństwo z długotrwałym stażem. Dwoje dzieci, ładny dom, emerytura. I niestety choroby. Ella ma raka, a John cierpi na poważne zaniki pamięci, nie można zostawić go ani na moment samego, bo na pewno się zgubi, albo wpadnie w kłopoty. W dniu zaplanowanej operacji Elli para znika, rusza na wakacje swoim kamperem. To ich podróż życia, cudowna przygoda. Robią to w zupełnej tajemnicy, ich celem jest dom Ernesta Hemingway’a. Jak możecie się domyślać, podróż dwójki schorowanych ludzi do łatwych i przyjemnych nie należy, ale to co ich pcha do przodu, to po prostu czysta miłość i piękne wspomnienia, które ożywają na każdym kroku. Smutny to film w swoim zakończeniu, ale mimo wszystko dający nadzieję. Mimo tematu mało ckliwy, zabawny, z dystansem i porcją szczerą czułości. Dobry na piątkowy wieczór.

Morderstwo w Orient Expressie. Na ekranie zatrzęsienie gwiazd, ale niestety nie zagwarantowało to sukcesu. Co tutaj było najgorsze? Okropna scenografia i efekty specjalne. Tanie, zupełnie jak film realizował malutki oddział regionalnej telewizji. Wszystko jest tak sztuczne, nijakie i mdłe, że aż śmieszy. A przecież w solidnym kryminale, nie chodzi o to by widza rozśmieszyć, acz przerazić i wzbudzić nastrój grozy i niepewności. No cóż, samą historię uwielbiam, bo któż nie lubi zagadek Agathy Christie? I mimo wszystko fajnie było przypomnieć sobie tę zagadkę. Chociaż po przeczytaniu 4 razy książki, znam ją niemal na pamięć. Ale muszę przyznać szczerze i z największą uczciwością, oglądanie tej wersji, było wielką próbą dla mojej cierpliwości. I niestety, moja cierpliwość oblała ten egzamin.

Ballada o Busterze Scruggsie, czyli western braci Cohen. I to już dużo mówi o tym jaki będzie to film. Jest to chyba najbardziej oryginalny western jaki dane mi było oglądać. Nie mamy tutaj jednej historii, acz sześć i każda zgrabnie lawiruje pomiędzy żartem i groteską, a poważnym, klasycznym westernem. Mamy więc kowboja miłośnika śpiewu, czy mobilnego showmana , który  zabawia lud kalekim człowiekiem. Z tych opowieści wyraźnie wyłania się marzenie „ludu” o rządach twardej ręki i wyraźnym tłumaczeniu świata, i mówieniu co jest dobre, a co złe. Bo wiadomo, absurd u słynnych braci ma swoje drugie dno. Powiem szczerze, pysznie się bawiłam oglądając ten film. Coraz bardziej podobają mi się kolaboracje Netflixa z genialnymi twórcami. Dają reżyserom maksimum swobody, wór pieniędzy, i mają tylko jedno wymaganie- ma być super. I jest. W Balladzie mamy genialną obsadę- Tom Waits, Liam Nessen, a także genialny Tim Nelson, który swoją rolą kradnie cały film. Polecam zobaczyć i przenieść się do Bardzo Dzikiego Zachodu.

 

Ścieżka dźwiękowa- Męskie Granie Orkiestra- Co tak wyje?

Minął marzec. Książkowo.

Ilość książek – 17, sugeruje jak zwykle chorobowy miesiąc i dużo czasu spędzonego na lekturze. Książkowo biję w tym roku swoje własne rekordy. I nawet nie wiecie jak marzę by w podsumowaniu kwietnia napisać, że przeczytałam tylko 3 czy 4 książki, bo na więcej brakowało mi czasu. Ale cóż, w marcu większość wolnego czasu spędziłam na czytaniu i oglądaniu seriali i filmów. Te magiczne czynności przerywało mi jedynie sięganie po chusteczki, czyszczenie nosa i jedzenie tabletek. Ale do rzeczy.

Najpierw wielkie rozczarowanie. Tatuażysta z Aushiwtz Heather Morris. Szczerze rozczarowała mnie ta książka. Poruszany temat powinien wyzwolić we mnie mnóstwo emocji, ale nie wyzwolił żadnych. Główna w tym przyczyna marnego stylu autorki. Książka jest napisana, tak jakby napisało ją dziecko. W ogóle nie przekazuje emocji, to proste zdania, ubogie w formie i treści. Całość jest nużąca i mimo przerażającego tematu, obojętna. Zdecydowanie nie rozumiem fenomenu tej pozycji. Wiem, że świat oszalał na jej punkcie i wszędzie można spotkać pozytywne recenzje, ale jak dla mnie posiadanie ciekawego tematu, nie jest równoznaczne z samodzielnym pisaniem książki. Jestem pewna, że profesjonalista napisałaby pasjonującą książkę. Pani Heather jest zaś opiekunką środowiskową, ma dużą wrażliwość, ale zerowy talent literacki.

Dopóki żyjemy i jesteśmy zdrowi, wszystko samo się ułoży.

Rozczarował mnie też uwielbiany przeze mnie Gabriel Garcia Marquez, a dokładniej Rzecz o mych smutnych dziwkach. Książka, w której najciekawsza jest okładka. No cóż, oryginalny tytuł, może i przyciąga wzrok, ale to tyle. Treść rozczarowuje. I czujemy ulgę, że ta książeczka to ledwie 100 stron, zapisanych dużymi literami. A o czym? Hmm, to wynurzenia staruszka, który na swoje 90 urodziny zażyczył młodziutką panienkę, koniecznie dziewicę. I się nią opiekuje. Coś w stylu Lolity, tyle, że bez ani grama wdzięku.

(…) miłość nauczyła mnie poniewczasie, że człowiek szykuje się dla kogoś, że ubiera się i perfumuje dla kogoś, a ja nigdy nie miałem tego kogoś.

Teraz będzie o plusach.

Książki Józefa Tischnera powinien przeczytać każdy. Dla leniuszków polecam Alfabet duszy i ciała. Taki Tischner w pigułce. Jak opowiedzieć o najważniejszych życiowych kwestiach, a przy tym nie stracić lekkości? To wiedzą twórcy Alfabetu duszy. Z twórczości, wykładów i artykułów księdza Tischnera, wybrali to co najlepsze i w skompresowanej formie, pokazują jak żyć. Jak być dobrym człowiekiem, dobrym katolikiem i świadomym obywatelem. Bez patosu, przynudzania, i moralizatorstwa. Pochłonęłam w jeden dzień!

Teraz coś o tym jak zwolnić i cieszyć się życiem. Brooke McAlary przedstawia swój sposób by Powoli cieszyć się codziennością. To świetna pozycja na weekend. Czyta się lekko i szybko, i od razu chce się wprowadzić rady Brooke w życie. Ja na przykład poszłam na długi i uważny spacer, bez telefonu. I tak mi się spodobało, że w weekend wprowadzam wewnętrzną blokadę, do telefonu zaglądam tylko 2 razy dziennie na maksymalnie 5 minut.Autorka nie jest radykalna, i to mi się podoba. Daje każdemu margines błędu, sama się do nich przyznaje. Propaguje porządki, ale nie w stylu-ogarnij cały dom w jeden sobotni wieczór. Sugeruje by poświęcić codziennie 5 minut na zredukowanie ilości zbędnych rzeczy. I to mi się podoba. Zrobiłam lekko, łatwo i przyjemnie, generalne porządki i w końcu wywołałam zdjęcia. Na pewno po lekturze tej książki ma się ochotę smakować każdą chwilę, iść na długi spacer, zrobić porządki-dookoła siebie i w głowie. Nakreślić listę priorytetów i po prostu zwolnić, czyli żyć pełniej i lepiej.

Andre Aciman napisał Tamte dni,tamte noce. Historię, którą zachwycił się  cały świat. Nie oszukujmy się, poznaliśmy ją głównie dzięki filmowi. Osiem białych nocy, to jego kolejna książka. Powieść dla znudzonych klasycznymi romansami.
Spotkali się na przyjęciu u znajomych. Kiedy ona powiedziała – Jestem Clara i podała mu dłoń, on przepadł.
Ona była zraniona po długim i nieudanym związku. On uważał,że miłość go nie spotka. A kiedy ona się przedstawiła i wypowiedziała dwa słowa, zmienił się ich świat.
Ta historia z jednej strony wyjątkowo irytuje czytelnika. Ale w tej dziwności kryje się piękno. Nie jest to historia dla każdego. Niektórych zmęczy, innych zirytuje, ale inni znajdą w niej piękno, jakąś magię. Odnajdą się w tych bohaterach, którzy szykują się na początek nowego związku i poznają siebie. Są naiwni, grają przed sobą, nieudolnie flirtują, i wzbudzają zainteresowanie. Podchodzą do wszystkiego emocjonalnie, przeżywają miliony rozterek, analizują każde słowo i wracają do chwil,które minęły przed chwilą.
Mnie ta historia ujęła.

Czasami – mówi – nie chcemy już nigdy kogoś widzieć z obawy, że nadal nam na nim zależy. Albo innym na nas. Czasami odwracamy się od przeszłości i spoglądamy ze wstydem gdzie indziej. Ale niewielu z nas całkowicie o niej zapomina. Znajdujemy innych ludzi. Najtrudniejsze jest zacząć od początku z tymi resztkami, które nam za każdym razem pozostają.

Coś na poważnie, coś prawdziwego. Pęknięte miasto. Biesłan, Jerzego Wlazło. Nie da się czytać tej książki na spokojnie. Nie da się nie współczuć, czuć przerażenie i obrzydzenie wobec ogromu tragedii, jaka spotkała głównie niewinne dzieci. Bardzo smutna, piekielnie szczera i prawdziwa książka.
Myślę,że takie pozycje powstały po to, by nigdy więcej takie tragedie się nie powtórzyły. Czytałam ze łzami w oczach i szczerym poruszeniem.

Na Kaukazie Północnym zobaczyłem wojnę w czas pokoju. Bo tu pokój jest słowem o zamordowanym znaczeniu, a wojny nie widzą tylko ci, którzy widzieć jej nie chcą.

Teraz czas antenowy zajmie Charlotte Link i jej dwie książki. Nieproszony gość to historia, która wyjątkowo trzyma w napięciu. świetna fabuła, dużo niepewności i emocji. Od historii nie sposób się oderwać. Dużo wątków, a kiedy poznajemy bohaterów i ich problemy coraz bardziej, już sami nie wiemy komu wierzyć. Trudna przeszłość, toksyczna miłość i manipulator pierwszej klasy. A do tego zmęczona życiem gospodyni domowa, która odkrywa masakryczną zbrodnię. Nie wiadomo kom wierzyć, a piętrzące się wątki, sprawiają, że ta historia nie pozwala zasnąć. Musisz czytać dalej i dalej…

Świat jest do zniesienia jedynie wówczas, jeśli się wierzy w czyniącą zadość sprawiedliwość.

Przerwane milczenie. Kilkoro przyjaciół. Z daleka świetna grupa. Koledzy ze szkolnej ławy, doszły żony i dzieci. Razem spędzają świąteczne ferie. Z daleka sielanka. Patricia i Leon, urocza para z dwiema córkami. Tim i Evelin, przeżyli dramat straty ciąży, smutni, ale znajdują zrozumienie w grupie. Aleksander z Jessicą. Młoda para, choć on ma już córkę i swoją przeszłość. Zakochani i szczęśliwi. Radosne chwile w wiejskiej posiadłości, przerywa brutalne morderstwo. Większość grupy zostaje zamordowana….
Zaczyna się śledztwo i walka o prawdę. Kto mógł zabić grupę bliskich sobie ludzi? Kim jest sprawca i czy dalej zagraża ocalonym?
Świetna książka, łącząca elementy psychologiczne i thrillera. Trzyma w napięciu,a liczne zwroty akcji, sprawiają,że nie można się od niej oderwać.

Zwodniczy spokój zawisł nad posiadłością, fałszywa sielanka. Wszyscy przebywali w ogrodzie, czytając albo oddając się innym rozrywkom, ale nie sprawiali wrażenia ludzi radosnych, którzy wspólnie spędzają słoneczny urlop. Było raczej tak, jakby niewidzialny reżyser kazał ustawić tę scenę pod hasłem: „Więcej luzu, nie spinajcie się tak! Rozkoszujcie się pięknym dniem!”. Wszyscy starali się wypełnić to zadanie. Nikomu jednak nie udawał się przekonujący występ.

 

Ścieżka dźwiękowa- Richard Ashcroft- Song for the lover

Rowerowo

Mam w piwnicy rower, ale przyznaję szczerze, nie wyjmuję go za często. Bo właśnie, rower trzeba z piwnicy wyjąć, wynieść na górę, a z powrotem zrobić to samo. Wnieść i ustawić. I chociaż rower uwielbiam, nie znoszę go wnosić i wynosić. Jest to katorga. Wynika to stąd, że mam wyjątkowo niepraktyczną piwniczną klatkę schodową. W skrócie, wnoszenie i wynoszenie, sprawia, że odechciewa mi się rowerowych wycieczek. Wystarczającą dawkę sportu zapewnia mi już bowiem samo przygotowanie roweru do jazdy i ustawienie go przed blokiem. Jak już rower grzecznie stoi, to ja jestem zmęczona, spocona, i brudna od smaru, nie miałam sił by pedałować i czynić wycieczki.

No tak, przez to,że na samą myśl o wyniesieniu roweru robiłam się zmęczona, rzadko ruszałam rowerem w świat. Nie wyobrażałam sobie, by przed pracą bawić się z rowerem. A po pracy byłam zbyt zmęczona. W weekendy też niekoniecznie mi się chciało. Bo pojechałabym gdzieś dalej, ale czy będę miała siły by wrócić? Pojechałabym nad morze, ale za daleko, albo do lasu, ale to już w ogóle baśń nad baśniami.

Aż tu nagle pojawiło się Mevo, rower metropolitarny. Oczywiście start był z milion razy przekładany. Ale się udało, w końcu na stacjach pojawiły się rowery. W uroczym błękitnym kolorze, z koszykami, piękne, nowe i wygodne. Wygodne, bo z elektrycznym wspomaganiem. Raj na ziemi. Rano jadąc do pracy busikiem widziałam te cuda, i przebierałam nogami by z nich skorzystać. Ale było bardzo zimno i trochę padało, więc debiut odsunęłam w czasie na wieczór. Aplikację ściągnęłam. I tutaj zostańmy chwilę dłużej. W wiadomym sklepie z aplikacji wpisałam Mevo, kliknęłam w wynik, Nextbike, miało to dla mnie dużo sensu, bo ta firma to właśnie operator rowerów. Doładowałam konto kwotą 11 złotych, która miała mi zapewnić miesięczny abonament i …. Pojawiły mi się różne miejsce rowery, ale gdański jakoś nie. Kliknęłam w pierwszy lepszy, tychowski, i bach, doładowało mi abonament na tychowski rower miejski. Kurtyna w dół. A miało być tak prosto. Dopiero potem ogarnęłam temat, by ściągnąć aplikację Mevo, trzeba wejść na stronę miejskiego roweru i stamtąd ją pobrać. Pobrałam, doładowałam kwotą 11 złotych, kupiłam abonament. Tym więc sposobem mam  dwa abonamenty i mogę w wolnej chwili wpaść do Tych i sobie poszusować po miejskich trasach. Brawo ja. A wszystko wyglądało wyjątkowo prosto. Miałam wykonać trzy kroki, liczbą 3 kroki, i wypożyczyć rower. Dla mnie o dwa kroki za dużo, bo się biedna pogubiłam już przy pierwszym.

Wróciłam do domu, zjadłam obiad. Wykonałam kolejny krok. Zarezerwowałam sobie rower. Wykonałam to zadanie siedząc wygodnie w fotelu. Stacja bliziutko, tylko nałożyć wygodne buty i w drogę. Już widzę stację, stoi tam pan z córką i widzę rowery. Podchodzę i sprawdzam numery, i proszę, jest ten mój, od razu pierwszy z brzegu. A taki był błękitny, tak się do mnie uśmiechał, czarował i kusił. No jeszcze momencik i pojadę na pierwszą wycieczkę. Czułam się niczym  jakiś odkrywca. Zeskanowałam kod, poprawnie dodajmy, aplikacja orzekła, że rower został prawidłowo wypożyczony. Hurra. Teraz należało tylko zabrać rower ze stacji i ruszać w drogę. Pierwsze wrażenie? Bardzo ciężki ten rower. I mało ruchliwy. Jakieś takie nieruchome koła, no za nic nie mogłam go wyprowadzić z tego stojaka. Pan obok też patrzył się dość niepewnie, on nie doszedł do momentu wypożyczenia roweru, ale chciał mi pomóc i wyprowadzić rower. Szarpał się, i szarpał, w końcu zrobił to na siłę. Po prostu go przeniósł w inne miejsce. I ok, rower oddalił się o 6 metrów co odnotowała aplikacja, ale to tyle. Pan zasugerował bym wsiadła i spróbowała pedałować, nie pomogło to nic a nic, bo pedały pozostawały nieruchome. No cóż, sięgnęłam po ciężki kaliber, zadzwoniłam po ojca. Był wściekły, że zawracam mu głowę, ale przybiegł na miejsce. Teraz miałam do pomocy dwóch panów, Bity kwadrans walczyli z rowerem, wykonując przeróżne  kompilacje czynności-niemal magicznych. Nic nie pomogło, Rower choć piękny, pozostawał całkowicie obojętny na nasze wdzięki, stał nieruchomo niczym głaz. Pan z córką bardzo mnie motywowali i mówili bym się nie poddawała. Ha, dobre sobie. Jak poradzić sobie z zablokowanym rowerem? No cóż, stałam kolejny kwadrans i rower ani drgnął. W końcu zaczął padać deszcz, poddałam się. W aplikacji wpisałam zwrot roweru, i ładnie mi podziękowano. Ba, nawet nie przekręciłam zamka, co jest konieczne przy zwrocie Cóż, cuda.

Oczywiście ja nie z tych co łatwo się poddają. Obejrzałam dwa instruktażowe filmy i byłam pewna, że to co nie pozwoliło mi pojechać, było blokadą, która się nie odblokowała. Awaria systemu. Po pracy podjęłam kolejną próbę. Mój szefo-ojciec ,postanowił mi towarzyszyć. Niespecjalnie wierzył, w moje kompetencje w kwestii wypożyczenia roweru. Chyba pojechał się po prostu pośmiać i być świadkiem kolejnej spektakularnej porażki. Ale nie ze mną te numery. Dla pewności obejrzałam jeszcze dwa razy filmik jak wypożyczyć rower i byłam perfekcyjnie przygotowana. I zgodnie z planem zamek się odblokował, i to z jakim hukiem, a koło się ruszało. Udało się, system nie zwariował, tylko ładnie współpracował. Z wielką przyjemnością wyruszyłam na pierwszą wyprawę. Było trochę dziwnie, zaskakująco wręcz lekko. To „wina” wspomagania. Na tym rowerze nie można się zmęczyć. No chyba, że ktoś będzie go wnosić go schodach, albo męczył się prowadząc rower tunelami. W każdym razie wspomaganie daje tyle energii, ile człowiek włoży sił w pedałowanie. Czyli, bez siły własnych mięśni się nie ruszy, ale za to człowiek nie spoci się i nie zmęczy w drodze do pracy, każde wzniesienie pokona się  z łatwością i co tu kryć, z przyjemnością. Kiedy aplikacja wyliczy nam ile zaś oszczędziliśmy naturze dwutlenku węgla, to z dumy można tylko puchnąć.

Kilka wycieczek już za mną. Wiele przede mną. W podziękowaniu za cierpliwość przy kłopotach technicznych dostałam gratisowe zasilenie konta. Jedynym minusem jest jak na razie ilość rowerów, zdecydowanie trzeba ich więcej. I więcej baterii, bo te za szybko tracą moc. Ale cóż, po drobnych problemach technicznych, stałam się fanką i wierną użytkowniczką miejskich rowerów. Boję się, że do mojego roweru,bez wspomagania już nie wrócę… No i nie jest on tak uroczo błękitny….

Znalezione obrazy dla zapytania mevo rower

zdjęcie Trójmiasto.pl

Ścieżka dźwiękowa- La Roux- Bulletproof

 

Minął marzec.

Uff. I po marcu.

Pamiętam jak podsumowując rok 2018, miałam pewien problem z wyborem najlepszego miesiąca. Taka była konkurencja! W tym roku zaś, będę mieć problem odwrotny. Co miesiąc to gorszy i co miesiąc trudniejszy wybór, tego najgorszego.

W marcu przeżyłam chyba dwa najgorsze dni w moim życiu. W zasadzie to 2,5 dnia. Także tego. Nie rozwijam tematu, bo wspomnienia ciągle mnie bolą . Albo ciurlają, jak mówi pan Tadzio.

Tak, tak, 8 marca skończyłam moją antybiotykową przygodę. Niemalże epopeję. Cóż, jakoś wielkiej ulgi nie poczułam. Katar się lekko zmniejszył na dni kilka, ale nic ponadto. Z niecierpliwością odliczałam dni do wizyty u laryngologa. A te ostatnie 5 dni to było modlenie się non stop, by 27 marca nadszedł szybciej, bo ból zatok,nie pozwalał mi normalnie funkcjonować. Ale doczekałam, dzięki intensywnym modlitwom i trzymaniu kciuków. W dniu wizyty byłam wyjątkowo szczęśliwa, że doczekałam to raz, a dwa, że wyskoczę sobie z pracy w środku dnia. Wzięłam czytnik i ruszyłam do przychodni. Oddalonej od miejsca pracy o jakieś 3 minuty spaceru. Wizyta na 9.20, każdy ma określoną porę, nieco się zdziwiłam więc kolejką przed gabinetem. Grzecznie zapytałam czy wszyscy akurat do laryngologa, ale tak,wszyscy. Pani z recepcji wyjaśniła,że po porannej awarii prądu, zawiesił się system komputerowy i bach, trwa walka z systemem.Walka trwała kilkadziesiąt minut. Spokojnie, miałam książkę. Doczekałam się w końcu swojej kolejki. Pani doktor była miła, ale czar prysł dość szybko. Posiadała bowiem cały arsenał średniowiecznych narzędzi, do badania nosa i gardła. Wzywałam na pomoc wszystkie znane mi boskie postaci, byleby ten koszmar się skończył. Skończył się. Przeżyłam. Ledwo, ale przeżyłam. Nawet zaczęłyśmy żartować. W każdym razie żarty się skończyły przy wydruku recept i skierowań. Idę na tomografię komputerową zatok. Pani chce mnie bliżej poznać. Jeżeli zawsze byliście ciekawi jak to jest położyć się w tubie i dać zbadać, to nie musicie próbować tego w domu. Zrobię to za Was. O ile przeżyję. Leczę się więc dalej, moją dietę wzbogaciłam o 8 różnych tabletek i 6 porcji inhalacji. Brawo ja.

Ale zanim mogłam wziąć tabletki, musiałam je zakupić. W tym celu poszłam więc do apteki. Miły pan ( ten od antydepresantów na osłabienie ) rzucił mi taką kwotą prosto w twarz, że chciało mi się śmiać i płakać. Nie wiem co pokonało moją skromność i nieśmiałość, ale powiedziałam – Ale cios mi pan zadał, i to na sam koniec miesiąca! Taka kwota, chyba się zastrzelę. Pan spojrzał się na mnie i rzekł – Mam coś dla pani, chwileczkę… Odwrócił się, i pokazał mi kartonowe pudełeczko, głośno dodał Tadam i podsunął po nos herbatkę o nazwie – Bądź optymistą! Po czym rzekł- ma pani szczęście, dziś jest w promocji, tylko za pół ceny. Nie mogłam się nie roześmiać. I oczywiście wzięłam herbatkę. Jest pyszna. I dobrze usypia. I śni się po niej Krzysztof Zalewski, który daje koncert  w moim mieszkaniu!

Marzec to był taki miesiąc, kiedy znów moje życie zdominował temat zdrowia. Znów męczyłam temat moich zatok. Ale nie tylko. Zachorował też członek bliskiej rodziny, był pobyt w szpitalu, a po szpitalu dochodzenie do siebie u nas w domu, a konkretnie w moim pokoju. Nie powiem, uprzykrzyło mi to życie i spowodowało masę problemów i wiele nieprzespanych nocy.A także zaprowadziło na skraj obłędu. Nawet kiedy chciałam myśleć o miłych rzeczach, to jakoś takoś mi to wychodziło. No ok, byłam dwa razy w kinie. Dwa razy udałam się na długi spacer, pojeździłam rowerem, spotkałam się z przyjaciółką i spędziłam z nią wspaniały wieczór, ugotowałam kilka smacznych rzeczy. Wrócił mi  nawet apetyt. A potem pojawił się ból brzucha i towarzyszy mi do dziś. Było kilka ładnych dni i kilka fajnych spacerów. Parę miłych rozmów. Ale znów było za dużo leków, za dużo zdrowotnych tematów, rodzinnych problemów, nerwów w pracy i zdecydowanie za dużo bólu zatok! Zdecydowanie za dużo.

Zresztą zgodnie z moim marcowym horoskopem miał to być nerwowy miesiąc, pełen oszczędzania. I tak było. Kupiłam sobie tylko bordowe spodnie. Resztę zostawiłam w aptece. Nudna jestem. Narzekam i gadam o katarze. Ale takie jest teraz moje życie. I nudna codzienność.

Już nie proszę o wielką zmianę na lepsze. Ja nie chcę by było gorzej!

 

Ścieżka dźwiękowa- Leonard Cohen- A street

Serialowo

Niby wiosennie, ale padał wczoraj śnieg. Przybywam z porcją z serialowych propozycji na te smutne, szare wieczory.

Russian Doll. To był  ostatnio mój serial typowo poranny, do śniadania. I musicie przyznać, że to ostatnio mam dziwne poranne serialowe wybory. Jak nie 19 wieczni mordercy młodych chłopców, to oglądam serial, o tym jak co noc Nadia umiera i jakby nigdy nic budzi się w tej samej toalecie, patrzy w lustro i nie może na spokojnie odejść. Przy czym dodaję, to serial  bardziej komediowy, z nutką psychologiczną, niż jakiś straszny kryminał. Nadia nie umiera z rąk szaleńca i nie leje się krew. Ot, spadnie ze schodów, wybuchnie gaz, wpadnie pod samochód. Nic wymyślnego. Ale tak w kółko. Nadia wpadła w dziwaczną pętlę czasową, z której nie ma ucieczki. Przeżywa swoją śmierć na nowo, po czym budzi się cała i zdrowa. I czeka na kolejny raz. Sami przyznacie, że może to zmęczyć. Tym bardziej, że przebudzenie ma miejsce na waszej imprezie urodzinowej, dość kiepskiej dodajmy. I tak w kółko i w kółko. A dla zabawy, okazuje się, że razem z Nadią, zapętlił się  nieco neurotyczny Alan. Czym zaskakuje ten obraz? Świetnymi, soczystymi dialogami. Komediowym zacięciem ( co nie dziwi, bo produkcją zajęła się Amy Poehler), świetną aktorką grającą Nadię, dystansem, a także przesłaniem. Że w życiu by iść dalej trzeba coś zakończyć. Definitywnie rozliczyć się z przeszłością, pożegnać, popłakać, pocierpieć i iść dalej. Nie można być jedną nogą tu, a drugą ciągle tam. Że kiedyś trzeba podjąć decyzję, bo życie w rozkroku, w którymś momencie skończy się bolesną kontuzją. To naprawdę świetny serial. Do przemyśleń, ale i  zapewnia solidną porcję absurdalnego dowcipu. Nie da się też nie polubić Nadii i jej kociaka o najbardziej uroczym imieniu na świecie- Owsianka.

Znalezione obrazy dla zapytania russian doll

Peaky Blinders. Ten serial oglądam z bratem. Ciurkiem  wchłonęliśmy dwa sezony. I chcę więcej! Co mi się w nim podoba? Nie wiem od czego zacząć! Czy chwalić scenariusz, dopracowaną scenografię, aktorstwo, czy może zacząć od muzyki? Tak, ta jest świetna!  O czym jest więc ten serial? O rodzinie Shelby, która cóż, trudzi się gangsterką, nielegalne wyścigi, haracze i handel bronią. Rzecz dzieje się po 1 Wojnie Światowej, w mało uroczym Birmingham. Gangowi przewodzą bracia – Tommy i Arthur, oraz cioteczka Polly. Tommy jest bardzo ambitny i chce być naczelnym gangsterem miasta, a by to się spełniło, postanawia łączyć nielegalny biznes, z tymi w pełni legalnymi. A jak wiadomo, godzenie dwóch interesów jest skomplikowane. A do tego sukces gangu, nie jest w smak konkurencji. No i wiadomo, interesy z rodziną to dość skomplikowana sprawa. Ten serial wciąga i skutecznie pozbawia wolnego czasu!

Znalezione obrazy dla zapytania peaky blinders

 

The Sinner. Przyznaję szczerze, z początku byłam mocno sceptyczna. Jessica Biel nie kojarzyła mi się z nadmierną jakością gry, ale dałam temu serialowi szansę. Co tu mamy? Rodzinka jak z obrazka, ona, on i słodki synek. Rodzinka idzie na plażę, bo weekend, bo piękna pogoda, bo po tygodniu w pracy rodzinnej firmie, chcą pobyć sami bez teścia i teściowej. Synek się bawi, czas płynie spokojnie. Nagle Cora słyszy pewną piosenkę, przestaje obierać gruszkę dla synka, biegnie, i zaczyna dźgać nożem przypadkowego studenta. Robi to na oczach dziesiątki świadków, a przede wszystkim na oczach męża i synka. Sprawa wydaje się być przesądzona. Jest zdrobnia, są świadkowie, musi być kara. Brakuje jednak motywu. Dlaczego akurat ten student? Dlaczego tego dnia? Co takiego skrywa ta piosenka? Cora postanawia przyznać się do winy i rezygnuje z procesu. Zresztą za wiele możliwości to ona nie ma. Ale jedna osoba nie wierzy w to, że ktoś taki Cora morduje bez powodu. I ten policjant na przekór Corze szuka motywu. Dociera do jej przeszłości i prowadzi grę z czasem. Grę o wolność Cory i sprawiedliwość. A ta przeszłość jest smutna, tragiczna i pełna żalu. Cora chciała być kim innym, odcięła się od tego co było, ale nie da się. Przeszłość ją dopadła, tego słonecznego dnia na plaży….

Znalezione obrazy dla zapytania the sinner

 

Ścieżka dźwiękowa- Mando Diao- Come on, come on

Na weeekend. Powoli.

Wicher nocą szepce
Kroplami ciepłych dżdżów
Cudną, białą bajkę
O kiściach białych bzów.

Jak trudno po nocy uwierzyć tym snom,
Gdy śnieg chłodem skrzy się i lśni,
Że słońce w świat wejdzie jak w jasny swój dom,
Że przyjdą cudowne te dni…

Przeżyłam. Przetrwałam. Dokonałam niemal niemożliwego. Zima za mną.

To była chyba najgorsza zima w moim życiu. Połknęłam dokładnie 74 tabletki antybiotyków. Do tego kilkaset innych lekarstw. Wypiłam z kilkanaście litrów syropów i zrobiłam z 4 miliony inhalacji. Wydałam setki złotych na lekarzy, badania, leki i suplementy. Przez 99 % czasu czułam się fatalnie. Przez 1 % czasu po prostu bardzo źle. Miałam wrażenie, że nie dam rady. Wizja skoku z mostu i skończenia zatokowej męki była nadzwyczaj kusząca.

anne bradstreet spring quote

Zimą nie cieszyło mnie nic. Śniegu nie było, ciągle wiało i lało. Tak było na zewnątrz. Ale i u mnie. Z nosa lał się katar, a przez głowę przelatywał zatokowy huragan.

Czekałam na wiosnę. Nie, nie zniknęły moje problemy. Kolorowa Pani Wiosna nie zaczarowała mojego życia, ale mentalnie utopiłam swoją Marzannę. Paskudną wersję rzeczywistości.

Pierwszy wiosenny weekend. Czytam książkę Powoli, o tym jak zwolnić i cieszyć się swoim życiem. Robię porządki. Wyrzucam z szafek kolejne szpargały i niepotrzebności ( kto wie po co mi 6 par okularów przeciwsłonecznych?), a z głowy złe myśli i kiepskie wspomnienia.

Zima była ciężka. Rodzina posypała się zdrowotnie. To był smutny okres w moim życiu. Ale kiedy wydłuża się dzień, staram się widzieć przyszłość w nieco jaśniejszych barwach.

Czytam tę książkę i na nowo praktykuję uważność. Próbuję cieszyć głupotami. Słucham muzyki. Zaczynam planować spotkania z przyjaciółmi. Szukam wiosennego płaszcza. Oglądam Przyjaciół. Podjadam orzeszki w gorzkiej czekoladzie. Chodzę na małe spacery. Szukam wiosny, tej troszkę nieśmiałej wiosny.

I uczę się na nowo lubić siebie. Nie winić, nie obciążać głowy negatywnym myśleniem. Nie będę dobrze wspominać ostatnich trzech miesięcy. Ale mimo to, chcę czerpać z tego siłę. Bo znów sobie pokazałam, że kto jak to, ale ja przetrwam wszystko.

Może tej wiosny uwierzę w ten banał, że…. Będzie dobrze. W końcu za jakieś 50 dni zakwitną bzy…. I będzie pięknie.

93 Spring Quotes Youre Going To Love Immediately 47

Ścieżka dźwiękowa- Mad session- Wake up

 

Okularnica w kinie

Ostatnio często bywam w kinie. Kiedyś, jesienią dokładniej, obiecałam sobie, że w kinie będę dwa razy na miesiąc. Ale wiadomo, chorować zaczęłam i nic z tego nie wyszło. Filmy oglądałam, ale w domu. A jako,że człowiek prawy i uczciwy ze mnie, to nie oglądałam nowości na jakichś pirackich stronach. Byłam więc nieco do tyłu, ale nadrabiam. Nadrabiam. Niebawem powinnam dorobić się złotej karty honorowego widza mego kina. Mam swój ukochany fotel, i czuję się tam prawie jak w domu. Oto moje ostatnie wyjścia kinowe. 2 tygodnie i 3 filmy. Mogłabym rzec -popcorn w dłoń i do kina, ale nie lubię popcornu. Muszę popracować nad hasłem.

La La Land to film, który oglądałam już chyba z 8 razy, i ani razu mi się nie nużył. I domyślam się, że obejrzę go jeszcze z 300 razy. Co najmniej, to takie szybkie analizy, mało szczegółowe. W każdym razie po genialnym Whiplashu, i La La Land, przyszedł czas na kolejne dzieło tego reżysera. Czas na Pierwszego Człowieka Damiena Chazelle. Powiem Wam, że byłam szczerze zaskoczona, że to moje małe kino postanowiło zrobić dwa pokazy tego filmu, w końcu nieco czasu już ma. Nawet już pewna gazeta, wypuściła płytę dvd. Aczkolwiek mówiąc szczerze, to nie jest film do oglądania w domu. No chyba, że ktoś ma telewizor na całą ścianę, a system dźwiękowy lepszy niż w kinie. Bo ten film stoi detalem, obrazem, dźwiękiem i muzyką. I w ogóle taką pewną przestrzenią, którą daje nam kino. Do kina poszłam w pewien paskudny wieczór. Czułam się bardzo źle. Na sali poza nami było z 7 osób. I prawem złośliwości najbliżej siedział pan, który przyszedł za karę. Jadł czipsy, zaczepiał towarzyszkę ciągłym gadaniem, a potem po prostu wyjął komórkę i zaczął grać w jakąś grę. Zdecydowanie nie był to fan Ryana Goslinga. Bo w roli zdobywcy księżyca widzimy na ekranie właśnie Ryana. Historia skupia się na życiu Neila, na rodzinie, na pracy, spotykamy go w kluczowych momentach. Wtedy kiedy umiera jego córeczka, a on nie potrafi poradzić sobie z traumą. Widzimy go wtedy gdy zaczyna pracę w NASA, i gdy zdobywa uznanie, co skutkuje lotami w przestworza. Ale my z ziemi, widzimy tylko efekt, stopy na księżycu. Zapominamy jak wielki to trud i fizyczny i psychiczny. Jak cierpi rodzina kiedy w niepewnej konstrukcji ich bliski odlatuje ku niebu. Co jest plusem filmu? Perfekcyjna kamera, cudowne ujęcia, muzyka perfekcyjnie zgrana z tym co widzimy na ekranie. A sama scena lądowania na księżycu, mogłaby jak dla mnie trwać i pół roku! Aktorsko wszyscy radzą sobie świetnie. Dobrą robotę zrobili też scenografowie, na uwagę zasługują głównie stroje pań, które po prostu przenoszą widzów w lata 60. Chazelle jest reżyserem detali, jego film jest piękny i wizualnie potrafi zachwycić. Drobnym minusem jak dla mnie jest objętość. Film trwa 2 godziny i 20 minut. Kilka scen bym zdecydowanie ucięła, a niektóre skróciła. O ile w La La Land, bardziej liczyła się warstwa artystyczna, to tutaj śmiało można by chwilami przyśpieszyć akcję i dodać jej nieco więcej dynamiki. Ale film polecam, nie tylko fanom kosmosu i Ryana Goslinga.

Znalezione obrazy dla zapytania pierwszy człowiek

Green Book. Oskar dla tego obrazu sprawił, że musiałam go zobaczyć i samodzielnie ocenić, warto czy też nie? W niedawny piątek ruszyłam więc do kina. Sala pełna, co mnie zaskoczyło, publiczność była raczej po 40. Młodsi widocznie woleli Kobiety Mafii, których to zapowiedź niestety poleciała przed Green Bookiem. Zmęczyły mnie te 2 minuty i 46 sekund-wiem bo liczyłam. Matko, wnuczko i córuchno, to naprawdę ktoś ogląda? Ale wróćmy do tematu. Tego dnia miałam kolejny ciężki dzień. Zaczął się dobrze, nawet bardzo, ale z każdą minutą było coraz gorzej i gorzej… Do kina trafiłam już tylko siłą woli i tym, że bilety miałam kupione, i trochę szkoda było mi stracić całe 15 złotych. I wiecie co? Wystarczyło 5 minut z Green Bookiem, by wszystkie troski i problemy ze mnie uleciały. Po dwóch godzinach filmu wyszłam z kina lekka i radosna, niczym stado skowronków. To było coś wspaniałego. Lekkiego, szczerego, autentycznego, czarującego i tak uroczego, że słowo uroczo może zaczerwienić się ze wstydu, że jest zbyt mało urocze. Rozumiem czemu ten film dostał Oskara. Można opowiedzieć mądrą i ciekawą historię w sposób lekki i przystępny. Wprawić w ludzi dobry nastrój, odprężyć, zrelaksować i wywołać salwy szczerego śmiechu. I tak właśnie robią to bohaterowie tego filmu. Miałam wrażenie, że zarówno Viggo Mortensen, jak i Mahershala Ali świetnie się bawili na planie, i szczerze zaprzyjaźnili. Bo energia jaka się wytworzyła między panami, jest nie do podrobienia i z pewnością nie do odegrania. To czysta przyjaźń. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Tony Vallelonga zostaje kierowcą Dona Shirleya. Tony jest z pochodzenia Włochem, silnym mężczyzną, prostolinijnym, pewnym siebie, o zacnej posturze, głowie pełnej uprzedzeniem, ale o gołębim sercu i wielkim żołądku ( Tony podjada przez 90 % filmu). Dany zaś jest wirtuozem fortepianu, sławnym i szanowanym muzykiem. Niezwykle eleganckim, elokwentnym i inteligentnym. Jego jedynym minusem jest ten, że Dany jest murzynem. A rzecz dzieje sie w latach 60, na południu Stanów Zjednoczonych. To kino drogi, bohaterowie jadą, przełamują swoje ograniczenia i lęki. Poznają się lepiej, i cóż, oswajają inność. Film ma proste przesłanie, biały czy czarny, robotnik czy ekscentryczny muzyk, wszyscy jesteśmy dokładnie tacy sami. Film urzeka świetnym scenariuszem, dowcipnymi dialogami i żartami sytuacyjnymi. Zaskakującym jest fakt, że ten jakże subtelny film, nakręcił ten sam człowiek, który stał za kamerą przy Głupim i głupszym, Płytkim facecie czy Sposobie na blondynkę. Już nie wspominając o żenujących kontynuacjach Głupszego i bardziej Głupiego. Nie wiem co spowodowało tę przemianę, ale tak trzymać. A tym co nie widzieli, radzę biec do kina i nasycić się pozytywnym humorem.

Znalezione obrazy dla zapytania green book

Faworyta. Przeczytałam, że ten film nie ma szans na Oskara, bo Hollywood nie jest na niego gotowe. Dla mnie to najlepsza rekomendacja. Kupiłam bilet i bach, siedziałam w kinie. To film kostiumowy, rzecz dzieje się w 18 wieku, panie noszą suknie z trenem, panowie dziwaczne peruki i pudrują twarz na trupią biel. Na królewskim dworze rządzi nie królowa Anna, a Sarah. To ona rozgrywa wojny i podejmuje wszystkie decyzje polityczne. Anna w tym czasie dogląda króliczków i wyjątkowo się nudzi. A to próbuje nowe, nieudane makijaże, a to objada się bez opamiętania, albo urządza wyścigi kaczek na królewskich korytarzach. Stałość na dworze przerywa pojawienie się Abigail. Młodziutkiej kuzynki Sarah, która chce odbudować swoją szlachetną pozycję. I robi to krok po kroku. Śmiało można powiedzieć, że Abigail ma olbrzymie ambicje i żadnych zahamowań by zdobyć to czego pragnie. A pragnie uznania, tytułów i posłuchu. Chce być we wszystkim pierwsza. Drogę do sukcesu, i serca królowej toruje jej wrodzony wdzięk, maksymalne nakierowanie na cel i perfidia. Ten film to ponad dwugodzinna interpretacja hasła – po trupach do celu. To walka o to, kto będzie bliżej królowej, kto zawładnie jej duszą i ciałem. A Anna chętnie podejmuję tę grę. Rywalizacja o jej serce, czyli o władze, jest dla niej olbrzymią zabawą. Bo Anna to takie duże dziecko, szybko się nudzi, życie ją męczy, szuka uciech i odskoczni od chorób. I nawet nie ma świadomości, że za jej plecami, toczy się walka na śmierć i życie. Powiem Wam, że zrozumiem oburzenie tym obrazem i to, że ktoś uzna go za paskudztwo. Reżyser zresztą jest człowiekiem mającym swój własny świat i nie sili się na zadowolenie masowych gust. Robi swoją robotę, kręci swoje filmy i chyba dobrze się przy tym bawi. Faworytę można odbierać na wielu poziomach, ten film jest dziwny, to fakt. Jest jednak fascynująco dziwny. Zachwycająco. Wizualnie arcydzieło, każdy kadr to niemal obraz, dzieło sztuki. Inteligentne i zabawne dialogi. Sytuacyjny komizm-spróbujcie zachować powagę przy tańcu Sarah! Zaraz po wyjściu z sali kinowej, nie wiedziałam co mam sądzić o tym filmie. Ale na spokojnie przyznaję, to dzieło geniusza. Prawdziwe filmowe arcydzieło.

Znalezione obrazy dla zapytania faworyta

Ścieżka dźwiękowa- David Bowie – She’ll drive the big car

Serialowo

Zima, choroba, długie wieczory. Czas na seriale! Bo tych oczywiście w lutym nie brakowało.

Bardzo dobrze wspominam pierwszą część American Crime Story. Historia procesu O. J. Simpsona robiła wielkie wrażenie. Głównie za sprawą fenomenalnej roli Johna Travolty. Walka obrony z oskarżycielami, to była prawdziwa perełka. Teraz przyszedł czas na kolejną część. Tym razem skupiono się na zabójstwie Versacego. Niemalże Boga mody, ówczesnego świata. Podziwiany i pożądany, z ogromnym talentem i skomplikowanym życiem, które zostało brutalnie przerwane, na schodach jego wilii. Uważam jednak, że tytuł jest troszeczkę mylący. Są bowiem całe odcinki, gdzie Versace w ogóle nie występuje. Ten serial skupia się na postaci mordercy. Dlaczego młody i niezwykle inteligentny człowiek decyduje się na taką zbrodnię? Andrew Cunanan, miał niezwykle wysokie IQ, na pamięć recytował encyklopedię w wieku kilku lat. Jego ojciec wszedł z nim w niezwykłą i dziwną relację, uważał go za geniusza, ignorował starsze dzieci i chorą na depresję żonę. Andrew był gejem, uzależnionym od luksusu. Był chłopcem do towarzystwa, mimo ogromu perspektyw, jakie stwarzała mu jego inteligencja i urok. Szybko się nudził, był niestabilny emocjonalnie, i brakowało mu ludzkiej czułości i życzliwości. Te deficyty z dzieciństwa sprawiły, że Andrew zamordował pięciu mężczyzn. W serialu występują świetni aktorzy. Penelope Cruz jako Donatella jest perfekcyjna. Zaskakującą rolę ma tutaj…. Ricky Martin, i daje radę! Ale perełką jest postać Andrew Cunanana. Młody aktor- Darren Criss,  fenomenalnie zagrał mordercę pozbawionego większych emocji. Odkrywanie przeszłości Andrew, która sprawiła, że był jaki i był, obsesyjnie potrzebował bliskości i akceptacji jest fascynujące. Oglądanie morderstwa od strony psychologicznej, jest naprawdę ciekawym zamysłem i polecam ten serial z całą stanowczością.

Znalezione obrazy dla zapytania american crime story versace

Grace i Frankie. Kolejny sezon, kolejne spotkanie ze zwariowanymi paniami, które niewiele robią sobie z wieku i z ograniczeń. I mają wielką zdolność do wpadania w kłopoty i wywoływania katastrof. Wiedzie w tym prym szczególnie Frankie, która w wolnym czasie lubi zapalić skręta. I poczarować odrobinę. Grace jest zaś elegantką, oszukuje wiek, ma młodszego przyjaciela, a w wolnym czasie lubi wypić o kieliszek za dużo. Obie mają specyficzne poczucie humoru, specyficzne dzieci, i specyficznych były mężów, którzy po rozwodzie stali się gejowskim małżeństwem i wciąż lubią swoje byłe żony. No cóż, jak widać w świecie Grace i Frankie nic nie takie oczywiste. Gwarantuję, że po obejrzeniu tego serialu, przestaniecie bać się starości. Wręcz nie będziecie mogli się jej doczekać.

Znalezione obrazy dla zapytania grace i frankie sezon 5

Alienista. Wiem, wiem, niezła masochistka ze mnie. Któż bowiem normalny ogląda serial o morderstwach, gdzie lubią wydłubywać gałki oczne, z rana przy śniadaniu? Tak, tak. To właśnie ja! Cała ja. Alienista dzieje się w XIX wieku, głównymi bohaterami są Laszlo Kreizler, tytułowy Alienista, doktor, specjalista od chorób psychicznych. John Moore, to jego przyjaciel, gazetowy portrecista, ze specjalizacją ofiar morderstw, a także Sarah Howard, młoda dama, która pracuje w policji, a jak wiadomo, na tamte czasy to była rzecz dziwna i nieoczywista. Tę trójkę gra troje świetnych aktorów- Daniel Bruhl, Luke Evans i Dakota Fenning. To swoista gwarancja jakości. A poza tym? Połączenie gatunków. To zarówno czysty kryminał, jak i serial psychologiczny. Szukamy nie tylko winnego, ale również dociekamy, co dzieje się w jego głowie. A całość toczy się wśród perfekcyjnie dopasowanej scenografii, która nie mogłaby być lepsza. Trójka bohaterów szuka zdeprawowanego mordercy młodych chłopców do towarzystwa i wystawia się niejednokrotnie na wielkie niebezpieczeństwo. Do końca trzyma w napięciu, i nie rozczarowuje ani na sekundę. Dopiero po ostatnim odcinku, odkryłam, że Alienista powstał na podstawie książki, pod tym samym tytułem. Chwilowo ogarnęło mnie pewne rozczarowanie, bo zdecydowanie wolę najpierw czytać, potem oglądać, ale szybko mi przeszło. Alinistę polecam, za mroczność, świetny scenariusz i aktorstwo. Od śniadania, do kolacji, wciągnie Was. Obiecuję.

Znalezione obrazy dla zapytania alienista serial

Ścieżka dźwiękowa- KRÓL- Przypominaj