Serialowo

Styczeń to dobry czas na serialowe szaleństwo. No dobrze, każdy czas jest tym idealnym na owe szaleństwo. Ale szybkie styczniowe wieczory, zachęcają do spędzania czasu pod kocem i oglądania. A jeżeli dopada choroba, to można robić sobie prawdziwe maratony. Bez wyrzutów sumienia.

W styczniu z wielką przyjemnością, obejrzałam świetny brytyjski serial – Bodyguard. To tylko kilka odcinków, a ileż w nim emocji!  I to od pierwszej chwili, albowiem w pierwszych minutach spotykamy terrorystkę w pociągowej toalecie, która zamierza się zdetonować. Przypadkiem w tym samym pociągu jedzie główny bohater z dziećmi- Ellą i Charliem. Przypadkiem też jest on byłym żołnierzem, który z powodu zespołu stresu pourazowego odszedł ze służby. David ma swoje problemy, ale zostaje przydzielony do ochrony minister spraw wewnętrznych. Oczywiście nie jest to takie proste, kiedy nie akceptuje się polityki , którą prowadzi, ale całkiem przypadkiem jest ona atrakcyjną panią minister. Nieco komplikuje to ich wzajemne relacje. Jako., że to serial stricte sensacyjny, nie obserwujemy banalnego romansu Davida i Julii. O nie. Swoimi kontrowersyjnymi pomysłami, Julia nie przysporzyła sobie zwolenników, acz cała armię wrogów, których zaspokoi jedynie jej śmierć. Tak więc David ma co robić, nie tylko musi walczyć ze swoją traumą, na nowo odnaleźć w skomplikowanej rodzinnej sytuacji, co jeszcze odpierać profesjonalne ataki grupy szaleńców. Jako,że to serial ledwie kilkuodcinkowy, można liczyć na niesamowite tempo akcji i żadnych przedłużaczy, czyli niepotrzebnych wątków, które często psują odbiór serialu. Tutaj tempo jest zabójcze. Co jest wielkim plusem, każdy odcinek mija błyskawicznie, a my posiadamy natychmiastową potrzebę obejrzenia następnego. Tak, Bodyguard wciąga jak mało, który serial. Są wybuchy, morderstwa, jest dużo krwi, i jeszcze więcej polityki. I jakaś taka normalność. Miłość, dzieci, przyjaźń i zaufanie. Do tego świetne aktorstwo i cóż, brytyjski akcent, no i oczywiście główny aktor….

Genialna przyjaciółka. Pamiętam jak sięgnęłam po książkę Eleny Ferrante i nie miałam pojęcia, że ta wspaniała historia, zostanie chwila moment przełożona na serialowy „język”. Powiem  szczerze, ten serial to nie tylko historia, ten serial to niesamowite role główne. A dodam, że grają dzieci i nastolatki. Ale jeżeli spodziewacie się bajki dla najmłodszych, to czeka was rozczarowanie. Chociaż historię Lili i Eleny , poznajemy od początku, czyli podstawówki, to nie jest to lekka historia. Dziewczynki mieszkają w bardziej biednej dzielnicy Neapolu. Mamy lata 50 ubiegłego wieku, bieda, głód, i dyskryminacja ze względu na płeć. Lila i Elena, były największymi rywalkami. Lila jest piekielnie zdolna, ale wyjątkowo biedna, rodzice nie pozwalają jej na dalszą edukację po skończeniu podstawówki. Elena jest szalenie ambitna i ciężką pracą pnie się wyżej i wyżej. Na przekór matce, która uważa, że córka powinna pomagać jej w domu. Elena codziennym trudem, postanawia jednak wyrwać się z biedy i szarości. Lila jest gdzieś obok, obserwuje przemianę przyjaciółki. By w końcu zniknąć… I tutaj dodam od siebie, że serial zaczyna się zaginięciem Lili i przypominaniem sobie przez Elenę przeszłości. Musicie wiedzieć, że ta historia jest przepiękna. Nie chodzi tylko o scenariusz, chodzi o tym, że w tej biedzie, szarości i bezsensie, tkwi piękno. Ten serial zaspokoi najbardziej wysublimowane serialowe gusta. Jest bardzo artystyczny, skupiony na detalu, zrobiony z prawdziwą perfekcją i  mistrzowskim wyczuciem. I do tego, co powtórzę aktorstwo, godne mistrzostwa świata. Oglądałam ten serial z największą uwagą, i najczystszą przyjemnością. I polecam go każdemu.

Ślepnąc od świateł. No cóż, liczyłam na wiele, naprawdę na wiele. Pierwszy odcinek zaczynałam oglądać z entuzjazmem aż po sufit. A potem? Potem napięcie siadło. Siadło od momentu, aż główny bohater się odezwał. Kiedy zaś zaczął grać, to moim atakom śmiechu nie było końca. Zresztą ten serial, ponoć sensacja, kryminał i co tam jeszcze, to dla mnie jest jedną wielką komedią. Począwszy od głównej postaci. Ok, ja nawet próbuję zrozumieć, że taki był zamysł reżysera, że Kuba ma być pozbawiony uczuć i zimny jak fabryka lodu. Ale czy przy tym musi być robotem z drewna? Szczerze? Będę szczera, w życiu nie oglądałam gorszego aktora amatora. Parzcie serial wyżej, to co zagrały dziewczynki w serialu Genialna przyjaciółka, a to co zagrał Kamil Niziński, to jakby porównać smak  jarmużowo-buraczanego koktajlu do kawałka brownie z fistaszkami i słonym karmelem. Nie da się tego porównać. Także tego, głos jakby żywcem wyjęty ze słynnego syntezatora mowy Iwona. Każdy ruch aż boli, a słyszę jak Kubie skrzypią zardzewiałe stawy. I w tym serialu marzy się by główny bohater jak najszybciej wyleciał z fabuły. Ale to czcze życzenia, Kuba aż do samego końca krzyczy niczym młodzian z mutacją – Pazina, Pazina. Uwaga, to może powodować koszmary nocne. I oczywiście soczyste ataki śmiechu. Serial miał pokazać nihilizm i moralną zgniliznę tak zwanych wyższych sfer. Ot, cały show biznes chodzi na wiecznym haju, imprezuje z byle kim i byle gdzie, i odda wszystko za porcję niedozwolonej przyjemności. Czy to prawda, czy też nie, nie mnie oceniać. Mnie idzie oceniać serial, który jest totalnie oderwany od rzeczywistości. Wyobraźcie sobie taką scenę, jest pożar, płonie cała kamienica. Stoicie wśród wszystkich dostępnych służb ratowniczych, w grupie  z kumplami. I tak pod nosem strażaków, policjantów i medyków drzecie się ile matka natura w gardzieli dała, że to wina tego a tamtego, i zaraz wejdziecie do środka i zabijecie gada. Oczywiście nudzący się obok przedstawiciele służb mundurowych nie tylko nie interesują się tym co tam sobie krzyczycie, ba, jeszcze pan strażak podnosi wam ratunkową taśmę, byście bezpiecznie weszli do płonącego budynku i sobie zabili tam sprawcę zamieszania. A co tam. Absurdów w tym serialu jest jeszcze więcej. A największy absurd to argentyńskie przebitki. Marzenie Kuby, rzucić wszystko, zamieszkać na plaży, poślubić rudę damę, mieć dzieci, wieść życie w hawajskiej koszuli w wielkim białym domu. Te sceny zza oceanu wyglądają jak żywcem wyjęte z Mody na sukces. Żeby nie było, że tylko krytykuję. Plusy to role Więckowskiego, Frycza i zaskakująco dobra rola Cezarego Pazury. Ale te plusy, w moim skromnym odczuciu, nie równoważą minusów. Fatalnego i zupełnie niezrozumiałego wyboru głównego aktora. A także nudy. Bo tutaj nie ma nic nowego i zaskakującego. Cała historia jest po prostu absurdalna i pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Ma ambicje i owszem, aspiruje do bycia gangsterką z filozoficznym zacięciem, ale nie wyszło. Jest i brutalnie, ale przede wszystkim nużąco. Chyba nigdy aż tak nie czekałam na koniec serialu. Nigdy żaden główny bohater mnie aż tak nie odrzucał. I żaden serial, aż tak mnie nie zawiódł.

A jakie są Wasze ostatnie serialowe hity i kity?

Ścieżka dźwiękowa – Monophonics- Hanging on

Reklamy

Książkowo i muzycznie

W styczniu chorowałam. A jak chorowałam, to nieco poczytałam. Ale wierzcie mi, nie miałam ochoty na jakiejś ambitne historie. Bywało tak, że jedno zdanie czytałam pół godziny. Wciąż od początku, a i tak nie do końca nie wiedziałam o co w nim chodzi. W styczniu przeczytałam 16 książek. Pod koniec miesiąca wróciła mi ochoto na nieco ciekawsze pozycje, więc mam co polecić!

Ale zanim przejdę do poleceń, standardowo książki, które mnie zmęczyły i nie zdobyły mojego uznania. Takich książek w styczniu było sztuk dwie.

First Love Jamesa Pattersona. No cóż metryki się nie oszuka. Kiedy ma się rocznikowo 31 lat, ciężko zachwycić się książką o pierwszej miłości nastolatków i ich podróży przez Stany. Jako, że w historii pojawia się wątek śmiertelnej choroby, wiem, że dziewczęta w wieku 12-17 lat, będą zachwycone. Będą płakać w poduszkę, nosić książkę w szkolnym plecaku i na przerwie debatować kiedy on ją w końcu pocałuje. Te czasy już za mną. Jedyny plus za obrazki, a raczej zdjęcia pączków. Kiedy jest się chorym fajnie czytać takie nieskomplikowane książki, gdzie jeszcze są obrazki. No cóż, szału nie było, przeczytałam i w zasadzie,poczułam,że kiedyś czytałam coś podobnego- Gwiazd naszych wina, były ciekawsze.

Dziewczynka rozumiała jeszcze coś innego: że miłość jest magiczna i nieskończona, jednak szczęście nie będzie im dopisywać wiecznie. Może i chłopiec to rozumiał.

Drugą pozycją, która nie przypadła mi do gustu jest Oszukana Charlotte Link. Rozczarowałam się i to srogo. Być może gdybym nie wiedziała, że książkę napisałam Charlotte, byłabym łaskawsza. Z pewnością tak. Ale niestety, to książka Charlotte. W ogóle się nie wciągnęłam. To historia o tym jak pewna młoda policjanta, odkrywa, że obraz ojca, jaki sobie stworzyła w głowie, nijak ma się do rzeczywistości, i jej wspomnienia oparte są na kłamstwie. Bardzo przeciągnięta i kompletnie nie wciągająca fabuła.

Kate niemal natychmiast poczuł się przeniesiona w inne, dawno minione czasy. I dokładnie rzecz biorąc, były to czasy o wiele bardziej szczęśliwe. Podobnie jak wiele dzieci i nastolatków także ona wierzyła, że życie będzie lepsze, kiedy tylko skończy szkołę. Aby stwierdzić potem, że te najlepsze lata były już za nią.

 

Teraz coś miłego dla czytelniczego ducha. Debiut Anny Płowiec, W cieniu magnolii, to bardzo przyjemna książka. Bardzo kobieca, ciepła, poprawiająca nastrój. Ot, pewna czterdziestoparolatka cierpi na syndrom pustego gniazda i wspomina swoją wielką miłość. A wiadomo, w książkach jest zawsze magicznie, więc Alicja dostaje od losu szansę i dawny ukochany wraca do kraju. Bo czy do życia Alicji, to trzeba przeczytać. Może to i banał, ale bardzo ujmujący. Poprawia humor i wypełnia wieczór zapachem magnolii. Sprawdziłam.

 

Została sama. W jej uszach nadal dźwięczały słowa „więcej mnie nie zobaczysz”. Patrzyła na szybko oddalającą się, wyprostowaną, barczystą sylwetkę. Czuła, że widzi go po raz ostatni, i modliła się, żeby tak nie było.

 

Zbyt wiele szczęścia, czyli kolejna książka od niesamowitej Alice Munro. 10 opowieści, i chyba na przekór tytułowi nie są one jakoś szczególnie pozytywne, i mało w nich szczęścia. Ale to właśnie cała Alice. Jej opowieści są takie intymne, takie osobiste, że kolejny już raz, czułam się nie jak czytelnik, a uczestnik wydarzeń. Kolejny raz Alice, na głównym planie stawia kobiety. I pokazuje ich losy. Są tutaj napady, morderstwa, walka o ukochanego mężczyznę. Tyle się tu dzieje, aczkolwiek wszystko opisane jest prosto, tak zwyczajnie, bronią się same historie i zwykłe słowa. Dziesięć historii, byłam tam. Widziałam drżenie rąk i słyszałam, jak zmienia się tembr głosu. Nie wiem co Alice ze mną robią, ale kiedy kończę czytać jej książkę,mam poczucie, że doświadczyłam czegoś niezwykłego.

 

Stosunkowo późno pojęła prawdę, którą inni znali od dzieciństwa – że można być zadowolonym z życia, nawet gdy się nie ma na koncie żadnych poważnych osiągnięć. Żyć można na wiele sposobów i niekoniecznie trzeba się przy tym zamęczać. Wystarczy zdobyć środki, które zapewnią dostatek, a potem bawić się, by uniknąć nudy, i mieć satysfakcję, że robi się to, co wszystkim odpowiada. Życie nie musi być naznaczone cierpieniem.
Był tylko jeden problem – należało umieć zdobywać pieniądze
Jarosław Kamiński i Rozwiązła to moja kolejna rekomendacja. Już sam tytuł i okładka mogą przyciągać licznych czytelników, którzy są spragnieni erotycznych opisów tytułowej Rozwiązłej. No cóż, większość tych, których zaintrygowała okładka odpadnie po kilku pierwszych stronach. A ci co zostaną, dostaną potężną dawkę wspaniałej literatury. Ale będąc uczciwą dodam, że bardzo specyficznej, trudnej i wymagającej.
Brak tu dialogów, narracja toczy się głównie w głowach bohaterów i są to głównie rozważania psychologiczno-filozoficzno-egzystencjalne. Taki styl i typ trzeba lubić. Trzeba też oddać tej książce całą uwagę i skupienie. W zamian jednak dostajemy literaturę najwyższych lotów. Piękną, inteligentną i poruszającą.
I teraz będą dwie książki, ale jedno nazwisko autora, a raczej autorki. Mówiłam sobie, że będę dozować literaturę Elizabeth Strout, ale poległam po całości. W styczniu przeczytałam dwie książki i mam ciągle apetyt na więcej!
Elizabeth Strout powraca do bohaterów z książki Mam na imię Lucy, tym razem w książce pod tytułem To, co możliwe. W tej historii skupia się rodzinnym miasteczku Lucy. Na jej relacjach z rodzicami, z rodzeństwem, z ludźmi, którzy kiedyś byli częścią ją dorastania i lokalnej społeczności.
Ta książka kolejny raz jest utkana z miliona emocji, mam wrażenie, każde słowo jest w stanie wywołać lawinę.
Lucy zrobiła wszystko by odciąć się do przeszłości i zapomnieć. Ale tak się nie da. To kim jesteśmy teraz, wzięło się z tego kim byliśmy kiedyś. Ta historia to opowieść o ludziach,o emocjach, to obraz prowincjonalnej Ameryki. Kolejna książka tej autorki, którą można polecić bez mrugnięcia okiem.
Bracia Burgess, to kolejna książka wspaniałej Elizabeth, która zajmowała mi styczniowe wieczory. Trójka rodzeństwa. Susan, Bob i Jim.
Najstarszy Jim zrobił wielką karierę. Ma żonę, dzieci, sukces finansowy i brak poszanowania dla innych. Jest dumny i wyniosły.
Bob żyje z piętnem. Jest adwokatem, pomaga bezpłatnie biednym, jest po rozwodzie, a smutki topi w alkoholu.
Susa została w rodzinnym mieście. Samotnie wychowuje syna, który właśnie wpadł w kłopoty.
Bracia wracają do domu. I okazuje się jak bardzo ciąży im przeszłość. Jak są sobie obcy. I jak przeraźliwie samotni.

Tak naprawdę to nikt nikogo nie zna.

Muzycznie styczeń należał do jednej piosenki. Distourb i Sound of silence. Wybór chyba oczywisty i nie wymagający większych komentarzy.

Minął styczeń

Styczeń. To chyba jakaś tradycja, że co roku styczeń jest najgorszym miesiącem w roku. Dwa lata wstecz rok zaczęłam od grypy. Rok temu żołądek nie dawał mi spać. Ten rok zaczęłam od miksu zapalenia oskrzeli i zatok. Czułam się fatalnie, wylądowałam na pogotowiu i miałam ochotę przespać nie tylko miesiąc, co awansem cały rok. Następnie nasza gdańska tragedia. I rodzinne problemy, moja babcia miała wypadek w domu. Nie chodzi, z dnia na dzień stała się osobą leżącą, nie może sama usiąść czy przekręcić się na drugi bok. Patrząc na nią łzy same cisnęły mi się do oczu. Aktywna i w pełni samodzielna osoba, została osobą całkowicie niesprawną. A jeszcze kilka dni przed feralnym upadkiem z krzesła, spotkałam babcię, która szła do kosmetyczki, jak zawsze zadbana i elegancka. A potem….

Eh, to był wyjątkowo męczący i bardzo ciężki miesiąc. Wciąż dochodzę do siebie po końskiej dawce antybiotyków. Żołądek mi zwariował, są dni, że jedyne co zjem to jeden kubeczek Actimela i jedno, jedyne kruche ciasteczko. Piję syrop na apetyt, biorę leki, niekoniecznie odczuwam poprawę. W styczniu działo się dużo. Przymusowe wolne bardzo mnie zmęczyło. Zdecydowanie wolę leniuchować w pełni zdrowia. Zdecydowanie. Leżenie 8 dni plackiem, oglądanie ciurkiem filmów i seriali, czytanie książek i gapienie się w sufit. Jak ja marzyłam o pracy! Męczących projektantach, ciągłych telefonach i milionach maili do odpisania. Kiedy wróciłam do pracy i zaliczyłam pierwszą branżową rozmowę, uznałam,że trzeba uważać z tymi marzeniami, a lenistwo i kokoszenie się w pościeli od rana,do nocy, nie jest takie złe. Co prawda potem często wychodziłam z domu. Zaliczyłam nawet jedną sporą imprezę, na której chyba byłam najmłodszą osobą, i z której wyniosłam kawowego cukierka. Albo i dwa? Na siłę mi dali,żeby nie było. Chyba pierwszy raz miałam przed sobą cały stół słodkości, i nie zjadłam niczego. Ale było miło.

W styczniu większość moich planów nie wypaliła. Jak już wróciłam do zdrowia, to przyszła gdańska żałoba. A potem babcia i w sumie poza pracą i zmartwieniami, niewiele mam do opowiedzenia. No może poza tym, że postanowiłam porozpieszczać samą siebie. Zakupowo. Ubraniowo znaczy się. Głównie ubraniowo. Spodobały mi się kolory. Była więc rabarbarowa sukienka. Taka sukienka, która skradła moje serce. Zdecydowanie nie nadaje się do chodzenia na co dzień. Na razie pełni rolę poprawiacza humoru. W smutniejsze chwile zamykam się w garderobie i sprawdzam czy sukienka wciąż tam wisi. I już czuję ulgę, jakoś mi lżej. Czasami wystarczy samo patrzenie, czasem muszę ją przymierzyć. Banałem byłoby stwierdzenie, że wyglądam w niej jak milion dolarów. Mam lustro, wiem, że wyglądam na co najmniej dwa i pół miliona żywych dolarów. Moja rabarbarowa kreacja czeka na swój debiut. Ale, żeby nie było mi tak smutno, kupiłam spódnicę. Cudowną plisowaną. W odcieniu bluszczastej zieleni. Żeby było ciekawiej nie mogłam się zdecydować – bluszczasta zieleń czy słoneczny żółty? Wygrała zieleń. A jako, że miałam chwilę przerwy w pracy, zamówiłam trapery. Bo pomykam tyle lat w kozakach, to co mi tam,kupię sobie trapery. Są śliczne. Chociaż moja przerwa w  pracy była taka krótka, że nie zaznaczyłam rozmiaru. Wysłano więc rozmiar losowo, oczywiście o 2 numery za małe. Buty więc musiałam zwrócić. Ale spokojnie, doszły te same. O właściwych gabarytach. Co prawda trapery nie pasują do rabarbarowej sukni, ale są jakby stworzone do spódnicy. Przez skromność nie będę mówić, że kupiłam też zapasy koreańskich maseczek na pół roku naprzód, 3 odcienie lakieru do paznokci, bo nie wiedziałam jaki odcień bzu, będzie idealnym. W kolorze bzu upolowałam też paletkę cieni. A, żeby nie było, że skupiam się tylko na wyglądzie, kupiłam też dwa bilety na pewne kulturalne wydarzenia. Żeby nie było. Jednocześnie ogłaszam, że nie zbankrutowałam. Ba, założyłam konto oszczędnościowe, a w styczniu sporo odłożyłam. Sama nie wiem z czego? Może to prawda, że coś się mnoży, jak się to najpierw podzieli? Nie wiem. Ale w ogóle nie mam wyrzutów sumienia. Nic a nic. Powinnam się bać?

Cieszę się, że ten miesiąc już za mną. Bardzo się cieszę. Jeszcze tylko cały luty i marzec. A jak marzec, to i wiosna!

 

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski- Kurier

Minął rok -wersja kulturalna

Ten rok obfitował w zachwycające książki, wspaniałe filmy i muzykę, która mnie zauroczyła od pierwszego przesłuchania.

Zaczynam od filmów. Myślałam by rozbić podsumowanie na filmy polskie i zagraniczne. Ale ostatecznie postanowiłam, że po prostu jedno miejsce będzie ex aequo i w ten sposób uda mi się dokonać wyboru.

Miejsce 3 – będzie miejscem podwójnym. Bo to mój plebiscyt i moje zasady. Miałam dylemat, oj miałam ja dylemat! Ale nie trzymam w niepewności, na tym miejscu postawiłam Lato, czyli niezwykły rosyjski musical o punk rocku. A ex aequo na podium załapał się Kler. I to wcale nie za podejmowany temat, a za genialną rolę Jacka Braciaka oraz popis aktorstwa w wykonaniu Arkadiusza Jakubika.

Miejsce 2 – 3 bilbordy za Ebbing, Missouri. No cóż, jak dla mnie to film idealny, a role jakie zagrali Frances McDormand i Sam Rockwell są po prostu kultowe. Nikt nigdy nie zagrał takiej zdesperowanej matki, i takiego przygłupiego stróża prawa. Szczerze? Do niczego nie mogłam się przyczepić, wyjątkowo miło wspominam  ten film i czas spędzony w kinie.  Kto nie obejrzał, ten ma co nadrabiać.

Miejsce 1 – zaskoczenia brak, Zimna Wojna. Do tej pory o zakończeniu, mam łzy w oczach. To dziwne, dokładnie pamiętam ten lipcowy dzień, kiedy poszłam na to kina. Lał deszcz, spóźniłam się 5 minut, usiadłam na nieswoim miejscu. A potem spędziłam 90 minut w absolutnym zachwycie i nie mogłam wstać z fotela….. Bezapelacyjny numer jeden.

Serialowo. To był bardzo dobry serialowo rok. Bardzo dobry. Przestawiam więc swoją ulubioną trójkę. Oczywiście nie zapominajcie, że tydzień bez Przyjaciół jest tygodniem straconym i stale go oglądam. I cóż, to mój serial najlepszy z najlepszych. I stale jest na szczycie. A poza tym:

Miejsce 3- Młody Sheldon. Pewnie będę się powtarzać, ale jeden z najbardziej uroczych seriali jakie widziałam. Szczerze bawi, wzrusza, poprawia humor. A babcia Sheldona, pamiętna Bunia jest moją idolką. Mam nadzieję, że w jej wieku będę dokładnie taka sama!

Miejsce 2- Ostre przedmioty. Kiedy zobaczyłam go napisał książkę na podstawie, której powstał serial, podchodziłam do niego jak do jeża. Dziewczyna w pociągu- film okazał się jednym wielkim dramatem. Czy Ostre przedmioty mogły być, choć odrobinkę lepsze? Te pytania zagłuszał fakt, że główną rolę grała Amy Adams, a ten tego, wielbię ją. Zachwyty nad serialem okazały się uzasadnione. To majstersztyk. Stopniowanie napięcia, rodzinne tajemnice, a na końcu i tak okazuje, że wszystko to czego się dowiedzieliśmy to tylko ułamek prawdy, a ta jest zupełnie inna. Do tego fenomenalne role główne, zarówna Amy jak i Patricii Clarskson.

Miejsce 1- Patrick Melrose. Kto jak kto, ale Benedict to aktor genialny. Nic więc dziwnego, że ten serial stoi jego wyśmienitą grą. A ma kogo grać! Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam taplać się w rodzinnym piekiełku, zaglądać pod każdą poszewkę i serwetkę. Sprawdzić kto, po co i dlaczego, tak się zachował. Bo stara prawda głosi, że to kim jesteśmy dziś, jako dorośli ludzie, wzięło się z naszego dzieciństwa. Kim więc może być dorosły Patrick, który dorastał pod okiem ojca despoty i psychopaty? Nie, nie, ojciec Patricka należał do elity, był bajecznie bogaty, i miał tytuł lordowski. Mimo to za drzwiami pięknej willi każdego dnia rozgrywał się dramat. Patrick miał w sobie tyle demonów, które go nawiedzały, że sama nie wiem czy znajdzie się ktoś, kto więcej się wycierpiał w serialowym życiu. Ten miniserial musicie zobaczyć. Nie tylko ze względu na temat i aktorstwo, ale i ze względu na intrygujące zdjęcia i świetną ścieżkę dźwiękową. Serial bez ani jednej wady!

Czas na książki, czyli to co lubię najbardziej!

W tym roku przeczytałam dużo książek. A dokładniej to 186 pozycji. Myślę, że to całkiem przyzwoity wynik jak na moje możliwości.

Sporo. I ciężko było mi wybrać te najlepsze. Oj był to ciężki wybór! Nie będzie tutaj książek wydanych tylko  w 2018 roku, a te, które w poprzednim roku, najbardziej mnie zachwyciły. Powtórzę, wybór był bardzo, ale to bardzo trudny!

Miejsce 4. Mam na imię Lucy. Elizabeth Strout. Wahałam się. Olive czy Lucy? To był naprawdę trudny wybór. Wygrała Lucy. Pewnie dlatego, że Olive poznałam bliżej przy okazji serialu i nie było może podczas lektury, aż takiego zaskoczenia? Nie wiem sama. Wiem, że kiedy czytałam mam na imię Lucy, miałam wrażenie, że obcuję z genialną książką. Elizabeth jest mistrzynią opisywania życia, codzienności, prostych emocji. W tej prostocie tkwi niesamowita siła. Jej książki mimo niepozornych rozmiarów, mają siłę rażenia bomby atomowej. Po prostu książka, którą każdy musi przeczytać i sprawdzić, czy tak jak Lucy, może na głos i z pełnym przekonaniem powiedzieć na głos swoje imię i nazwisko…

Miejsce 3. Donna Tratt. Szczygieł. Tę książkę czytałam podczas majówki. Majówka była dobrym czasem na czytanie wyjątkowych książek, o tym dwa miejsca wyżej. Szczygieł zachwycił mnie od pierwszej strony. To monumentalne dzieło łączy w sobie tyle gatunków-thriller, romans, dramat psychologiczny i solidny kryminał, że z każdą kolejną stroną, jesteśmy pod coraz to większym wrażeniem tego dzieła.

Miejsce 2. Lincoln z Bardo. Ta książka była zaskakująca, głównie stylem, ale i formą, a także oczywiście treścią. To było coś nowego, choć odnosiło się do przeszłości. Bardzo spodobało mi się określenie tej książki Amerykańskimi Dziadami. I nie jest to określenie na wyrost. Ta książka urzekła mnie swoją tematyką i oryginalnością. Miałam wielki niedosyt już po przeczytaniu, chciałam więcej i więcej. Polecam, dajcie jej szansę i spędźcie jedną noc ze zjawami na waszyngtońskim cmentarzu….

Miejsce 1. Amos Oz. Miłość i inne historie. Nie wiem co mogę powiedzieć o tej książce, ponad to, że jest to absolutne arcydzieło. Czytałam ją  oczywiście w Krynicy, i musicie mi uwierzyć, chwilami zapominałam,że jestem na majówce. Że mam odpocząć i chłonąć widoki. Nie mogłam. Pochłonęła mnie ta historia syna, o miłości swoich rodziców. I mimo swojej objętości, w ogóle nie męczy. Wręcz przeciwnie. To taka książka, którą koniecznie trzeba przeczytać.

Muzycznie to był świetny rok. Jeżeli chodzi o koncerty to nie mogłam narzekać. Wstydem byłoby narzekać. Moja klasyfikacja wygląda następująco.

3. Mioush. Stocznia, B90,Do tej pory się dziwię, że aż taką sympatię kieruję wobec bądź co bądź, hip hopowca. Ale cóż, lubię go, a listopadowy koncert był wyjątkowo ciekawym doświadczeniem. Dlatego też jest to mój koncertowy numer trzy. Hip hop ze smyczkami, perkusją i chórkami jest bardzo fajny i naprawdę cieszę się, że ten koncert przesłuchałam, że tam byłam i cóż, może kiedyś odważę się na powtórkę?

2. Męskie Granie Orkiestra,  Gdynia Kolibki.  No cóż, nie bardzo wiem co mogę jeszcze powiedzieć o tym genialnym muzycznym trio? Nie wiem…  Wiem jedno, co roku będę stawać do walki o bilety. Nie ma to tamto, oczywiście nie ma szans by co roku występowało to nieziemskie muzyczne trio, ale liczę, że co najmniej co drugi rok będzie Krzyś. A wracajac do tego roku, to dobrze wiecie, deszcz, wiatr, kaloszki, nieśmiały Dawidek i roztańczony Krzysiek. I ja. I ten hymn lata, i walka o gorącą herbatę w sierpniową noc i masa pozytywnej energii. I mój wielki uśmiech. To było coś, co zostaje. Nie wiem czy do końca życia, czy też o kilka dni dłużej?

1. Depeche Mode, Ergo Arena, Gdańsk. Tak, to był koncert numer jeden zeszłego roku. Tam wszystko było idealnie, po prostu idealnie. No może poza faworkami, te były mocno twarde i strasznie suche. Ale poza tą drobną niedogodnością, to były 2,5 godziny, które nie boję się tego powiedzieć, zmieniły moje życie. Dlaczego? Bo wtedy podjęłam decyzję o  posiadaniu tatuażu. I zrobiłam go! I moje wspomnienia tamtej lutowej nocy są ze mną już na zawsze. Są częścią mnie. Nie popadając w patos, ta niedziela była idealna, od samego poranka, do samego końca. David  jest wspaniały,a  ja zawsze będę jego największą fanką. I co z tego, że najbardziej fałszuję. Kiedy mogę śpiewać z tłumem Enjoy the silence, nie liczy się dla mnie nic więcej. I to było najważniejsze wydarzenie ubiegłego roku. Zdecydowanie.

 

Kiedy nie chodziłam na koncerty, to oczywiście słuchałam muzyki. Przesłuchałam 26 778 piosenek, co daje dokładnie 65 dni i 2 godziny słuchania. Czyli jakbym tak siadła w styczniu i zaczęła słuchać, to wstałabym z fotela, dopiero gdzieś w marcu. Uff, jak dobrze, że muzyka może lecieć bezkarnie w tle! Najwięcej piosenek słucham w poniedziałki, najczęściej między 20, a 21 wieczorem. W zeszłym roku najwięcej było polskich piosenek. A istne muzyczne szaleństwo, miało miejsce 29 stycznia, kiedy to przesłuchałam 151 utworów. To była sobota. Byłam przeziębiona i siedziałam w domu. A bardziej szczegółowo? Tak, jakby to co powyżej, było za mało szczegółowo oczywiście…

Najczęściej słuchałam Depeche Mode– a to zaskoczenie. Za nimi uplasował się Mioush, a podium zamyka Zalewski Krzysztof. Najczęściej słuchaną piosenką było Miasto Szczęścia, które odtworzyłam dokładnie 1 000 razy. Równiutko i idealnie. Ma się to wyczucie! Trochę mniej śpiewał mi Krzysztof o tym, że Przyjdzie w taką noc, a podium zamknął znów Mioush, ze swoim Uderzeniem. I tu ciekawostka, tę piosenkę pierwszy raz odsłuchałam dopiero 31 października! I już podium. Najczęściej słuchaną płytą był oczywiście zapis koncertu Miuosha z Nospru, następnie Męskie Granie 2018 i kolejne podium dla Krzysztofa,  niby brąz,  a jednak Złoto. Jak  widać,  muzyka towarzyszy mi przez znaczną część życia. I jest ze mną każdego dnia.

I tym oto sposobem zamykam rok 2018. Wspomnienia są na setkach zdjęć i w głowie. I będę do nich wracać.

Ścieżka dźwiękowa- Mioush – Miasto szczęścia

 

 

 

2018 rok na 12 wspomnieniach

Styczeń. Z tym miesiącem nie mam miłych wspomnień. Było chorobowo, męcząco i nużąco. Nie pamiętam nic szczególnego z tego miesiąca. No może poza tym, że dostałam kartę stałego klienta w laboratorium. I to już 2 stycznia.

Luty. Zdecydowanie dużo lepszy miesiąc. Baby Shower mojej przyjaciółki, musiałam ogarnąć tyle rzeczy! Byłam bardzo podenerwowana, czy niespodzianka dojdzie do skutku, ale się udało. To było cudowne popołudnie. Wybrałam idealny moment, bo przyjaciółka niedługo potem trafiła do szpitala i resztę ciąży przeleżała. Minął tydzień od imprezy, a ja znów mogłam nałożyć świeżo kupioną Depeszową koszulkę, i bawić się na ich gdańskim koncercie. Gdzieś tak koło 22.30, poczułam, że to jest najlepszy moment w moim życiu. Ta wyjątkowa chwila, coś co nigdy się nie powtórzy. Zdecydowanie nigdy już nie będę szczęśliwsza. Reszta lutego upłynęła mi równie dobrze. Była wystawa Lyncha w Toruniu, sroga zima, spacery nad morzem, sporo wyjść towarzyskich i dużo radości.

Marzec. Było i zimno, i bardzo wiosennie. Większych skojarzeń z tym miesiącem nie mam. No może poza tym, że na sam koniec marca dopadło mnie ostre przeziębienie i odpadłam w przedbiegach jeżeli chodzi o świąteczne przygotowania.

Kwiecień. Zaczął się chorobą i chorobą też się skończył. Średnia zachowana. Początek kwietnia to Święta, i śnieg. A tydzień potem szłam z siostrą na spacer do lasu, i zdejmowałam płaszcz bo słońce grzało jak szalone. A dzień później otworzyłam sezon plażowy i ogródkowo-kawiarniany. Kwiecień był ciepły, pełen spacerów i miłych chwil. No może poza końcówką, kiedy moja wymarzona majówka stanęła przed sporym znakiem zapytania, z powodu anginy. Mimo kiepskiego samopoczucia ruszyłam w 11 godzinną podróż i ostatni dzień kwietnia spędziłam w przepięknej Krynicy, jedząc placki ziemniaczane, popijając gorącą czekoladą i zdobywając Górę Parkową.

Maj. Pierwszy dzień miesiąca spędziłam spacerując po rynku w Koszycach, podczas naszej jednodniowej wycieczki na Słowację. Było upalnie, termometr wskazywał 29 stopni, i po prostu przepięknie. Reszta maja to dalsza część niezwykle udanej majówki, i co z tego,że na antybiotyku! No dobra, jedyne czego nie chciałabym szybko powtarzać, to jazda kolejką na szczyt Jaworzynki, to chyba ponad moje nerwy, choć na samej górze było wspaniale, a szarlotka smakowała jak nigdzie indziej! Co poza tym? Dalsza część pięknej pogody, dużo spacerów,  i masa miłych wspomnień. Wzruszający ślub M., i ten dzień, gdy wyszłam na małą przerwę w pracy, a wróciłam z tatuażem! To był piękny majowy czas o zapachu bzu.

Czerwiec. Pogodowo nieco bardziej kapryśny od maja, było więcej deszczu i chłodniejszych dni. I u mnie też pojawiła się chyba taka przedurodzinowa nostalgia, jakieś takie podsumowania i odrobina zniechęcenia. Ale mimo wszystko to był magiczny miesiąc. Ciągle pamiętam smak urodzinowego tortu, i pamiętam ten przepiękny wieczór, kiedy maksymalnie przeziębiona, byłam otoczona cudownymi przyjaciółmi – choć brakowało przy stole dwóch pań E., ale jestem pewna, że duchowo były ze mną. Chciałabym dodać, że w końcu przed świętami posprzątałam torbę z prezentami, a korona dumnie odpoczywa  w piwnicy. Czerwiec był piękny. Trudny, ale piękny.

Lipiec. Ten miesiąc powitałam z bólem gardła, jaki mi się ostał, po czerwcowej infekcji. Ale co tam ból gardła, kiedy przed tobą tyle dobrego. Open’er i 4 koniec Depeche Mode. Wakacje, cudowny leniwy tydzień w saharyjskim skwarze. Rodzinne spotkania, wycieczki nad jezioro, truskawki, które zjadałam w kilogramach i 4 letnie sukienki, które kupiłam w przypływie szaleństwa!

Sierpień. Szczerze? Subiektywnie i obiektywnie najlepszy miesiąc ubiegłego roku. Zaczęłam go na pięknej plaży, odpłynęły sinice, spacerowałam po kamienistej plaży, zajadałam świeżą flądrę i czułam się tak błogo. A potem było jeszcze lepiej. Upały, wycieczki nad jezioro, długie spacery, te piękne sierpniowe wieczory! Cudowny wypad do rodziny i Warszawy. Ten piękny dzień z E., miliony wymienionych słów i dziesiątki wydreptanych kilometrów. Dokarmianie przez cioteczkę i rodzinne ciepło. Pogoda popsuła się raz, akurat na Męskie Granie. Lało, zmokłam gorzej niż cały kurnik. Ale wiecie co? Nie przeszkadzało mi to nic a nic. Byłam chyba najszczęśliwszą osobą pod sceną. Zalewski i Podsiadło. No i ta Nosowska. Jeżeli można zakochać się w jakiejś chwili, to tak, byłam wtedy tak zakochana w tym co widzę, i słyszę oczywiście, że powieźli mnie windą do nieba.  I co z tego, że 30 sierpnia złapało mnie okropne przeziębienie? To był przepiękny miesiąc.

Wrzesień. Letnia sielanka się skończyła. Przyszyły rodzinne burze, i cóż, musiałam zostać sternikiem na tym okręcie, który sunął wśród burz. Przepłaciłam to zmęczeniem, fizycznym i psychicznym.  Ale chociaż było ciężko, a ja chwilami miałam wrażenie, że na barkach noszę cały ciężar świata, to uświadomiłam sobie, że w mym wątłym ciele, są całkiem spore pokłady siły. I potrafię z tej siły konstruktywnie skorzystać. Poza burzami było kilka razy kino, kawiarniane regeneracje, mecze ping ponga-permanentnie przegrywałam, i spotkania, i rozmowy, które wiele mi dały. A pogoda dopisała, chociaż ja do połowy września walczyłam z infekcją, to ciągle nosiłam letnie sukienki i powłóczyste spódnice, aż do ziemi.

Październik. Zaczął się fajnie. Pogoda była piękna, pamiętam jak jechałam z bratem na małą wycieczkę i latałam w krótkim rękawku! A w połowie października poszłam z siostrą na spacer w letnich sukienkach. Było dużo kina, wypad na Mazury, spacery, zupa dyniowa i szarlotki. Było parę miłych momentów. Ale z każdym kolejnym dniem coraz bardziej poddawałam się jesiennej chandrze i niepokoiła mnie wizja listopada. Do tego bardzo dużo stresów w pracy, to był nasz najbardziej pracowity miesiąc. Często zostawałam po godzinach i robiłam wyceny. Nie było więc źle, ale jakoś tak czułam w każdej kości jesienne przesilenie.

Listopad. Najgorszy miesiąc w roku. Tak było zawsze. Ale w 2018 roku tak nie było. Najgorszy był styczeń. Listopad był zły, ale miał piękne momenty. Takie, które sprawiły, że ta szarość, deszczowość i wietrzność- ależ natworzyłam nowych słów!, jakoś tak się łatwiej dały przeżyć. Był więc wspaniały koncert Miousha, który był dla mnie nowym i ciekawym doświadczeniem. Z różnych względów, nie tylko tych muzycznych. W każdym razie to był coś, co dało mi 100 minut pełnych radości i co tu dużo gadać, przyjemności po prostu. Były knajpki, były nowe smaki w nowych knajpach, było kinowo. Było też kocykowo, domowo, mocno herbacianie i słodko. Bo w listopadzie każdy dzień kończyłam jakimś deserem. Także tego źle nie było, ale było kilka dni, które mocno mnie przybiły. Prawo listopada.

Grudzień. Co roku czekam na ten magiczny czas. Na piękne święta, na choinkę, na lampki, kolorowe dekoracje. Na kupowanie prezentów, na wigilijną kolację, na rodzinną atmosferę i na śnieg. Śnieg był. To duży plus. Ale w tym roku słabo cieszyły mnie święta. Wpadłam w jeden wielki ciąg chorób, który zaczął się przed świętami właśnie. Moje przygotowania były więc skromne i naznaczone sporym zmęczeniem. Było oczywiście fajnie, smacznie i rodzinnie, ale w mojej głowie ciągle hulał zatokowy wiatr i czułam się źle. Oczywiście ten miesiąc to fajne spotkania, parę ciekawych wyjść i miłych niespodzianek. Ostatni dzień roku spędziłam do 13 w pracy. Potem przygotowałam ciasto. Potem słuchałam radia. O 20 nałożyłam sobie porcję makaronowej sałatki, jakoś po 21 poszłam spać. Obudziłam się o 23.30, zjadłam ciasto i wyszłam przed dom obejrzeć fajerwerki. Wiem, wiem, strasznie to teraz niepopularne, ale nic nie poradzę, lubię. Uznałam, że mogą to być ostatnie oficjalne fajerwerki więc wyszłam. Nowy Rok witałam więc w doborowym towarzystwie samej siebie. I życzyłam sobie…….. By 2019 rok był choć w połowie tak fajny jak ten poprzedni.

Bo powiem Wam w dużym sekrecie, to był świetny czas.

 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Cover me

Hello darkness, my old friend

W niedzielę byłam na wycieczce. Chciałam złapać oddech, bo przez ostatnie 10 dni nie widziałam świata.  Wracając, jak zwykle mijałam nasz Lot. Za Lotem scena Wielkiej Orkiestry. Za dwie godziny miało być Światełko do nieba. Nie czułam się na siłach by zostać, więc pojechałam. Do domu. O 20 zaczęłam oglądać relację z Warszawy, jak co roku, światełko do nieba. Zdążyłam jeszcze powiedzieć, że jednak są fajerwerki, jak moja siostra rzuciła, że ktoś ranił Adamowicza na scenie. Natychmiast poszłam sprawdzić w komputerze cóż się stało. Zobaczyłam filmik i jedno lakoniczne zdanie, że ucierpiał prezydent. Filmik był jednak z oddali, widać było, że ktoś biega po scenie i ma nóż, ale wydawało mi się, że mógł co najwyżej drasnąć Prezydenta. Komentarz o reanimacji wydawał mi się przesadzony. Ale ten obraz karetki, która przez 40 minut nie odjeżdżała spod sceny, zaczął przerażać. Kolejne głosy wprowadzały coraz większy zamęt i ból. Bardzo szczery. Zupełnie jakby dotyczył kogoś bliskiego. Wróć, przecież to był bliski nam człowiek. Bliski. Nie mogłam spać. Pierwsze komentarze lekarzy po godzinie 22, wprowadziły jeszcze większy niepokój. Trwa operacja, stan jest bardzo, bardzo poważny. Nie miałam odwagi pójść spać. Chociaż następnego dnia czekał mnie powrót do pracy, po wielu dniach spędzonych w łóżku, w towarzystwie okropnego miksu leków i antybiotyków. Bałam się odejść od telewizora. Czekałam. Kiedy po 2 w nocy lekarz ogłosił, że pacjent przeżył operację, odczułam ulgę, której nie sposób opisać. Oczywiście dalsze rokowania nie były optymistyczne, ale dawały nam choć cień nadziei. Koło 4 w końcu usnęłam. Na jakieś 1,5 godziny.

W poniedziałek wróciłam do pracy. Choć ten czas spędzony w firmie, w żaden sposób nie mogę nazwać pracą. Po prostu co chwilę odświeżałam różne internetowe strony, starałam się dowiedzieć jak najwięcej. Kiedy w południe przed nasz najlepszy szpital wyszli lekarze z ministrem zdrowia, nie musieli nic mówić. Całymi sobą mówili, że jest źle. Chwilę po 14 dostaliśmy najgorszą z możliwych wiadomości. Osoba, która była żywym pomnikiem Gdańska, odeszła. Nie dała rady ranom, zadanym z nienawiści. Nie wstydziłam się płakać. Łzy ciekły mi po twarzy i nie mogły przestać. Nawet nie wiem w jaki sposób pojawiłam się w domu. Wiem tylko, że jak wróciłam, to razem z mamą, zaczęłyśmy wspominać, płakać, cierpieć…. W pewnym momencie wstałam, poszłam do kiosku, kupiłam biały znicz i powiedziałam, że musimy jechać po Urząd Miasta. Jego urząd. Ten sam, w których niespełna 13 lat temu wyrabiałam dowód osobisty. Ten sam, w którym Pan Paweł, tego właśnie dnia stał na schodach i powiedział mi dzień dobry. I to było chyba najbardziej uśmiechnięte dzień dobry w moim  życiu. Stałam pod tym urzędem, nie wiem ile. Chyba nie powinnam. Strasznie wiało i padał deszcz. Ale musiałam. Czułam,że to mój obowiązek. Wokół sporo ludzi, młodsi, starsi, pełno dziennikarzy. Obok jest szpital. Toczy się życie. … Ale miasto wyglądało już zupełnie inaczej. Choć wydawało się, że minął moment. Zgasły świąteczne iluminacje, wszędzie wisiały flagi z kirem, nie tylko na słupach, ale i na karetkach, autobusach i tramwajach. Gdańsk żegnał swojego przyjaciela… Wróciłam do domu. Znów zaczęłam płakać. Nie pamiętam już kiedy zasnęłam, było chyba trochę po północy.

2019-01-14_21.55.15.jpg
Poniedziałkowy wieczór przed urzędem….

Gdy ktoś kto mi jest światełkiem
Gaśnie nagle w biały dzień……

We wtorkowy poranek, uświadomiłam sobie, że w te ostatnie dwie doby, spałam w sumie  niecałe 7 godzin. Było to jednak dla mnie zupełnie nieodczuwalne. Zwykłe zmęczenie, zastąpił żal. I smutek. I jakaś taka pustka. Świadomość, że kończy się pewna epoka. Pojawiała się też myśl, że życie jest boleśnie wręcz kruche…. To był kolejny dzień  w pracy, który nie wiem jak minął. Wszyscy mówiliśmy tylko o jednym. Wszyscy byli smutni…. W południe zorientowałam się, że bezwiednie ubrałam czarne jeansy i czarny golf. Ale to tylko ubranie. W środku, każdy z nas się męczył….

Ktoś inny zmienia świat za Ciebie
Nadstawia głowę, podnosi krzyk
A Ty z daleka, bo tak lepiej
I w razie czego nie tracisz nic

W środę pojawiła się pewna akceptacja. O ile we wtorek ciągle miałam wrażenie, że oglądam jakiś film, to teraz poczułam,że to jednak prawda. I pojawiła się złość. Bo w żadnym, najbardziej idiotycznym filmowym scenariuszu, nie wymyślono by tak bezsensownego zakończenia. W żadnym. Po pracy kupiłam 2 znicze. I znów, wieczorem wyszłam z domu. Tym razem pod stocznię, pod Trzy krzyże, pod oczko w głowie Pana Pawła, pod ECS, czyli Europejskie Centrum Solidarności. Układaliśmy tam największe serce świata. Morze ludzi było mi wielkim zaskoczeniem. Naprawdę się tego nie spodziewałam. Padał deszcz i było zimno. A tam całe rodziny, malutkie dzieci i osoby o kulach. Szybko podałam znicze dalej, a imponujące i z pewnością, największe serce świata, zobaczyłam w całej okazałości dopiero w domu. Ale tego wieczora, tej nocy w zasadzie, nie to było ważne. Kiedy usłyszeliśmy słowa pani Magdaleny, i niezwykle mądre słowa 16 letniej Tosi, żony i córki, wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Mężczyźni nie wstydzili się łez! A ja czułam jednocześnie wielki smutek, ale i ogromną wdzięczność do losu. Kiedy Antonina mówiła o swoim tatusiu, mój osobisty tato, stał ramię w ramię ze mną. I tak samo płakał…. To był wyjątkowo przejmujący moment. Było nas z kilkanaście tysięcy osób. Nikt nie narzekał. Ani na deszcz, ani na tłum, ani na byle jaką organizację spotkania. Wszyscy byliśmy zjednoczeni w smutku. Byliśmy jednością. W milczeniu wróciliśmy do domu. W głowach wciąż mając jedną pieśń…

Zdjęcie Gazety Wyborczej Trójmiasto

Zamykam strach na niewidzialny klucz
I moja twarz jest niewidzialna już
Gdy wchodzę w tłum, pułapka szczerzy kły
I z ust do ust nie frunie żaden krzyk

Czwartek. Znów wróciłam późno do domu. Znów byłam niewsypana. Znów nie miało to żadnego znaczenia. Dosłownie żadnego. Chociaż przede mną był ciężki dzień w pracy, nie czułam zmęczenia. Wręcz przeciwnie. Postanowiłam, poczułam potrzebę by znów pojawić się w ECS-ie. Tym razem by ostatni raz pożegnać się z Panem Prezydentem. Oczywiście wiedziałam, że w ciągu dnia będzie tam ciągnął tłum. Ale kto przewidział, że ludzie będą stali o 1 w nocy? O 3 w nocy? Kto przewidział, że ludzie będą na cito brali wolne w piątek, bo kolejka miała już 2 kilometry i trzeba było czekać po 5 godzin? Ja się poddałam. Moje osłabienie pochorobowe nie pozwoliło mi tyle stać na zimnie i deszczu. Moi rodzice dzielnie jednak stali. Odkąd ich zostawiłam o 22.30, czekali na swoją kolej. Weszli do środka o 2.30. Tak, stali prawie 5 godzin, by przez 10 sekund pokłonić się przy trumnie. Z nimi stało tysiące ludzi. W milczeniu, w ciszy, ale i w przyjaźni i wspólnocie. Ludzie sobie pomagali, kupowali wzajemnie gorącą herbatę, dzielili kanapkami i wspomnieniami. Piękna noc…

2019-01-21_06.08.17.jpg
Wracając z ECS-u

W piątek wiedziałam, czułam potrzebę bycia znów z ludźmi. Kondukt żałobny oglądałam w telewizji. Następnie zrobiłam termos z herbatą i razem z bratem pojechaliśmy pod Bazylikę Mariacką. Stanęliśmy wśród tłumu ludzi i pokornie czekaliśmy ciemną nocą, na mrozie, na swoją kolej by wejść do środka i ostatni raz pożegnać się z Prezydentem. Tłum był wielki, ale znów, nie było pretensji i złości. Stałam bardzo dzielnie. W końcu nadeszła nasza pora, weszliśmy, i ustawiliśmy się w drugiej kolejce. Tym razem wewnątrz Bazyliki. To był bardzo precyzyjnie nakreślony wężyk, szliśmy na okrągło i dookoła. Ciężko mi powiedzieć ile to trwało, ale zdążyliśmy odmówić cały Różaniec i Koronkę. W środku było pełno małych dzieci. I te dzieci mówiły,że idą pożegnać swojego prezydenta, jak to określiła pewna mała dziewczynka, swoje drugie serce. Kazano podchodzić czwórkami, przeżegnać się, pokłonić, kto chce mógł dotknąć trumny, i należało odejść. Po dwóch godzinach od wyjścia z domu, stanęłam przed Panem Pawłem. Dostaliśmy jakieś 3 – 4 sekundy. Tylko tyle aby skłonić głowę i podziękować. I obiecać, że Gdańsk będzie najpiękniejszym miastem świata. Co mogę Wam powiedzieć? To było najbardziej przejmujące kilka sekund  w moim  życiu. Pełne pokory, smutku, ale i nadziei. Wyszliśmy z Bazyliki. Szliśmy po nocnym Gdańsku, było już blisko północy. W każdej sklepowej, kawiarnianej czy restauracyjnej witrynie było zdjęcie Pana Prezydenta i jedno słowo – Dziękujemy. Bo patrząc na Gdańsk, mamy za co dziękować…. To był bardzo długi dzień.

2019-01-20_21.32.04.jpg
Kolejka w Bazylice

W sobotę miałam dylemat. Bardzo chciałam być w centrum podczas uroczystości pogrzebowych. Ale wygrał rozsądek. Stanie 4 godzin na mrozie byłoby zbyt niebezpieczne. Tym bardziej, że mój organizm dawał znaki, że muszę odpocząć. W ciszy oglądaliśmy transmisję. Popłynęło trochę łez. To był bardzo smutny dzień. Bardzo smutny…

2019-01-21_21.27.08.jpg
A to przed Bazyliką

W niedzielę było już po żałobie. Kiedy szłam po mieście, w ogóle tego jednak nie odczułam. Przed Bazyliką Mariacką dalej stały tłumy. Z każdej witryny uśmiechał się Pan Paweł, a flagi powiewały na wietrze. Gwarne Stare Miasto, było ciche i skupione.

Miniony tydzień miał być zupełnie inny. Miałam poddać się spokojnej rekonwalescencji. Powoli wracać do obowiązków. Dbać o zdrową dietę. Dużo spać. Odpoczywać. Ale nie wyszło. Prawie nie spałam. Jadłam byle co. Zupełnie o siebie nie dbałam. Całkiem zmieniłam mój rozkład dnia. Wszystko to co wydawało mi się konieczne, stało się zupełnie zbędne.  Nie oglądałam seriali, nie oglądałam filmów, rzadko sięgałam po książki. Miałam wielką potrzebę bycia z ludźmi, rozmowy. Zmieniłam cały swój plan dnia. Styl życia. Uświadomiłam sobie co naprawdę jest ważne…

Kilka razy, kilka osób pytała się mnie, czy ja się nie bałam? Dlaczego idę w tłum? Po co mi to? Do czego mi to potrzebne? Przecież coś się może stać….

Nie myślałam o tym. Wręcz przeciwnie, tłum dodawał mi sił. A mówię to ja, osoba która nie lubi tłumów. I jest panikarą pierwszej klasy. Gdańsk jest bezpieczny. Gdańsk jest piękny i pełen wspaniałych ludzi. Serdecznych, empatycznych i wolnych. I pokazaliśmy to w ciągu całego zeszłego tygodnia.

Dlaczego tak go kochaliśmy? Dlaczego tak kochamy Gdańsk? Bo u nas każdy jest skądś. W większości losy są podobne, dokładnie takie jak u mojej rodziny, mamy rodzina z Warszawy, taty z Litwy. Dlatego też tak kochamy naszą małą ojczyznę. Zresztą Gdańsk to nie tylko piękne miasto, pełne zabytków, morza, setek kilometrów ścieżek rowerowych. Gdańsk to miasto, gdzie oddychamy wolnością. I jak nigdzie indziej w Polsce potrafimy się jednoczyć.

I będziemy zawsze pamiętać Pana Pawła. Bo jego pomnikiem jest cały współczesny Gdańsk. Dumnie kroczący w przyszłość, ale zapatrzony w przeszłość i czerpiący z tradycji miejsca, to co najlepsze.

Aleją gwiazd, aleją gwiazd biegniemy,
pod niebem gwiazd, pod niebem gwiazd żyjemy…

Nigdy też nie byłam bardziej dumna z tego kim jestem i skąd pochodzę. Nigdy…..

 

And in the naked light I saw
Ten thousand people, maybe more.
People talking without speaking,
People hearing without listening,
People writing songs that voices never share
And no one dared
Disturb the sound of silence.

„Fools” said I, „You do not know
Silence like a cancer grows.
Hear my words that I might teach you,
Take my arms that I might reach you.”
But my words like silent raindrops fell,
And echoed
In the wells of silence.

Co się z nami stało?

Gdańsk. Moje rodzinne miasto.

Miasto gdzie się urodziłam, w żółtym szpitalu na Zaspie.  Miasto gdzie wychowałam się na Morenowych wzgórzach,  gdzie chodziłam do  różnych szkół. Miasto, które kocham. Moje miasto.

Tak, chwilowo mieszkam niby w innym miejscu, ale do tablicy z napisem Gdańsk mam 2 minuty. Do Starówki 8 minut. Jestem tam kilka razy w tygodniu.  I jestem gdańszczanką. Całą sobą.

Wczoraj tam byłam. Dwie godziny przed tym co zatrzymało mi oddech. I nie tylko mi. 500 metrów dalej była i stoi dalej, moja podstawówka. Cudowne miejsce, pełne pięknych wspomnień.

Do wczoraj…

Nie ważna jaka to opcja. Jakie ma poglądy. To człowiek. Człowiek, które życie zostało zagrożone. Człowiek, którego przez większą część mojego życia, przez 21 jest prezydentem. Kurcze, to 21 lat, mijałam go dziesiątki, setki razy. Na ulicy. Stałam obok podczas tylu okazji! Widziałam Go, czytałam o Nim, był zawsze. Od 21 lat. Jako stała.

Panie Pawle, dziękuję. Zawsze będę Pana pamiętać. Zawsze będzie Pan częścią Gdańska. W każdym budynku, na każdym skwerku. To zawsze będzie Pana miasto. Nasze. Miasto naszych wspólnych marzeń.

Dziś płaczemy, ale się podniesiemy. Dla Pana.  Bo Gdańsk to najpiękniejsze miasto na świecie!!!!!

 

pawel-adamowicz-zaatakowany-przez-nozownika-podczas-swiatelka-do-nieba-wosp-2019
Co się z nami stało
Pytanie zadaję
Ilu z nas poszło w ciemność
Ilu z nas nie poznaję

Co się z nami stało?
Co się z nami stało??
Co się z nami stało???
Co się z nami stało???
No co?

Co się z nami stało
Pytanie zadaję
Ilu z nas poszło w ciemność
Ilu z nas nie poznaję

Co się z nami stało…

Filmowo-serialowo

Roma. Jeden z tych filmów, o którym się mówi, że będzie murowanym kandydatem do Oskara. I wiem dlaczego. To film skromny, prawdziwy, uczciwy. Naturalny, jakiś taki ciepły i elegancki. Akcja sunie się powoli. Mamy rodzinę i służące, wszyscy mieszkają w Meksyku, mamy lata 70 i tytułową dzielnicę, czyli Romę. Taką lepszą, elegancką, artystyczną. Czwórka dzieci, wiecznie nieobecny ojciec i matka, która trzyma dom w ryzach. Są też dwie one, służące, pomoc domowa, ale chyba bardziej towarzyszki codzienności. Mają wspaniałych szefów i prawdziwie przyjacielskie relacje. Obie strony zawsze mogą na siebie liczyć. I tak sobie życie płynie. I gdzieś tak w połowie moja siostra powiedziała – czy ja przysnęłam, czy coś się dzieje, czy dalej nic? To jest film bez jakichś wielkich wydarzeń, ot zapis życia, które wcale nie było tylko czarno-białe. Działo się wiele jak to w życiu. Duże dramaty – nieplanowana ciąża, ale i małe radości -zakup nowego auta. Ten film to w pewien sposób hołd dla kobiet. Kobiet, ogarniaczek życia i codzienności. Hołd dla kochających babć, dzielnych matek i pomocy domowych, które są zawsze obok. Ten film  to hołd reżysera dla jego matki, dla kochanej służącej. Powtórzę, piękny i skromny film o codziennym życiu.

Tully. Nie polecam tego filmu jeżeli do rozwiązania zostało kilka dni, a macierzyństwo kojarzy się komuś jedynie ze słodkim różowym bobasem, który godzinami leży spokojnie w łóżeczku. Że wszędzie wiszą kolorowe baloniki, że wstaje się wypoczętym, obowiązkowo w pełnym makijażu. Że życie z noworodkiem to  nie tylko odwiedziny krewnych,  bajeczne prezenty, idealna figura  i takie tam. Ten film jest zupełnie niecukierkowy, ale prawdziwy, życiowy, trochę smutny.  W zasadzie to ciężko mi zrozumieć dlaczego został zakwalifikowany jako komedia? Komedią zdecydowanie nie jest. To szczery obraz kobiety, matki i żony. Kogoś kto za chwilę po raz trzeci zostanie mamą, kogoś kto się boi, ma sporo lęków, a po porodzie musi  ogarnąć nową rzeczywistość i popada w rutynę. To obraz kogoś kto tęskni za dawną sobą, za szaleństwem, beztroską i brakiem komplikacji. To też film, który powinien obejrzeć każdy zapracowany przyszły i obecny ojciec. Świetna rola Charlize Theron, ważne tematy, ale w dość lekkiej formie, co czynią ten film uniwersalnym i dla każdego. I chociaż nie jest to komedia, to naprawdę świetnie się go ogląda i wiele razy ma się ochotę szczerze uśmiechnąć.

Podczas Świąt robiłam sobie filmowe poranki. Dokładnie jak za dawnych lat, ja i filmy Disneya. Koniecznie z księżniczkami. No taki powrót do dzieciństwa. Była więc Mała syrenka, którą do dziecka nazywam Arielką, a nie tam żadną Małą syrenką. Był Kopciuszek. Był Alladyn i to 3 części! I wiecie co? Chociaż minęło z 25 lat, chociaż z dzisiejszej perspektywy bajki o tym, że dziewczyny nie marzą o niczym innym niż o księciu, powinny mnie mierzić, to wywołały dziwną nostalgię. Szalenie wręcz przyjemną! Arielka i cudowny krab Sebastian, znów się bałam, czy aby na pewno miłość Arielki i Księcia, pokona niecne plany Urszuli. Ale się udało. Ta bajka zawsze jest dla mnie jakby plastrem na smutne chwile. Pamiętam jak oglądałam ją kiedyś 8 razy pod rząd. Byłam chora, rodzice i siostra na weselu. Miałam 5 lat i musicie mi uwierzyć, uzdrowiła mnie, gdyż na poprawinach zadawałam szyku tańcząc Lambadę. Szkoda, że zdolności uzdrawiające Arielki kończą się wraz ze skończeniem 10 lat. Klasyczny Kopciuszek zawsze mnie wzrusza. Nic na to nie poradzę. To najpiękniejsza bajka na świecie. Zdecydowanie najpiękniejsza, a Kopciuszek to przepiękna księżniczka. Czy tylko ja widzę w niej podobieństwo do Grace Kelly? W  każdym razie kiedy oglądam Kopciuszka czuję magię dookoła mnie. I uważniej przyglądam się dyniom! A dodać muszę, że w swojej piwnicy posiadam jej zapas, nigdy więc nie wiadomo kiedy aktywują swoje magiczne moce i zabiorą mnie na jakiś bal. Bal? Słodki arbuzie, nie mam sukni, ani pantofelków…. Nie drążmy już tematu. Wróćmy do Alladyna. Pamiętam jak pierwszy raz widziałam ten film w kinie. To był poranek w kinie Bajka. Na sali może z 4 dzieci, w tym ja i siostra. I mój tata. Jego dobre serce i zabranie nas do kina, zemściło się na nim. Musiał z nami wrócić i to trzykrotnie. I w kółko słuchać- Arabska noc i arabski dzień… Ta bajka zawsze robiła na mnie wielkie wrażenie. Sama nie wiem czym, pewnie wpływ na moją sympatię do niej miał fakt, że była zdecydowanie inna od reszty. A Jasmina była i nie tylko piękną księżniczką, ale i nosiła spodnie. W każdym razie do Alladyna mam ogrom sentymentu!

Serialowo grudzień upłynął na oglądaniu nowego sezonu Młodego Sheldona, który jest jeszcze bardziej uroczy niż poprzedni! To taki serial, który można oglądać bez końca. Cudownie poprawia humor, jest taki ciepły, zabawny i zupełnie inny niż większość seriali. Ja najchętniej oglądałam po 3 odcinki w każdą niedzielę do śniadania. Nie znam lepszego towarzysza w niedzielne poranki!

W końcu udało mi się też dokończyć serial o wdzięcznej nazwie Maniac. Zaczęłam oglądać go z bratem, ale on odpadł, uznał, że to zbyt dziwne, ja też uważałam, że to jest tak pokręcone, totalnie bez sensu,że na dwa miesiące odłożyłam ten serial na wirtualną półkę. Ale jakoś tak nie lubię zostawiać niedokończonych seriali, filmów czy też książek. Postanowiłam więc obejrzeć do końca. I wiecie co? Owszem, wielkiego sensu w tym serialu nie zobaczyłam, ale w tym całym szaleństwie odkryłam pewną logikę. Annie i Owen biorą udział w medycznym eksperymencie. Zamiast terapii mają starczyć tabletki i specjalny komputer. Nie trzeba będzie się uzewnętrzniać i wykonywać ciężkiej pracy nad sobą. Wszystko będzie działo się automatycznie, nieco ponad nami. Eksperyment zaczyna jednak wymykać się spod kontroli. Otóż w wizjach Annie i Owen ciągle się odnajdują. Zmieniają się sytuacje, zmieniają epoki, i otoczenie, a oni ciągle lgną ku sobie. Ich wspólne wizje niepokoją naukowców. I serial skupiony jest właśnie na kolejnych-bardzo absurdalnych wizjach głównych bohaterów. Bywają więc małżeństwem, które ściga porwanego lemura. Innym razem on wywołuje międzynarodowy, ba międzygalaktyczny konflikt.  Raz ona jest przewodniczką elfów, a on mafiosem. I tak dalej, i tak dalej. Ale zawsze są razem. Kto oglądał Black Mirror będzie zachwycony. Ten serial jest bowiem niepokojącą wizją przyszłości, kiedy to komputery przejmują nad wszystkim kontrolę. Najnormalniejszy jest dopiero ostatni, 10 odcinek. Muszę przyznać, że wciągnęłam się w niego wyjątkowo mocno i nie wiem sama czy to efekt tej pokręconej fabuły, czy świetnej roli Emmy Stone i Janah Hilla? W każdym razie polecam tę szaloną przygodę!

Muzycznie, a to zaskoczenie, grudzień należał do Męskiej Orkiestry. Najczęściej słuchałam Peronu, gdzie udało się idealnie połączyć trzech liderów, zeszłorocznego już Męskiego Grania. I coś czuję, że długo tej płyty nie wypuszczę  z rąk. No dobra, wciąż będzie rządzić u mnie na Spotify!

 

Ścieżka dźwiękowa- Męskie Granie Orkiestra- Peron

Książkowo

Czas na podsumowanie. Książkowe. W grudniu przeczytałam 19 pozycji i mówiąc szczerze, 90 % tych książek to były pozycje po prostu wyjątkowe. Większość mogłaby trafić na krótką listę 10 książek kandydatek na książkę roku. Dlatego też dziś będzie bardzo książkowo, gdyż dodając recenzje filmów i seriali, no i grudniowej muzyki, wyszedł by z tego artykuł na pół dnia czytania.

19 książek. Mam nadzieję,że święta i choroba są usprawiedliwieniem. W przeciwnym razie muszę zadać pytanie- czy jest na sali lekarz?

 

Człowiek, który śpi Georgesa Pereca, to książka, a raczej książeczka, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Chociaż objętościowo liczy ledwie 120 stron. Główny bohater postanawia żyć poza czasem. Chce  z nim wygrać. Nie chce by ograniczały go sztywne konwenanse, czyli ranne pobudki, obiady popołudniową porą i wieczorne spacery. Chce żyć po swojemu. Chce robić to na co ma ochotę i kiedy ma ochotę. Chce być całkowicie wolny i niezależny od opinii innych ludzi. Jego eksperyment trwa i trwa. Bohater je, pije, czyta, chodzi do kina, spaceruje, unika ludzi. Żyje całkowicie po swojemu. I dochodzi do bardzo smutnych wniosków. Jego eksperyment nic mu nie dał. Życie sprowadzone do zaspokajania podstawowych potrzeb i unikania zegarka nie zmieniło w jego egzystencji dosłownie nic. Ani na lepsze ani na dobre. Ba, świat nie docenił jego poświęcenia. Czas dalej pędził, ludzie nie zwracali na niego uwagi, i nawet rodzina nie odczuła jakiejś wielkiej zmiany. Bycie przezroczystym, samotnym i odciętym od norm nie daje dosłownie nic. Życie w stanie zawieszenia jest tak samo beznadziejne, jak pędzenie po nim od godziny do godziny. Smutna prawda o ludzkim życiu. Polecam.

Niczego się nie nauczyłeś z wyjątkiem może tej prawdy, że samotność niczego nie uczy, że obojętność niczego nie uczy: to była oszukańcza przynęta, fascynująca i podstępna ułuda. Byłeś sam, to wszystko…

Olive Kitterigde. Ta książka nie była dla mnie zaskoczeniem, bo widziałam serial, który był po prostu fenomenalny. Ale mimo to sięgnęłam z przyjemnością po książkę Elizabeth Strout, i mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że mini serial z rewelacyjną rolą Frances McDormand wyszedł tak dobrze, bo była genialna podstawa, czyli książka. Olive jest osobą, której nie sposób polubić. Sucha, oschła, brutalnie wręcz szczera. Pewna siebie, nieco apodyktyczna. Jest matką, która kocha swojego syna, ale jest ostatnią osobą do bycia ambasadorem rodzicielstwa  bliskości. Lubi swojego męża, ale na pewno nie zamierza go rozpieszczać dobrym słowem. Z Olive idziemy przez życie.  Tu nie ma wielkich fajerwerków. Olive nie jest bogata, nie ma intrygujących znajomych. Jest nauczycielką, a mąż farmaceutą. Żyją w małym miasteczku, skromnie, razem, dzień po dniu. Olive jest introwertyczką, która panicznie boi się samotności i odrzucenia. Jej zachowanie jest maską, ochronną zbroją przed całym światem. Nie lubimy jej, ale szczerze współczujemy. Irytuje nas, złości, ale i fascynuje. Dawno nie czytałam książki, w której każde zdanie ociera się o geniusz…. To smutna książka, ale mądra i na swój sposób piękna.

W głębi serca Olive uważa, że życie polega na tym, co ona określa „silnymi wstrząsami” i delikatnymi wstrząsami”. Silne wstrząsy to takie sprawy jak małżeństwo czy dzieci, te intymne związki, które utrzymują się na powierzchni, lecz kryją w sobie niebezpieczne, niewidoczne prądy. Właśnie dlatego potrzebne są też delikatne wstrząsy: uprzejma ekspedientka w Bradlce’s, powiedzmy albo kelnerka w Dunkin’ Donuts, która pamięta jaką lubisz kawę”.

Mam na imię Lucy. To kolejna książka genialnej Elizabeth Strout. Powiem szczerze, że mogłabym jej książki czytać jedna po drugiej i nie miałabym dość. Rzadko się zdarza by ktoś potrafił tak lekko i uroczo prowadzić pióro, gdy podejmuje trudne tematy. Tym razem Elizabeth zajmuje się tematem wstydu. Wstydu swojej przeszłości, wstydu samej siebie, mimo pozornego sukcesu zawodowego i rodzinnego. Tytułowa Lucy leżąc w szpitalnym łóżku prowadzi rozmowy z matką, które są terapią. Lucy przechodzi przez swoje życie, układa sobie przeszłość. Przestaje wstydzić się biedy, braku ogłady i niewychowania. Przestaje czuć się gorsza, na naszych oczach rodzi się świadoma kobieta, które może głośno powiedzieć- Jestem Lucy. I czuje się w stu procentach sobą. Akceptuje swoje wady, swoją przeszłość, lubi samą siebie, porządkuje swoje życie i jest po prostu sobą. To nie jest długa książka, napisana jest lekko, ale daje nam wiele okazji do przemyśleń. Czy czujemy się w pełni sobą? Czy akceptujemy siebie?

Interesuje mnie to, jak znajdujemy sposoby, by czuć się lepszym od innej osoby lub grupy. Tak jest zawsze i wszędzie. Nieważne, jak to nazwiemy, ale uważam, że to najgorsza strona naszej osobowości, ta potrzeba znalezienia kogoś, kogo moglibyśmy poniżyć.

Intryga małżeńska Jeffrey’a Eugenidesa, to książka szczerze wymagająca. Nie da się jej czytać dla relaksu, albo przy okazji. Trzeba jej poświęcić całą swoją uwagę. Trójka studentów, młodzi ludzie, którzy dopiero wchodzą w dorosłość, kształtują swoją osobowość, poznają swoje potrzeby i określają oczekiwania od życia. Wśród nich są Madeleine, Leonard i Mitchell. Każdy jest inny, ale tworzą swoisty trójkąt towarzysko-uczuciowy. Już w parze bywa trudno, a co dopiero w trójkącie. Trójkącie, który trwa i trwa. Oparty jest on na niedopowiedzeniach, braku odwagi, wstydzie i niepewności. Ta książka i ta historia porusza, intryguje i naprawdę wciąga. Pozostawia niedosyt. Jeżeli traficie na tę książkę, to sięgnijcie po nią koniecznie. Jest po prostu świetna.

Patrzył na Madeleine. Może nie była wcale taka wyjątkowa. Była jego ideałem, lecz wczesną wersją, i wiedział, że z czasem się z tym pogodzi…

 

Marcel Proust i W cieniu dojrzewających dziewcząt. Pamiętam dobrze ten moment gdy sięgnęłam po W poszukiwaniu straconego czasu. Byłam świeżo po dostaniu dowodu osobistego i cieszeniu się dorosłością. Wtedy też przeczytałam Lolitę i właśnie słynne dzieło Prousta. Oczywiście skusiło mnie pierwsze zdanie. To pierwsze słynne zdanie o ciasteczkach zwanych magdalenkami. Ach, jaka ja wtedy byłam dumna. Czytam Prousta! Po drugi tom sięgnęłam dopiero teraz. Ale za to w pełni świadomie, bo moja fascynacja magdalenkami dawno przeminęła. Dorósł i Swann, bohater. Zaczął więc interesować się dorastającymi dziewczętami. Cały czas chowany jest pod kloszem nadopiekuńczej matki i babki. Dalej uchyla przed nami drzwi do świata francuskiej socjety i pozwala zanurzyć w ich światku, który to piętnuje, to naśmiewa się, to korzysta ze swojej pozycji. Ta książka jest fenomenalna. Ale i jak żadna inna jest wymagająca, i po ludzku trudna. Zdecydowanie nie polecam po nią sięgać dla odprężenia i relaksu po ciężkim dniu. Ale sięgnąć po nią warto. Ba, trzeba.

Bez wątpienia, mało kto rozumie na wskroś subiektywny charakter zjawiska, jakim jest miłość, stwarzająca jak gdyby nową osobę, różną od tej, która w świecie nosi to samo nazwisko. Większość składników tej nowej osoby czerpiemy z siebie samych. Toteż mało komu mogą się wydać naturalne olbrzymie proporcje, jakie przybiera dla nas istota, nie będąca tą samą, którą widzą oni.

Dorota Masłowska jest świetną pisarką, a jej książka Jak zdobyć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu, to prostu książka bomba. Nic tak nie poprawiło mi humoru w pewne zakichane przedpołudnie jak ta dość krótka pozycja. Przeczytałam jednym tchem i już żądam kolejnej części.  O czym to jest? Ano o nas samych. Nas, odbiorców kultury. Nas, oglądających beznadziejne programy, nas tracących resztki godności, śpiewając razem z Bajmem, że na pustyni nie ma wody i wierząc, że to najlepsze co przydarzyło się polskiej muzyce. Zasadniczo to luźny zbiór artykułów i przemyśleń o tym co nas kręci i co sprawia, że czerwienimy się ze wstydu. Bo chociaż na zewnątrz udajemy, że czytamy jedynie dzieła wybrane Steinbecka, i oglądamy noworoczne koncerty z Wiednia, to naprawdę zaciskamy kciuki by nasza ukochana para wygrała Azja Express, a Magda Gessler kolejny raz rzuciła talerzem dokując  rewolucji w przydrożnej restauracji. Jeżeli chcecie się pośmiać sami z siebie, to polecam.

(…) polska schizofreniczna dusza, złamana przez wojnę i komunizm, zdemoralizowana przez strumień unijnych pieniędzy; chytra, obrotna, anarchiczna, a nade wszystko lubiąca przebudować ze szwagrem chlewik na piramidę, a piramidę na chlewik 
Zapisane w chmurze, to książka Beaty Majewskiej, która z początku wydawała mi się dość banalna. Nie dawałam jej większych nadziei na zaciekawienie mnie. Ot, kolejna historia nieszczęśliwej mężatki, która po wypuszczeniu dzieci z gniazda postanawia zrobić coś dla siebie i ruszyć w świat. Zamiast jednak uroków Toskanii bądź Prowansji, wybiera Rumunię. Dziwna to destynacja, ale ona chce z plecakiem zwiedzać właśnie Rumunię. Jej przewodniczką ma być Julia, a więc Magdalena wyjeżdża z domu, chce nabrać dystansu i zdecydować co dalej z jej życiem. Rumunia jej nie zawodzi, ale dość szybko okazuje się Julia nie jest Julią, a Iuanem, młodziutkim chłopakiem. Początkowa niechęć zamienia się w romans. I tutaj kończy się banał. Bo mąż Magdaleny boleśnie odczuwa jej nieobecność i rusza za nią, a Iuan skrywa przed nową ukochaną tragiczną tajemnicę. W każdym razie ten wyjazd na zawsze odmieni życie Magdy. I powiem Wam co mnie w tej książce zauroczyło-to, że nie ma tutaj lukru i typowo banalnego zakończenia.
Ameryka w ogniu– do tej książki miałam zaś naprawdę spore oczekiwania. I po wielu pozytywnych recenzjach czekałam na wielki zachwyt. Ale ostatecznie przyszło rozczarowanie. Rozczarowanie drugą połową książki, która dłużyła mi się niemiłosiernie i marzyłam by już cała historia się skończyła. Ale zamysł na książkę rewelacyjny. I pierwsza część również. Gdyby tylko lepiej poprowadzić drugą część, wyszłoby arcydzieło! No dobra, a o czym to jest? Ameryka, 2074 rok, wybucha 2 Wojna Secesyjna. Zmiany klimatyczne spowodowały, że Północ jest niemal Alaską, a Południe pustynią. Powstała Republika Meksykańska i wróciła walka między Północą a Południem. Bardzo krwawa i bardzo bolesna dla zwykłych ludzi. Bohaterką książki jest mała dziewczynka, Sarat, która znajduje się w centrum walki i razem z rodziną, musi opuścić swój dom i żyć w obozie dla uchodźców. Ale Sarat nie jest typem dziewczynki, którą kręcą lalki. Sarat chce działać i walczyć o powrót do domu. Ta wizja Ameryki jest dość przerażająca i na pewno stawia przed czytającym wiele pytań. Chociażby o wyścig zbrojeń i zmiany klimatyczne. Pierwsza część książki trzyma czytelnika w napięciu, wciąga i przeraża. Ale ta druga część traci impet, jest zdecydowanie zbyt przegadana, a zakończenie jest dość oczywiste i mało zaskakujące.  Dlatego też ta książka była moim rozczarowaniem. Jak to tak genialnym początku można zniszczyć taką książkę? Ot, zagadka.
Mawiał, że jedynymi pewnymi zawodami są te związane z krwią: chirurg, żołnierz, rzeźnik. Dodawał, że rozmaite branże powstają i upadają, ale tak długo, jak na ziemi żył będzie chociaż jeden człowiek, nigdy nie skończy się zapotrzebowanie na specjalistę od krwawej profesji. I chyba miał rację.
 A na sam koniec, Labirynt Duchów Carlosa Ruiza Zafona, to książka, której chyba nigdy nie zapomnę. W ogóle o całej serii Cień wiatru, ciężko będzie mi zapomnieć. To wiem na pewno. Rzadko się bowiem spotyka tak oryginalne książki. Bo ta cała seria, nie ma początku ani końca. Ta seria to labirynt, który prowadzi do Cmentarza Książek. A każda droga do niego jest dobra i prawidłowa. Ta książka to gratka dla miłośników książek i literatury. Niesamowita podróż przez Barcelonę i świat książek. Historia dzieje się w latach 50, reżim generała Franko, i ona, młoda Alicja, agentka, która dostaje zlecenia z najwyższych szczytów władzy. Ta sprawa zaprowadzi ją do  pewnej księgarni i obudzi wspomnienia  z dzieciństwa. Piękna i monumentalna, tajemnicza, magiczna, pełna mieszanki iluzji i realizmu. Już sami nie wiemy co jest jawą a co snem. Ta książka to prawdziwe mistrzostwo.
Opowieść nie ma początku ani końca, ma tylko prowadzące do niej drzwi.
Opowieść to nieskończony labirynt słów, obrazów i duchów przywołanych po to, żeby wyjawić nam ukrytą prawdę o nas samych. Opowieść to w ostatecznym rachunku rozmowa tego, kto ją pisze, z tym, kto ją czyta, ale narrator może powiedzieć tylko tyle, na ile pozwoli mu jego warsztat, czytelnik zaś wyczytać tylko tyle, ile sam ma zapisane w duszy.
Ścieżka dźwiękowa- Af Sherp – Benjamin Brooks

Minął Grudzień

Grudzień to miesiąc, który wyjątkowo lubię. Mniej mi przeszkadza ta szarość,pardon,ciemność. Bo przez świąteczne dekoracje robi się jaśniej, cieplej i bardziej kolorowo. W tym roku dodatkowo po 2 tygodniach deszczu, przyszła prawdziwa zima. Może nie na długo, ale prawdziwa. Było biało, było pięknie. Standardowo za krótko, ale za to pięknie. Grudzień był dobrym miesiącem. Wiele się działo. Jako, że za długo już nie chorowałam, to bach, w gorącym przedświątecznym momencie złapało mnie paskudne zapalenie gardła i gigantyczny katar. A musicie wiedzieć, że ja jestem genetycznie niedostosowana do godnego przeżywania kataru. Ale najgorszy z tego wszystkiego był ból głowy, przespałam ciurkiem 16 godzin,a dalej czułam się jak wielkiej imprezie. Ale obolałą głowę mogłabym dać, że na żadnej nie byłam. W każdym razie to chyba jakaś tegoroczna tradycja. Przed Wielkanocą chora, na Boże Narodzenie chora, na majówkę chora. Ba, na swoje urodziny też byłam chora! Aż strach się bać co będzie za rok….

W każdym razie swoje przeleżałam, w aptece odpowiednią sumę zostawiłam i cóż, starałam się ogarnąć wszystkie przedświąteczne sprawy z pozycji horyzontalnej. W każdym razie ostatecznie infekcję pokonałam, ale nie był to ten miły moment miesiąca. To był ten kiepski czas. I pomyśleć, że kiedy byłam młodsza, dużo młodsza, wiele bym oddała za katar i ból gardła. Ach, jak lubiłam leżeć w łóżeczku, dostawać od mamy herbatkę, czytać książki i oglądać całe dnie filmy. Ale wróćmy do grudnia. Ten miesiąc obfitował w towarzyskie spotkania. Zaczął się bardzo imprezowo. Potem było lepiej. Co tydzień wychodziłam na spotkanie/spotkania. Najważniejsze było dla mnie spotkanie, na które czekałam od bardzo dawna. I do samego końca nie wiedziałam czy dojdzie do skutku. Ale się udało. Znamy się już bardzo dawno, blogowo oczywiście. Od roku nasza znajomość stała się wyjątkowo intensywna, i w końcu udało się spotkać. To było dość dziwne, bo chyba z nikim tak nie miałam, że od razu poczułam się w nowej relacji tak błogo i bezpiecznie. Mam nadzieję,że to nie było nasze ostatnie spotkanie, chociaż pierwsze. I mam nadzieję,że Ewa się nie obrazi, że piszę o Tobie. Wybacz, musiałam. Ale tak się cieszę, że w końcu się udało, że chciałam się tym swoim szczęściem podzielić. I też dziękuję Zbyszkowi za mikołajkową niespodziankę.

Grudzień często wyrzucał mnie z domu. W tym pozytywnym sensie. Nie tylko na świąteczne zakupy, ale znalazło się miejsce na wycieczki za miasto, bo spadł śnieg i szkoda nie jechać do lasu. Na leniwe spacery po jarmarku. Na odwiedzanie nowych knajpek i próbowanie nowych smaków. Na gorące kakao wieczorową porą w najbardziej hipsterskiej knajpce w mieście. Było fajnie.

W tym roku robiłam za pomocnika Mikołaja do sześcianu. Ogarnęłam swoje prezenty, następnie pomogłam babci i ogarnęłam jej porcję prezentów, a potem last minute osobisty ojciec prosił o pomoc. A najbardziej last minute prosiła mnie o pomoc własna mama – to może dokup coś sobie? W ten oto sposób kupiłam samej sobie trzy prezenty. Moje zaskoczenie i niepohamowana radość, były ćwiczone w pocie czoła całe 5 minut przed Gwiazdką. Co roku też obiecuję sobie, że za rok kupię torby prezentowe i skończę z tym bezsensownym pakowaniem prezentów w papier. Ale gdzie tam, co roku kupuję papier i obiecuję sobie, że w tym roku to mi wyjdzie tak, że perfekcyjna pani domu pokłoni się do samej ziemi. Niestety, polegam już w starciu z nożyczkami. Nie potrafię równo przyciąć papieru! Ja naprawdę nie wiem jakim trafem wygrałam 5 konkursów plastycznych z rzędu. W mieście nie było na mnie konkurencji.! Domyślałam,że dostawałam te nagrody z czystej litości. W tym roku poszło mi źle. No dobra, szło mi źle, dopóki nie przypomniałam sobie, że warto przyłożyć prezent do papieru, to znacznie ułatwia pracę. No cóż, za rok…..A co tam, znów kupię papier i jeszcze bardziej niewymiarowe prezenty. Trzeba mieć fantazję!

Fantazję to ja miałam w chorobie. Kiedy mam katar i straszny ból głowy, to leżę i się nudzę. Bo czytanie książek mnie męczy, wymagające seriale są za wymagające, więc zostaje mi zaleganie na kanapie i czytanie głupich gazetek o tym,że ten nie płaci alimentów, a tamta zimą przyszła na imprezę bez rajstop. A tymczasem na świecie są prawdziwe dramaty. Wystarczy włączyć sobie Ukrytą Prawdę. Kokosowy Jeżyku, ale się wciągnęłam. Kiedy oglądałam historię 28 letniej Beatki to z napięcia gryzłam własne palce. A jak poznałam najskrytsze tajemnice Marty -34 lat i kropka, to po prostu z wrażenia spadły mi obie skarpetki. Doszłam do wniosku, że mam strasznie nudne życie. A tymczasem w takiej Ukrytej prawdzie, na jaw wychodzą takie sekrety, że nie wiem jak ci ludzie mogą spać pół życia bez przeszkód. Po czymś takim musiałam wyzdrowieć, jeszcze kilka odcinków i odkryłabym z pewnością głęboko skrywane sekrety sześć pokoleń wstecz. A potem przy śniadaniu powiedziałabym spokojnym głosem, że kuzynka Małgorzata nie jest kuzynką Małgorzatą, tylko kuzynem Arnoldem, który wcale nie jest synem ciotki Ani, tylko kawalerskim synem wujka Gieńka i ciotki Gertrudy spod Ostródy. Którzy obecnie ukrywają się na Alasce przed sąsiadem Leszkiem, który kiedyś przegrał z nimi w państwa-miasta. A wiadomo,ta zniewaga krwi wymaga. Generalnie jeżeli brakuje komuś życiowych wrażeń to polecam.

Grudzień to był dobry miesiąc. No oczywiście wyłączając czas choroby. Ale w zasadzie to też było mi potrzebne. Zwolniłam, poleżałam, odpoczęłam, posiedziałam sama z sobą, akurat przed Świętami. A potem w pocie czoła mieszałam, wałkowałam i kroiłam. Ucierałam ser na sernik w makutrze, a pianę z białek widelcem. Bo skoro prababcia tak robiła to i ja tak robię. Tylko wtedy wychodzi najlepszy sernik na świecie z 10 jajek. Jak co roku godzinę przed Wigilią nie czułam nóg, za to kręgosłup wołał o ratunek, i już nie wiedziałam, czy lepiej będzie mu na leżąco, stojąco, czy siedząco? Uwielbiam ubieranie choinki, i co z tego, że zawsze wychodzi nam krzywo, bez ładu i składu? No ok, od 3 lat mamy biało-srebrną choinkę, więc jakiś tam ład jest mimo wszystko. Ale cała reszta jest totalną improwizacją. I w tym chyba cały urok. Uwielbiam te nerwowe chwile przed, bo na stole już wszystko, ale mama nie siadzie do stołu, jak się nie przetrze podłogi w kuchni, i nie wyczyści wanny na tak zwany połysk wysoki. Uwielbiam rozdawanie prezentów i sprawdzanie czy moje niespodzianki przyniosły komuś radość. Sama nie mogłam narzekać na swoje prezenty. Zdecydowanie nie mogłam. Jedyne na co narzekałam to katar, który zatrzymał mnie w domu i nie pozwolił na odwiedzenie rodziny. Samotnego jedzenia barszczu na kolanach nie doprawia pozytywnie nawet Kevin sam w domu, czy też w Nowym Jorku. Straciłam rozeznanie. Ale następny dzień wynagrodził mi wszystkie niedogodności, w końcu wygrałam dwa razy w planszówkowe rodzinne rozgrywki. Rządzę. A reszta dni to praca, praca, dom, deszcz, walka z katarem, potem 9 nawrót opryszki w tym roku, kuracja antywirusowa, jeszcze więcej leków i w ogóle, końcówka była taka sobie. Mocno średnia. Chwilami nawet bardzo,bardzo zła. Ale mimo wszystko bilans wyjdzie na malutki plusik. Chociaż wiadomo, w tej beczce grudniowego miodu znalazłam z pół beczki dziegciu. Ale to właśnie jest życie.

Stary rok pożegnam w pracy. A potem albo pójdę spać, albo nie pójdę. Znacie mój ambiwalentny stosunek do tej nocy i tej daty. Ale kto idzie się bawić, to życzę szampańskiej zabawy. A kto będzie spał, to już życzę dobranoc.

Chciałam Wam życzyć by Nowy Rok był czasem spokoju, zdrowia i zwykłych codziennych radości, na które składa się to mityczne Szczęście.

IMG_20181216_105244_360.jpg
Zimowy poranek
2018-12-22_19.03.13.jpg
Moje krzywe pakowanie
2018-12-27_21.22.39.jpg
Super keks
IMG_20181220_150131_682.jpg
Piąta blacha i koniec pieczenia!
IMG_20181224_091245.jpg
Sernik prababci
IMG_20181224_090038_698.jpg
Z kamerą wśród bombek
IMG_20181229_140015_703.jpg
Leniwy wieczór w Leniu. 
2018-12-17_21.20.06.jpg
Nazwa zobowiązuje. Rodzinny obiad w Familii.
2018-12-13_21.23.28.jpg
Ja, piernik i książka
IMG_20181226_152932.jpg
Mistrz PRLu to ja. Kupiłam Fiacika. 
2018-12-07_21.35.13.jpg
W Mikołajki jem Zajączka. 

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Kaleid