Minął kwiecień. Książkowo.

W kwietniu przeczytałam 16 książek. Co przy nawale pracy, uważam, za duży, duży sukces.

Co nie przypadło mi do gustu?

Zdecydowanie wielki minus należy do Kazimierza Kiljana, którego Znajdę cię wszędzie, bardzo mnie zmęczyło. Zapowiadało się bardzo dobrze. Historia Dominiki, kobiety, która ucieka z małżeńskiego piekła przemocy i upokorzeń. Ale coś się zdarzyło po drodze, co sprawia, że ta książka jest po prostu mierna.
To historia o zakonnicach, a nie o przemocy i trudnym związku. Całość brzmi jak broszurka o życiu zakonnym i o tym, jakie szczęście panuje za murami zakonu. Nie mówię, że to kłamstwo i przesada, ale ta książka jest niezgodna z opisem na okładce.
Cała historia bardzo, bardzo średnia, spłaszczona i w sumie bez większych emocji.

No dobrze, idziemy w pozytywne opinie. Co mnie zachwyciło?

Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka. Prawdziwe mistrzostwo. Dziennikarstwo najwyższej próby. Reportaż, od którego nie można się oderwać.
Głośna sprawa Grzegorza Przemyka, krok po kroku. Zrekonstruowane wydarzenia i niezwykle metodycznie odtworzone śledztwo. Ta książka obnaża mechanizm propagandy, kłamstwa i fałszerstw. Pokazuje zgniłą elitę władzy, która dla tej władzy zrobi wszystko.
Mimo całej dramatyczności wydarzeń, książka jakby sama się czyta. To efekt talentu autora,. jego dociekliwości i erudycji.

Nikt nie jest w stanie jej adoptować, bo nie ma tej Polski, do której ona kiedyś należała.

Nicole Trope, Zaginiony chłopiec. Megan jest młodą matką, samotnie wychowuje syna, sześcioletniego Daniela. Rozwód wiele ją kosztował, chce stanąć na nogi, uwierzyć w siebie i być najlepszą matką dla syna. Któregoś dnia jej szczęścia znika…
A znika razem z Danielem. Nie ma go w szkole, nigdzie go nie ma. Chłopiec zaginął, a w raz z nim cząstka życia Megan. Mija jednak kolejne 6 lat i Daniel zostaje odnaleziony. Ale nic nie jest takie, jak sobie wyobrażała Megan. Powrót Daniela, to początek nowych kłopotów…
Bardzo solidnie napisana, trzyma w napięciu. Tej książki nie chce się zostawić! Jeżeli szukacie historii, która Was mocno wciągnie i zaskoczy, to koniecznie po nią sięgnijcie.

Liane Moriarty, Kilka dni z życia Alice. To dość dziwna książka. Liane Moriarty pisze świetnie i potrafi opowiadać historie. Ta historia też jest świetna, ale jednak zostawia niedosyt. Może po prostu wiem, że Liane stać na wielkie dzieła, a tutaj mamy po prostu bardzo solidną książkę?
Alice Love traci pamięć. Banalny wypadek na siłowni, ale Alice utraciła ostatnie 10 lat. I to jakie 10 lat! Brakuje jej siebie, kiedy się obudziła została wsadzona w ramy matki trójki dzieci, rozwodzącej się kobiety, pani domu. Alice zaś pamięta siebie jako szczęśliwą, młodą kobietę, która dopiero szykuje się do roli matki, do tego jest szaleńczo zakochana w swoim mężu.
Alice musi wszystko sobie poukładać, od nowa poznać swoje życie, swoją rodzinę. Czy da się żyć bez wspomnień? To przed Alice…
Książka dość wolno się rozkręca, i to w zasadzie ten główny zarzut. Nie wciąga jak powinna. Ale za to druga część zdecydowanie przyśpiesza i funduje naprawdę zaskakujące zakończenie!

Warto pamiętać, że na każde paskudne wspomnienie przypada też jedno szczęśliwe.

Kelly Rimmer, Tego ci nie powiedziałam. Alina i Alice, babcia i wnuczka, to one są narratorkami tej niezwykłej książki.
Alina żyła w Polsce, jej młodość zdefiniowała wojna. Alice jest mamą na pełen etat, córka Pascale jest niezwykle inteligentna, a Eddie to chłopiec specjalnej troski. U kresu życia Alina prosi wnuczkę, by pojechała do Polski, dowiedzieć się więcej o tajemniczym Tomaszu. Kim on jest, jaki jest jego związek z babcią Aliną i czemu ona tak nalega na tę sentymentalną podróż wnuczki?
To naprawdę przejmująca i pasjonująca historia, którą poznajemy z dwóch stron.
Książka jest pięknie napisana, ale pozbawiona jest taniego sentymentalizmu. Czytałam ją z olbrzymim wręcz zainteresowaniem.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że opiekowanie się dzieckiem z autyzmem jest jak podróż do obcego kraju, którego mieszkańcy posługują się nieznanym ci językiem.

Lisa Scottoline, Powrót Anny. Noah i Maggie prowadzą uporządkowane życie. Ich życie w końcu osiągnęło stabilizację, razem wychowują Caleba i cieszą codziennością. W pewną Wielkanoc dzwoni Anna, córka Maggie, do której straciła prawa do opieki. Anna chce zamieszkać z matką. Maggie po latach ma szanse na odbudowanie relacji z córką. Przeprowadzka Anny ma zwiastować sielankę, ale szybko się kończy, Anna zostaje zamordowana, a o mordercę zostaje oskarżony Noah.
Bardzo solidny thriller psychologiczny, połączony z rodzinnym dramatem. Bardzo szybko się czyta, a ciekawy sposób narracji powoduje, że naprawdę ciężko się oderwać od tej historii.

(…) życie nie byłoby takie zabawne, gdybyśmy wiedzieli, gdzie ukrywa swoje skarby. Czasami trzeba ich poszukać. Czasami trzeba o nie zawalczyć. A czasami masz je u swoich stóp. Tak czy owak, czekają. Na ciebie”.

A na koniec, Lucy Foley i Idealny ślub. Czy Idealny ślub istnieje? Czy uroczystość Jules i Willa przejdzie do historii jako ślub roku?
Młoda para na miejsce zaślubin wybiera odludną wyspę, idealne miejsce na luksusowy ślub. Ostatnie dwa dni przygotowań relacjonują goście i młoda para. Okazuje się jednak, że za piękną fasadą kryją się różne emocje i napięcia. I nic nie jest takie jakim się wydaje. A ślub wyzwala ogrom nieszczęść…
Zarzut dla tej książki, to ten, że bardzo wolno się rozkręca. Spokojny początek, nie każdego wciągnie. Ja jednak myślę ,że warto dać jej szansę.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Precious 

Minął marzec. Książkowo

W marcu książkowo było bardzo dobrze. Przeczytałam 20 książek. Całkiem udany wynik, jak na fakt, że pogoda przez większość miesiąca dopisywała i w końcu mogłam spacerować bez umiaru.

Tradycyjnie zaczynam od minusów. Przedstawię książkę, która ma niezwykle wysokie opinie. A mnie tak zmęczyła, że samo wracanie do niej w myślach boli! Za rok o tej porze, Katarzyna Grabowska. Bardzo zła książka, łamane na fatalna. Napisana okropnie, infantylnie, bardzo kiepski styl. Fabuła całkiem kosmiczna, ale myślę,że jakby zabrał się za nią ktoś o lepszym warsztacie, mogłoby by być to zjadliwe. A tak jest to bardzo niesmaczne, wręcz trujące dla duszy.
Nie da się polubić głównej bohaterki, chyba przez całą książkę nie powiedziała jednego pełnego zdania, tak to same- aha, tak, nie…. Wyszła z niej niezbyt lotna dziewczyna. Pozostałych bohaterów też nie da się polubić. Ta książka jest bardzo zła. Nikomu nie polecam, totalna strata czasu.

Nie jest to wielki minus, ale rozczarowanie. Liczyłam na wielkie wow, a nie dostałam tego. Ocean Vuong, Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę. Tę książkę poznałam dzięki tacie. Zaintrygowała go polecajka Pana Michała Nogasia. Kupiłam mu ją, a potem, po dłuższym czasie, wzięłam ją z jego półki.
Cóż, książka mnie lekko rozczarowała. Napisana jest naprawdę dobrze i widać kunszt autora. Ale ja spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Mam wrażenie, że historia jest bardzo nierówna. I tak jak mi się podoba, tak potrafi odpychać.
Pomysł na książkę, jako list do matki, jest bardzo trafiony. Aczkolwiek spodziewałam się naprawdę arcydzieła. Dostałam zaś dobrą, chociaż nierówną książkę. Ładnie napisaną, ale jednak nie zapadającą w pamięć na dłuższy czas.

Ponieważ wolność, jak mi powiedziano, jest niczym innym jak odległością między myśliwym, a ofiarą”.

Czas na polecenia!

Kelly Rimmer, Milczenie matki. Jestem zachwycona tą książką! Czytało mi się ją rewelacyjnie, wspaniały pomysł na dwie narratorki, Olivię i Ivy. Obie opowiadały o tym samym mężczyźnie, o tych samych zachowaniach, ale z zupełnie odmiennej perspektywy.
Ivy jest matką Davida. Dla niego poświęciła całe swoje życie. Jest bardzo opiekuńcza, aż po zachowania typowo toksyczne. Jej miłość do syna jest po prostu ślepa. Na każde niegodne zachowanie syna , Ivy zawsze znajdzie wytłumaczenie.
Z drugiej strony mamy Olivię, synową Ivy, która w swoim życiu doświadczyła wiele cierpienia i przemocy. Kocha męża, tłumaczy go, ale czy kiedyś będzie ta granica, która sprawi, że przestanie być manipulowaną ofiarą?
To książka o ciężkim temacie gatunkowym. Genialnie skonstruowany thriller, który z jednej strony niesamowicie wciąga, ale z drugiej potrafi utrzymać dystans.
Nie sposób czytać tej książki bez emocji. Jak dla mnie mistrzostwo swego gatunku.

Widzę pewne rzeczy i wydaje mi się, że je rozumiem, ale to wszystko jest jeszcze niewyraźne, póki Natasha nie dobierze mi szkieł o odpowiedniej ostrości. Wtedy dopiero zobaczę wszystko takim, jakie jest

Santa Montefiore, Sonata o niezapominajce. Ta książka jest magiczna. Potrafi zawładnąć człowiekiem, i sprawić, że nie może się od niej oderwać. Nie patrzymy na zegarek, czytamy tę niezwykłą książkę, a w zasadzie ją chłoniemy i cieszymy każdą kolejną stroną. Santa Montefiore pisze niesamowite książki o miłości. Pisze je lekko, subtelnie, po prostu pięknie.
Główną bohaterką Sonaty jest Audrey, wychowana w Argentynie nastolatka marzy o wielkiej, porywającej miłości. Chce kochać całą sobą i przeżywać wielkie emocje. Jej wybrankiem jest Louis, szalony i nieokiełznany. Rodzinna tragedia powoduje, że Audrey idzie za głosem rozsądku i bierze ślub z Cecilem, rozważnym i miłym człowiekiem. Niby nic mu nie można zarzucić, ale brakuje mu szaleństwa i tej iskry w oczach…
Śledzimy losy Audrey jako nastolatki, młodej żony i statecznej, ponad 50 letniej kobiety. Śledzimy losy jej rodziny, poznajemy zwyczaje panujące w Anglii i Argentynie. Książka płynie, a my razem z nią..
To naprawdę cudownie napisana historia, którą pokocha każda kobieta!

żadnej chwili nie da się zatrzymać, wszystko mija… Wszystko jest ulotne, jak tęcza czy zachód słońca…

Daphne de Maurier, Rebeka. To książka, od której nie można się oderwać! Po prostu klasyk kryminału, romansu, dramatu i sensacji.
Maxim jest przystojnym, świeżym wdowcem. Poślubia niedawno poznaną, młodziutką Karolinę. Raczej z poczucia samotności, niż z miłości. Dla niej to niesamowity awans społeczny i szansa na lepsze życie. Liczy, że po ślubie między małżonkami będzie panować miłość i zgoda. Ale życie niesie niespodzianki…. Niekoniecznie te pozytywne.
W posiadłości de Wintera rządzi duch jego byłej żony Rebeki. Uwielbianej przez wszystkich, inteligentnej, dowcipnej, budzącej szacunek i sympatię. Rebeka, chociaż zmarła rok temu, wciąż rządzi posiadłością. A przyczyny jej śmierci, wcale nie są takie oczywiste, jak wszyscy myślą.
Bardzo zręcznie napisany, manipulujący uczuciami czytelnika. Nie sposób się oderwać od tej historii. Po prostu klasyk literatury.

Jakby to było dobrze – powiedziałam impulsywnie – żeby wynaleziono sposób na przechowywanie wspomnień podobnie jak perfum. Tak, żeby się nie ulatniały i nigdy nie spowszedniały i żeby w dowolnej chwili można było odkorkować butelkę i przeżywać ten moment na nowo.

Joanna Opiat-Bojarska, Gdzie jesteś Leno? 19 letnia Lena, atrakcyjna studentka filologii angielskiej wychodzi sama z dyskoteki. Jest noc, a ona wraca do domu. Następnego dnia jej matka złości się, bo córka nie przychodzi na umówione spotkanie, a jej telefon milczy…
Co się stało z Leną? Gdzie jest młoda kobieta?
Śledztwo, niechętnie zaczyna policyjny, niezbyt dobrany duet. Z pozoru błaha sprawy, zaczyna się komplikować….
To bardzo solidny kryminał. Czyta się go świetnie, aż trudno się oderwać. Bardzo ciekawe, i dość zaskakujące zakończenie. Tę książkę śmiało polecam wszystkim miłośnikom kryminałów, które są tak realne, że mogą się dziać obok nas. 

Jak nie wiesz, co robić… To zrób jak uważasz.

Barbara Wysoczańska, Narzeczona nazisty. Miłość w czasie wojny nie jest niczym łatwym. A już w szczególności miłość między Polką, a Niemcem.
Hania i Johann, dzieli ich wszystko, a łączy ich miłość. Od początku mieli pod górę, niechęć, wręcz nienawiść rodziny, ale i wielką miłość, którą siebie obdarzali. Niestety, wybuchła wojna, i uczucie dwojga zostało wystawione na ogromną próbę.
Nie powiem, historia jest bardzo dobrze napisana i udaje się uchronić przed nadmiarem ckliwości. Ciekawie jest spojrzeć na losy dwóch osób, które chciały po prostu być szczęśliwe…
Jedyne co mi nie pasowało, to główna bohaterka, czyli Hania. Była naprawdę irytująca w swoich wypowiedziach i nie znalazłam do niej sympatii.

I wciąż patrzyli na siebie, jakby znali się od dawna, jakby to, co ich połączyło, było czymś najbardziej naturalnym na świecie.

Joanna Jax, Długa droga do domu. Ta książka niesamowicie mnie zaskoczyła. Bardzo pozytywnie!
Zaczęło się pozornie niewinnie, i jakoś tak mało wciągająco. Ale od połowy historii, nie mogłam się oderwać od losów Antoniny Tańskiej. A te losy są szalone!
Długa droga do domu to wielowątkowa historia życia Antoniny. Młoda dziewczyna zakochuje się w narzeczonym siostry, zachodzi z nim w ciążę i wywołuje skandal. Wyklęta para osiedla się na dalekiej Kubie, gdzie zaczynają się niesamowite losy.
Śladem przeszłości Tosi, rusza młoda rozwódka. A ta przeszłość to wielkie namiętności, terroryzm, olbrzymie dramaty i wielka historia w tle.
Ta książka to połączenie romansu i sensacji. Bardzo udane!

szczęście to tylko momenty wyrwane życiu.

Ścieżka dźwiękowa- The Strokes – You Only Live Once 

Minął miesiąc. Luty

I czas na podsumowanie lutego… Tego najdziwniejszego miesiąca. W zasadzie co bym nie napisała, to wszystko i tak przykryje wojna. Nie wiedziałam czy w podsumowaniu mam wspominać, że pogoda była niefajna, że dużo padało, że miałam egzaminy na uczelni, i cierpiałam na niedobór energii. To takie trywialne w obecnej sytuacji. Ale z drugiej strony życie toczy się dalej, i toczyło przed 24 lutego….

Może więc spróbuję.

Początek miesiąca to był czas sesji na uczelni. Jak już pewnie wiecie, było ciężko, bo w zasadzie wszystko zbiegło się w 5 dni. Z czego najtrudniejszy przedmiot zaczęłam chwilę przed egzaminem z niego! Biorąc po uwagę liczbę osób, które go nie zdały, moją trójkę, traktuję jak cenne trofeum. A wierzcie mi, ogarnąć nowy ład, to wielka sztuka. Z mojej strony wszystko zaliczone, a kolejne zajęcia dopiero w połowie tego miesiąca.

Luty to był czas marnej pogody i mojego nijakiego samopoczucia. Zasypiałam chwilę po 20, zapominałam o praktyce jogi. Ba, kilka razy z nadmiaru senności, nie chciało mi się wieczorem myć zębów. Nie rozpieszczała nas pogoda. W lutym rzadko kiedy można było zobaczyć słońce, za to wichury i deszcz, to stały krajobraz mojej okolicy. Było tego zdecydowanie zbyt dużo. Moje zatoki nie znoszą takiej pogody, każdy wiatr, oznacza huragan w mojej głowie. W zasadzie to nie pamiętam, aż tak wietrznego lutego. I tak ponurego. Widać, było to jakieś przygotowanie do końcówki miesiąca.

A ona jak każdy wie, była zła. Te ostatnie dni były spędzone z nosem przy TVN 24. Nawet kiedy wpadli do nas sąsiedzi, to rozmowa toczyła się o jednym, i w zasadzie była drobnym przerywnikiem przy oglądaniu kolejnych newsów. Do tego rozchorował mi się Fotograf, a chyba każdy potwierdzi, że chory mężczyzna w domu, to najgorsze co może spotkać jego żonę. Cierpi taki typ, ale nie, bohatersko omija podawane leki ( serio, znalazłam dwie tabletki na podłodze). Dobrze chociaż, że w tym całym szaleństwie koty są zdrowe, i w lutym ani razu nie wymagały wizyty u weterynarza. To jak na razie rekord w wykonaniu Franciszki. Były tylko dwa „wymiotowe” epizody, w tym jedno ukryte na parapecie, za zasłoną…. Frania jest rozkoszna, ale po wizycie przyjaciół, z dwójką małych dzieci, zaczęła nerwowo reagować na każdy dzwonek do drzwi. Ucieka pod łóżko i znika tam na kilka kwadransów. Maluchy były grzeczne, ale jak to dzieci, nieco głośne i biegające. W każdym razie Frania przestała tolerować obcych w domu. Stała się niesamowitą przytulaską, wróć ona się do mnie przykleiła. Nie mam szans zrobić w domu czegokolwiek, bez Franusiowej asysty. Śpi mi na głowie, kąpie się mną, gotuje, sprząta, czyta książki, i nawet o 3 w nocy ogląda relacje z Ukrainy. Kiedy wychodzę do pracy, żegna mnie ze wzrokiem pełnym żalu, a jak już wrócę, to muszę poświęcić jej cały czas. Mam nadzieję, że to epizod i Frania odda mi odrobinę niezależności. Chociaż w kuchni!

Generalnie wizyta w restauracji, czy też w kinie, czy tylko ja mam wrażenie, że to było w jakimś innym życiu, w jakimś innym świecie? Boję się, co będzie w następnym miesiącu, następnych dniach. Jedynie sił dodawała mi nasza solidarność i chęć pomocy. Ale ciągle mam w głowie pytanie- Jak będziemy wspominać marzec?

A teraz kilka kadrów z lutego.

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – Shine On You Crazy Diamond

Minął miesiąc. Styczeń.

I pożegnałam styczeń. Z żalem? A gdzie tam! Z dużą ulgą. Bo nie zaczął się zbyt dobrze.

1 stycznia zaczęłam naprawdę dobrze, to był naprawdę dobry dzień. Na luzie. O 17 zgłosiłam się na trzecią dawkę szczepionki, okazało się, że dostanę ją w centrum zwalczania alkoholizmu. Czekając na swoją kolej, dowiedziałam się wszystkiego o rodzajach pokonania kaca -najtańszy pakiet 3 godzinny to koszt 500 zł. Można też wpaść na 24 godzinny, kompleksowy detoks. Jakby było mało, wiem już wszystko o wszywkach antyalkoholowych. Gdybyście mieli jakieś pytania, to śmiało. Jestem prawie ekspert, w tym temacie. W każdym razie szczepienie poszło gładko, objawów żadnych brak. I to w sumie chyba jedyny pozytyw początku miesiąca. A nie pardon, pozytywów było dużo więcej.

A dokładniej to trzy. Bo trzy najbliższe osoby złapały covida. Dwie po raz pierwszy, a jedna drugi raz. Dwie zaszczepione trzy razy, a jedna niestety bez tego szczepienia. I tutaj sprawa ocierała się o szpital. Ale pogotowie uznało, że saturacja spadająca poniżej 86 to za mało by przybyć. Na szczęście były trzy happy endy. Ale ileż to nerwów i niepewności! Ja sama w tym czasie miałam robionych 5 testów. Jak się cieszyłam, że już koniec, to przyszła informacja o kolejnej zakażonej. I tak pół miesiąca. Szczepienie dużo daje, ale jednak choroba nie jest zbyt lekka. I zdecydowanie lepiej jest jej unikać. Nikomu nie polecam. Najadałam się masę stresów, wielkim plusem jest fakt, że mam brata lekarza, który pracuje na oddziale covidowym. Dzięki niemu wszystko było nieco prostsze. Ale i tak, emocje zjadały mnie od środka.

Jak już korowirusowcy stali się negatywni, to Franusia musiała mieć operację. Ileż ja się o nią martwiłam! Znów codzienne wizyty u weterynarza na zastrzyki. Moja pchełka była taka dzielna! Chociaż otumaniona narkozą i nie mogła zbytnio chodzić, tuliła się jak nigdy, i na nic się nie skarżyła. Była dużo bardziej dzielna niż ja. Mi wystarczyło, że musiałam podpisać papier, że godzę się na wszystkie skutki uboczne narkozy, łącznie z najgorszym. Ale wszystko poszło gładko. No dobrze, Frania przez tydzień chodziła do tyłu. Ewidentnie nie polubiła się z kubraczkiem. Ja zaś nie pogodziłam się z rachunkami za leczenie. Ciągle nie wiem, co takiego jest w tych kocich zastrzykach, że takie one są drogie. W każdym razie Frania okazała się dzielna. Brawo ona.

Styczeń na chwilę przyniósł powrót zimy i śnieżną aurę. Było nawet mroźno. Ale głównie dominował wiatr. Doszło do tego, że po 3 razy dziennie dostawałam ostrzeżenie o silnym wietrze. Zalecali zostać w domu. Ale do pracy trzeba było jechać. A nie było łatwo, i nawet nie chodzi o gałęzie na drogach i inne atrakcje, typu ciągłe awarie prądu. Ale o moje samopoczucie, a to było kosmicznie złe. Ta pogoda zdecydowanie mi nie służyła.

Na styczeń miałam wiele planów, niewiele się ziściło. Mieszkając rzut beretem ( chociaż beretów nie noszę) od morza, nad tym morzem byłam dwa razy. Całe dwa razy. Raz zamówiłam jedzenie z knajpy, i raz podglądałam męża w pracy. On fotografował letnią kolekcję, a ja czytałam książki. Generalnie mam ogromny niedosyt. Jakoś styczeń nie był zbyt miły, zbyt udany i w ogóle nie był zbyt….

Ścieżka dźwiękowa- Bajm-Biała armia

Minął styczeń. Książkowo.

Styczeń był czytelniczo bardzo dobry. Jeżeli chodzi o ilość. Bo dużo trafiło mi się książek, którym dawała kiepskie noty. Jakaś mocno krytyczna się robię! Przeczytałam 22 książki.

Na minus, nawet ten największy ,zasługuje Dziewczyna bez makijażu, Zuzanny Arczyńskiej. Ta książka to totalne nieporozumienie!
Nie wiem w jakim celu została napisana? Nie wiem czy nikt nie przeczytał jej przed wydaniem i nie powiedział- o mamo, przecież to nie ma najmniejszego sensu!
Autorka miała milion pomysłów. Połączyła wszystko koślawymi zdaniami. Chyba sama nie wiedziała co miała na myśli i co tak naprawdę chce napisać. Nie wiem jak określić jej fabułę. Mamy Angelikę, która zostaje udawaną żoną bajecznie bogatego Rosjanina. Dziewczyna ma ledwo 18 lat, pochodzi z patologicznej rodziny i razem z matką i siostrami zamienia biedę na pałac. Po drodze mamy tajemniczą, nieśmiertelną agentkę, matkę Aloszy. Żydowską przeszłość dziadka Angeliki. Romanse, pobicia, gwałt. Trudną przyjaźń, alkohol i skrajną biedę. I jakieś wątki, które w ogóle nie mają wpływu na książkę. Autorka chyba nie miała pewności, czy wydadzą jej kolejne książki, więc wszystkie pomysły wyrzuciła z siebie i zawarła w jednej, absurdalnie nierealnej historii.
Nie traćcie na nią czasu.

Dorota Rodzim, Powiedziała M. Z tej książki broni się jedynie zakończenie. Biorąc pod uwagę całość, to jest ono zaskakujące. I tylko ono sprawiło, że czas przeznaczony na tę książkę nie był czasem w 100 procentach straconych. Teraz to tylko 95 procent…
Od początku. Ada i Michał to młode i zakochane w sobie małżeństwo. Jak się okazuje Michał miał problemy z wiernością. Ada po chwilowym kryzysie daje mężowi drugą szansę. Jednocześnie zakochuje się w swoim szefie…
Bohaterowie są niezwykle wręcz infantylni. Wręcz śmieszni, komiksowi i groteskowi. Historia jest momentami komiczna, chwilami aż bolą oczy podczas czytania.
Jestem zdecydowanie na nie. Dla mnie to bardzo źle napisana, w dodatku bardzo nieciekawa opowieść.

Joanna Oparek i jej Mężczyzna z kodem kreskowym. To kolejna książka, która powinna parzyć w ręce! Przenigdy po nią nie sięgajcie. Przeczytanie jej grozi kilkudniowym kacem moralnym. I wcale nie żartuję. W zasadzie nie wiadomo o co chodzi, jaki ma cel ta książka. Jaka jest fabuła i do czego zmierzamy? Ja sensu nie znalazłam w tej historii. Mocno się za to wymęczyłam. Książka totalnie o niczym, bardzo nudna i w zasadzie jedna wielka strata czasu.

Bo zapadłem się w życiu jak w starym materacu i gdy dzień się zaczynał – nie chciało mi się wstać.

Zakończmy te kiepskie noty. Przejdźmy do mniej kontrowersyjnych treści. Książka, która wiele obiecywała, ale ostatecznie mnie nie porwała to Nieposkromiona, Glennon Melton. Myślę,że ta książka znajdzie tyle samo fanek, co przeciwniczek. Być może natchnie kogoś do zmiany i odnalezienia w sobie wewnętrznej siły. Książka napisana przez kobiet, dla kobiet. Bardzo osobista, autobiograficzna, porusza wiele trudnych tematów. Autorka jest osobą o barwnej osobowości i niecodziennym życiu. Porusza temat wolności wyborów, życia w zgodzie z sobą i wychowania wolnych dzieci. Wiele kwestii jest kontrowersyjnych, ale ogólnie książka pokazuje jak silne bywają kobiety, gdy chcą zrealizować swoje cele. I z tego warto wziąć przykład.

To życie jest tylko moje. Dlatego przestałam pytać ludzi o drogę do miejsc, w których nigdy nie byli.

Czas na książki, które mogę szczerze polecić.

Dziewczyna, kobieta, inna, Bernardine Evaristo. Ta książka zdecydowanie jest kobietą! To książka o kobietach, i dla kobiet. Książka, która przedstawia współczesne kobiety, i ich przeszłość. Książka, która pokazuje, że kobiety są niezależne, silne i wartościowe.
Ta książka jest w zasadzie odą do kobiet. Luźne historie, które szybko zaczynają się łączyć w całość. Ileż tu postaci, i jakie one są oryginalne! Wszystkie mają swoje mniejsze, lub większe sekrety. Bolączki i chwile pełne dumy. Wszystkie chcą jednego – lepszego świata dla kobiet. Tego na dziś, i tego w przyszłości.
Tak, feminizm kipi z każdej strony. Tak, nie każdy to kupi i niektórzy powiedzą- zbyt wiele. Ale czy to źle, że kobiety chcą odgrywać większą rolę w świecie? Wyjść poza utarte schematy? Wędrować dalej niż do pobliskiego marketu?
Te inspirujące opowieści dają siłę. I ją naprawdę czuje się po lekturze. Tę książkę polecam wszystkim! Dla kobiet to wręcz pozycja obowiązkowa.A poza tym, że nas inspiruje i dodaje odwagi, to jest jeszcze fenomenalnie napisana. Prawdziwa literacka perełka.

Nigdy nikogo naprawdę nie znamy dopóki nie przetrzepiemy mu szuflad
I historii wyszukiwania…

Magdalena Witkiewicz i Srebrna Łyżeczka. To historia, która wyjątkowo mnie wciągnęła. I dalej, wyjątkowo zżyłam się z bohaterami i ich losami. Kibicowałam im, wściekałam się na podejmowane przez nich decyzje i czekałam w napięciu na finał historii Lidii i Konrada.
Narracja jest dwutorowa. A w zasadzie trzytorowa, bo pojawia się również postać Pani Ireny.
O czy jest Srebrna Łyżeczka? To historia miłości Lidii i Konrada. Wielka miłość, ogromna namiętności, niestety nie trafiła na swój czas. Ale czy koniec jest definitywny? Czy miłość, jak potłuczony kubek można posklejać? A może trzeba żyć dalej, pożegnać przeszłość, pogodzić się ze stratą i zacząć na nowo?
Mądra historia o dorastaniu do miłości. O tym, że na wszystko musi przyjść swoja pora. I, że prawdziwa miłość istnieje.

(…)Miłość nie przychodzi na życzenie, miłość często zjawia się jak nieproszony gość, a gdy się ją woła, ucieka i udaje, że nas nie słyszy.

Sue Monk Kidd i Księga tęsknot. Sue Monk Kidd swoją historią tworzy jakby nową Ewangelię. Ewangelię według Any. Any, żony Jezusa. Robi to jednak z wyczuciem i szacunkiem do religii. Dla mnie ta książka ma jednak nieco inną wymowę. Ana nie jest jedną kobietą, Ana jest milionem kobiet. Tych, o których świat nie pamięta. Ana to wierna towarzyszka codzienności. Wierna żona, dobra córka, troskliwa matka. To kobieta, bez której świat nie mógłby istnieć, a o której świat tak łatwo zapomina. Ana jest cierpliwa, cicha, skromna, wierna i bezinteresowna. Ana nie oczekuje poklasku i uznania.
Ana jest głosem kobiet, a ta książka jest hołdem dla każdej z nas.
Bardzo delikatnie napisana, pięknie się ją czyta.

Mój smutek bywał czasem nie do zniesienia i w tamtej chwili nawiedził mnie znowu, ból tak przenikliwy, że czasem wątpiłam, czy zdołam się po nim podnieść.

Christina Hopkinson i Jak nie zabiłam męża, czyli babski punkt widzenia. To dość zaskakująca książka. Myślałam, że będzie nijaka i nudna. I typowa, ale naprawdę mnie zaskoczyła!
Mary i Joel to małżeństwo i rodzice dwójki małych dzieci. Połączyła ich wielka i gorąca miłość. Ale miłość zabija codzienność. Dzieci, porządki, gotowanie i obowiązki. Mary ma dość, łączy wiele ról, a nie może liczyć na wsparcie małżonka. Aby zobaczyć ile naprawdę „dostaje” od męża, robi listę. Rozlicza męża wpadki i dobre działania w systemie punktowym. Tak bardzo zapędza się w tym liczeniu, bilansie zysków i strat, że zapomina o tym, że związek to nie firma. I czasami najprostsze rozwiązanie, czyli rozmowa i bliskość, są ważniejsze, niż szczegółowe rozliczenie z tego kto zmył podłogę, a kto położył dzieci spać.
Czytało mi się ją naprawdę dobrze i mogę ją polecić. Ku przestrodze!

– Gdzie mogłabym znaleźć Joela 2.0? Wiesz, rąbanie drewna, strzyżenie owiec…
Prycham ze śmiechem.
– Nic dalszego od prawdy. Nie znam nikogo bardziej niepraktycznego i stroniącego od wsi. Dorastał w Londynie i dziwi się, że krowy pasą się na łąkach. Uważa, że ognisko podłącza się do prądu.

Helena Kowalik, PeeRel zza krat. Pereel zza krat, to solidny zbiór reportaży, o sądowych sprawach z przeszłości, które niekoniecznie dziś są znane szerszej publiczności.
Autorka postawiła na solidny przegląd, od spraw kryminalnych, po łapówkarstwo, czy oszustwa finansowe na wielką skalę. O części spraw w ogóle nie miałam pojęcia. Autorka ma taką umiejętność, że przenosiła nas na salę sądową i odkrywała nie tylko kulisy danej sprawy, ale i pokazywała szerszy kontekst.
Jak dla mnie lektura tej książki była wielką przyjemnością. O wielu sprawach, które poznałam, opowiadałam potem rodzinie i znajomych. A to pokazuje jak bardzo poruszyła mnie ta książka. Dla fanów reportażu, sądownictwa i historii. 

I na sam koniec. Zabójca z miasta moreli, Witolda Szabłowskiego. Powiem Wam, że sama nie wiem kiedy skończyłam tę książkę! Nie jestem jakąś wielką fanką Turcji, ale te reportaże przeczytałam dosłownie jednym tchem. Rewelacyjnie napisane, podejmują ciekawe tematy i pokazują nam prawdziwą Turcję. Poznajemy lepiej współczesną historię, zależności polityczne, tradycje i co najważniejsze-zwykłych ludzi.
To książka, która przekazuje nienachalnie wiele ciekawych treści. Szczerze polecam, nawet tym, którzy nie przepadają za reportażami.

Według badań dziennika „Hürriyet”, co trzeci Turek zaczyna życie płciowe z prostytutką. Tylko dla jednej czwartej pierwszą kobietą jest własna żona.

Ścieżka dźwiękowa- Whitney Houston – My love is your love

Minął miesiąc. Grudzień.

I minął grudzień. Ten cudowny miesiąc, kiedy wszystko lśni światełkami, pachnie piernikami i choinką. Kiedy w powietrzu unosi się magiczna atmosfera!

Mi ten grudzień zaczął się naprawdę źle. To już robi się tradycją, 1 listopada-lekarz, 1 grudnia? Wiadomo, lekarz. Cudem udało mi się dostać na wizytę i cudem udało mi się tam trafić. Werdykt? Ostre zapalenie oskrzeli i zatok. Dostałam wyrok- dwa tygodnie domowego więzienia. I tyle leków, że mogłam otworzyć w domu punkt apteczny. Czułam się naprawdę bardzo źle. Nie mogłam mówić, ciągle kasłałam i kichałam. Nie miałam nawet ochoty na tak męczące czynności jak czytanie, czy chodzenie po herbatkę. Mąż musiał rano zostawiać mi termosik z herbatką przy łóżku-zawsze za mały. Przez tydzień nie zdjęłam piżamy. Zmogło mnie totalnie. A jedzenie antybiotyku, dwa razy dziennie przez 10 dni, było katorgą. Stanowczo żądam pysznych antybiotyków! O smaku malinowej tarty, waniliowej panna cotty, albo słonego karmelu. W ramach protestu postanawiam nie chorować! Nie będę dłużej sponsorować przemysłu paskudnych tabletek!

No cóż, grudzień mi zleciał nie wiem jak. Skończyłam chorowanie i bach, dostałam w twarz świętami. Może nie do końca, ale naprawdę miesiąc mi zleciał niczym z bicza. Nie miałam okazji się cieszyć tym okresem. Bo weekendowy maraton naukowy i po 13 godzin ćwiczeń, a potem już świąteczny weekend. Odpuściłam wielkie porządki, okna miałam/mam brudne, ale za to uznałam, że i tak o 15 robi się ciemno, więc nikt tego nie zauważy, jak przekręcę żaluzje. Jedyne co zrobiłam to umyłam fronty szafek w kuchni, uporządkowałam jedną szafkę-musiałam zrobić miejsce na świąteczny prezent, i odświeżyłam wystrój regału. 80 % rzeczy zniknęło, pojawiła się za to świąteczna aranżacja. I trzy nowe kwiaty, wciąż naiwnie liczę, że przetrwają ataki Franki!

Franka, poświęćmy jej chwilkę. Frania bardzo mnie kocha, tak bardzo, że chorowała razem ze mną. Męczyły ją jednak ostre wymioty i biegunka. 10 dni zastrzyków, i wizyt u weterynarza. Malutka bardzo się męczyła. Ja tak samo. Musiałam sprzątać po niej i zamierałam kiedy słyszałam najdrobniejszy szelest-czy to kolejna fala wymiotów? Co się we dwie namęczyłyśmy to nasze. Najgorsze, że po dwóch tygodniach problem znów wrócił. Szczerze? Mieszanka strachu i zniecierpliwienia, nie miałam pomysłów co małej jest, ani nie miałam pomysłu jak jej pomóc. Ani jak pomóc sobie, bo jednak sprzątanie wymiotów po 5 razy dziennie, nie jest tym o czym marzę całe mroźne noce. W każdym razie jakby ktoś robił zestawienie najlepszych klientów ręczników papierowych i psikaczy do dezynfekcji blatów, to jestem nie do pobicia! Ostatecznie stanęło na alergii naszej Franki. Poszła za modą celebrytów i musi odstawić gluten. Co prawda kupowaliśmy karmy bezzbożowe, ale teraz musimy jej serwować specjalne karmy dla alergicznych kociaków. Trzymajcie kciuki, żeby to był koniec.

Grudzień to piękna pogoda. Mieliśmy dwie rundki zimy. Pierwszą przechorowałam, i mogłam jedynie obserwować ją zza okna. A ten drugi napad, to już solidna zima, masa śniegu i mróz, że jednego dnia miałam na sobie 3 pary rajstop i dwie pary skarpet. Pod spodniami oczywiście. I dalej było mi zimnawo. Te dni kiedy robisz rodzinną bitwę na śniegi, kiedy spacerujesz brzegiem morza, gdy mróz szczypie minus 10 kreskami. Ten błyszczący śnieg i trzaskający pod stopami. Po prostu bajka! Uwielbiam ten czas. Może mniej to, że pociągi, którymi musiałam tydzień jeździć do pracy, miały duże opóźnienia oraz zamarznięte drzwi. Nawet kopniaki miłego konduktora niewiele pomagały.

Jak minęły Święta? Zaskakująco cudownie! Rodzinnie, pysznie i na luzie. Było dużo jedzenia, moje popisowe smażone uszka i makowiec, który zniknął szybciej niż się piekł. Teściowa wzięła przepis, a wybredna nastolatka, powiedziała, że nie znosi makowca, ale to jest takie pyszne, że stała się fanką. Był cudowny dzień z babcią, wieczór gier z sąsiadami, przy barszczyku ( również królewskim), długie spacery i leniwe poranki. Oczywiście obejrzałam To właśnie miłość, w piżamie, z keksem u boku! Prezenty okazały się idealnie trafione. Wszyscy się bardzo postarali, zaspokoiłam swój brzuszek herbatkami i słodyczami, o duchową strawę zadbały książki, o nutkę próżności ubrania, praktycznie będzie rządził w kuchni kosmiczny blender, a gry zapewnią miłe wieczory. Także Mikołaj się postarał i zadośćuczynił mi jedzenie antybiotyku!

Zaraz po Świętach w pracy zaczęła się inwentaryzacja. A mnie dopadło, wróć nie mijało zmęczenie po chorobie. Mogłabym spać po 12 godzin i byłoby mi po prostu mało. Musiałam zmuszać się do ćwiczenia jogi i spacerów. Umówiłam się na pobranie krwi i wizytę u ginekologa. To ten wiek, że warto kończyć rok ze zdanym przeglądem! Najchętniej zaległabym jednak pod kocem i 31 grudnia. Sylwester postanowiliśmy więc spędzić na totalnym luzie. My, sąsiedzi i moja siostra. Dresy, planszówki i dobre jedzonko. I tyle, nic więcej. Ten rok kończyłam z nadzieją, że nowy będzie zdrowszy.

Ścieżka dźwiękowa- Elvis Presley – Don’t Be Cruel 

Poświąteczny maraton serialowy

Na ten czas kiedy we krwi krąży majonez z sałatki jarzynowej, a w sercu rozgościł się serniczek, podrzucam propozycje na maraton serialowy. Taki do zajadania resztek!

Hellbound. Kiedy wszystkie oczy i uszy skupiają się na serialu Squid Game, uwadze umknął inny koreański obraz-Hellbound. Przyznam szczerze, sama bym po niego nie sięgnęła. Jakoś nie przemówił do mnie, pewnie dlatego, że w pierwszej chwili myślałam, że to banalny serial o stworach, które mordują grzeszników. Eh, jakieś tam fantastyczne byle co. Na szczęście mąż mnie namówił, i powiem szczerze, solidnie się wkręciłam i bardzo czekam na kolejny sezon. Bo i owszem, w tym serialu mamy potwory, ale nie wokół nich toczy się fabuła. Nikt nie analizuje skąd pochodzą i co robią. Ot, po prostu usuwają z ziemi grzesznych ludzi. Serial bardziej skupia się wokół idei kary i zbiorowej sekty. To serial o tym jak łatwo jest zmanipulować ludzi, jak łatwo jest zawładnąć rzędem dusz. Mała grupa wyznaniowa zaczyna rządzić krajem, dokonuje samosądów i oczekuje, że krajem będą rządzić ich zasady moralne. Kilka osób się wyłamuje i chce powrotu do starego porządku. Ich niepewność i niewiarę co widzą, podkręca wyrok śmierci, na jaki skazane jest nowonarodzone niemowlę. Czym ono zawiniło? Gdzie jest jego grzech? Czyżby sekta się myliła i nowy porządek jest bezsensu? Serial ma wiele mocnych stron, świetna muzyka, potęgująca nastrój grozy, wspaniałe zdjęcia, a do tego ogrom emocji. Sama się dziwię, że mnie wciągnął, ale polecam go każdemu z czystym sumieniem. Gwarantuję, że nie będziecie mogli doczekać się kolejnego odcinka.

Kasztanowy ludzik. O jejku, jakie to było dobre! Tak dobre, że zarwałam na ten serial całą noc. No dobra, i tak bym nie spała, bo dopadło mnie kolejne przeziębienie i tak kosmiczny katar, że nie mogłam oddychać, a co dopiero spać! I tak trafiłam na Kasztanowego ludzika, bo była 2 w nocy, sąsiad nad nami organizował całonocną imprezę, a ja kichałam i kichałam. Nie chciało mi się czytać, ale by tak coś obejrzeć? Jak najbardziej. Wiecie co? Nie ma nic lepszego, niż oglądanie ciemną nocą, taką prawie grudniową, serialu o złych ludziach i morderstwach. Gwarantuję Wam, że nie wstaniecie z fotela, a kiedy kotek wyda z siebie cichutki jęk, to od razu podskakujecie na fotelu jak poparzeni! Po fakcie dowiedziałam się,że z serialem ma wiele wspólnego scenarzysta The Killing, jest on bowiem autorem książki o Kasztanowym ludziku. Cóż, mogłam tylko zacierać ręce i oglądać, a wierzcie mi, było co! To jeden z lepszych seriali kryminalnych tego roku, w ogóle nie można się od niego oderwać. I nie są to czcze słowa, wciąga, dosłownie mamy wrażenie, że jesteśmy w centrum akcji. I wywołuje takie emocje, że spacer do toalety jest walką na śmierć i życie. Nigdy nie wiadomo, gdzie czai się zło. Historia zaczyna się wraz ze znalezieniem zwłok w parku. Niedaleko swojego domu, zostaje znaleziona kobieta, matka. Byłaby to zwykła zbrodnia, gdyby nie kasztanowy ludzik, znaleziony na miejscu zbrodni. Kiedy kolejna kobieta traci życie, a w jej domu znaleziony zostaje podobny ludzik, policja wie, że ma nieprzyjemność z seryjnym mordercą. Zagrożone są kobiety, matki, które według sprawcy nie do końca dobrze sprawdzają się w swojej roli. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej kiedy okazuje się, że na kasztanowym ludziki znajdują się odciski palców, zaginionej rok temu córki minister pomocy społecznej…. Jak widać nie ma tutaj łatwego rozwiązania. Sprawą zajmuje się dwójka policjantów. On jest pełen tajemnic, ale bardzo skrupulatny, nie chodzi na kompromisy i nie uznaje łatwych rozwiązań. Chce do końca rozwikłać zagadkę. Jest i ona, zmęczona pracą, samotna matka. Ciągle miotająca się między bycie super matką, a świetnym policjantem. Zawsze wygrywa praca, więc w domu Naii nie dzieje się zbyt dobrze. Naia żyje z wyrzutami sumienia, ale i żyje swoją pracą. Mark i Naia podejmują ryzykowną grę z mordercą. Ale kto wyjdzie z niej zwycięsko? Tego nie powiem, ale powiem jedno, to genialny serial. Jako, że to w zasadzie mini serial, akcja płynie i nie sposób się od niej oderwać. Razem z bohaterami szukamy mordercy, nie wiedząc, że to czego szukamy bywa tak blisko nas… Powiem Wam, rozwiązanie zaskakuje. Ciężko odgadnąć sprawcę morderstw i po prostu wściekle oglądamy dalej, by wiedzieć kto i po co. Polecam ten serial każdemu, kto włączy pierwszy odcinek, przepadnie na kilka godzin! P.S. Po tym serialu, kasztanowe ludziki przestaną być takie niewinne….

Kasztanowy ludzik: sezon 1 - recenzja - naEKRANIE.pl

Ścieżka dźwiękowa- The Pigeon Detectives – I Found Out

Minął listopad. Książkowo

W listopadzie było trochę dobrych książek. Ale i solidne rozczarowanie. Otóż, po 5 latach mój czytnik postanowił przejść na emeryturę. Jeszcze nieco działa, ale nie chce pracować z każdą książką. Nie pozwala powiększać czcionki, połowę tekstu zjada. Nowy czytnik dostałam dwa dni przed szóstym grudnia. Bardzo ładnie poprosiłam Mikołaja, by ten model był podświetlany, gdyż poranne dojazdy do pracy, bez lektury są nudne. Jak wiadomo, rano jest ciemno, ja nie mogę czytać i jestem zła! Także ja już uczę się obsługi nowego czytnika i zapraszam na listopadowe podsumowanie, które przez dłuższy czas chorowania, liczy 20 książek. Ale wiecie co? To był taki czas, że po prostu ciężko mi się czytało, byłam krytyczna, i mało co mi się podobało.

Rozczarowanie? Zdecydowanie W drogę, autorstwa Beth O’Leary. Ależ się na nią nakręciłam! Tymczasem, od początku byłam mocno na nie. Jeżeli tak jak ja, dopiero zaczynasz przygodę z tą autorką, od tego tytułu, to nie będzie to miłość od 1 przeczytania. No cóż, dla mnie to właśnie pierwsze spotkanie z Beth, i miałam wielokrotnie dziwną myśl – serio, to taka dobra autorka? Jej dwie poprzednie książki zrobiły furorę i zebrały świetnie recenzję. W Drogę! zapowiadało się super. Ale niestety, mocno mnie rozczarowała.
Nijaka, chwilami mocno nudna książka w zasadzie o niczym. Zdecydowanie napisana na siłę!

Przypomniało mi się, jak bardzo cię lubię, Deb – oznajmia Marcus.
– Naprawdę? Interesujące. Bo ja wcale cię nie lubię.

Kiedy zobaczyłam okładkę książki Krystyny Gucewicz- Wakacje gwiazd w PRL-u, byłam w siódmym niebie! Miałam ją już w rękach i o mało co nie kupiłam jej w Empiku. Ostatecznie kupiłam co innego. I bardzo się cieszę,że tę książkę wypożyczyłam z biblioteki.
Wyjątkowo chaotycznie napisana, dodawane są wspomnienia i anegdotki, które zupełnie nie pasują do treści. Przypadkowe fotografie. Mam wrażenie, że książka jest bez pomysłu i planu. Był pomysł, ale nie zrobiono z tym nic dalej. Przypadkowy zbiór haseł, miejsc i osób. Łatwo się w tym wszystkim pogubić. Po lekturze książki na pytanie o wakacje gwiazd w PRL-u można powiedzieć- byli wszędzie i robili wszystko. Totalny misz-masz.
Plus za ładne wydanie. Ale to tyle. Duże rozczarowanie. Chyba, że potraktować to jako ozdobę biblioteczki

– Dlaczego Robin Hood? – Bo nic nie jadł…

A co polecam?

Zdecydowanie polecam książkę Teściowa, od Sally Hepworth.Z każdą kolejną stroną mój zachwyt nad tą książką rósł i cóż, zakończenie pokazało, że wszystko co już wiedziałam, nie ma znaczenia!
To rodzinna historia o Goodwinów. Akcję poznajemy z różnych stron, i z różnych perspektyw czasowych. Poznajemy bohaterów poprzez opis pozostałych członków rodziny i wiemy, że każde wydarzenie z perspektywy innej osoby, wygląda zupełnie inaczej. I, że nie ma szczęśliwych rodzin. Zawsze znajdzie się jakiś trup w szafie, jakaś niespodzianka. W każdej rodzinie są mniejsze bądź większe tajemnice i niedomówienia.
To coś jakby thriller psychologiczny, ale bardzo delikatny i subtelny. Rodzinny dramat, odkrywany jest powoli, co tylko stopniuje napięcie i pokazuje jak mało wiemy o swoich najbliższych.

Uświadamiam sobie, że tylko teściowa z synową mogą toczyć regularną wojnę, nawet nie podnosząc głosu.

Czas na To co ukryte, Laury Lippman. To jest książka dla tych, którym niestraszna wolna akcja, spokój, budowanie napięcia i zakończenia, które naprawdę zaskakują.
Tak, akcja rozwija się bardzo powoli i może to zniechęcić, ale za to historia naprawdę wciąga, a zakończenie rekompensuje wszystkie niedostatki.
Ronnie i Alice, wracają z urodzin koleżanki. Na ganku znajdują niemowlę i postanawiają się nim zająć.
Mija 7 lat, Ronnie i Alice opuszczają zakłady poprawcze. Dlaczego zabiły niemowlę i kto naprawdę za tym stoi? Książka pełna tajemnic, naprawdę świetna!

Nie ma żywych legend, Nancy. Są tylko martwe.

Gorzko, Gorzko. Joanny Bator. Ta książka długo czekała na mój odpowiedni nastrój, ale się doczekała! Idealny tytuł do tej historii. Joanna Bator stworzyła bardzo, ale to bardzo kobiecą, gorzką ,prawdziwą, szczerą, chwilami brutalną książkę. Cztery pokolenia, Śląsk, milion emocji.
Tutaj nie ma żadnej zbędnej kropki i przecinka. Każde słowo jest perfekcyjnie dobrane. Ta historia robi niesamowite wrażenie, nie można się od niej odkleić. Chociaż jest gorzka. Pełno tu refleksji, przemyśleń, historia mocno siedzi w człowieku i staje się dosłownie częścią naszego życia.

… już dawno przestali się kochać i teraz tkwią razem siłą emocjonalnej inercji i ekonomicznego przymusu, najtrwalszego spoiwa niemiłości.

Była sobie rzeka, to książka Diane Setterfield. Kto z nas nie zaczytywał się w baśniach? Kto nie lubił tej szczypty magii przed snem? Była sobie rzeka, to opowieść na wskroś magiczna. Przepełniona tajemniczą atmosferą i niepokojem. Ma niezwykły styl, typowej gawędy, Jest bardzo uniwersalna, ciężko orzec w jakim czasie się dzieje…
Jedna dziewczynka, na wpół żywa, balansująca na granicy życia i śmierci. Dosłownie wydarta tej ostatniej. Kim ona jest? Czy to porwana przed laty Amelia? A może to młodsza siostra Rity? A może to Alice, wnuczka Roberta i Bess?
Kiedy czytałam tę książkę zdecydowanie czułam magię dookoła! Pięknie napisana, poruszająca. Opowieść płynie bardzo powoli, a my płyniemy tą rzeką dalej i dalej….

,,Zadziwiające, jak umysł potrafi się ukryć w cieniu, dopóki nie trafi się odpowiedni powiernik.

I na sam koniec, książka, która idealnie pasuje na zimne wieczory. Natalia Sońska, i Otwórz się na miłość. To bardzo jesienna książka. Idealna na gorszy nastrój, deszczową pogodę i silny wiatr za oknem. Historia Ani pokazuje, że zawsze warto wierzyć w marzenia, a przy wsparciu przyjaciół, można zburzyć mury dookoła i wyjść naprzeciw światu. Bardzo ciepła i otulająca. Słodko-gorzka. Przyjemna, nie nuży, nie męczy. Raczej rozgrzewa, i dodaje radości. Czasem małej, czasem większej. Ale w zasadzie postać Ani sprawia, że cieszymy się z każdego jej sukcesu i traktujemy go jako święto. To taka książka, która od razu rozjaśnia ponury wieczór.

Miłość to najpiękniejsze, co się człowiekowi może w życiu przytrafić. To stara prawda jest. Czego byś w życiu nie miała, czy szczęścia, czy zdrowia, czy dutków pełno, bez kochania człowiek więdnie i gorzknieje. Nie wzbraniaj się, tylko weź to, co ci się od życia należy. Bo każdy zasługuje na miłość. Każdy! A jak ty jeszcze sama pewna nie jesteś, to nie martw się, serce ci podpowie. To jemu ufać trzeba, to ono pokazuje, co jest ważne w życiu. Nawet jak czasem na cierpienie naraża, to i tak zawsze lepiej nim się kierować. Rozum za bardzo człowieka ogranicza.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- I feel you

Minął miesiąc. Listopad

Słyszycie jak spada komuś kamień z serca? To ja się cieszę na koniec listopada. Uff. Nigdy go nie lubiłam i nie lubię za bardzo. Bo choroba mnie dopadła idealnie 1 listopada. Wtedy to zmuszona byłam szukać pomocy lekarskiej, bo sama nie dałam rady. To były bardzo, ale to bardzo męczące dni z zapaleniem krtani. 3 dni nie wychodziłam spod kołdry, a moja aktywność ograniczyła się do spacerów do łazienki i kuchni, po kolejną herbatkę. Po chorobie miałam trzy tygodnie spokoju i bach, niespodziewanie, kompletnie z zaskoczenia dopadła mnie powtórka. Kosmiczny katar, ale tak kosmiczny, że dwie noce nie mogłam przespać choćby minuty. Do tego chrypa, ból gardła i kaszel. Cały weekend spędziłam na chorowaniu. I mam wrażenie, że zamiast na leczeniu, to na pielęgnowaniu choroby. Wiecie, kiedy nie mam ochoty na czytanie, to wiem, że sprawa jest tak naprawdę beznadziejna. I tak właśnie było, wszystkie plany legły w gruzach, a ja znów spędziłam czas na piżama party. Także widzicie, listopad zdrowotnie mocno mnie przeorał i zagwarantował dużo atrakcji. Miałam to szczęście, że w międzyczasie, między jedną a drugą chorobą, udało mi się zaszczepić na grypę. Niestety, zamiast grypy, złapałam dwa razy zapalenie krtani. Czuję się jak przedszkolak. Albo matka przedszkolaka, bo kwota jaką wydawałam w listopadzie na leczenie, jest po prostu porażająca.

Jak widać w listopadzie, nie mogłam za bardzo szaleć. Przez chorobę wiele planów nie wypaliło. Raz byłam w kinie i udało mi się odwiedzić brata w jego nowym mieszkaniu. Zazdroszczę mu kuchennej wyspy, jest po prostu fenomenalna. A i przyznam się Wam, jestem z tego mojego braciszka bardzo, ale to bardzo dumna. Od dwóch tygodni pracuje na oddziale covidowym. Jako, że z moją odpornością jest tak tragicznie, to czuję, że długo się nie spotkamy….

W listopadzie dokupiłam prawie wszystkie świąteczne podarki, został mi tylko prezent dla babci. I będzie komplet. I jestem z siebie bardzo dumna. Nigdy mi aż tak dobrze nie poszło. Prezenty zakupione, więc mogłam pobawić się nieco w panią od techniki i zrobiłam świąteczne dekoracje. W tym roku, ze względu na Franię, nie będzie w domu choinki. Zamiast tego stawiamy na naturalne dekoracje, które w całym domu stworzą magię świąt. Zbieraliśmy szyszki, ze sznurka, jutowego materiału i malutkich słoiczków, stworzyliśmy dziesiątki świeczników. Już jest pięknie, a będzie jeszcze ładniej. To wszystko po to, by nie odczuć braku tradycyjnego drzewka. Ale muszę przyznać, chyba nie będę długo za nim tęsknić!

W listopadzie miałam też trochę szkolnych zajęć. W zasadzie to studenckich. Będę szczera, w tym roku mam niezbyt przyjazny plan zajęć. A jak dodać do tego pogodę za oknem, to bardzo, ale to bardzo ciężko jest mi wzbudzić w sobie koncentrację i entuzjazm. Deszcz, bardzo dużo deszczu, zimno, wietrznie. I ta szarość! Przez 1,5 tygodnia w ogóle nie widziałam słońca. Listopad to naprawdę ciężki miesiąc, dla mojego zdrowia, fizycznego i psychicznego. Dobrze, że istnieją słodycze. W tym miesiącu doskonale łapię porozumienie z czekoladą i jeszcze bardziej wiem, że czekolada zrozumie wszystko!

Jako, że był to chorobowy miesiąc, a i pogodowo bardzo zły, wpadło na tapetę dużo seriali, same udane! Będzie co Wam polecać. Było dużo książek. Raz byłam w kinie. Miałam więcej, ale cóż, choroba. Miał być teatr, ale musiałam oddać bilety, tak, dobrze zgadliście, choroba…

Kilka razy udało mi się iść na spacer. Dosłownie kilka razy. Mój krokomierz płacze. Nie miałam nawet siły na jogę. Ani w chorobie, ani po chorobie. Po antybiotyku ciągle spałam i nie miałam apetytu. Kiedy miało być lepiej, to bach, zachorowałam ponownie. Wpadłam w takie błędne koło, że ten cały miesiąc będę naprawdę źle kojarzyć…. Wiecie, zaległości w pracy, nadmiar pracy, teraz znów notuję zaległości, Próbowanie umówienia wizyty w przychodni, kiedy to mówisz- mam infekcję, usłyszałam= przyjmę panią, ale tylko po negatywnym teście na covid. O ile jestem bardzo za obostrzeniami, sumiennie noszę maskę, jestem po 2 dawkach szczepienia, ba, jestem po covidzie, to uważam, że to już lekka przesada. To co mi oferują to tylko teleporada, która nie osłucha moich oskrzeli, nie zajrzy w gardło i nie powie, tak, to z pewnością typowe zapalenie krtani/oskrzeli/gardła/angina. Jeżeli choroba powtarza się w ciągu miesiąca, to chyba teleporada nie pomoże…

I tym akcentem kończę wywód. Nie znoszę listopada!

Ścieżka dźwiękowa- Radiohead – Paranoid Android

Minął październik. Książkowo

W październiku na liczniku 20 książek, zacny to wynik. Aczkolwiek jakoś tak nie każda książka trafiła w mój gust.

Minusy? Julia Llewellyn, Podróż bezślubna. Cóż, aż ciężko mi uwierzyć, że ktoś mógł napisać taką książkę! Kompletna strata czasu. Jedyne co przyciąga to tytuł. Wielkie rozczarowanie. Całkowicie odpychający bohaterowie, których autorka ewidentnie nie polubiła, stąd pokazuje ich jako ludzi po prostu bezmyślnych i głupich. Nudne to i nijakie.

I uwaga, mam pierwszą książkę, której nie doczytałam do końca- Królowa głodu, Wojciecha Chmielarza. Po 80 stronach porzuciłam tę książkę. To tak bardzo pokręcone fantasy i science fiction, że nie dałam rady!

Polecenia? Z pewności Bezmatek, Miry Marcinów. Ta mała książka emocjonalnie mnie rozjechała!
Mira Marcinów opisała bolesny, przejmujący i prawdziwy proces odchodzenia matki. Pożegnanie z nią, jej odchodzenie i radzenie sobie ze stratą.
To luźne, krótkie zapiski, ale o takiej mocy emocjonalnej, że chwilami czułam się zmęczona i zdruzgotana. Takie to szczere, takie prawdziwe i intymne. Niespodziewane zderzenie ze spodziewanym. Śmierć, rozstanie, niezwykła relacja matki z córką. Albo raczej córki z matką. Więź, którą trudno przerwać. Nawet po śmierci.
To niezwykła książka. Nie tylko oryginalnie napisana, ale po prostu niezwykle opowiada, o tym co wydaje się tak oczywiste. Mira pokazuje, że w śmierci nie ma nic oczywistego. A odejście własnej matki, to niezwykle bolesny etap w życiu. Jestem poruszona, wstrząśnięta, i po prostu dziękuję za tę książkę i wszystkie emocje. 

Mało kto umie jasno określać umieranie. Okazuje się, że ja nie potrafię. (…) Bardzo słabo mi to idzie. Gdyby uczono tego w szkołach, a potem wymagano na sprawdzianach, nie wiem nawet, czy dostałabym mierny.

Elif Shafak, Bękart ze Stambułu.Książka pełna sprzeczności. Porusza bardzo trudne tematy, a jednocześnie nie stroni od humoru i zapachu egzotycznego jedzenia. A może po prostu takie jest życie? Wieczna przeplatanka, radości, smutków, pysznych aromatów i tajemnic?
Dwie młode dziewczyny, kuzynki, dwie rodziny. Zderzenie dwóch światów. Amy, półkrwi Ormianka i Turczynka Asya. Ich spotkanie to próba spotkania przeszłości, poznania korzeni i swojej kultury. A także próba zrozumienia….
Tę powieść czytałam z wielkim zaciekawieniem, dała mi ogrom satysfakcji i czytelniczej przyjemności. Z pewnością to taka książka, której się nie zapomina!

Życie jest jednym wielkim zbiegiem okoliczności, ale czasem potrzeba aż dżinna, żeby to zgłębić.

Ludka Skrzydlewska, Sentymentalna bzdura. Przyznam szczerze, fajnie się ją czytało!
Veronica ma 3 dni by znaleźć fikcyjnego narzeczonego i wybrać się na ślub siostry Grace. To będzie też powrót do domu po 5 latach nieobecności. Za nią stoi tajemnica i wydarzenia sprzed lat. ślub Grace to początek wielkich zmian, dramatów i przeżyć, na które nikt nie jest gotowy .
Kryminał, romans, dramat psychologiczny? Autorka nie mogła się zdecydować dlatego jej dzieło ma prawie 600 stronic. Bez szkody dla treści, część można wyrzucić. Myślę,że dodałoby to lekkości i większej przyjemności dla czytelnika.
To nie jest zła książka, ale ma wady. Postać Veroniki, nie da się jej polubić! A to w końcu główna bohaterka. Dużo uproszczeń, zbyt błahe traktowanie poważnych spraw…
Ale mimo wszystko,całą 12 godzinną podróż w Bieszczady spędziłam z tą historią i nie żałuję,że ją przeczytałam!

Nie goniłam za ludźmi, Jeśli oni sami nie chcieli podtrzymać znajomości – a zazwyczaj nie chcieli – to wszystko jakoś po prostu się rozpadało”.

Agnieszka Olejnik, Wianek z lawendy. Berenika, Halinka i Kuba, trójka przyjaciół z liceum, których życie boleśnie rozczarowało. Nika życie spędza przy coraz bardziej chorej matce. Gorycz zmarnowanego życia, łagodzą spotkania z przyjaciółmi. To oni są jej opoką, bazą i wsparciem.
Nice przychodzi rozwiązać rodzinne tajemnice z przeszłości, zmierzyć się z kłamstwami i na nowo ułożyć sobie wiedzę o sobie .
Przy okazji okazuje się, że przyjaciele są zawsze przy niej, i stają się jej bardziej bliscy niż rodzina.
To ciepła opowieść o dojrzewaniu do miłości, o głębi przyjaźni , o wybaczaniu i szukanie samego siebie.
Bardzo otulająca historia, w której naprawdę czuć lawendę!

Hannelore Brenner, Dziewczęta z pokoju 28. To bardzo ważna i cenna książka. Książka opowiada o losach dziewczynek, których dzieciństwo zostało brutalnie przerwane przez wojnę. Ich jedyną winą było to, że pochodziły z żydowskich rodzin. Zostały zabrane z bezpiecznych rodzin i umieszczone w getcie. Ich codzienność to choroby, głód i walka o przetrwanie i niepewność o bliskich i o przyszłość.
Jedyny minus mam do stylu napisania tej książki. Ze względu na wielość bohaterek i bohaterów, i opowiadanie chronologiczne i dość ogólne, dostajemy dość trudną do ogarnięcia listę nazwisk, imion i miejsc. Chwilami całość jest za chaotyczna i przeszkadza to w czytaniu. Wolałabym poznawać po kolei losy z każdej dziewczynek.

Ścieżka dźwiękowa- Conflict – Archive