Minął wrzesień. Książkowo.

We wrześniu na liczniku 20 książek. Co prawda, przez pierwsze 4 dni choroby, nic nie czytałam, to potem zaczęłam nadrabiać zaległości. Ale powiem szczerze, jakoś ciężko mi się czytało, chyba naprawdę mam covidową mgłę mózgową, ciężko mi się skupić, szczególnie wieczorem. Ale do rzeczy, co polecam, a czego nie?

Co mnie zaskoczyło na minus?

Tomasz Piątek i Kilka nocy poza domem. No cóż, zupełnie nie mój klimat, nie moja bajka. Wyjątkowo się zmęczyłam czytaniem tej historii. Nie mówię, że autor jest kiepski, po prostu to nie książka dla mnie. Z tego co widzę, książka ma naprawdę dobre recenzje i ponoć ktoś już kupił prawa do sfilmowania tego dzieła. Nie wiem jak to określić, kryminał, albo sensacja. Dla mnie jednak totalne nieporozumienie.

Nie wiem co mi się śniło, ale było to coś związanego z masłem albo mydłem, w każdym razie z czymś męczącym.

Deidree Purcell, Marmurowe ogrody. Dość dziwna i niestety słaba książka. Niby o przyjaźni, niby o chorobie, a tak naprawdę o niczym. Matka nie może pogodzić się z chorobą córki i szuka dla niej ratunku w dziwnej organizacji, a w zasadzie sekcie. Po drodze życie jej przyjaciółki rozpada się na milion kawałków. Dość banalne i totalnie nijakie.

Zdecydowanie polecam Poproś jeszcze raz, Mary Beth Keane. To jedna z tych książek, które długo siedzą w głowie czytelnika. Które zmuszą do refleksji i zastanowienia się nad postępowaniem bohaterów. Jednym słowem, to naprawdę świetna książka, porusza, wciąga i wyciąga wiele, wiele emocji.
Kate i Peter dorastali razem, jak to sąsiedzi. Są równolatkami, chodzą do tej samej szkoły. Ich ojcowie razem pracują, ale rodziny nie są szczególnie zaprzyjaźnione. Wszystko przez dziwne zachowanie matki Petera. Anne jest zaborcza w stosunku do syna, denerwuje go jego dorastanie i samodzielność. Dodatkowo Anne, nie jest zbyt towarzyska i mimo szczerych chęci matki Kate, nie ma między nimi sympatii. Pewna noc, i jedno wydarzenie rozdziela nastolatków i determinuje przyszłe losy dwóch rodzin…
Czy po latach można zapomnieć o przeszłości? Jaki wpływ na nasze życie i postępowanie ma nasza rodzina? Czy z perspektywy czasu potrafimy zapomnieć i czy pierwsza miłość daje się tak łatwo wymazać z serca?
Ta książka jest naprawdę świetnie napisana. Długo siedzi w człowieku. Solidna porcja rodzinnego piekiełka! Muszę tutaj podziękować mojej przyszłej bratowej, że mi ją pożyczyła, przed swoim przeczytaniem jej!

Myśli, uczucia, wszystko to, co, jak się mówi, pochodzi z serca, wnętrzności, to wszystko procesy fizyczne, nie bardziej abstrakcyjne niż kość czy ścięgno.

Reyes Monforte, Pocztówki ze Wschodu. Bywa, w moim przypadku bardzo często, że książki, które opowiadają obozowe historie, mnie irytują. Są łzawe, nijakie, płaskie, i bardzo przewidywalne. Ale z Pocztówkami ze Wschodu jest inaczej. To naprawdę piękna, poruszająca, dająca nadzieję historia…
Ella, jest główną bohaterką tej książki. To żydówka z Francji, która znajduje się w obozie, w Auschwitz. Ella ma szczęście, ma talent i wpada w oko doktorowi Mengele, który lubi jej dwukolorowe oczy i słoneczne piegi. Skromna, delikatna dziewczyna, musi przetrwać. Asystuje doktorowi przy jego szalonych eksperymentach, nawiązuje przyjaźnie i cóż, miłość. Dba też o zachowanie pamięci z tego czasu, zapisuje wspomnienia na pocztówkach…
Ella przeżywa piekło, i to piekło, które powtarza się dzień w dzień. I wydaje się, że to piekło nie ma końca….
Naprawdę poruszająca książka. Pięknie napisana, z dużą czułością i empatią. Pochłonęła mnie całkowicie, więc śmiało ją polecam.

Tylko przekopując ziemię w obozie, można było napisać historię tego, co wydarzyło się na powierzchni. Ogień nic nie zwojuje. Pod gliną kryła się prawdziwa historia Auschwitz.

Magdalena Witkiewicz, Czereśnie zawsze muszą być dwie. To naprawdę piękna historia!
To ponadczasowa historia miłosna, która łączy pokolenia. A zaczyna się od niezwykłej przyjaźni między młodziutką Zosią, a starszą panią Stefanią. To pokazuje jak drobne, wydawałoby się całkowicie niepozorne wydarzenia, decydują o całym naszym życiu. Decyzja o wagarach spowodowała, że życie Zosi, naprawdę się zmieniło.
To historia pięknej, uniwersalnej przyjaźni. Przyjaźni, która może przetrwać wszystko. Ale i przyjaźni, która ma moc uzdrawiania poranionych dusz. Przyjaźni, która dodaje nadziei i może oszukać przeznaczenie.
Jak każdą książkę Magdaleny Witkiewicz, i tę czytało mi się po prostu wspaniale! Muszę dodać, że czytałam ją w złym stanie zdrowia i bardzo mi pomogła. Ma więc uzdrawiające moce!

Człowiek nie powinien być sam na tym świecie. Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. Tak jak człowiek, gdy kocha-rozkwita.

Maria Bennet, Hotel Angleterre. Ta książka opowiada losy młodego małżeństwa, Georga i Kerstin, których spokojne życie, przerywa na samym początku związku wojna i powołanie do służby. Kilka miesięcy zamienia się w kilka lat. Młodzi w zasadzie nie zdążyli się w pełni poznać, nacieszyć sobą, okrzepnąć w małżeństwie. On na dalekiej północy przeżywa bardzo ciężkie chwile, a trzyma go przy życiu myśl o żonie. Ona zaś musi wrócić do rodziców. Traci nadzieję na powrót męża, żyje wojenną codziennością i rozwijającą się przyjaźnią z Violą. Ta zupełnie inna od Kerstin dziewczyna, staje się kimś więcej niż tylko przyjaciółką Kerstin… Do czego doprowadzi ta znajomość?
Pierwszy raz tę książkę zobaczyłam kilka miesięcy temu u kuzynki, skusiła mnie okładka, niestety to nie była jej książka, a pożyczona od znajomej. Dorwałam ją w swojej bibliotece i czytałam z wielką przyjemnością. Uwielbiam takie historie, które rozwijają się na przestrzeni wielu lat. A w dodatku tutaj tłem jest wojna…
Owszem, to obszerna książka, ale czyta się ją z fascynacją i niesłabnącą ciekawością!

Pracują razem w więziennej bibliotece, ponieważ należą do najlepiej wykształconych więźniarek.

E. E. Lynes, Impreza sąsiedzka. W dwie minuty życie Avy zmieniło się o 180 stopni. Jej córeczka po prostu zniknęła, i to ze swojego własnego domu! Ava nie może sobie darować dania sobie przerwy, skorzystania z faktu, że mała jest grzeczna i szybkiego ogarnięcia prania. I przejrzenia Facebooka. Minął rok…
Dziewczynka wciąż jest nieodnaleziona. Ava jest w rozpaczy, chociaż jej mąż Matt, uważa, że powinni zacząć żyć normalnie. Jedna impreza u sąsiadów, zasiewa ziarno niepokoju w głowie Avy. Zdaje się jej, że wszystko co wiedziała o dniu zaginięcia Abbie, jest nieprawdą. A śledztwo dla niej, zaczyna się od nowa…
Książka wolno się rozgrzewa, taki jest zamysł autorki. Zakończenie jest zaś naprawdę zaskakujące i wielowątkowe.

Malwina Ferenz, Miłość z odzysku. To również książka, która pomaga dojść do zdrowia i ma silne właściwości terapeutyczne. To bardzo pozytywna i otulająca historia. To nie był dobry dzień dla Stanisława Koziołka, był na ogromnym kacu i marzył o wygodnym łóżku i tabletce przeciwbólowej. Tymczasem z powodu wiadomego stanu, Staszek popełnił pewien błąd. I ten błąd całkiem zmienił życie dyrektora szkoły, niejakiego Anatola.
Skromny i spokojny wdowiec, opiekun nastolatki, poważny pan dyrektor, musi wystawić drużynę w Biegu Niepodległości. Jest to dla niego wyzwanie, ale i okazja by lepiej poznać swoich nauczycieli i Barbarę, matkę nowego ucznia…
To naprawdę urocza, ciepła i zabawna książka, o tym, że uczucia nigdy nie przychodzą w porę i nawet najbardziej oporny na nie człowiek, w końcu pęknie!

Gabriela Gargaś, Kiedyś się odnajdziemy, Zawsze będziemy razem. Tym razem polecam od razu sagę, co prawda są 3 części, ja przeczytałam dwiem, ale po prostu tyle miałam w domu.

Bardzo lubię książki, które dzieją się na przestrzeni lat i pokazują dorastanie i rozwój bohaterów, w trudnych czasach.
Janka pochodzi z bogatej rodziny, z Wołynia. Jako dziecko przeżywa prawdziwą rzeź, straciwszy oboje rodziców, zmuszona jest uciekać z ciotką i szukać szczęścia w dalekiej i nieznanej Warszawie.
Tadeusz w trakcie Powstania, przeżył prawdziwą tragedię. Wydaje mu się, że na samym początku jego życie się skończyło, wtedy poznaje tak samo poniewieraną przez los Jankę…
To książka o miłości, przyjaźni, wielkich tragediach i życiu w tle olbrzymiej historii. Świetnie się ją czyta, od razu zabrałam się za drugi tom. A tam, mamy kontynuację losów rodziny Dobrzyńskich. Naturalną koleją rzeczy jest to, że po latach na pierwszy plan wysuwają się dzieci i to one są głównymi bohaterami opowieści. A ta opowieść cały czas tak samo zachwyca i tak samo świetnie się ją czyta.

Jakże pamięć potrafi zwodzić człowieka! Kiedy wydaje nam się, że o czymś zapomnieliśmy, wydarzenia z przeszłości powracają do nas nagłą falą, kiedy najmniej się tego spodziewamy.

Ścieżka dźwiękowa- Bloc Party – Exes 

Minął miesiąc . Sierpień.

I skończył się sierpień. Ach, ależ to był piękny i całkiem długi miesiąc. I co tu dużo mówić, był to przecudowny miesiąc. Pogoda nas rozpieszczała, ilość atrakcji i pięknych dni, po prostu oszałamiała!

Sierpień zaczął się upalnie i bardzo miło, bo spotkaniem z blogową Myszą i jej kochaną rodzinką. Mamy farta, że udaje nam się spotykać co roku. Muszę tutaj publicznie złożyć obietnicę, że następne spotkanie powinno być tym razem w Szczecinie! Chociaż mam wrażenie, że mam Myszy do pokazania jeszcze milion fajnych miejsc w mojej okolicy. Także mimo wszystko, zapraszam dalej i częściej!

W ogóle w sierpniu tych spotkań było naprawdę dużo. Dużo się działo, wielu gości, wiele spotkań, aż do nocy. A wiadomo, gorące noce, sprzyjały rozmowom i biesiadowaniu. Czuję ogromną wdzięczność, za rodzinę i wspaniałych przyjaciół, którzy są obok. Sierpień mi pokazał, że jestem w pięknym momencie życia i aż chciałoby się, by ten stan trwał i trwał!

Sierpień to czas podsumowań, ale pozytywnych. W końcu za nami pierwsza rocznica ślubu. Wspomnienia wciąż żywe, jakby to było wczoraj. Impreza rocznicowa bardzo udana. A dzięki tej okazji, mieliśmy możliwość odbycia wielu miłych spotkań. Jak widać, same plusy!

Jako, że pogoda nas rozpieszczała, korzystałam z niej ile się da. Chociaż spacerowo było gorzej niż w lipcu, w końcu w tej najbardziej upalne momenty, spacerować jakby się nie chciało. Za to chętnie rozbijałam obóz w ogrodzie i czytałam tam książki, schowana przed całym światem. To była moja baza, w której jadałam obiady, śniadania i relaksowałam się po pracy. Wiem, że nigdy nie wrócę do mieszkania bez ogrodu. To zdecydowanie moja oaza.

Sierpień obfitował w miłe spotkania, piękne chwile spędzane wspólnie poza domem. Towarzysko to był rewelacyjny czas. Korzystałam z okolicznych atrakcji ile wlezie. Morze, jezioro, a w deszczowy dzień knajpy i kino. Udało mi się namówić moją 91 letnią babcię na wypad do kawiarni. To dla niej spore wydarzenie, a dla mnie sama radość. Byłam też na Męskim Graniu, które zostawiło po sobie niesmak. Próbowałam zatrzeć to złe wrażenie, oglądając finał finałów. Dzielnie dotrwałam niemal do północy. Ale nie dałam rady i pokonał mnie niejaki Sobel. Jego muzyka zadziałała na mnie wyjątkowo wręcz usypiająco i nie dane mi było zobaczyć koncertu Orkiestry. No cóż, najpierw Kortez, potem Sobel, emocje jak na grzybach!

Na MG zostawiłam mój kapelusz. Na szczęście odnalazł się u brata, ale, że dzieli nas ponad 120 km, to nie doszło wciąż do spotkania. Na ostatnie letnie podrygi poszukiwałam solidnego kapelusza, i zonk. W sierpniu można kupić cieplutkie kurtki i kozaczki, za to kapelusze są już cieplutkie i ocieplane. Nigdy tego nie zrozumiem! W każdym razie udało mi się kupić co trzeba i to nawet ze sporą zniżką. Szkoda tylko, że wybór taki mały. W gruncie rzeczy to śmieszne, że wciąż mnie to dziwi. W końcu w lutym, nie mogłam już kupić zimowych butów. Wszędzie trampki i balerinki. Jakoś nie umiem się wstrzelić.

Frania stęskniła się za swoim weterynarzem, zdecydowanie ciążyło jej to, że pan doktor nie wie co u niej słychać. Dlatego też jechałam z nią i jej zmianą na uszku niemal na sygnale. Ok, mi się wydawało, że to jakaś zwykła zmiana, ale pan doktor nie zbagatelizował problemu, wręcz przeciwnie, pochwalił za czujność. Malutka dzielnie znosiła zastrzyki i nacieranie uszka kropelkami. To moja bohaterka! Przy okazji okazało się, że jaka matka, taka córka. Franeczka ma chore zatoki, tak jak ja. To jej powikłanie po kocim katarku z dzieciństwa. Obie równo smarkamy!

Miałam wrażenie, że sierpień był bardzo długi i piękny. I nie mówię tylko o pogodzie. Mam takie poczucie, że wycisnęłam ten miesiąc jak cytrynę i zabrałam wszystko co mogłam.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski – Ósemko

Minął sierpień. Książkowo

W sierpniu przeczytałam 20 książek. Zacny to wynik, i to pomimo wakacyjnych aktywności. Aczkolwiek przyznaję, w ten gorący sierpień celowo wybierałam lżejsze pozycje, bo w nadmiarze słońca, moja głowa chciała odpocząć przy lekkim piórze.

Wielki minus? Emilia Teofila Nowa, Grand Hotel Granit. Dawno żadna książka, aż tak mnie nie zmęczyła! Ilość pracowników hotelu, pociotek, przyjaciółek, przechodniów jest taka, że nie da się spamiętać tych wszystkich imion, nazwisk i pseudonimów. Postaci się plączą i mylą. Sama zaś fabuła jest nijaka, bardzo nudna, naciągana i w zasadzie nie odnalazłam jej ani grama sensu. To książka, która zabiera nam cenny czas, nie dając nic w zamian. Zdecydowanie nie warto jej czytać. Wizyta w Grand Hotel Granit, to murowany ból głowy!

Gdyby była mężczyzną, ludzie nazywaliby ją playboyem. Ale jako kobieta mogła być albo rozwiązłą, albo cnotką niewydymką. Albo kurwą, albo świętą. Nie istniała inna możliwość. I to najzwyczajniej w świecie ją wkurwiało jak każde kłamstwo.

Bardzo mnie też rozczarowała historia Gra w kolory, Marzeny Rogalskiej. Jak zmęczyła mnie ta książka! Bardzo słaba, nie wiem czemu, ale spodziewałam się zdecydowanie czegoś lepszego. Taki męczący misz masz. Czekałam na koniec tej historii, jak na wybawienie. Nie potrafiłam polubić żadnego bohatera, ani odnaleźć się w gąszczu dialogów i opisów.


Jeśli umiesz już dawać, to naucz się czasem brać.

Teraz coś, co mogę polecić!

Osobni, Katarzyna Franus. Jest to debiut, który nie ustrzegł się kilku błędów, ale w ostatecznym rozrachunku to naprawdę solidna i warta przeczytania książka.
Jej wielkim plusem jest to, że jest to surowa historia, pokazująca trudne życie dwojga ludzi. Kinga i Mateusz, ludzie w pewnym wieku, z sukcesami zawodowymi na koncie, ale z pogmatwanym życiem osobistym. Ukojenia ona szuka w górach, on trafia tam przypadkiem. I teraz, jeżeli liczycie na to, że poznali się na szlaku i zeszli z niego zakochani, to się mylicie. Ta książka pokazuje wszystkie lęki bohaterów, ich wątpliwości, rozterki, ograniczenia i walkę z własną głową.
To książka o ludziach, którzy chcą być blisko, ale jednak są osobno.
To nie jest ckliwy i łzawy romans. To książka o dojrzewaniu i budowaniu zaufania. Nie tyle do innych, co do samego siebie.
Bardzo udany debiut!

Kingę od dawna korciło, żeby wyruszyć w trasę bez żadnego planu. Bez żadnej mapy z chronologią przyszłych wydarzeń. Żadnych konkretów. Żadnych odgórnych ustaleń. Tylko kierunek był oczywisty. Południe. Tam, gdzie góry.

W maratonie życia, Anna H., Niemczynow. Powiem tak, niesamowicie podobała mi się ta książka. Ale miałam ochotę główną bohaterkę wsadzić pod lodowaty prysznic i nią solidnie potrząsnąć.
Matylda od dziecka desperacko pragnęła miłości i akceptacji. Chciała szybko założyć swoją rodzinę, tak inną, od jej własnej, dysfunkcyjnej. Nie brakowało w niej pieniędzy i możliwości, ale brakowało czasu dla dziecka. Brakowało miłości i czułości.
Matylda szybko wychodzi za mąż i rodzi synka. Ale rzeczywistość nie jest bajkowa, wręcz przeciwnie. Na drodze Matyldy, zamiast niedzielnych śniadań, długich spacerów i rodzinnego szczęścia, stają niezrozumienia, zdrady, niepewność jutra. Młoda kobieta, nie tak wyobrażała sobie życie. Brakuje jej oparcia w mężu i jego miłości. Kiedy dziewczyna idzie do pracy, poznaje miłego i romantycznego nauczyciela wuefu…
Jakie szczęście, że Matylda ma kochającą babcię, która służy jej wsparciem, dobrym słowem i pomocą. Dzięki niej udaje jej się przetrwać najgorsze burze.
W maratonie życia, to rozliczenie 30 latki z jej przeszłością. To coś w rodzaju spowiedzi i odpuszczenia sobie grzechów. Czyta się świetnie. Polecam by dać się porwać temu maratonowi i pobiec przez życie Matyldy, razem z nią.

Urosły mi zbyt wielkie skrzydła, abym mogła racjonalnie stąpać po ziemi. Janek wykorzystywał każdą chwilę na to, aby pokazać mi, jak może wyglądać związek między dwojgiem kochających się ludzi.

Poszukiwacze muszelek, Rosamunde Pilcher. Kojąca, to najlepsze określenie dla tej historii. Otula czytelnika, spokojem, lekkością i nostalgią. Opowieść płynie powoli, przenosi nas do przeszłości i pokazuje teraźniejszość. Życie Penelopy Keeling, wydaje się uporządkowane. Ale to pozory. Jej przeszłość jest barwna i zaskakująca. Nawet dla trójki dzieci Penelopy.
emerytka czerpię z życia radość i chłonie je różnymi kolorami. Tak jakby chciała wymazać to co było szare, nijakie, a czasem czarne z żalu i rozpaczy.
Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę, i śmiało mogę ją polecić, jako książkę, która koi i dodaje nadziei.

Kiedy wy dwoje jesteście razem, w powietrzu jest tyle elektryczności, że wystarczyłoby na burzę z piorunami.

Isabelle Broom, Moja magiczna Praga. Ta książka może być swoistym przewodnikiem po Pradze. Dla tych, którzy znają to miasto, będzie to sentymentalna wycieczka. Dla tych, którzy nigdy tam nie byli, okazja by poznać i zakochać się w Pradze.
„Trzy pary”, trzy zupełnie różne historie, które łączą się w jednym hotelu w Pradze. Miłość, przyjaźń, i piękne wspomnienia. Do tego dużo tęsknoty i niepewności. Pięcioro bohaterów, którym miasto pisze swój własny scenariusz.
Chociaż akcja dzieje się zimą, to miło ja przeczytać nawet latem. Kojąca, urocza, choć chwilami smutno chwyta za serce.
Polecam!

Żałowała, że nie może sięgnąć po przeszłość i chwycić wspomnień obiema dłońmi, rozłożyć ich gdzieś w bezpiecznym miejscu jak zasuszonych kwiatów, żeby móc do nich wracać, kiedy się ma ochotę.

Angielskie lato, Małgorzata Mroczkowska. Książka z dużym, ale to naprawdę dużym potencjałem. Pełna tajemnic, niedomówień, tęsknoty i nagłych emocji.
Anna i Walter to zgrane małżeństwo, szczęśliwie wiodą swoją życie, zarówno to osobiste, jak i zawodowe. Telefon od przyjaciółki Anny, przynosi jednak ogromne zmiany w życiu bohaterów…
Kiedy umiera matka Waltera, Anna podejmuje się remontu. Tak się składa, że syn wspomnianej przyjaciółki, szuka pracy. Anna proponuje więc Wojtkowi, i jego dziewczynie pracę przy remoncie. Młodzi zarobi, a Anna i Walter łatwiej sprzedadzą odświeżony dom.
Przyjazd „młodych” to początek dramatu, ale i pięknej historii. Życie z dala od Londynu, nad morzem, w otoczeniu o połowę młodszych gości, będzie przełomowe dla życia Anny….
Szkoda tylko, że historia nagle się urywa i zdecydowanie brakuje kilku, kilkunastu zdań wyjaśnień autorki, co dalszych losów bohaterów.

Chwila zawsze trwa za krótko, za płytko, za cicho.

Widzę cię, Mary Burton. Wyjątkowo solidny Thriller, który sam się czyta. Obfituje w moc akcji, napięcia i niepewności. Solidnie skonstruowana fabuła, wartka akcja, i świetnie nakreślone postaci – to czyni z tej książki, pozycję godną polecenia, po prostu każdemu!
Główną bohaterką jest Zoe. Zoe Spencer jest agentką, która zajmuje się odtwarzaniem twarzy ofiar, przy pomocy pozostałości czaszki. Zostaje wezwana do odnalezionych w skrzyni kości, po zmarłej niemal 20 lat temu dziewczynie. Okazuje się ona zaginioną dziewczyną, o której losach nikt nie wiedział od prawie 20 lat. Znalezisko dziwnie łączy się w nowymi morderstwami i atakami na kobiety. Tragedia dzieje się również w domu siostry, zmarłej dziewczyny.
Czy policja odnajdzie zabójcę sprzed lat? I to teraz zakłóca cenny spokój miasta?
Poszukajcie odpowiedzi!

Najlepiej funkcjonowała w stanie cierpienia.

Ścieżka dźwiękowa- Quiet Riot – Cum on feel the noize

Minął lipiec. Książkowo.

W lipcu naprawdę dużo przeczytałam, na liczniku 21 książek. Także jest co oceniać, polecać, albo wręcz przeciwnie. To co? Zaczynamy!

Zaczynamy od książek, które nie zdobyły mojej wielkiej sympatii.

Kate Morton, Córka zegarmistrza. Obiecywałam sobie wiele, ale nie dostałam tego, czego oczekiwałam. Owszem, to dalej ładnie napisana książka, bardzo tajemnicza, obiecująca. Ale mnie w ogóle nie wciągnęła. A najbardziej rozczarowało mnie zakończenie. Bardzo spłycone i naprawdę nijakie. Męczyłam się z tą książka, i naprawdę się cieszyłam, kiedy nadszedł koniec.

Bycie rodzicem to pestka-…-To jak z opaską na oczach sterować samolotem, który ma dziury w skrzydłach.

Rozczarowałam się też Zatoką Tajemnic, Rosanny Ley. Przyznam szczerze, nie zachwyciła mnie ta książka. Miałam duże nadzieje, ale nie wyszło. Książka dawała obietnicę wielkiej tajemnicy i zagadki. Ale druga połowa książki jest niesamowicie rozwleczona, przegadana i w zasadzie się urywa. O czym jest? Bohaterkami są Julia i Ruby. Jedna to hiszpańska zakonnica, druga to 35 latka z Anglii, która odkrywa, że została adoptowana. Ruby rusza w podróż, w poszukiwaniu korzeni.
Spore rozczarowanie, szczególnie tą drugą częścią książki.

to typowe dla współczesnego świata, żeby najpierw myśleć o tym co niedostępne i zabronione, zamiast cieszyć się tym, co osiągalne i ważniej…

Adam Silvera, Nasz ostatni dzień. Książka zbiera dobre, ba, bardzo dobre recenzje. Aczkolwiek mnie nie porwała. Adam Silvera przedstawia historię Rufusa i Mateo, którzy dostają wiadomość, że dziś umrą. Mają przed sobą ostatni dzień życia. Dwójka nieznajomych, staje się swoimi Ostatnimi Przyjaciółmi. Książka wiele obiecuje, kończy się zbyt szybko, jakby autorowi zabrakło papieru na dalszą opowieść.
W zasadzie całość sprowadza się do dość banalnych wniosków- żyj tak, jakby każdy dzień był tym ostatnim. Korzystaj z życia i doceniaj przyjaźnie.

Lepiej żyć, marząc o śmierci, niż umierać, marząc o wiecznym życiu.

Wyznanie, Jessie Burton. Czy to jest najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku? Tak wygląda.
To piękna historia, której bohaterkami są trzy kobiety. Connie, Elise i Rose. To historia o miłości, braku zrozumienia, chęci akceptacji. To książka o wielkim pogubieniu, młodości, naiwności, szukaniu siebie. To opowieść o wielkich emocjach, nieprzemyślanych decyzjach i błędach jakie popełnia każdy z nas.
Jessie Burton opowiedziała piękną i ponadczasową historię. Niewiele jest pisarek, które tak lekko i tak pięknie, potrafią pisać. Które aż tak czarują czytelnika. To zupełnie inna książka niż debiutancka Miniaturzystka. Osobiście wyjątkowo mnie zaskoczyła i niesamowicie wciągnęła. Nie mogłam się oderwać. Śledziłam losy bohaterek, kibicowałam Rose w walce o siebie. Złościłam się na naiwność Elise. Odrzucał mnie chłód Connie. Mimo to każda z bohaterek stała mi się bliska.
To książka, którą naprawdę warto poznać, zagłębić się w jej piękno i dać się porwać nurtowi tej historii.

Każda kobieta zasługuje na prawo do porażki, lecz otrzymują go tylko nieliczne – pisała. – To bowiem wielki przywilej móc katastrofalnie zawieść i otrzymać drugą szansę, jakby nic się nie stało. Mężczyźni robią to nieustannie, a jeśli są poddawani krytyce, to zawsze jako jednostki. Mam na myśli polityków, biznesmenów, ba nawet morderców. Białe diabły, które niszczą świat. Oczywiście kobiety też potrafią być diabłami. Kiedy jednak kobieta doznaje porażki, zwykle robi to w imieniu całej swojej płci, jakbyśmy tkwiły w jednym ciele. Dlaczego nam nie wolno niczego spieprzyć?! Bojaźń jest w życiu kobiet plagą szarańczy!

Diane Setterfield, Czarne skrzydła czasu. Jak dla mnie ta książka jest przepiękna. Opowieść wręcz płynie, jest piękna, spokojna, pełna wdzięku, umiłowania każdego słowa i szacunku dla czytelnika. Tak, ci co liczą na wielkie zwroty akcji i niesamowite emocje, mogą się solidnie rozczarować. Mnie jednak ta książka szczerze zachwyciła i zapewniła wiele pięknych wieczorów…
William to niezwykłe dziecko. Od małego wykazuje wielkie talenty, opanowanie i skłonność do przyswajania wiedzy. Mimo rodzinnej hańby, jaką dzierży jego ojciec, jego stryj pokłada w nim wielkie nadzieje. William pracuje z nim w fabryce, wynosząc ją na zupełnie inny poziom.
W osobistym życiu, William doznaje wiele szczęścia. Ma przepiękną żonę i cudowne dzieci. Jak na swoje czasy, rodzina odniosła wielki sukces. Ale wtedy daje o sobie znać przeszłość. A ta przeszłość to strzelanie z procy i zabicie czarnego jak noc kruka. Od pewnego czasu, kolor czarny zasnuje życie Williama….
To książka o pożegnaniu, wielkiej stracie, ciężkiej pracy. Akcja toczy się wolno, a czytanie tej książki, to prawdziwa czytelnicza uczta!

Jak mierzyć stratę? Jak liczyć, ważyć, oceniać smutek?

Jess Ryder, Tylko jedna noc. Amber w teorii ma wszystko. Cudownego męża, piękne mieszkanie i wymarzoną córeczkę Mabel. Ma też olbrzymie wyrzuty sumienia, bo nie cieszy się macierzyństwo. Amber ma depresję poporodową, ale wstydzi się do tego przyznać. Aby odciążyć Amber, jej siostra Ruby, przejmuje małą Mabel na jedną noc. Amber z mężem mają odpocząć, spędzić razem czas i oderwać się od codzienności. Jedna noc, a tyle zmian w ich życiu!
To niesamowicie wciągający thriller, od którego nie można się oderwać. Autorka wyciąga na światło dziennie, kolejne kłamstwa i tajemnice. Nic nie jest oczywiste, ani takie jakim się wydaje. Akcja pędzi i nie pozwala odetchnąć.
To bardzo solidna książka. Gwarantuje niesamowitą dawkę emocji. Wciąga, angażuje czytelnika w rozwiązanie zagadki. I faktycznie do samego końca trzyma w napięciu!

Magdalena Witkiewicz, Cześć, co słychać. Zuza jest u progu 40 urodzin. Ma męża, tego samego od 15 lat, Wojtka. Jej rodzinę dopełniają dwie córeczki, Iga i Pola. Zuzę i Wojtka łączy dom, rodzicielstwo, codzienność. Oczywiście jest między nimi miłość, ale nie ma co ukrywać, po tylu latach nie ma już tego ognia, pasji i namiętności. Zamiast nastoletnich uniesień, jest stabilizacja, pewność, poczucie bezpieczeństwa.
Jeden post koleżanki, znaleziony w sieci, jedno spotkanie w gronie czterech licealnych przyjaciółek. Niby nic, ale wróciły wspomnienia i chęć powrotu do lat minionych. Do emocji i miłości, która paliła policzki i wywołała dreszcze. Tą miłością dla Zuzy, był Paweł. Ich losy dawno temu przekreślił los. Ale dziś można wysłać mu wiadomość. Taką niewinną i przyjacielską…
Cześć co słychać?
Jedna wiadomość budzi dawne demony, emocje i pasję. Czy Zuza zaryzykuje rodzinne szczęście, czy w porę się opamięta?
Koniecznie przeczytajcie tę książkę. Pokazuje bowiem jak łatwo można zmienić swoje życie o 180 stopni, ale czy na lepsze? Czy można dwa razy wejść do tej samej rzeki? Czy naprawdę miłość to tylko dzika namiętność?
Zdecydowanie daje do myślenia!

Wiesz. On raczej jest taką wygodną, swojską wysiedzianą sofą. Z licznymi plamami po kawie i pękniętą sprężyną. Ale jest mój. – Stare meble się wyrzuca – powiedziałam. – Ale nie takie. To mebel dobrej klasy. Może go już nie lubisz tak bardzo jak kiedyś, może wnerwia cię, bo sprężyna wbija ci się w tyłek. Ale każda plama ma swoją historię. Nie pozbędziesz się go, bo masz do niego sentyment. Poza tym…-dodała po chwili. – Nie miałabyś już na czym usiąść. I byłoby ci bardzo niewygodnie.

Sue Watson, Kobieta z sąsiedztwa. Wow, czytałam naprawdę z zapartym tchem. Świetna intryga, bardzo solidny thriller, który trzyma w napięciu, żongluje emocjami i nie pozwala odłożyć książki ani na moment. Książkę przeczytałam w jeden dzień! Nie mogłam się od niej oderwać ani na krok.
Matt i Lucy są małżeństwem. Bardzo się kochają, wspierają i razem walczą z bezpłodnością. Ich sąsiadką zostaje pogodynka, lokalna gwiazda, Amber.
Lucy i Amber bardzo się zaprzyjaźniają. Aż za bardzo… Ich relacja staje się toksyczna. Nakręca ją prześladowca Amber. Kobieta czuje się ofiara stalkingu, nie czuje się pewnie we własnym domu i przeprowadza do przyjaciółki. Niezbyt cieszy się Matta, który nie darzy Amber przyjaźnią. Sprawa komplikuje się, kiedy podejrzenia o stalking spadają na Lucy…
Bardzo polecam tę nieoczywistą i zaskakującą książkę.

Choć Amber jest piękna, zamożna i ma udaną karierę, szczerze jej współczuję, bo tak naprawdę pragnie ona tego samego co każdy – kochać kogoś, kto i ja kocha, a ja to właśnie mam.

Guilaume Musso-Sekretne życie pisarzy. Jeżeli miałabym opisać tę książkę jednym słowem to byłoby to słowo- Pogmatwana. I uwaga, jest to pozytywny kontekst. Ta książka jest pogmatwana, lawirująca pomiędzy prawdą a literackim kłamstwem, które dzieje się w tej historii. Mąci, gnębi czytelnika, sprawia, że granice pomiędzy jawą i snem, wyraźnie się zacierają.
Historia snuje się wokół pisarza, który nagle zakończył karierę i zaszył na wyspie. Nie pisze, nie chce wrócić na sam szczyt. Zniknął z życia publicznego. Tropem Nathana, rusza młoda kobieta. Ma dla niego niesamowitą historię, której podstawę daje stary aparat fotograficzny. Co wyniknie ze spotkania pisarza i Mathilde? Koniecznie musicie przeczytać.
To piękna, tajemnicza i naprawdę zagmatwana książka, która daje ogrom przyjemności.

Jak narkoman kochałem te chwile, gdy fikcja włamywała się w codzienność. To z tego powodu tyle czytałem. Nie żeby uciec od życia w świat wyobraźni, ale żeby wróci do życia zmieniony dzięki lekturom. Bogatszy o doświadczenia z wyimaginowanych podróży, o spotkania z wyimaginowanymi ludźmi, gotowy, by skorzystać z tego bogactwa w życiu codziennym.

Joy Fielding, Martwa natura. To jest bardzo przyzwoita książka. Mogłaby być naprawdę świetna, ale ma kilka drobnych wad. Największą jest podanie rozwiązania w połowie książki. Zabiło to we mnie nieco ciekawość. Owszem, akcja dalej się toczy, i jest nawet napięcie, ale mi osobiście to wyjątkowo przeszkadzało. Wolałabym więcej niewiadomych i więcej napięcia. Jeszcze więcej!
Narratorką książki, jest Casey. Kobieta, która po spotkaniu z przyjaciółkami pada ofiarą okropnego wypadku. Od tego czasu pozostaje w śpiączce. Wraca jest słuch i świadomość. Ale o ile umysł ma jasny, to jej ciało odmawia współpracy. Casey nie widzi, nie mówi, nie może ruszać swoimi kończynami.
Otoczona rodziną i bliskimi, kochającymi ją ludźmi, ma wracać do zdrowia, albo raczej do życia. Ale jedno nie daje jej spokoju, czy to na pewno był tylko wypadek? Czy komuś zależy na jej życiu? I do czego ten ktoś będzie zdolny? Mimo wad, książka naprawdę mi się podobała. Był potencjał na coś wielkiego, wyszło bardzo solidnie, ale i tak, warto ją polecić na letnią lekturę.

,,Chodzi o to, że nad naszym życiem nie mamy żadnej kontroli, nie panujemy nad nim. Nie mamy żadnych gwarancji i nigdy nie będziemy wiedzieć, co się w naszym życiu wydarzy, co nas czeka. Lecz mimo to nie możemy poddać się ślepemu losowi i być całkowicie bierni. Istota rzeczy polega na tym, że niezależnie, jak bardzo jesteśmy omylni i ułomni, nie możemy się losowi oddać, musimy otwierać się na innych…”

Ścieżka dźwiękowa-PJ Harvey – Near the Memorials to Vietnam and Lincoln

Minął miesiąc. Lipiec

Żegnaj lipcu, witaj sierpniu. Ale nim rozgościmy się w sierpniu, zajrzyjmy bliżej do lipca!

Lipiec, pogoda w kratkę. Niemal marcowy garniec. I te nieziemskie upały i słoneczne dni. I te burzowo-deszczowe, i te kiedy musiałam zakładać kurtkę i solidnie otulać szyję chustą. Totalny misz-masz. Niestety ten miszmasz i miks, przepłaciłam zapaleniem zatok. Kiedy standardowe leki przestały sobie dawać radę, musiałam zasięgnąć porady lekarza. Werdykt? Jak zwykle, antybiotyk. Dobrze, że tym razem jedynie na 3 dni. Aczkolwiek mam wrażenie, że moje zapalenie przeszło w stan jeszcze bardziej przewlekły. Jakoś tak, ostatnio kichanie, smarkanie i używanie sterydów przeszło u mnie w stan bardziej niż pernamentny!

Lipiec jednak zaczął się dobrze, bo wyjazdem na Roztocze. Pogoda dopisała, w głowie i sercu zostały piękne wspomnienia i cudowne widoki. Byłam i jestem do teraz, zachwycona tym wszystkim co się tam działo. Bardzo bym chciała, by taki urlop mógł trwać nieco dłużej, a nie jedynie tydzień. Marzą mi się takie dwa pełne tygodnie. Dwa tygodnie luzu i odpoczynku. Bardzo mi się marzą. Ale to niezbyt realne. Dlatego też cieszę się tym co mam. A mam wiele. Takie piękne wakacje, cudowne wspomnienia, wiele pięknych miejsc odwiedzonych i zjedzonych pyszności na koncie. To był prawdziwie cudowny początek lipca!

W lipcu pracy było co niemiara! Zdecydowanie skrócił mi się sen. Ogólnie to był wyjątkowo zapracowany i zabiegany miesiąc. Jak chyba żaden inny lipiec. Zamiast urlopowego odprężenia, mieliśmy ciągły chaos. W pracy spędzałam dużo czasu i ciągle z tyłu głowy miałam kolejne wyceny i zaległości. Do domu wracałam zdecydowanie zbyt późno, co głośno wykrzykiwała mi Franusia i Fifi. Bywało pełno takich dni, kiedy to wracałam do domu po 14 godzinach do wyjścia z niego. Narobiłam sobie sporo domowych zaległości. Jak na złość, weekendy były jakby krótsze i skupiały się głównie na niwelowaniu owych zaległości. Ale wiecie, nie jestem bez winy. Co chwilę znajdowałam sobie coś nowego do roboty. Ot, chociażby nową rabatę w ogrodzie. Nową aranżację skrzynek, które zdobią taras. Zrobiłam też lawendową alejkę. Uff!

A jakby tego było mało, po powrocie z pracy, zabierałam się za przerabianie wiśni na konfitury, wyprodukowałam też testowo syrop lawendowy. Musiałam obrobić całą wielką michę kwiatów lawendy, i wiecie co? Wyszło mi z tego ledwo trzy słoiczki. Takie po musztardzie. Ale po testach mogę śmiało powiedzieć, to nie koniec! To jest prawdziwa petarda, kropla przenosi mnie w prawdziwie lawendowe niebo. Syrop będę dodawała do herbaty, na zabiegane i męczące wieczory. A zabiegane to teraz były chwile, kiedy próbowałam zdobyć cukier do przetworów. Na co dzień w domu mam tylko erytrytol i nieco cukru pudru. Tak do dekoracji wypieków. Przed sezonem kupiłam jeden żelfiks i tyle. Teraz w pięciu sklepach szukaliśmy cukru i nic. Nie było też żelfiksów. Miła pani wytłumaczyła mi, że ludzie też to kupują, bo w środku jest nieco cukru. Zastanawiam się kto słodzi herbatkę żelfiksem? Szaleństwo. Cukier zdobyłam następnego dnia. Uwaga, był tylko cukier puder….

Odwiedziłam w końcu fryzjera. Pierwotnie miałam jedynie podciąć grzywkę. Ostatecznie, po półtorej roku zapuszczania włosów, wróciłam do boba. Tym razem jednak wersja dłuższa, taka, że mogę włosy zebrać w małą kiteczkę. Fajna odmiana. Na razie cieszę się morzem możliwości i włosami, które mogę albo rozpuścić, albo związać. Poprzednio, mogłam je tylko związać, bo ja i dłuższe rozpuszczone włosy? To się nie łączy!

W lipcu pogoda nie pozwoliła mi w pełni skorzystać z możliwości jakie daje mi moje miejsce zamieszkania. Standardowo kiedy przychodzi dwudzionek, albo pada, albo jest zimno. Ogrodowe wieczory trzeba spędzać po kocem, i w kamizelce. Owszem, były spacery, ale często z parasolem w ręku. Jak wtedy kiedy mieliśmy gości i lataliśmy w ulewie, pokazując im Gdynię. Albo gdy umówiłam się z moim bratem i kiedy tylko dojechałam na miejsce, rozpętała się burza… Mimo to udało mi się zorganizować jedną szaloną wycieczkę na ukochane wydmy. Przekrój pór roku, od zimowego wiatru, po upał i chodzenie bez butów. A jak poszłam na koncert Kaśki Sochackiej, to deszcz przestał padać dopiero pół godziny przed koncertem.

Jeżeli mowa o koncercie, to byłam też na koncercie Raz, dwa, trzy, i był to kolejny i kolejny bardzo miły koncert. I wiele muzycznych doznań. Udało mi się też nieco bawić się w turystkę i pozwiedzać Gdańsk i Gdynię. Fajnie poszwędać się w znane miejsca, tak jakby szło się tam pierwszy raz. A to wszystko dzięki naszym gościom, którzy chcieli by pokazać im wszystko. To był kulturalny miesiąc, dwa koncerty i kino. Co ciekawe, w tym czasie byliśmy sami na sali, w powtórce covidowej fali, to wyjątkowo fajne i bezpieczne. W dodatku nikt nie jadł popcornu i nie siorbał coli!

W lipcu usiadła na mnie pszczoła, albo osa, akurat nie odróżniam jednego od drugiego. Usiadła i tyle, nie zdążyła mnie ugryźć. Ale to starczyło bym dostała uczulenia. Pęcherz, swędzenie i silne zaczerwienienie, spuchła mi też ręka. Pamiętacie jak 3 lata wstecz wylądowałam na pogotowiu po kontakcie z pszczołą? Wtedy mnie ugryzła, teraz tylko usiadła. Muszę naprawdę zaopatrzyć się w adrenalinę, w razie konieczności!

Mam wrażenie, że lipiec był naprawdę długi i konkretny. Dużo się działo i to dużo fajnego. To był dobry miesiąc! Minus? Z babcią Fotografa zrobiliśmy 65 pączków, w upale. Nic nie zjadłam, zapomniałam ich wziąć !

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – High Hopes 

Minął miesiąc. Czerwiec.

I ten magiczny miesiąc już za nami. Szkoda, czerwiec minął nie wiem kiedy. Zdecydowanie zbyt szybko. A za to listopad, będzie mi się dłużył całymi miesiącami, jeszcze wspomnicie moje słowa.

No dobrze, czerwiec upłynął mi pod znakiem uczelni, było dużo nauki, wykładów i ćwiczeń. Tematyka księgowości i finansów wychodziła mi już bokiem. Do tego musiałam wymyślić temat pracy dyplomowej i w jeden dzień napisać jej plan i przygotować bibliografię. A potem czekałam czy pan doktor mi ją zaliczy. Uff, zaliczone. Generalnie to byłam wykończona. Łączenie pracy i nauki bywa naprawdę trudne. W moim przypadku, oznacza to weekendy, kiedy uczę się od 8 rano do 21 wieczorem, ale też jeden tydzień, kiedy mam zajęcia od poniedziałku do niedzieli. Dzięki ci dobry Stwórco, za nauczanie zdalne. Wszystkie zajęcia były online, więc nie musiałam brać urlopu. Gorzej było wytłumaczyć klientom, że przepraszam, ale mam egzamin i proszę mnie zostawić w spokoju. Ale się udało wszystko połączyć, chociaż był to wymagający czas. I to bardzo wymagający.

Czerwiec zaczął się średnią pogodą, taka na początek maja, czy nawet kwietniową. Przez większość miesiąca musiałam chodzić we wiosennym płaszczu. Omijały nas upały, wróciły, wróć, przyszły dopiero na sam koniec miesiąca. Akurat na ten czas, kiedy ja siedziałam od 8 do 21 na zajęciach online. Niby bywało słonecznie, ale chłodno. A jak już było cieplej, to padało. Także tego, całkowicie bez szału. Z zazdrością patrzyłam na relacje z innych części kraju, te upały i masa słońca. Jakoś widać nie było nam po drodze!

Czerwiec to bardzo urodzinowy miesiąc. Moje, fotografa, siostry, sąsiadki, mojej mamy. Oj dużo tego! Dużo okazji do świętowania, dużo zjedzonego ciasta, dużo miłych wieczorów z przyjaciółmi i rodziną, Udało mi się w końcu spotkać z przyjaciółką, synchronizacja naszych kalendarzy jest naprawdę ciężka, ale się udało. Spędziłyśmy ze sobą cudowne przedpołudnie. A wieczorem popędziłam z siostrą na urodzinowy koncert Dawida Podsiadło. Urodzinowy siostry, nie Dawida. Udało mi się też w końcu pokazać rodzicom moje ulubione miejsce nad morzem. Były kalmary na kolację, z widokiem na wielki błękit i dużo śmiechu.

Zawodowo to był kolejny ciężki miesiąc. Dużo pracy, ale i miłe docenienie w postaci podwyżki. W dzisiejszych czasach to wyjątkowo przydatne. Ale i generalnie, kiedy dużo od siebie dajesz, miło, że ktoś to widzi i docenia.

Czerwiec to truskawki, dużo truskawek. W tym sezonie rządzą truskawki z bitą śmietaną. Albo z bezcukrową galaretką. I jem je na okrągło. Z makaronem, naleśnikami, z omletami, solo, w koktajlu, i smoothie. Jem i jem. I wiecie co? Ciągle mi mało! Kiedy tylko była okazja, szłam na spacery. Nawet mimo niezbyt udanej pogody.

Czerwiec to dla mnie miły miesiąc. Piwonie, szparagi, rabarbar i truskawki. I ogródek, pelargonie, żurawki i pełno lawendy. A jak mi hortensja odżyła! Rok temu zjadły ją ślimaki, teraz zaś to trzy olbrzymie krzaki, będę miała z 40 kwiatów. Zamontowałam jeszcze dodatkowe oświetlenie, kupiłam świeczki i latarenki. Jest pięknie i magicznie. W takim kąciku mieszka się cudownie, uwielbiam spędzać tam czas. Na szczęście te ostatnie dni miesiąca były pogodowo łaskawe i mogłam spokojnie spędzać czas w otoczeniu zieleni. I różu, jakoś w tym roku poszłam w róż.

Koniec miesiąca to urlop. Kiedyś kupowałam bilety na Opene’ra, chodziłam na koncerty i odczuwałam coroczną ekscytację pt: kto zagra. Teraz mieszkam kilkaset metrów od lotnika w Kosakowie i cóż, musiałam wziąć wolne i wyjechać. Inaczej nie mogłabym wyjść z domu. Wiecie, że Biedronka już 4 dni przed 1 koncertem podwyższyła ceny? Także ja ruszyłam na Lubelszczyznę, do Zamościa!

Ogólnie czerwiec był bardzo szybki, naznaczony nauką i projektami. Mam wrażenie, że miałam za mało wolnego czasu. Zdecydowanie za mało. Liczę, że lipiec będzie wolniejszy, spokojniejszy, a pogoda będzie mnie rozpieszczać!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Walking in my shoes

Minął czerwiec. Książkowo.

W czerwcu na liczniku mam 18 książek. Bardzo lubię te chwile, kiedy siadam sobie w moim ogrodzie i po prostu czytam. To naprawdę cudowne momenty. Jestem ja, książka i kwiaty. Wtedy dzieje się magia! Aczkolwiek przez sesję na uczelni, musiałam też poczytać sporo notatek i dwa podręczniki z finansów.

Zacznę od tego co mnie nie porwało tym razem.

Justyna Chrobak, Zapach miłości. Dość przeciętna i wyjątkowo wręcz przewidywalna. Ona i on, masa problemów i miłość od 1 wejrzenia. Nic nie jest łatwe i bohaterowie na zmianę uwielbiają się i nienawidzą. I tak w kółko. Jak jest dobrze, zaraz jest źle . I na powrót.
Nudnawa historia, którą na szczęście szybko się czyta i jeszcze szybciej zapomina. Zapach miłości? Zdecydowanie mnie nie uwiódł.

Co polecam?

Ruth Ware, Jedno po drugim. Na okładce kusi opis- książka w stylu klasycznych powieści Agathy Christie. Wobec takiej zachęty nie mogę przejść obojętnie. Czy faktycznie jednak te słowa się sprawdziły?
Górska chata, w zasadzie luksusowy domek, kilka osób, służbowy wyjazd. I błogość przerywa nagłe morderstwo. Każdy staje się podejrzanym i zaczyna się prawdziwy wyścig z czasem o życie.
To jest bardzo dobra książka i bardzo solidna historia. Trzyma w napięciu, jest dość nieprzewidywalna, zapewnia dużą dawkę emocji. Łączy w sobie thriller i powieść psychologiczną. Poszukiwanie mordercy jest naprawdę fascynujące, a całość zaskakuje!

Emma Donoghue i Pokój. Wyjątkowo poruszająca i na pewno dla osób o silnych nerwach. Chociaż nie mamy tutaj jakiegoś seryjnego mordercy, ani epatowania krwią, to mamy buzujące emocje. Oto on, Pokój. Jedyne miejsce, które zna 5 letni Jack. To jego cały świat. Jack nie zna świata na zewnątrz, nigdy nie biegał po trawie, nie chodzi do przedszkola, nie był nigdy w kinie. Nie zna dziadków, nie ma kolegów, nie wie co to plac zabaw i jak wygląda sklep spożywczy. Jego życie to pokój, szafa i mama. A ona z ogromną desperacją stara się by jej syn, był szczęśliwy. Dla dziecka zrobi wszystko, spróbuje nawet powiększyć jego świat i opuścić pokój. Czy im się uda?
Bardzo poruszająca, wywołująca wiele łez i wzruszeń. Solidna psychologiczna książka, która dosłownie zapiera dech…

Wydaje mi się, że małym dzieciom najczęściej wystarcza do szczęścia bliskość matki.

Lori Nelson, Trzy siostry z Toskanii. Ach, jak miło mi się czytało tę książkę. Jest taka kojąca, pięknie napisana, poruszająca. Jest jak filiżanka cappucino w ciepły dzień. Słodka, chwilami cierpka, niosąca czystą przyjemność.
Poppy, Emilia i Luciana. Trzy damy z jednej rodziny, „przeklęte” drugie córki, którym nie dane jest szczęście w miłości. Przerwać klątwę może podróż do Włoch. Czy tam, w rodzinnych stronach przedstawicielki tej rodziny znajdą upragniony spokój i spełnienie? Czy wyzwolą się z piętna klątwy i zaczną żyć pełnią życia?
Ta bardzo sentymentalna podróż wymaga od Emilli i Luciany wiele odwagi, przełamywania swoich barier i odkrycia swojej tożsamości.
Mądra, otulająca, przyjemna. Zachwyciła mnie.

Właśnie zagubienie się jest tym, w czym tkwi całe piękno. Zagubienie się w książce. Zagubienie się w czyiś oczach. Zagubienie się w symfonii tak pięknej, że łzy napływają nam do oczu – Uśmiecha się – Zagubienie się w mieście na wodzie w rozgwieżdżoną noc. W tym właśnie kryje się magia, czyż nie?

Kathryn Croft, Nie ten mąż. Dziwna to książka. Bardzo nawet dziwna. Zaskakujące i wyjątkowo nieoczywiste zakończenie, popsuło mi całą przyjemność z czytania tej książki. Mam wrażenie, że zakończenie jest za mało wyjaśnione, spłaszczone i po łebkach. Liczyłam na więcej, bo 90 % książki, było po prostu genialne i wyjątkowo wręcz wciągające.
Dwa małżeństwa i jeden wspólny wieczór. I jedna decyzja- na jedną noc zamieńmy się żonami. Niewinna zabawa jest wstępem do prawdziwej tragedii… A od tej zabawy nie ma już odwrotu.
Czytało mi się ją rewelacyjnie. Wielkie brawa za pomysł i wykonanie. Autorka nie pozwala się nudzić i nie pozwala odejść od książki. Gdyby nieco bardziej dopracować i rozwinąć zakończenie, byłby wielki pozytyw!

Okazuje się, że wszyscy mamy trupy w szafie, czyż nie?

Meghan Stephens, Kupiona i sprzedana. Czytają tę książkę czułam wielką, ale to wielką złość. Na mężczyzn, którzy czerpią zyski z nierządu. Na mężczyzn, którzy korzystają z nieletnich prostytutek. Na system, który często przymyka oko, na nielegalny biznes. Na matkę Megan, która pozwoliła 14 letniej córce na samodzielne życie w obcym kraju, z kompletnie obcym mężczyzną. Byłam też wściekła na samą Megan, która była nie tylko młodzieńczo naiwna, ale i po prostu głupia.
Ta książka pokazuje jak wiele osób tutaj zawiodło. Jak wiele osób zapomniało o dziewczynie, łącznie z jej bliskimi. Ta książka otwiera oczy na wielkie zło, jakie dzieje się tak blisko nas.

Maja Lunde, Ostatni. To piękna historia o człowieku i sile natury. Książka o ludziach, którzy chcieli ujarzmić naturę, jej dzikość i samodzielność. Ale ta natura się zbuntowała i nie dała tak łatwo tego co ma najlepsze.
Ostatni to kolejna z cyklu powieści o zmianach klimatu i nieostrożności człowieka. Książka, chociaż mocno smutna, daje jednak nadzieję. To książka o potędze natury, ale i człowieku, który może powstrzymać nieuniknione. Ta książka podtrzymuje na duchu i dodaje odwagi do działania, by chronić to co nas otacza.
Dużo w niej smutku, ale i tyle samo nadziei na odrodzenie.

Nic już więcej nie mówiłam. I tak nie było sensu tłumaczyć. Przecież nie mogła wiedzieć, co to znaczy rozstać się z rzadkim stworzeniem, podarować panterze śnieżnej wolność. Podarować wolność – czyżby? Pozbyliśmy się ich, zrzekliśmy się odpowiedzialności, poddaliśmy się, niczego im nie podarowaliśmy, a już na pewno nie wolności.

Hallie Rubenhold , Pięć. Nieopowiedziane historie kobiet, zamordowanych przez Kubę Rozpruwacza. To chyba pierwsze spojrzenie nie, na słynnego mordercę Kubę Rozpruwacza, a na jego ofiary. Pięć kobiet, zwykłych i niezwykłych. Dotychczas bezimienne, stają się kobietami z krwi i kości. Kobietami, które w życiu nie miały szczęścia, a wręcz miały pod górkę. Walczyły z własnymi słabościami, nałogami i brakiem pieniędzy. Były ofiarami biedy, braku wykształcenia i własnej psychiki. Nie były to złe kobiety, a raczej zagubione osoby, poszukujące lepszego życia. I starające się przetrwać kolejny dzień. Dużą rolę w tej książce odgrywa XIX wieczny Londyn. Trawiony biedą, chorobami i nierównościami. Jest on cichym bohaterem długiego planu, w tej niezwykłej książce. Szczerze polecam, każdemu kto lubi historię, ale nie tylko.

Napisałam tę książkę nie po to, by wyśledzić mordercę i ustalić jego tożsamość. Chciałam przestudiować biografie pięciu kobiet, przyjrzeć się ich doświadczeniom w kontekście całej epoki, podążyć za nimi w świetle i w mroku. Tę książkę napisałam dla nich – w nadziei, że ich historia wreszcie zostanie usłyszana, a jej bohaterkom oddamy to, co brutalnie im odebrano: godność.

Roisin Meaney- Rocznica. Miły i rodzinny weekend. Ona, Lily, kobieta w żałobie, szykująca się do drugiego ślubu z Joe. Jej były mąż Charlie z partnerką. Córka Poll, która przybywa z narzeczonym i swoimi demonami. I syn Thomas, który mimo 30 lat, ciągle szuka swojej drogi. Miły, wiosenny weekend. Dom na plaży, jedzenie, rozmowy i wspomnienia. Sielska atmosfera szybko mija. Każdego bowiem z gości dopada życie i cienie przeszłości. Oraz niepewna przyszłość. Jeden weekend, ledwie kilka dni, a ileż wniesie to zmian w życiu bohaterów. Nie każdy wróci szczęśliwy, nie każdy wróci z pięknymi wspomnieniami i piaskiem w butach. Będą rozczarowania, gorycz i smutek. Niemiłe wspomnienia i walka z lękiem.
To bardzo życiowa książka. Akcja sunie się powoli, powoli zapoznając czytelnika z bohaterami i ich rozterkami. Czyta się ją świetnie, szczególnie polecam ją na urlopie!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode-Freestate

Kosmetycznie

Autour de Minuit Yves Rocher, perfumy. Mocno irysowe, z nutą paczuli i mandarynki. Perfumy mają piękny zapach, kwiatowy, ale nie jest to lekki i nijaki zapaszek. Pachnie bardzo kobieco i elegancko. Ciekawa jest nuta mandarynki, która odświeża całość, i dodaje energii. Więc nie jest to płaski i nudny zapach. Bardziej na wieczór, i na jesienną porę roku. Naprawdę to ciekawy zapach Flakonik jest jak najbardziej elegancki. Minusem jest marna trwałość, u mnie 2-3 godziny i koniec. A szkoda, bo zapach jest naprawdę piękny.

Eveline, krem do rąk Tea Tree. Krem kompres, z dodatkową funkcją antybakteryjną. Szczerze? Myślałam, że krem, który działa antyseptycznie będzie wysuszał skórę, ale ten krem działa cuda. Otula i koi skórę dłoni. Genialnie nawilża, łagodzi podrażnienia, regeneruje nawet mocne przesuszenia. Działa naprawdę długo, pięknie, orzeźwiająco pachnie, daje uczucie świeżości. Ma super cenę, wygodne opakowanie, bardzo dużą wydajność, przede wszystkich dlatego, że działa na długo i nie trzeba co chwilę się smarować. Na pewno będę do niego wracać.

L’ORÉAL PARIS Brilliant Signature Plump-In-Gloss, błyszczyk do ust. Co jak co, ale uwielbiam błyszczyki. Bo są takie proste w użyciu, nie wymagają lusterka, w przypadku poprawek, ba, nawet w przypadku nakładania. Co mnie w tym błyszczyku zaskoczyło? Przede wszystkim pędzelek do nakładania, jest oryginalny, ale i bardzo praktyczny. Świetnie się go używa. Błyszczyk ma za zadanie powiększyć usta i robi to poprzez substancje, które mrowią i dają uczucie chłodu. Mi osobiście średnio to pasuje, gdyż ten efekt jest naprawdę intensywny. Ale za to podobają mi się kolory i eleganckie opakowanie. Chociaż w sumie ja drugi raz nie kupię.

Tisane, balsam do ust w sztyfcie. Kupiłam go w aptece jako ratunek na moje podrażnione i popękane usta. Balsam bardzo szybko koi, regeneruje i nawilża. Szybko walczy z zajadami i podrażnieniem po opryszczce. Bogactwo naturalnych składników i kompleksowa pielęgnacja. Swój egzemplarz kupiłam w aptece i to już jest gwarancją dobrego działania. Jak dla mnie super balsam, świetnie się sprawdził na moich wymagających ustach.

Ścieżka dźwiękowa- The Coral – Dreaming Of You 

Kosmetycznie

Gliskur, szampon Liquid Silk. Dość lubię szampony tej marki i często do nich wracam. Ta wersja ma zapewniać krystaliczny połysk i wygładzenie włosów. I faktycznie, włosy są bardziej lśniące. Plusem jest też to, że włosy są dużo gładsze i mięciutkie. Szampon jest wydajny, cudownie pachnie, dobrze się pieni, ma ładną butelkę. Minusem jest to, że włosy po góra 30 godzinach zaczynają być już nieświeże. Jest więc z tych cięższych, być może to efekt tego wygładzenia, ale akurat dla mnie po niespełna 1,5 dnia to już minus.

Face Boom, krem do twarzy matujący. Kupiłam go skuszona promocyjną ceną, a poza tym potrzebowałam takiego kremu. Czegoś co zmatowi i fajnie uspokoi moją skórę. Plusem była cena- 24,99 zł, i optymistyczne, różowe opakowanie. I ten zapach! To jest dokładnie malinowa Mamba, coś świetnego o poranku, od razu czuje się dopływ pozytywnej energii. Krem jest lekki, szybko się wchłania. Delikatnie nawilża, lekko matuje. Świetny pod makijaż, idealny dla tych, którzy rano cenią każdą chwilę. Po miesięcznym stosowaniu cera jest bardziej matowa, i jaśniejsza. Nie jest to krem,który rozwiązuje problemy cery z niedoskonałościami. Ale krzywdy nie robi. Myślę,że najlepiej sprawdzi się u młodej, niezbyt wymagającej skórze. Ja potrzebuję czegoś innego, więc drugi raz nie kupię. Ale nie wspominam go źle.

Dave, żel pod prysznic Silk Glow. Żel ma odżywczą formułę, a dodatkowo ma solidnie oczyścić skórę. I sprawuje się znakomicie. Mnie urzeka swoim zapachem, wspaniałą kremową konsystencją i nawilżeniem skóry. Od razu po kąpieli nie ma się poczucia, że natychmiast muszę się posmarować balsamem. Ponoć ma zostawiać również skórę promienną, ale tego jakoś nie zauważyłam. Natomiast nie jest to dla mnie priorytet. Przede wszystkim jest skuteczny, delikatny, bardzo wydajny i pięknie pachnie. Lubię jak kosmetyk pięknie pachnie i zamienia kąpiel w pełnię relaksu.

Ziaja, Kozie Mleko, mleczny żel do mycia twarzy. W kwestii żelów do mycia twarzy, nigdy nie byłam jakoś wybitnie wymagająca. Ot, kupuję najczęściej to co jest obecnie w promocyjnej cenie i najczęściej co jest dla mnie nowością. Wiem, wiem, dziwne to podejście. Aczkolwiek uważam, że żel jest tak krótko na twarzy, że ma po prostu dobrze oczyścić cerę i tyle. Ten żel zły nie jest, ale też nie jest jakiś wybitny. Chyba po prostu źle go dobrałam do swojej cery, jest nieco zbyt ciężki i zostawia niezbyt fajny filtr na twarzy. Zdecydowanie polubią go posiadacze skóry suchej i wrażliwej. Ja nie zużyłam do końca, musiałam kupić inny. Dlatego też zmieniam swoje podejście do żeli.

Ścieżka dźwiękowa- Obywatel GC – Nie pytaj o Polskę

Minął miesiąc. Maj.

I pożegnaliśmy maj. Miesiąc, który uwielbiam. W tym roku jednak pozostawił po sobie spory niedosyt. Bo pogoda była wybitnie mało majowa. Zdarzały się dni, że musiałam nosić czapkę i ten cieplejszy płaszcz, a’la jesienny. Nie miałam okazji wyjść z domu bez kurtki, ani nie mogłam marzyć by spacerować w krótkim rękawku. No cóż, nie ta pogoda…. Może czerwiec się jakoś nam rozkręci.?

Maj zaczęłam w Górach, co już wiecie. Było pięknie i bardzo, bardzo żałowałam, że czas wracać do domu. To była jedna z najlepszych majówek, jakie dane mi było przeżyć. Cudowne widoki, wiele atrakcji, ale i dużo czasu na typowy relaks. Te nowe wrażenia i widoki, naładowały mnie pozytywnie na cały miesiąc. A jak już wspominałam, to był miesiąc dość zimny, jak na maj oczywiście. Udało mi się zorganizować dwie wycieczki rowerowe i raz posiedzieć w ogrodzie z kieliszkiem gruszkowego cydru. Kiedy zaś z przyjaciółmi poszliśmy do naszej nadmorskiej knajpki na kalmary ( o mamo, jak ja je kocham, z frytkami i sosem mango), to był to chyba najzimniejszy dzień maja! Dość powiedzieć, że miałam polar, kurtkę i puchową kamizelkę. I trzęsłam się z zimna!

Koło nas zamieszkał nowy sąsiad. Nazywa się Floki i jest chyba najsłodszym psem na tej planecie. Chodzi o wygląd, bo mały ma charakterek i nie da sobie w kaszę dmuchać. Z psiego przedszkola został wyrzucony pierwszego dnia, za złe zachowanie! Często słyszę jak młodzik szaleje i wariuje na całego. Ostatnio gryzie też po kostkach. Przyjaciele mają z nim ciekawie.

W maju znów miały miejsce ogrodowe prace. Lawenda zmieniła miejsce bytowania, hortensje pięknie się zapowiadają, skrzynie wypełnione kwiatami, w tym roku poszłam w róż i fiolet. Szkoda mi było bratków, i zostały z nami cały maj. Ale jak tu się ich pozbyć, kiedy są takie piękne? Szkoda też, że Frania poniszczyła mi większość domowych kwiatków. Staram się jak mogę, ale w jedynym miejscu gdzie są bezpieczne, nie ma słońca. Nic a nic.

W kwestii kwiatów maj, to bez. I tu znów Franusia okazała się zakochana w bzie. Dosłownie się narkotyzowała tym zapachem. Jakoś tak bez, późno zakwitł i był z nami wyjątkowo krótko. Domyślam się, że wszystkiemu winna pogoda. Mam olbrzymi niedosyt tych fioletowych kwiatków. Byłam bliska zamówieniu lilaka na kiju, i posadzenia go w ogrodzie. Ale wygrała brzoza na kiju, bo dłużej zachwyca urokiem. Lilak musi czekać na większy ogród. Może ktoś wymyśli odmianę całoroczną? Będę pierwszą klientką! Ale dookoła już jest tak pięknie, tak radośnie i tak kolorowo. Kocham ten stan rozkwitu!

Maj był miły, chociaż niesamowicie pracowity. Nie pamiętam żebyśmy mieli tak intensywny maj. Z jednej strony czuję się dumna, ale z drugiej, czasami jednak bywało nerwowo i marzyłam o spokoju. Dużo pomagała mi wieczorna joga i spacery przy każdej okazji. Kiedy tylko nie padało, nieważne było czy zimno, czy wieje, nogi same chciały iść do przodu! Dlatego też majowa średnia ilość kroków to 12 tysięcy dziennie. Bardzo udana to ilość.

Poza tym w maju spędziłam dużo miłych, rodzinnych chwil. Mocno zaś przeżyłam nagłe odejście Andy’go z DM. Przez 4 dni chodziłam w depeszowej koszulce i non stop słuchałam ich piosenek. Non stop! Moja mama uznała, że ja po prostu jestem w żałobie. I chyba miała rację. W końcu, drogie DM, umawialiśmy się na wieczność!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Leave in Silence