Zamek Książ

No dobrze, na chorobowym mi się nudzi. Poszłabym na jakiś spacer, ale skoro nie mogę, to chociaż wirtualnie popodróżuję, czyli wracam do wrześniowych wakacji. Dziś odwiedzamy Zamek Książ!

Od zawsze robił na mnie wielkie wrażenie i miałam wielką ochotę go zobaczyć, zwiedzić od a do zet. Dlatego też kupiłam bilety, które zawierały pełen pakiet, zamek, ogrody, podziemia i palmiarnię. Na pobyt zaplanowałam cały dzień, i uważam, że jest to najbardziej optymalny czas. Zamek, i teren dookoła oferują tak wiele, że szkoda nie wykorzystać tych możliwości. Polecam na spokojnie kupić bilet online, wybrać godzinę i cieszyć tym dniem.

My zwiedzanie zaczęliśmy od podziemi. A te są niesamowicie tajemnicze i cóż, po prostu nęcą. Co prawda przez zamieszanie na parkingu, spóźniliśmy się całe 3 minuty, i musieliśmy sami biec do podziemi. I powiem Wam tak, zamek zamkiem, ale jeżeli planujecie wizytę pod ziemią, to nastawcie się na długi marsz. Potrzebne będą solidne buty i coś na chłody, w podziemiach panuje stała temperatura 10 stopni. No dobrze, o tych podziemiach krąży mnóstwo legend i tajemnic. W zasadzie do dziś nie wiadomo po co je zbudowano? Czy to miał być ten tajemniczy schron Hitlera? Wiemy tyle, że zostały zbudowane rękoma więźniów obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Trasa nie jest zbyt długa, ledwie 500 metrów, ale bardzo multimedialna, i dodatkowo, zwiedzamy tylko z przewodnikiem. Dzięki temu poznacie wszystkie tajemnice. Na podziemia musimy przeznaczyć około 30 minut i powiem Wam, że warto. Najbardziej podobało się mojemu mężowi. Był naprawdę zaczarowany i potem długo przeżywał to co usłyszał. Uwaga, w podziemi jest ciemno i zimno, dodatkowo nie wydaje mi się, że to dobre miejsce dla małych dzieci. Najwięcej skorzystają dzieciaki powyżej 10 roku życia.

No dobrze, idziemy do Zamku. Zasady są takie, jeżeli macie większą torebkę albo plecak, musicie zostawić je w depozycie, albo nosić z przodu. Na wejściu odbieracie audiobook, w roli waszego przewodnika i w drogę. Trasę zwiedzania określa nam nasz wirtualny przewodnik i robi to wspaniale. Zamek jest piękny, jeżeli mogłabym użyć takiego słowa jak „kobiecy”, to chcę go użyć. Pastelowy, dopracowany w każdym szczególe. Ten zamek to mieszanka wielu stylów architektonicznych, które pomieszane, stworzyły jedyny w swoim rodzaju styl i charakter tego miejsca. Jest tak jak sobie to wyobrażałam, czyli pocztówkowo! Pamiętajcie, by nie tylko podziwiać to co w środku, ale i wyglądać zza okien. Położenie zamku jest unikatowe, a okalająca go zieleń, po prostu urzekająca. Zwiedzanie wnętrz trwa około 90 minut. Ale to nie koniec, bo teraz czas ruszyć na zewnątrz, by podziwiać ogrody. A te są cudowne, wyjątkowo zadbane i również pocztówkowe. Jak z obrazka. Zwiedzanie ogrodów i tarasów to oczywiście sezonowa przyjemność, więc jeżeli zależy Wam na zieleni i kolorowych kwiatach, to musicie przyjechać wiosną bądź latem. Wtedy też macie przyjemność wypicia kawy na tarasie zamku. I delektowania się pysznym torcikiem Księżnej Daisy. Polecam zamówić również różaną herbatę i przestawić się na tryb „slow”. Cieszcie się chwilą, pięknem, widokami i smakami.

Po odpoczynku, czas ruszać do palmiarni. Nie warto jej opuszczać, obowiązkowo musicie ją zobaczyć. Ja wiem, że zaraz pojawią się głosy- no dobrze, to tylko palmiarnia, trochę roślinek i tyle. A, że do palmiarni trzeba iść 25 minut, a po co, a, że bilet droższy. Ale wiecie co? Nie odpuszczajcie! Zabytkowa palmiarnia to wisienka na torcie. I nie spędzicie tam kwadransa, ona Was wciągnie po całości. Bo czego tam nie ma? To nie tylko palmy, i malutka palmiarnia, to cały kompleks kojący. Tak go nazwałam. Bo nie sposób nie ukoić tam nerwów, nie sposób nie zwolnić i cieszyć oczy zielenią, kolorami i po prostu pięknem przyrody. Ja tam spędziłam półtorej godziny,a mogłabym więcej. Mamy tam żółwie, dziesiątki uroczych zakątków wśród egzotycznych kwiatków, wybieg dla trzech śmiesznych lemurów. Ogród sensoryczny- ależ tam można wypocząć! Arabski zakątek, gdzie poczujecie się jak na pustynnej oazie. Jest również wystawa cudownych bonsai, różne drzewa owocowe, oczka wodne, mini rzeki i w sumie mogłabym tak mówić i mówić. To po prostu trzeba zobaczyć, nie będziecie się nudzić nic a nic.

Za nasze bilety płaciłam 69 zł, od osoby. Jak na dzień pełen wrażeń, to idealna cena. Byliśmy w dzień powszedni, bez kolejek, i tłumów i chyba to najlepsza opcja, by w spokoju i w skupieniu móc spędzić tam czas.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – Walking In My Shoes

Reklama

Minął październik. Książkowo.

W październiku, bardzo chorobowym miesiącu 23 książki na liczniku. Także wynik zacny, aczkolwiek jakoś ciągnęło mnie znów do lekkich i łatwych w odbiorze historii.

Co na minus? Nieosiągalny, Małgorzata Falkowska, Ewelina Nawara. Nie jest ze mną aż tak źle, skoro uznałam tę książkę za dno totalne. No cóż, jeżeli chcemy czytać bajki, to zdecydowanie lepiej sięgnąć po klasykę. Kopciuszek, Piękna i Bestia…. To są bajki. A nie to coś, co próbuje być książką, a jest topornie napisaną bajką. Nie wiem, tutaj nie ma nawet akcji. Książka to opisy scen erotycznych i ubrań jakie mają na sobie bohaterowie. Niesamowicie to nudne i ciężkostrawne. Radzę omijać szerokim łukiem, bo czasu jaki straciło się na tę książkę, nie da się odzyskać! W skrócie, to naprawdę dno dna.

Ze statusu ojcowskiego „very tragic” dzień awansował do miana „skończ się, do diabła, nim ja skończę ze sobą.

Tomasz Kieres, Nasz kawałek świata. Po tę książkę sięgnęłam, bo naprawdę szanuję autora i wydawało mi się, że to jest pewnik. O, ależ się pomyliłam! Totalne nieporozumienie i stracony czas. Nasz kawałek świata, jednak zupełnie mi nie podszedł. Nie mogłam się wkręcić w akcję. Bohaterowie w ogóle nie przypadli mi do gustu. Wręcz nudziłam się czytając kolejne strony tej powieści. Zdecydowanie nie moja bajka.

To jest ten nasz świat, nieprzywiązany do konkretnego metra kwadratowego. On jest tam gdzie my jesteśmy. Nie ma znaczenia, gdzie to jest. To jest właśnie to miejsce”.

Teraz coś milszego, czyli polecanki.

Diane Chamberline, Światło nie może zgasnąć. Jaka to była wielka czytelnicza przyjemność! Jak miło było czytać tę książkę!
Autorka pokazała nam dwa małżeństwa, 4 osoby. O jednej została tylko pamięć, bo książka zaczyna się tragicznie, umiera Annie. Zostawia po sobie pustkę, żal i pełno wspomnień. Zostawiła też rodzinę, męża i dwoje dzieci. Dla miasta i swojej rodziny była Świętą Anną. Taką samą wyjątkową osobą, była dla męża Olivii, Poula. ..
To historia o tym, jak wiele o sobie wiemy i jak wiele o sobie nie wiemy. Jak strzeżemy swoich tajemnic i jak wiele ukrywamy przed swoimi bliskimi. To książka o miłości, tragicznej wręcz miłości. O żałobie, wielkiej stracie i uczuciu, które nie potrafi znieść rozstania.
To wielowątkowa książka, czyta się ją świetnie i ciężko ją odłożyć na półkę.
Diane Chamberlain, stworzyła naprawdę piękną i poruszającą książkę, która kipi od emocji !

Ewa Przydryga, Topeliska. Wydawać by się mogło, że to taka niepozorna książka. Historia jak inne. A tymczasem dostałam książkę, która zawładnęła moim życiem. Nie potrafiłam jej odłożyć i zapomnieć. Musiałam brnąć dalej, w ten magiczny świat, który utkała autorka.
Tak, to nie jest zwykła książka i banalna historia. Chociaż wydaje się, że ta jest. Pola, żona i matka, nabawiła się przeziębienia. Dlatego wyprawia męża z synem do przychodni na zdjęcie szwów. Po jakimś czasie dostaje telefon, Kuba i Jaś nie dotarli do chirurga. Czy to przez śnieżną zamieć? Czy to tylko korki na drodze? A może coś najgorszego?
Historia gmatwa się na każdym kroku. Pola odkrywa, że Kuba nie był z nią do końca szczery….
Najbardziej podobało mi się połączenie codzienności Poli, z jej snami, które są ważną częścią układanki. Całość dzięki temu nabrała klimatu rodem z filmów Davida Lyncha. A kiedy już wszystko wiemy, albo prawie wszystko i zaczyna nam się klarować, to autorka odpala taką bombę, że tracimy dosłownie dech! I wtedy wszystko się układa, a my czujemy, ze daliśmy się nabrać. Braliśmy udział w grze, i to autorka wygrała. Jej wygraną jest nasze zaskoczenie, nasze emocje i poczucie, że to naprawdę genialna książka!

Mój mózg odcina się od tu i teraz. Zamiast kodować kolejne wydarzenia, prześlizguje się po kolorowych zygzakach, po zasysającej mnie do wnętrza spiralnej linii.

Lily Lindon, Gra na dwa fronty. Georgina, czyli dziewczyna taka jak tysiące innych. Córka, partnerka, przyjaciółka. Nauczycielka, z pasją do muzyki. Ciepła i miła osoba. Uzależniona od planowania i kalendarza. Ale to pozory, otóż Georgina jest bardzo pogubiona, i w tym pogubieniu bardzo samotna. Dziewczyna nie wie kim jest, a świat nie pomaga jej tego w pełni odkryć.
Gina to sumienna pracownica, nudna, zwyczajna dziewczyna Douga. Prowadzi normalne życie i nieśmiało mknie po ulicy. George zaś jest członkinią żeńskiego zespołu, złożonego z samym lesbijek. George chce być częścią tej społeczności i chce spróbować życia z kobietą…
To książka o tym, że życie ma wiele, wiele barw. Że nic nie jest oczywiste i łatwe do interpretacji. To też książka o tym, jak ciężko jest być prawdziwą wersją siebie i w ogóle jak ciężko jest odkryć prawdę o sobie.
Polecam, ku refleksji!

Mogłabyś raz zmienić swoje zwyczaje, wyjść gdzieś
ze mną i dla odmiany trochę się zabawić.
– Serio, co może być przyjemniejszego od oglądania Przyjaciół
w wannie?
– Czy ja wiem… cokolwiek? – odpowiada, nie kryjąc sarkazmu.

Shalini Boland, Sekret matki. Tessa próbuje podnieść się po ciosach, jakie dostała od życia. Jest z mężem w separacji, była matką, ale jej dzieci zmarły. Tessa zaczyna kroczek po kroczku, wychodzić z mroku. I wtedy w jej kuchni, pojawia się 5 letni chłopiec, który przekonuje Tessę, że jest jej synem….
Tak, dość szybko można odgadnąć rozwiązanie. Zagadka nie jest jakoś niesamowicie zawiła i trudna do rozwiązania. Ale, mi to o dziwo nie przeszkadzało. Historia trzyma niezłe tempo, a samą historię chce się czytać. Niech świadczy o tym to, że książkę przeczytałam praktycznie w jeden dzień.
To dość łatwy w odbiorze thriller psychologiczny, niekoniecznie mroczny, ale naprawdę solidny. Polecam tym, którzy mają dość krwi i bebechów na wierzchu. To idealna książka na jesienny wieczór w domowym zaciszu.

Phoebe Morgan, Idealna opiekunka. Wyjątkowo solidna książka, napisana jednak tak lekko, wręcz przyjemnie. Czyta się po prostu sama!
To taki „kobiecy” thriller. W mieszkaniu znaleziono zwłoki kobiety, młodej Caroline Harvey, zniknęła również roczna Eve, którą Caroline się opiekowała. Co się stało z dziewczynką? I czemu musiała zginąć Caroline?
W tym samym czasie, bajkowy francuski urlop pewnej rodziny, zakłóca wizyta policji. Głowa rodziny zostaje aresztowana…
Dużo tutaj rodzinnych i damsko-męskich tajemnic, niedomówień i kłamstw. Dużo tutaj gorzkiej miłości i chwil zwątpienia. Akcja płynie tak wartko, że nim się spostrzegamy, już mamy finał.
Polecam, bo może nie jest to książka, która wbija w fotel, ale pozostawia wrażenie, że poznało się naprawdę świetną historię.

Magdalena Krauze, Porzucona Narzeczona. Z początku byłam pewna, że to komedia. Tak się zaczęło!
W dniu ślubu narzeczony porzuca Zuzę. Odwołuje ślub przez sms. Dziewczyna zostaje sama z gośćmi, którym nie wiem co powiedzieć. Jej przyjaciółki- Basia i Dominika, dbają by Zuza nie czuła się samotna. Wielkim wsparciem jest również Filip, który jest największym przyjacielem.
Kiedy opada kurz z powodu weselnego skandalu, okazuje się, że życie pisze dla Zuzy zaskakujący i bardzo trudny scenariusz. Na szczęście ma obok siebie przyjaciół i rodzinę. A to wsparcie się jej przyda….
Nie czuję się rozczarowana tym, że książka nie okazała się lekką i zabawną komedią, a dotyka poważniejszych tematów. Mimo wszystko lekko się czyta, podoba mi się styl autorki i to, że o poważnych sprawach, można pisać w sposób przystępny i zachęcający do dalszego czytania.

Czy ja naprawdę chciałam z własnej i nieprzymuszonej woli wyjść za tego matoła? Jeszcze trzy tygodnie temu miałam żal do samego Pana Boga. Nie mogłam pogodzić się z losem porzuconej narzeczonej i wylewałam łzy nad utraconym szczęściem. A dziś, teraz, stojąc przed Kamilem, zrozumiałam, że cały czas kochałam człowieka, który istniał wyłącznie w mojej wyobraźni.

Mam nadzieję,że jakiś tytuł Was zaciekawił i spędzicie z nim jesienny wieczór!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – A Question Of Time

Minął miesiąc. Październik.

I żegnam październik. Znów, dużo sobie po nim obiecywałam. No bo po takim wrześniu, poprzeczka była ustawiona tak nisko, że ciężko było nie podołać. Ale cóż, październik nie podjął rękawicy i się poddał. Po prostu uznał, że w tym roku, jesień mogę przestać lubić, już w jego czasie, a nie dopiero w listopadzie. A w sumie czemu nie?

Zdrowotnie to był niezwykle ciężki dla mnie czas. I wiem, wiem, są dużo gorsze choroby i ba, dużo gorsze ludzkie problemy. I z jednej strony głupio jest mi tak narzekać, ale są momenty, że po prostu przygniata mnie to złe samopoczucie. I nie tylko źle mi fizycznie, ale jeszcze gorzej psychicznie. A w tym miesiącu było to niezwykle widoczne. Ciągłe osłabienie i niemoc, a potem dodatkowo angina i jeszcze uczulenie na antybiotyk. Nie muszę Wam mówić, jak mi wstyd dzwonić do przychodni, i znów umawiać się na wizytę. Albo informować szefa, że znów jestem chora. No ile można? Jestem już tym po prostu zmęczona. Coraz gorzej znoszę kolejne dawki leków i marzę o spokoju, w miarę dobrym samopoczuciu i takiej zwyczajnej nudzie. Tak bym chciała, by nic się nie działo, bym mogła po prostu spokojnie iść do pracy, wrócić do domu, zjeść obiad, pójść na spacer, iść spać i od nowa. Ale nie, u mnie od września zdrowotnie tylko pod górę i pod górę. Lubię góry, ale bez przesady!

W zasadzie październik był domowym miesiącem. Z atrakcji to raz poszłam do kina i raz poszłam do lasu. Moje samopoczucie było nijakie, i jeżeli spacery to w okolicy domu. Trzy razy byłam u lekarza, odbyłam tyle samo teleporad, a ilość banknotów jakie zostawiłam w aptece, bije o pomstę do nieba!

Zaczęła się uczelnia, praktycznie finałowe starcie. Temat pracy został zaakceptowany, jak na ironię będę pisać o korzystnych wpływach urlopów na pracowników. Co jak co, ale o wolnym od pracy, to ja wiem całkiem sporo. Aczkolwiek zamiast się urlopować, to ja choruję, więc to chyba lekko co innego? Ale wolne to wolne. Być może gdybym lepiej planowała urlopy, miałabym lepszą odporność, i mniej chorobowego? Muszę zbadać temat!

Październik to był u mnie taki domowy miesiąc. Aż za bardzo, bardzo to było nieplanowane i niezbyt mile widziane. Ale musicie mnie dobrze zrozumieć, ja lubię swój dom, i lubię tutaj spędzać czas. Natomiast zasypianie o 19.45, w porywach o 20, uznaję za lekko nienormalne. Taki też jest ten brak sił, który uziemił mnie w domu. I nie miałam na to żadnego wpływu, a tego to ja akurat nie lubię. Była za to zupa z dyni i produkcja syropu do pumpkin latte. Było uzupełnianie herbacianych zapasów, rzutem na taśmie, bo 31 października zawisły moje wymarzone półki w sypialni. Dość powiedzieć, że wymarzyłam je sobie dwa lata temu. I dość powiedzieć, że one czekały w domu te dwa lata. W końcu dojrzały do powieszenia. Zamówiłam też nowe kwiatki, na te nowe półeczki. I oczywiście najważniejsza nowość, nowy fotel. A fotel się pojawił, bo wymieniliśmy szafkę pod RTV, na taką prl-wską, w domu pojawiło się jeszcze więcej drewna, czyli tego co kocham!

A jak już wyjechałam z domu, do pracy, to akurat musiałam trafić na Armagedon na naszej obwodnicy. Mam za sobą 5 godzinną jazdę w obie strony, normalnie powinna ona trwać 85 minut… W międzyczasie, między chorobami udało mi się zabrać babcię na kawkę. To cud, że między naszymi infekcjami udało się zgrać! Październikowa pogoda niesamowicie mnie zaskoczyła, na plus. Nie pamiętam tak ciepłego października. Szkoda tylko, że w ogóle z niej nie skorzystałam!

Ale, ale. W tym nijakim czasie pojawił się super news, albowiem Depeche Mode ogłosiło nową płytę i nową trasę koncertową. Kiedy tylko mignęła mi data koncertu- bo śledziłam na żywo konferencję zespołu, od razu zamówiłam nocleg w Warszawie. A dwa dni później złapałam bilety. Odliczanie do sierpnia można zacząć! Dave zawsze wie, kiedy trzeba poprawić mi humor! Zresztą, ja cieszyłam się w niedzielę jak dziecko, jak udało mi się złapać masło po 4,49 za sztukę. Szkoda, że mogłam zamówić tylko trzy kostki, ale w chorobie podobają mi się zakupy Online. No i to masło, sąsiadka Ania donosi, że często są takie promocje w – Barborze. Ja zamówiłam pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. Masło zamrożone, czuję się taka bogata!

Żegnam październik bez żalu. Jak dobrze, że już minął….

Ścieżka dźwiękowa- Lao Che – Sam O’tnosc

Zabawa z życiem

No dobra. Trzy lata temu 29 października, zachorowałam na anginę. Tak jak i pięć lat wstecz. Cztery lata temu byłam zdrowa. Ot, ciekawostka. Dwa lata temu dopadł mnie covid. Rok temu 30 października dostałam ostrego zapalenia oskrzeli. W tym roku 27 października zachorowałam na ostre zapalenie gardła. Zbieżność dat nie jest przypadkowa, zawsze niemal 1 listopada, jestem chora. W tym roku, również. Co prawda byłam niemal pewna, że po wrześniowym chorowaniu na koronawirusa, tym razem będę bezpieczna. O ja naiwna!

Wróciłam z pracy, do której wybitnie długo sobie nie pochodziłam. Tak, wróciłam, Fotograf ruszył dalej do pracy, a ja zjadłam obiad i z obezwładniającą niemocą położyłam się na kanapie. I już czułam, że to nie jest tylko long covid. Dopadły mnie paskudne dreszcze, gardło zaczęło piec i biegało w nim stado dzikich bestii. Szybki pomiar temperatury i mamy 38 kresek. Kiedy A., wrócił do domu uznałam, że trzeba tę sprawę wyjaśnić. Pomogła mi teleporada, szybka i sprawna. Diagnoza? Zapalenie gardła, ostre, bo przecież inaczej nie potrafię. Jako, że przeszłam niedawno covid dostałam od razu antybiotyk, zakaz mówienia i picia dużej ilości napojów. Mąż poleciał po leki i jakoś przetrwałam czwartek. Ale w piątek mój organizm jasno mówił- nie pasuje mi ten antybiotyk. Oszczędzę Wam szczegółów, ale pojawiły się okropne dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Fotograf aż wziął wolne i pognał przed otwarciem apteki, by tam koczować i być pierwszym klientem. Musiałam pić okropnie słony płyn nawadniający i łykać tabletki. A dodatkowo, ja smakosz i fanka jedzenia, mogłam zmusić się jedynie do przeżucia jednego biszkopta na godzinę. Postanowiłam sprawę skonsultować z bratem, w końcu jest lekarzem. Po objawach i oględzinach gardła na zdjęciu, stwierdził anginę, a nie zapalenie gardła. Moje migdałki były faktycznie całe białe, czego nie zobaczyłam! Dodatkowo brat zmienił mi antybiotyk. Tak więc, mąż znów poleciał po antybiotyk. A, że zapomniał kupić probiotyk,o który prosiłam go rano, wrócił tam po raz trzeci. Ogólnie przez cały piątek czułam się fatalnie, niczym żywe zwłoki. Nie mogłam spać, okropnie bolał mnie brzuch, nie mogłam patrzeć na jedzenie, ani na picie. Szczerze? Dawno mnie aż tak nie przeczołgał jeden dzień. Nie wiem, może powinnam zrobić jakiś ranking chorób? W każdym razie na czele, jak dotychczas, stoi chory żołądek. Chyba nawet oddałabym ten jeden dzień, za dwa covidowe dni!

Generalnie mieliśmy bogate na ten weekend, przyjaciele zaproszeni, by po długim czasie pograć w planszówki i pogadać. Mieliśmy odwiedzić jednych i drugich rodziców, odwiedzić groby, chciałam w końcu posadzić cebule tulipanów i hiacyntów ( tak wiem, że to już last minute). A zamiast tego znów siedzę w domu. Łykam antybiotyk i przeklinam swój los! Ale po cichu, bo nie mogę mówić. Cierpię więc w milczeniu!

Ścieżka dźwiękowa-The Eagles – One Of These Nights

Johnny. Czyli popłakałam się!

W sobotę byłam w kinie. Dość niespodziewanie i całkiem spontanicznie. Ale jako, że w sumie nie wiem jak będzie z moim samopoczuciem, to wszystko robię spontanicznie. Także tego, wylądowaliśmy w kinie. I przyznaję, na chwilę przed wyjściem z auta, miałam ochotę wrócić do domu. Zaczęła mnie boleć głowa i bałam się, jak wysiedzę w kinowym fotelu prawie dwie godziny? Wiadomo, na bolące nogi pomaga mi leżenie, albo co dziwne, spacerowanie w miejscu. W kinie nie jest to zbyt mile widziane, ale podjęłam wyzwanie. Bo w końcu szłam na wyjątkowy film! Miałam iść już miesiąc temu, ale covidek. Bałam się, że już wyszedł z kina, dlatego bardzo się zaskoczyłam, na plus, tym, że wciąż jest i można go obejrzeć. Ten film to Johnny, opowieść o niesamowitej osobie, o księdzu Janie Kaczkowskim. Jako, że pochodził i działał na Wybrzeżu, był tutaj bardzo znany. Dużo wcześniej go poznaliśmy niż cała Polska, dzięki jego książkom. Chyba wszyscy kibicowali jego działaniom, które zmierzały do powstania puckiego hospicjum. Ja sama mam do tego miejsca wyjątkowy stosunek. Byłam tam dwa razy, od dawna wiedziałam, że jak będę brała ślub, to zamiast kwiatów, poproszę gości o datki właśnie na to hospicjum. Kiedy dzień po ślubie, wieźliśmy tam puszkę i potwierdzenia przelewów, byłam dumna i szczęśliwa. To naprawdę wyjątkowe miejsce, gdzie czuć ducha księdza Jana. W każdym centymetrze kwadratowym. To jego żywy pomnik!

No dobrze, zaczyna się film. A film jest niezwykły, bo taki jest jego bohater. A do filmu scenariusz napisało po prostu życie. Tak, to jest film dość przewidywalny, bo przecież wszyscy wiedzą, że Jan Kaczkowski zachorował na glejaka mózgu i ta choroba go pokonała. Ale nawet ciężko chory, ksiądz Jan, zarażał optymizmem i radością życia. I również taki był przed chorobą nowotworową. Chociaż urodził się jako wcześniak, z ogromną wadą wzroku i porażeniem, które uniemożliwiało mu normalne funkcjonowanie. Ale wiecie co? Ze swoich wad zrobił po prostu atut. Dzięki temu był chyba aż tak bezpośredni i potrafił zjednać sobie ludzi. A dodatkowo był uparty. Dzięki temu uporowi został kapłanem i wybudował dzieło swojego życia, czyli hospicjum. Hospicjum miało być miejscem godnego odchodzenia. Ale stało się także miejscem pomocy młodym ludziom, wielu wolontariuszom. I ten film pokazuje też postać Patryka, który w hospicjum miał odbywać prace społeczne. Chłopak z totalnego marginesu, narkotyki, alkohol, przestępstwa, brak perspektyw. I nagle na swojej drodze spotkał tego „śmiesznego księdza”. I ten śmieszny gość, uratował mu życie.

Film jest tak skonstruowany, że w jednej chwili śmiejemy się do rozpuku, a za chwilę wzruszamy niemal do łez. Dawid Ogrodnik nie tyle zagrał Jana Kaczkowskiego, on się nim stał! To fenomenalny aktor, który zasługuje na owacje na stojąco. Trzymałam się dzielnie, ale na sam koniec nie dałam rady i poleciały mi łzy, jak grochy! Zresztą wszyscy płakali, dziewczyna na oko 15 lat, starsi państwo, ci 40 latkowie obok, i mój mąż też! Wszyscy!

W tym filmie wszystko gra. Jest lekkość, dowcip, wzruszenie, piękne zdjęcia, świetna gra aktorów i prawdziwe emocje. I na wielki plus, genialnie dobrana muzyka! Coś fantastycznego, co każdy musi obowiązkowo zobaczyć! I co ważne, to jest film o człowieku, a nie o religii. Nie epatuje modlitwą i nie nawraca. To po prostu film o niezwykłym człowieku.

Ścieżka dźwiękowa- Dean Lewis – Stay Awake

Czytelniczo

Dziś zapraszam na kącik czytelniczy. Ale nie będzie o tym co właśnie przeczytałam, ale o tym, jak czytam.

W domu zawsze chciałam mieć swój kąt do czytania. W moim wymarzonym, większym domu, miałabym swój pokój, albo chociaż pół pokoju. Na razie mam tylko kącik. Kącik, czyli fotel, obecnie nowy, i o ile poprzedni został zaanektowany przez moją koteczkę Franię, to obecny nie wzbudził jej entuzjazmu, woli kanapę. Za to pokochał go Filemon, i to on przesiaduje tam od 19. Wtedy też się wymieniamy, ja szykuję się do snu, a on tam zasypia. W każdym razie, mój fotel stoi sobie obok okna balkonowego, mam więc widok na ogród i kwiaty. Dla większej wygody, mam też podnóżek. Obok jest aneks kuchenny, więc dostawa gorącej herbaty, jest na bieżąco. I oczywiście dostawa słodkości, albo pokrojonego jabłuszka i melona.

Jestem wielką fanką zakładek do książek. Zbieram, najwięcej mam ich z podróży. Nie wyobrażam sobie kawałka kartki, czy przypadkowej ulotki w roli zakładki. To w końcu ważny element, coś jak ozdoba książki. Przynajmniej w moim przypadku. Kiedy szykuję się do spania, albo muszę przerwać czytanie, zawsze staram się doczytać do końca rozdziału. Nie lubię zaczynać na przypadkowej stronie, nie lubię też kończyć, będąc w środku jakiegoś ważnego wątku, albo zostawić niedokończoną kwestię. Ale wiadomo, nie zawsze się da. Więc nie mam do siebie pretensji, jeżeli po prostu zamknę książkę.

Zawsze czytam dwie książki jednocześnie. Jedną na czytniku, drugą tradycyjną. Ta w wersji elektronicznej jedzie ze mną do pracy, jest leciutka, wygodna, wiem, że się nie uszkodzi. W domu czytam tylko tradycyjne książki. Staram się nie mieszać gatunków, już wiem, że czytanie dwóch kryminałów jednocześnie może wywołać poczucie splątania obu historii. Więc, obyczajówki, łączę. z kryminałami. I jest ok. Nie wyobrażam sobie porzucić tradycyjnych książek. Ale nie zamierzam też obrażać się na nowoczesność i wygodę, książek elektronicznych. Czytam dużo w samochodzie, w trakcie jazdy do pracy. W autobusie, w pociągu- tu już czytam na przystanku, czy peronie. Czytam wszędzie tam gdzie mogę mieć wolne 5 minut. Jeszcze niedawno podczas czytania mogłam mieć włączone radio, czy jakiś program w telewizji. Mogłam też gotować i zaglądać do książki. Obecnie, mój mózg ma nieco trudności z podzielnością uwagi, więc chwilowo skupiam się na jednej czynności. Ale mam nadzieję, że wrócę do podzielności uwagi!

Znam osoby, które na dzień dobry, zaczynają od końca. Czytają ostatnią stronę. Nie wiem co im to daje? Przyznaję, wiele razy byłam tak ciekawa zakończenia, że mnie korciło sprawdzić podczas czytania co się wydarzyło. Ale dzielnie wytrwałam do finału. W zasadzie, jeżeli nie zna się treści książki, to nie wiem co może dać przedwczesne poznanie zakończenia? Ja tak nie robię, ale może ktoś z Was?

Wiele, wiele, ale to wiele razy wybierałam w bibliotece książki po okładce. Czy to były dobre wybory? Nie zawsze. Ale tak, ładna okładka potrafi mnie zauroczyć na tyle, że nie czytam opisu książki. A potem się z nią męczę. Musicie wiedzieć, że w swoim życiu nie udało mi się doczytać jedynie 3 książek. Dobry wynik? Zawsze daję szansę i się łudzę….

No dobrze, to taki wpis książkowo-jesienno-deszczowy!

Ścieżka dźwiękowa- Zbigniew Wodecki – Ballada o Jasiu i Małgosi

Ogon pocovidowy…….

Idzie weekend. Jeszcze niedawno to był dla mnie czas wielkiej aktywności i radości. Planowałam same ciekawe atrakcje, porządki,. dużo gotowania. Uczelnia, pranie, sprzątanie. Spotkania z przyjaciółmi i zajmowanie się kotami. Moje weekendy były bardzo udane, aktywne i miłe. Moje obecne weekendy, to spanie, podejmowanie prób aktywności i leżenie. I nabieranie sił na nowy tydzień.

Ostatni czas nie jest dla mnie łaskawy. Owszem, minęły mi dolegliwości przeziębieniowe, czy też typowo infekcyjne po koronawirusie. Nie kicham, nie kaszlę, nie boli mnie gardło. Ale czy to znaczy, że jest dobrze? Nie! Ba, śmiem twierdzić, że ten stan, tak zwykły long covid, jest jeszcze gorszy niż sama choroba. Dlaczego? Kiedy masz gorączkę, leżysz, odpoczywasz, pijesz herbatę i oglądasz seriale. Kiedy po miesiącu czasu nie masz sił, bolą cię mięśnie i zapominasz to, co powiedział ktoś przed chwilą, to nie jest fajnie. Bo musisz pracować, ogarniać codzienność, a ty każdy dzień traktujesz jak wyzwanie. I od samego rana czekasz, aż przyjdzie magiczna godzina 19. By przywdziać piżamę i pójść spać. Ale sen nie przynosi ukojenia, budzisz się wiele razy, z powodu bólu mięśni. A po 10-11 godzinach snu, jesteś i tak półprzytomna i kompletnie pozbawiona sił. Cały dzień to walka. Z sennością, z gigantycznym osłabieniem, brakiem apetytu, bólami mięśni i fatalnym humorem. Bo jak tu mieć dobry humor, kiedy czujesz się naprawdę źle?

Każdy dzień jest dla mnie wielkim wyzwaniem, i to od samego rana, kiedy trzeba wstać z łóżka. A ja nie mogę wstać, to zaskakujące, że po tylu godzinach snu, brakuje ci energii, by dojść do łazienki. Ja naprawdę funkcjonuję na zasadzie- doczekam do wieczora, o jeszcze 8 godzin i pójdę spać! Przy czym to co mnie obecnie dotyka, to nie jest po prostu przemęczenie, czy zmęczenie, albo osłabienie. To jest skrajne przemęczenie. Męczy mnie w zasadzie wszystko, od umycia zębów, po wyniesienie śmieci. Po 10 minutach wolnego spaceru, nie mam siły zrobić kroku dalej. Te bóle mięśni, u mnie głównie nóg, są chwilami całkiem obezwładniające. Sama już nie wiem, czy mam leżeć, stać, siedzieć, machać nogami, smarować je maściami, czy polewać ciepłą wodą. Ten ból najsilniejszy jest rano, zaraz po przebudzeniu i pod wieczór. Dosłownie zwala mnie z nóg i zabiera wszystkie siły.

Ale już sama nie wiem co gorsze, czy te fizyczne odczucia, czy psychiczne. Dopadła mnie intensywna mgła mózgowa, i o ile wcześniej traktowałam to z przymrużeniem oka, to teraz cierpię na to, i to poważnie. Mam poważne problemy z koncentracją i generalnie z pamięcią. Wypadają mi słowa, wymyśliłam dla przykładu ” kręcidełko”, kiedy nie mogłam sobie przypomnieć jak brzmi słowo pokrętło przy grzejniku. Mój mąż ostatnio poczuł się zaskoczony, albo nawet przerażony kiedy zapytałam się go, czy skremował już dynię? Chodziło mi to, czy wziął blender i ją zmiksował, ale wypadło mi to słowo z głowy, a wpadło skremowanie. Proste? Proste! Często w rozmowie tracę wątek, a jak sobie w pracy nie zapiszę co mam zaraz zrobić, to na bank zapomnę. Mam wrażenie, że mój umysł mi się wyłącza. Poszłam do sklepiku, obok domu, po ziemniaki. Chodziłam po sklepie nie mogąc sobie przypomnieć, po co tu jestem. Wyszłam z paczką krakersów, wróciłam do domu i zapytałam się męża, po co ja w zasadzie poszłam do tego sklepu?

Tak, byłam u lekarza, nawet dwóch. Zrobiłam badania, niby wszystko ok, poza lekko podwyższonym CRP. Do tego mam zbyt wysokie tętno spoczynkowe, co sugeruje brak tolerancji na wysiłek. Reszta to skutki covidu. Według pana doktora muszę uzbroić się w cierpliwość, bo ten ogon ciągnie się od 6 tygodni, do nawet 18 , ale nie tygodni, a miesięcy! Ciężko mi to przyjąć do wiadomości… Staram się nie narzekać jakoś wybitnie, ale się nie da. To po prostu ciężki, bardzo ciężki czas.

Ścieżka dźwiękowa-Always On My Mind Lyrics – Dave Gahan & Soulsavers

Wielka woda. Czyli muszę bo się uduszę!

Wielka Woda, to serial, który wciąga niczym fala powodziowa. Wciąga i po prostu porywa.

Wielka Woda to serial, który opowiada o powodzi, jaka nawiedziła Wrocław w 1997 roku. Większość z nas, pewnie pamięta ten czas. Co prawda nie było całodobowej telewizji informacyjnej, ale i tak to był temat tamtych wakacji. Gazety pokazywały dramatyczne zdjęcia. W Wiadomościach jedynym tematem był poziom wody, i stopień zagrożenia dla miasta. Pamiętam te relacje, miałam wtedy 9 lat, ale doskonale to pamiętam. W dwa wieczory, przeniosłam się z powrotem do lata 1997 roku, to była podróż w czasie, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie.

To nie jest serial dokumentalny, a pełnoprawna fabuła. I powiem Wam, jest tak zrobiony, że zapominamy o tym, że znamy finał. Choćbyśmy chcieli, nie zawrócimy fali powodziowej. Ale mimo wszystko, oglądamy z zapartym tchem i czekamy, co się wydarzy. To efekt genialnego scenariusza, niesamowitych zdjęć i jeszcze lepszego aktorstwa. Tak, obejrzałam ten serial, dosłownie raz i dwa. I powiem Wam szczerze, nie sądziłam, że jakiś polski serial, może zebrać u mnie 10 gwiazdek na 10. Nie mam się do czego przyczepić. Nie ma tutaj słabego punktu, ani czegoś co by mnie irytowało. Po prostu chłonęłam ten serial, i kiedy skończył się ten szósty odcinek, powiedziałam – ale czemu już? Ja chcę więcej!

Akcja toczy się wielotorowo, wokół głównych bohaterów. Mamy więc Jaśminę, hydrolożkę, której miasto zleca ekspertyzę- zaleje nas, czy też nie. Mamy Jakuba, lokalnego polityka, członka sztabu kryzysowego, który odpowiada za komunikację. Jest przy tym samotnym ojcem nastoletniej Klary, i ma z Jaśminą więcej wspólnego, niż nam się wydaje. Mamy tutaj wątek osobisty, jak i wątek ściśle polityczny. Mamy tutaj Andrzeja, który staję się twarzą buntu mieszkańców Kętów, którzy walczą o ocalenie swoich domostw i gospodarstw. Kiedy zapada decyzja, o wysadzeniu wałów, i zalaniu ich wsi, chroniąc jednocześnie Wrocław, doprowadzają oni do starć. Ich bunt, prowadzi do zalania miasta. Co jeszcze tutaj mamy? Kłótnie ekspertów, wielką politykę, która za nic ma ocalenie miasta. Mamy tutaj konflikt- ludzie-służby. Mamy wielkie emocje, osobiste dramaty Jaśminy i JKuby. Ogląda się to świetnie, bo to my w soczewce. My w tamtych lat. My, którzy odbudowaliśmy swoje życie, po latach komuny, i nagle ma być to nam zabrane. My, którzy dopiero uczyliśmy się wielkiej polityki. I ta polityka była nieszczera, a my nie mieliśmy za grosz zaufania do ludzi władzy.

Ten serial jest genialnie zagrany, i genialnie nakręcony. W pełni oddaje ducha tamtych lat, po prostu bezczelnie przenosi nas w przeszłość. I wydaje się, że wszystko już wiemy, i nie ma czym nas zaskakuje, a jednak zaskakuje. Serial pokazuje emocje zwykłych ludzi w obliczu powodzi. Ale i emocje polityków, którzy nie do końca skupiają się tylko na bezpieczeństwie ludzi, a przede wszystkim na swoim wizerunku. Wielka woda zostawia nas w ogromnym niedosycie, to jest tak dobre, że ciężko zrozumieć, czemu tylko 6 odcinków? Czemu nadszedł koniec!

Kto nie widział, niech koniecznie nadrobi. W nadchodzący weekend. To po prostu genialny serial jest!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Black Celebration

Nieznana plaża. Babie Doły.

Ostatnio było kontrowersyjnie, to teraz dla relaksu zapraszam Was na plażę. A będziemy odpoczywać na plaży w Babich Dołach. Pewnie kojarzycie tę nazwę, w końcu to miejsce Openera. W zasadzie to Opener, jest w Kosakowie, ale można wejść i przez bramę w Babich Dołach. To dzielnica Gdyni, która nie jest jakoś szczególnie znana ( poza miłośnikami Openera, którzy dojeżdżają tam autobusami). Ma to swoje plusy i minusy. Wielkim plusem jest fakt, że to niesamowicie spokojne, wręcz puste miejsce, chociaż rzecz dzieje się w Gdyni. Minusem może być brak infrastruktury. Dla mnie to nie jest wielki minus, ale trzeba pamiętać, że tam nie wpadniemy z marszu, na kawę, czy gorącą herbatę. O to trzeba zadbać wcześniej. Bywa, że na plaży spotkać można miłośników wojskowości, z racji torpedowni. Nadaje ona temu miejscu aurę tajemnicy!

Ale za to dostajemy dzikość w sercu miasta. Spokój, dystans od innych, wolną głowę, ciszę. Możliwość samotnego spaceru, to miejsce gdzie można zarówno mieć wolna głowę, albo wręcz przeciwnie, oddać się myśleniu i rozwiązywaniu różnych problemów. Osobiście uwielbiam tam jeździć, z domu mam bliziutko. To moja enklawa spokoju!

Macie takie miejsca w swoim mieście?

Ścieżka dźwiękowa-Deep Purple – Speed King

Równość na rynku pracy- fakt, czy mit?

Niedawno w radiu 357, miała miejsce ciekawa audycja, w poniedziałku ( w nowej porze), można posłuchać audycji psychologicznej. Tematem było to czy mężczyźni boją się kobiet na rynku pracy i czy mamy już na tym rynku równość. Mój mąż od razu powiedział- ale, że niby kto się boi kobiet? Dziś, w 21 wieku? No tak, w jego firmie, może i nikt się nie boi. Ale jego firma to branża artystyczna, panują tam inne zwyczaje. Ja wiem jedno, mężczyźni często nienawidzą kobiet, właśnie w miejscu pracy…

Nie wiem czy wynika to z tego, że jesteśmy statystycznie lepiej wykształcone, mamy większą podzielność uwagi, umiemy się lepiej zorganizować. Czy wynika to z czystej zazdrości, czy raczej to wzorce kulturowe sprzed lat. Kobieta jest zwierzęciem domowym, a pracę zostawmy panom. I tak być powinno. Kobieta, która robi karierę? Niepotrzebni zajmuje miejsce jakiemuś mężczyźnie!

W mojej branży rządzą mężczyźni, ok, tak to bywa, budowlanka. 90 % moich klientów i kontrahentów to właśnie mężczyźni, ale wiecie co mnie wkurza? Że kobiet w mojej branży nie traktuje się specjalnie poważnie. Kiedy odbieram telefon najczęściej słyszę – a czy mogę porozmawiać z jakimś panem? Z założenia traktuje się kobiety ( w mojej branży) za te głupsze. Bo wiadomo, każdy mężczyzna zna się na technice. Wynika to z faktu, że jest mężczyzną. A nie dlatego, że ma 8 letnie doświadczenie w danej firmie. Osobiście czuję, że niektórzy traktują mnie jako ciekawostkę. I dotyczy to też pań, z którymi pracuje. One same często mówią – a ja dopytam się pana. Nie dlatego, że nie wiedzą. Ale chcą by potwierdzić ich słowa, mężczyzna, czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu. I ja mówię tutaj o paniach, po politechnice, z tytułami inżyniera….

Kolejny punkt to równość płac. Wyobraźcie sobie, że generujecie bardzo dobre przychody, jesteście odpowiedzialne, sumienne, można na Was polegać. Dostajecie podwyżkę. Najpierw słyszycie, że będzie to kwota x. Wow, jesteście z siebie dumne, macie masę motywacji do pracy, czujecie się docenione. Potem okazuje się, że ta podwyżka jest trzykrotnie mniejsza. Na pytanie, ale co się stało, słyszycie – no bo, nie wypada by panowie zarabiali tyle samo co ty, więc musieliśmy im też podnieść pensje. Czyli Wasza podwyżka została rozdzielona również między dwóch panów, którzy nie zajmują się tym co Wy. To nie oni zrobili te wyniki, ba, oni nie zasłużyli na podwyżkę, bo sam szef mówi, że nadają się jedynie do zwolnienia. Ale oni dostali część Waszej podwyżki, bo nie wypada by dziewczyna zarabiała tyle samo co panowie. Tak, spotkało to mnie. Można gorzko zażartować, że tutaj widać równość, w końcu podwyżkę dostali równo wszyscy. Ale nie dlatego, że zasłużyli, tylko dlatego, że kobieta musi zarobić mniej niż mężczyzna….

Irytuje mnie to bardzo. Złości to, że mężczyzn nikt nie pyta, czy mają albo planują dzieci. Wiadomo, opieka spada na kobiety. Więc to my jesteśmy gorzej traktowane na rynku pracy. Statystycznie zarabiamy mniej, nie traktuje się nas poważnie, jesteśmy gorzej traktowane. A w męskiej branży stajemy się obiektem kpin i żartów. Kiedy wróciłam po chorobie do pracy, od jednego klienta, usłyszałam, że bym nie chorowała, jakbym nosiła… bieliznę! Na jednym tchu, pan się zapytał jaki lubię kolor majtek, to mi kupi bym nie chorowała. Wyobrażacie sobie taki tekst w stronę mężczyzny? Najprościej mówiąc, całkowita żenada!

A jakie Wy macie spostrzeżenia? Jestem ciekawa, jak sprawa ma się w innych branżach, a może pracujecie w typowo damskim świecie?

Ścieżka dźwiękowa- Kasabian – Man of Simple Pleasures