Minął miesiąc. Kwiecień.

Za nami kwiecień, pierwszy z prawdziwie wiosennych miesięcy. Ale, ale w tym roku, jak i poprzednim kwiecień był kapryśny i wyraźnie zimowy. Ani razu nie założyłam wiosennego płaszcza, ani trampek. Rządziły czapki, szaliki i ciepłe traperki, wyścielane futerkiem. Dobrze chociaż, że połowa miesiąca była słoneczna, aczkolwiek zimowe chłody, opady śniegu, poranne przymrozki, to coś czego bardzo nie lubię! Wszystkie wiosenne sztuki odzieży leżą nietknięte i czekają na lepsze czasy… Ale mimo niesprzyjającej pogody, udało mi się dobić do średniej kroków 10 tysięcy. Czyli miesiąc przespacerowany!

Kwiecień był bardzo ogrodowym miesiącem. Urządziłam rabatę. Zamarzyło mi się, bym z kuchennego okna, widziała coś więcej niż trawnik, zamarzył mi się kolor. Moja rabata jest naprawdę urocza, różowo-fioletowa. W planie jest kolejna, taka ze mnie ogrodniczka. Nie sądziłam, że dojdę do takiego wieku, że będę wydawała tyle pieniędzy w sklepie ogrodniczym! I to zupełnie bez wyrzutów sumienia. Kwiaty dają mi masę radości, praca w ogrodzie cudownie odpręża. Kupiłam sobie śliczne rękawiczki do pracy, i teraz mogłabym codziennie grzebać w ziemi. Matko i córko, jak ja się zestarzałam!

Kwiecień to święta, które minęły błyskawicznie, ale były ciepłe, rodzinne i pyszne. Było dużo spacerów, jeszcze więcej rozmów, żartów i miło spędzonych chwil, na totalnym luzie. Bardzo bym chciała, by było tak co roku. Naprawdę bardzo bym chciała! Świeciło słońce, wszystkie wypieki wyszły wybitnie i nikt się nie pokłócił z nikim. To ważna rzecz.

Po świętach dostałam prezent, no dobrze, z tygodniowym opóźnieniem, ale to było naprawdę zaskakujące i takie przyjemne. Fotograf zaprosił mnie do spa. Dowiózł na miejsce, zaprowadził do celu i uciekł. Mi zostało tylko relaksować się przez dwie i pół godziny, w wyjątkowym miejscu, prawie na Monciaku w Sopocie. Miałam taki ciężki tydzień i ten czas był mi niesamowicie wręcz potrzebny. A dodatkowo, zasnęłam po zabiegach jak niemowlak. Także polecam każdej z nas, a już szczególnie masaż Kobido. To cudo potrafi usunąć z twarzy i duszy zmęczenie z całego tygodnia. Idealny zabieg, gdy chcemy zadbać o ciało i o ducha. A jak jeszcze będzie Was masować dyplomowana pani psycholog, to wyciagnięcie z tego tyle, że dobry humor i energia zostanie z Wami na cały kolejny tydzień!

Czy już wspominałam, że kwiecień był męczący? Chyba nie, ale w pracy nawał obowiązków, do tego chwilami bardzo zmęczony i zirytowany szef, dawał mi do wiwatu. Ciężko było i mnie utrzymać spokój, kiedy nadmiar obowiązków, powodował, że śniadanie, to pierwsze, jadłam dopiero koło południa. Przy życiu trzymało mnie jedynie to, że idzie maj, zaraz czerwiec i lato. A wraz z nimi ta część roku,gdy więcej wolnego. Święta były dla mnie wybawieniem, dwa dni bez obowiązków i ciągłego szykowania ofert. Chwilami zapominałam jak się nazywam. Mąż też nie próżnował. Po dwóch latach doczekałam się i mam piękne listwy przypodłogowe. Wstawiliśmy też specjalną konstrukcję na drzwi balkonowe, dzięki temu możemy wychodzić do ogródka, a Frania jest bezpieczna w domu. W kwestii wydatków na minus dodam też mandat, za przejechanie żółtego światła. Zachowajcie czujność, zmęczenie 2,5 godzinnymi korkami, równa się pięćset minus!

Nie doszedł do skutku mój weekend w Łodzi, ale to nic straconego. W zamian za to byłam w kinie, na świetnym filmie- Piosenki o miłości, wyskoczyłam też na śniadanko na mieście. Dużo gotowałam i spotykałam się ze znajomymi. Zdecydowanie nadrobiłam zaległości towarzyskie. Mam nadzieję, że tych spotkań będzie tylko więcej i więcej. Wyjątkowo cieszy mnie, że mam wspaniałych ludzi tak blisko mnie.

Kocia aktualizacja, Filemon zdrowy i radosny. Franusia jak to Franusia, lubi chodzić do weterynarza. Chociaż bardzo jej pilnujemy, czasem coś jej zaszkodzi. Malutka ma bardzo silną alergię pokarmową i refluks, no i bach, w kwietniu swoje odchorowała. Ale już jest dobrze, poza tym kiedy patrzy się na tę kruszynę, to wybacza się jej każdy bałagan i wymioty pod łóżkiem.

A koniec miesiąca spędzam w podróży, vivat Pieniny!

Ścieżka dźwiękowa-Depeche Mode – In Your Room

Tegoroczne plany podróżnicze

O czym dziś chcę porozmawiać? Ano o wakacjach i miejscach, które chciałabym zobaczyć. Czyli o wakacyjnych planach i marzeniach. W końcu majówka zaczyna sezon wycieczkowy!

I u mnie ten sezon już się zaczyna. No dobrze, miał się zacząć nieco szybciej, ale pech chciał, że zostałam w domu. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Co to to nie!

Gdzie zaczynam sezon wyjazdowy? Na drugim końcu Polski, prawie rok temu ustaliliśmy, że majówkę spędzamy w górach, padło na Pieniny, które widziałam bardzo krótko, w zasadzie miałam na nie ledwie kilka godzin. Teraz będę tam całe pięć dni, więc mam nadzieję poznać te piękne góry nieco lepiej. Wybrałam pensjonat nad samym jeziorem, nieopodal zamku i ledwie moment od Trzech Koron. Lepiej być nie mogło. Pokochałam góry. Oczywiście w moim sercu rządzi morze, ale uwielbiam wyjeżdżać w góry i podziwiać ich monumentalność i dostojność. Mam wrażenie, że tam naprawdę odpoczywam i ładuję baterie. Chociaż po wędrówkach, bywam bardzo zmęczona, to jest to naprawdę pozytywne zmęczenie.

Przez letnie miesiące zamierzam eksplorować okolicę, może odkryję jakąś fajną, zaciszną plażę? W zeszłym roku lato minęło mi na ślubnych przygotowaniach. W tym roku zamierzam nieco bardziej korzystać z pogodnych dni. Będą to niestety jednodniowe wycieczki, ale i tak dadzą mi dużo radości. Już to wiem.

Na lipiec planuję odwiedzić, kolejny już raz, rodzinne strony Fotografa. Już zapowiedziałam, że muszę dokładniej poznać Lublin. I nie zadowoli mnie krótka wycieczka, co to, to nie! Oczywiście nie odpuszczę sobie wielu spacerów po urokliwym Zamościu. W to lato, odpadnie wręczanie ślubnych zaproszeń, będzie więc zdecydowanie więcej czasu na zwiedzanie, odpoczynek i cieszenie się piękną okolicą.

Wrzesień to kolejny wyjazd, zaklepany i zarezerwowany. Na co padło? Bez zaskoczeń, znowu góry. Tym razem bardzo nieoczywisty kierunek, bo Góry Sowie. W planie zwiedzaniu Zamku Książ, górskie spacery i wypad do Czech, by bliżej poznać Skalne Miasta. Z pewnością będzie intensywnie, ale i kojąco. Bo tak właśnie działają na mnie góry. A jako, że będzie to już po sezonie, powinno obyć się bez tłumów.

Na listopadową szarugę planujemy mały wypad, taki zwane city break. Koniecznie w słoneczne miejsce, niezbyt długi będzie to wypad, 3-4 dni. Ale idealne by poznać dla przykładu Włochy. Ja właśnie w te Włochy celuję, marzy mi się Wenecja. Ale i do Grecji bym mogła wyskoczyć. Ważne, żeby choć na moment odciąć się od listopadowej szarugi i naładować baterie na długą zimę. Z doświadczenia ostatnich dwóch lat, wynika, że wiosna przychodzi dopiero w maju, więc taki wypad, będzie idealny by pozwiedzać w spokoju, ale i złapać kilka promieni słońca.

A jak Wasze plany podróżnicze na ten rok?

Ścieżka dźwiękowa- Kings Of Leon – Rememo 

Coś o Biurze

No dobrze, pracę mam typowo biurową. W biurze jestem 5 dni w tygodniu, po 8 godzin dziennie. Nudy? Wydaje się! Ileż tu się dzieje, codziennie emocje sięgają zenitu. I te wszystkie biurowe zagrywki, rozgrywki i wojny. Praca pod presją czasu, napięcie i nerwy. Telefony, maile, urwanie głowy. Kto tego nie zna?

Ten świat, świat biurowych napięć i codzienności genialnie pokazuje serial The Office. Tak, tak, dojrzewałam do niego, obecnie jestem psychofanką. Pierwszy sezon niezbyt mnie wciągnął, do tego stopnia, że chciałam porzucić oglądanie. Ale dałam mu szansę i to była najlepsza decyzja z możliwości. Po tych wszystkich sezonach, czuję się jak pracownik biura Dunder Mifflin. Znam świetnie pracowników, ich przywary, słabe strony i te lepsze. Żyję ich życiem, albo raczej żyjemy razem. Spędzamy razem każdy dzień.

Co stanowi o fenomenie tego serialu? Humor, dowcip, który wymyka się wszelkim normom i stereotypom. Zespół obraża kogo się da, za nic ma jakiekolwiek granice. Prym wiedzie w tym szef Michael i jego wierny sługus Dwight. Michael jest najbardziej oryginalnym szefem na świecie. Powiedzieć, że nie lubi się przepracowywać to jakby nic nie powiedzieć. Michael uwielbia tracić czas na spotkania o niczym. Z małego problemu, robi wielki, który uwielbia omawiać. Kiedy patrzę na oddział kierowany przez Michael’a, zastanawiam się jak ten oddział funkcjonuje i jak osiąga jakiekolwiek zyski, skoro mało kto tam pracuje. Michael uwielbia angażować się w życie prywatne swoich pracowników, udziela rad i pomaga na swój sposób. Ma wielkie serce, ale jednocześnie dość prymitywny sposób bycia i całkowity brak obycia. Jest szczery, a jeżeli doda się do tego, jego niewyszukany dowcip, to dostajemy mieszankę wybuchową. Michael nie chce źle, ale rzadko kiedy przychodzi mu utrzymać nerwy na wodzy. Jest jak duże dziecko. Wiecznie wpada w tarapaty, a wszelkie konwenanse są mu obce. Poprawność polityczna? Równość płci? Michael żartuje ze wszystkich i wszystkiego, mimo wszystko potrafi utrzymać się w firmie od wielu, wielu lat. Ma wielu wrogów, ludzie nie traktują go poważnie, ale ma swój urok, który wiele wybacza i rozmiękcza serca.

Prężnie działa komitet do spraw imprez, który organizuje imprezy, na każdą okazję. Jeżeli nie znacie jakiegoś święta, to nic złego, zaraz je poznacie, dzięki prężnemu komitetowi, któremu dzierży Angela. Surowa, zasadnicza, matka kotów, która swoim chłodem i opanowaniem potrafi zabić!

Romans w pracy? Proszę bardzo. Niewinna przyjaźń między Pamelą i Jimem, czy to flirt, czy po prostu miła, pracownicza relacja? Oboje bardzo się lubią, ale Pam ma narzeczonego, magazyniera. Nie będę oryginalna, relacja tych dwojga wyjątkowo mnie wciągnęła, w kluczowym momencie obejrzałam cztery odcinki pod rząd, zapominając o obiedzie. Musiałam wiedzieć co będzie dalej!

Każdy zna w pracy osoby, które przychodzą rano i myślami są już o 15, chcą z niej wyjść. Praca to kara, gdyby nie pensja, to z pewnością by nie przychodzili. Leserem jest Stanley, tak naprawdę fascynują go jedynie krzyżówki. Czy ktoś widział by Creed, podjął jakieś działanie? Nie, on od rana czeka, by wyjść do domu. Praca, to jedynie okazja to zarobienia i zrealizowania swojego hobby.

Lizus? Tutaj jest konkurencja, Dwight, a następnie Andy. Zawsze blisko szefa, zawsze czujni, zawsze służą pomocą i wspierają najbardziej absurdalne pomysły. Rano przyniosą kanapki, pomasują obolały kręgosłup, będą obgadywać resztę, wskazywać ich błędy, czuć się panami całego biura.

Osobną kategorią jest Dwight, który wymyka się wszelkim ramom. To człowiek, który dąży do sukcesu, na swoich warunkach. Nie lubi ludzi, i nie ma wymaga by go lubić. Empatia? Tego słowa nie ma w jego słowniku. Tak samo jak współpraca, zresztą już samo przebywanie z nim jest męczące. Dwight uwielbia zasady, pilnie ich przestrzega, jest naprawdę dobrym sprzedawcą papieru, ale jego brak ogłady i niechęć do kontaktów towarzyskich, nie przynosi mu chluby. Dwight ma specyficzny styl, ulubiony kolor koszul? Różne odcienie musztardy. Prywatnie prowadzi buraczaną farmę i jest dość samotny, w swoim uporządkowanym i praworządnym świecie.

Zespół uzupełniają, księgowy Oscar, którego homoseksualizm jest głównym powodem żartów Michaela. Jest i Phyllis, koleżanka Michaela ze szkoły, szczera i sympatyczna. Jest znienawidzony przez Michaela, Toby Jest Kevin, miłośnik jedzenia, a szczególnie chilli. Jest Meredith, która nadmiernie kocha wyskokowe napoje, jest Kelly, naczelna romantyczka i Ryan, który według Michaela jest najmądrzejszym stażystą na świecie.

Rzecz dzieje się w Scranton, małej, lokalnej filii ogólnokrajowej firmy papierniczej. Początek 21 wieku, to nie jest najlepszy czas dla tej branży. Ale od czego jest zgrany zespół, dla której sukces firmy jest najważniejszą wartością? Nie, to był żart. W biurze praca nie jest podstawowym priorytetem. Bo tym jest po prostu przetrwanie dnia. A uwierzcie mi, z takim szefem jak Michael nie jest to wcale takie oczywiste. Serial skupia się na biurowej codzienności, ale i nie omija życia prywatnego pracowników. A to jest tak samo ciekawe, jak to czym zajmują się w biurowej rzeczywistości. Każdy z nich jest osobliwym człowiekiem i na pewno nie pozwoli sobie na nudę.

Każdy dzień w tym osobliwym biurze jest niepowtarzalny. Owszem, trzeba przyzwyczaić się do specyficznego dowcipu, ale kiedy się w to wejdzie, Biuro Was pochłonie! Nie czas na żarty, praca czeka, co dziś czeka nas w filii w Scranton?

Ścieżka dźwiękowa- Bajm – Nie ma wody na pustyni 

Ścieżka dźwiękowa-

Małe gesty

„Jakże byłoby pięknie, gdyby każdy z nas mógł wieczorem powiedzieć: dzisiaj zrobiłem gest miłości wobec drugiego” (Papież Franciszek).

Wojna trwa. Ale my jakby oswojeni, przyzwyczajeni, już jakby zmęczeni nadmiarem informacji. Po pierwszym zrywie, jakby mniej w nas zapału i chęci. W sklepach stoją wózki, gdzie zbierane są produkty dla uchodźców. Najpierw były pełne, dziś są zupełnie puste…

Owszem, znam wiele przypadków, że uchodźcy w sile wieku, pełni energii, z głową na karku, znaleźli pracę, mieszkanie, zapisali dzieci do szkoły. Ale wśród nas ciągle dużo starszych, schorowanych wojennych uciekinierów. Wciąż pełno kobiet w ciąży, i matek z maluszkami, które nie mogą podjąć pracy. Za chwilę rusza sezon turystyczny, w mojej okolicy hotele i pensjonaty, które zaprosiły uchodźców, będą musiały ich wyprosić. Co w ogóle nie dziwi, przecież oni też muszą zarabiać.

Dlatego podczas weekendowych zakupów pamiętajmy o sąsiadach, wrzućmy coś do koszy. Kupmy dodatkową czekoladę dla dziecka, kaszkę dla malucha, makaron czy szampon do włosów.

Bądźmy razem i nie zapominajmy o naszych dzielnych Sąsiadach!

Ścieżka dźwiękowa- The Alan Parsons Project – Don’t Answer Me 

I po Świętach

I znów było zbyt szybko. To już nawet lekko nudne. Staram się spokojnie przetrwać świąteczny i przedświąteczny czas. Nie szaleję z porządkami, bo na bieżąco sprzątam. Wzięłam wolny piątek, by w piątkowy poranek na spokojnie zrobić zakupy i zacząć piec ciasta. Wróć, czy ja napisałam- Spokojne zakupy? Mimo bardzo, ale to bardzo wczesnej pory, w sklepie były dzikie tłumy. Na szczęście ja miałam gotową listę zakupów, i raz, dwa. Poszło szybko, poza kolejką do kasy i mocno zdenerwowanymi ludźmi. Każdy pędzi, kupuje tyle ile utrzyma wózek, i złości się na każdego dookoła. Zupełnie tego nie rozumiem… Niestety, wizyta w dwóch sklepach nadwątliła moje nerwy. Jak co roku! To jest tradycja i chyba nie ma sposobu, na przedświąteczną gorączkę.

Do moich obowiązków należało upieczenie ciast, zrobienie sałatki i obiadu na poniedziałkowe popołudnie. Jako, że lubię wyzwania, postanowiłam wypróbować nowe przepisy. Tak, wiem, dość to odważne, ale do odważnych świat należy. Upiekłam więc sernik baskijski i babkę caffe latte. Zrobiłam wiosenną sałatkę i roladki ze schabu z pieczarkami. Ja to chyba lubię wyzwania! Ale te kuchenne, pieczenie i gotowanie to dla mnie genialny sposób na spędzenie dnia.

W zasadzie mieliśmy jechać w sobotę do mojej siostry, i tam miało zacząć się świętowanie. Ale Franusia w piątkowy wieczór źle się poczuła, znów pojawiły się wymioty, wolałam więc mieć ją na oku i nie zostawiać na noc, nawet pod czujnym okiem sąsiadów. Biedna Franeczka, przespała całą sobotę, ale regularnie chodziła skubać karmę i popijać wodę. Frania każde Święta ubarwia swoimi dolegliwościami, taka jej natura. Sytuacja powtórzyła się w samą Wielkanoc, znów nas czeka weterynarz. Widać mała się za nim stęskniła i chce koniecznie przejechać się autem przez pół miasta. W Wielką sobotę, poszliśmy na spokojnie ze święconką do kościoła. Przypomnijcie mi za rok, bym kupiła świąteczną serwetę. Papierowe, wielkanocne serwetki, w połączeniu z wietrzną aurą, nie mają żadnych szans. Dodatkowo nieco się wstydziłam mego skromnego koszyczka. Ale nie powiem, moje „marmurkowe” jajka były przepiękne. Nie ma to jak kupić dobre farbki, i beztalenciu coś wyjdzie!

W niedzielny poranek ruszyliśmy do moich rodziców. Uzbrojeni w blachy i salaterki. Do pokonania prawie 40 kilometrów, a ja z sercem w gardle i sernikiem na kolanach. Upiekłam genialny sernik, który bez sensu wyjęłam z formy i wiozłam na pięknej paterze. Czasem i mnie opuszcza rozum. No dobrze, było mocno wcześnie, w domu śniadanie jemy bliżej południa, w zasadzie wychodzi z tego brunch. Korzystając z pięknej pogody poszliśmy na godzinny spacer, nad rzekę. Ok, nie było najcieplej, ale słońce pięknie prażyło i umilało spacer. Po nim nadszedł czas na długie świętowanie- przed deserem, czyli maminą, drożdżową babą, a moim sernikiem, dziękowałam za ten spacer! Pobiesiadowali, więc ruszamy nad morze. Babcia była zachwycona, dawno nie była na takim spacerze. Pół Gdańska wpadło na ten sam pomysł, ale co tam, było pięknie. Z kawą w dłoni, spokojnym krokiem, spalamy świąteczne kalorie i szykujemy się na obiad. Nie ma lekko, święta to dużo jedzenia. Mama nie popuści, gotuje pysznie i ma oczekiwania, że wszystko zniknie ze stołu. A tutaj po obiedzie, musimy opuścić towarzystwo. Przyjaciel Fotografa miał urodziny i zapraszał na wieczór.

7 godzin później, tak naprawdę już w poniedziałek, byłam znów u siebie. Na szczęście, przyjaciele to jednocześnie sąsiedzi przez ścianę, mogłam doglądać Franusi. Oczywiście za ścianą była masa pyszności, ba, o 23, podano chilli con carne. Jeżeli mam być szczera, to było bardzo miło, ale tak intensywny dzień, daje mi do zrozumienia, że jednak jestem starszą panią i lubię być w moim łóżku o 22.

Poniedziałek był na szczęście dużo spokojniejszy. Wczesne przedpołudnie spędziliśmy w lesie, na kojącym spacerze. Przygotowałam obiad, bo mieliśmy gościa na obiedzie. Gość idealny, chwalił jedzenie, zabawiał rozmową, ale nie nadużył gościnności, i po dwóch godzinach ruszył do domu. No dobrze, odprowadziliśmy go prawie pod sam dom. W końcu trzeba dbać o ciągłość formy i wychodzić dużo kroków!

Wieczorem, wróć o 19.45 w piżamach, obejrzeliśmy premierowego Batmana. Cóż, fanką nie jestem i raczej nie zostanę, ale to było idealne zakończenie świąt. Bardzo na luzie, z pełnymi brzuszkami, z ciastem jedzonym w łóżku, w otoczeniu ukochanych kotów.

Nie mogło być piękniej!

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode – World In My Eyes

Pięknych Świąt!

Gdy pierwsze kotki brzozowe
i listki drżące zielenią
niziutko skłaniają głowy
w cichym oczekiwaniu
na radość Niedzieli Palmowej
i kiedy świat cały
trwa w podniosłym Hosanna
choć wiemy
że przed największym Darem
naszej wiary
Krwawą Ofiarą
i Zmartwychwstaniem
Najwyższego
na Mękę zostanie skazany
co stanie się Jego udziałem
lecz zburzy bramę śmierci
zapewni nam życie wieczne
więc już teraz
w skupionym dziękczynieniu
także się w chór ten włączamy…
Alleluja!

Ścieżka dźwiękowa- Editors – Oh My World 

Piosenki o miłości

Spontaniczne wyjście do kina, szybko sprawdzam co jest grane w kinie studyjnym. Miałam do wyboru dwa filmy, wybrałam pięknie brzmiące Piosenki o miłości. Sami powiedzcie, ten tytuł po prostu jest magiczny!

Niezbyt wtajemniczyłam się w opis filmu, mówiąc szczerze, wydawało mi się, że radiu 357 słyszałam co nieco, ale nie miałam pewności. Wiedziałam, że to będzie film o miłości i o muzyce. Taka nieświadoma i ciekawa poszłam na seans.

Film jest całkowicie bezpretensjonalny, uroczy i pełen wdzięku. Główna w tym zasługa Justyny Święs, która do filmu wniosła świeżość, niewinność debiutantki i niesamowity urok. Justyna na co dzień jest wokalistką w zespole The Dumplings. W tym filmie skrada całą uwagę.

Fabuła? Robert to syn wielkiego artysty, Alicja jest młodziutką kelnerką. On nie musi nic, żyje na koszt ojca, korzysta z jego sławy i pieniędzy. Ona ciężko pracuje, jest nieśmiała ki niepewna siebie, ale ma ogromny talent. Ich przypadkowe spotkanie zmienia życie obojga. On chce do czegoś dojść, ona rozbudza się jako kobieta i artystka. Aczkolwiek to co dla niej jest niewinną zabawą i początkiem, dla niego szybko robi się biznesowym projektem i okazją, by udowodnić ojcu swój talent.

Ten film to starcie dwóch różnych światów, flirt, młodość i muzyka. Dwa różne światy w zderzeniu z talentem i ambicjami. Do czego doprowadzi ich ta współpraca?

Ten film to cudowne aktorstwo i genialna wręcz rola Andrzeja Grabowskiego, w roli ojca Roberta. W zasadzie nie ma do czego się przyczepić. Czarno-białe zdjęcia, piękna, kojąca wręcz muzyka. Spokój, pewna nostalgia, ach, jak to pięknie się ogląda! A do tego, epizod Krzyśka Zalewskiego, który niesamowicie mnie zaskoczył i dodał niesamowitego smaczku.

Jeżeli macie ochotę na kameralny wieczór, to pędźcie do kin. Ten film to powiew świeżości w polskim kinie.

Ścieżka dźwiękowa- Black Cat – Reverend And The Makers

O małej zmianie planów

Miałam być właśnie na wyjeździe. Apartament zamówiony, opłacony już od stycznia. Lista atrakcji dokładnie przygotowana. Ba, na piątek w pracy wzięłam nawet wolne. W środę podałam właścicielowi godzinę przyjazdu, odpisał, że będzie czekał. A w nocy napisał maila, że jednak anulował naszą rezerwację. I zonk.

Okazało się wielkim problemem znaleźć coś na ten weekend w normalnej cenie. Nie mówię, że nie było nic, ale wiecie, dwie noce w polskim mieście za 1600 zł, średnio mnie zadowalały. Dostałam odpowiedź, że podobno panu zdublował się kalendarz i zapisał dwie rezerwacje na ten sam weekend. Zdarza się. Trochę kiepsko, że odpowiedź dostałam dopiero po 24 godzinach.

Wiem, że w skali świata to nic wielkiego, pogoda i tak marna, mało wiosenna. Ale i tak szkoda. Bo od stycznia czekałaś, planowałaś, i nic z tego nie wyszło. Ale ostatni czas jednak pokazał, że dystans do takich spraw naprawdę łatwo złapać. Nie wyszło teraz, wyjdzie później. Może będzie lepsza pogoda i dłuższe spacery? Może będzie nawet lepiej? Ba, jako, że nie spędziłam tego czasu w podróży, udało mi się złapać bileciki na gdańskie Męskie Granie w sierpniu. Na pewno nie udałoby mi się tego zrobić, gdybym jechała autem.

A teraz? Teraz przyjdzie mi spędzić całkiem spontaniczny weekend. Inny niż planowany, ale na pewno nie gorszy.

Ścieżka dźwiękowa- Robert Plant – Burning Down One Side 

Kosmetycznie

MaxFactor, Masterpiece Max. Uwielbiam tusze tej marki i zawsze jak jest na nie w Hebe promocja, bo kupuję z wielką przyjemnością. Tym razem wybór padł na Masterpiece Max, tusz wydłużający rzęsy. Czy mi się podobał? I to jak, to jest mój hit! Pięknie podkreśla rzęsy, ok, moje rzęsy są naturalnie bujne, łatwo więc o teatralny efekt, tutaj mamy rzęsy jeszcze dłuższe, jeszcze gęstsze, ale bez przerysowania. Genialna szczoteczka, zero sklejonych rzęs. Tusz nie opsypuje, wytrzymuje ze mną cały dzień. Jestem w nim zakochana. Na pewno kupię go ponownie, kiedy tylko będzie w promocyjnej cenie.

LaQ, pralinkowy mus do mycia twarzy. Ach, jak to pachnie! Jak deser, najlepszy! Jak wykwintna czekoladka, wyjadana wprost z bombonierki. Czekoladowo-orzechowo. Pysznie i cudownie! Ale nie jest to recenzja smakołyku, tylko kosmetyku. Mus ma za zadanie oczyścić cerę i przygotować ją na wieczorną pielęgnację. I jak się spisuje? Bardzo dobrze. Mus naprawdę solidnie usuwa makijaż, nie wysusza i nie podrażnia. Ma cudowną, musowo-piankową konsystencję, która bardzo szybko zamienia się w puszystą pianę. Nie szczypie w oczy, dokładnie usuwa makijaż i zanieczyszczenia. Jestem na tak.


Solverx, balsam do ciała skóra atopowa. No cóż, jeden balsam do ciała spowodował u mnie okropne uczulenie, musiałam brać silne leki, ale i kupić specjalny balsam, do wymęczonej alergią skóry. W aptece dostałam ten balsam, miał mi zapewnić szybką ulgę w swędzącej skórze. I naprawdę działa. Po użyciu błyskawicznie koi i łagodzi podrażnienia, swędzenie szybko znika. Balsam naprawdę przynosił ulgę mojej skórze. Nie jest tani, bo kosztuje 32 zł, nie jest też szczególnie wydajny ( jest dość gęsty), ale to bardziej produkt leczniczy, więc nie mam pretensji. Jestem zadowolona, ba jestem wdzięczna, że uratował mnie od tego niesamowitego swędzenia i podrażnienia.

Garnier, szampon eukaliptus, zielona herbata i cytrusy. Uwielbiam go i chętnie do niego wracam, kiedy tylko znajdę ten szampon w drogerii. A niestety nie widzę go jakoś szczególnie często, może źle szukam? Nie wiem sama. Ale kocham ten szampon. Genialnie odświeża moje włosy, na 3 dni zapewnia im świeżość i lekkość. Sprawia, że włosy są oczyszczone, puszyste i błyszczące. Sam szampon ma wyjątkowo orzeźwiający zapach, który potęguje uczucie świeżości. Do tego butelka 250 ml, kosztuje około 7 złotych, a dodam , że szampon jest wyjątkowo wydajny, więc warto się nim zainteresować jeżeli Wasze włosy mają tendencję do szybkiego tracenia dobrej formy.

Ścieżka dźwiękowa- Happy End- Jak się masz kochanie

Minął marzec. Książkowo

W marcu książkowo było bardzo dobrze. Przeczytałam 20 książek. Całkiem udany wynik, jak na fakt, że pogoda przez większość miesiąca dopisywała i w końcu mogłam spacerować bez umiaru.

Tradycyjnie zaczynam od minusów. Przedstawię książkę, która ma niezwykle wysokie opinie. A mnie tak zmęczyła, że samo wracanie do niej w myślach boli! Za rok o tej porze, Katarzyna Grabowska. Bardzo zła książka, łamane na fatalna. Napisana okropnie, infantylnie, bardzo kiepski styl. Fabuła całkiem kosmiczna, ale myślę,że jakby zabrał się za nią ktoś o lepszym warsztacie, mogłoby by być to zjadliwe. A tak jest to bardzo niesmaczne, wręcz trujące dla duszy.
Nie da się polubić głównej bohaterki, chyba przez całą książkę nie powiedziała jednego pełnego zdania, tak to same- aha, tak, nie…. Wyszła z niej niezbyt lotna dziewczyna. Pozostałych bohaterów też nie da się polubić. Ta książka jest bardzo zła. Nikomu nie polecam, totalna strata czasu.

Nie jest to wielki minus, ale rozczarowanie. Liczyłam na wielkie wow, a nie dostałam tego. Ocean Vuong, Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę. Tę książkę poznałam dzięki tacie. Zaintrygowała go polecajka Pana Michała Nogasia. Kupiłam mu ją, a potem, po dłuższym czasie, wzięłam ją z jego półki.
Cóż, książka mnie lekko rozczarowała. Napisana jest naprawdę dobrze i widać kunszt autora. Ale ja spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Mam wrażenie, że historia jest bardzo nierówna. I tak jak mi się podoba, tak potrafi odpychać.
Pomysł na książkę, jako list do matki, jest bardzo trafiony. Aczkolwiek spodziewałam się naprawdę arcydzieła. Dostałam zaś dobrą, chociaż nierówną książkę. Ładnie napisaną, ale jednak nie zapadającą w pamięć na dłuższy czas.

Ponieważ wolność, jak mi powiedziano, jest niczym innym jak odległością między myśliwym, a ofiarą”.

Czas na polecenia!

Kelly Rimmer, Milczenie matki. Jestem zachwycona tą książką! Czytało mi się ją rewelacyjnie, wspaniały pomysł na dwie narratorki, Olivię i Ivy. Obie opowiadały o tym samym mężczyźnie, o tych samych zachowaniach, ale z zupełnie odmiennej perspektywy.
Ivy jest matką Davida. Dla niego poświęciła całe swoje życie. Jest bardzo opiekuńcza, aż po zachowania typowo toksyczne. Jej miłość do syna jest po prostu ślepa. Na każde niegodne zachowanie syna , Ivy zawsze znajdzie wytłumaczenie.
Z drugiej strony mamy Olivię, synową Ivy, która w swoim życiu doświadczyła wiele cierpienia i przemocy. Kocha męża, tłumaczy go, ale czy kiedyś będzie ta granica, która sprawi, że przestanie być manipulowaną ofiarą?
To książka o ciężkim temacie gatunkowym. Genialnie skonstruowany thriller, który z jednej strony niesamowicie wciąga, ale z drugiej potrafi utrzymać dystans.
Nie sposób czytać tej książki bez emocji. Jak dla mnie mistrzostwo swego gatunku.

Widzę pewne rzeczy i wydaje mi się, że je rozumiem, ale to wszystko jest jeszcze niewyraźne, póki Natasha nie dobierze mi szkieł o odpowiedniej ostrości. Wtedy dopiero zobaczę wszystko takim, jakie jest

Santa Montefiore, Sonata o niezapominajce. Ta książka jest magiczna. Potrafi zawładnąć człowiekiem, i sprawić, że nie może się od niej oderwać. Nie patrzymy na zegarek, czytamy tę niezwykłą książkę, a w zasadzie ją chłoniemy i cieszymy każdą kolejną stroną. Santa Montefiore pisze niesamowite książki o miłości. Pisze je lekko, subtelnie, po prostu pięknie.
Główną bohaterką Sonaty jest Audrey, wychowana w Argentynie nastolatka marzy o wielkiej, porywającej miłości. Chce kochać całą sobą i przeżywać wielkie emocje. Jej wybrankiem jest Louis, szalony i nieokiełznany. Rodzinna tragedia powoduje, że Audrey idzie za głosem rozsądku i bierze ślub z Cecilem, rozważnym i miłym człowiekiem. Niby nic mu nie można zarzucić, ale brakuje mu szaleństwa i tej iskry w oczach…
Śledzimy losy Audrey jako nastolatki, młodej żony i statecznej, ponad 50 letniej kobiety. Śledzimy losy jej rodziny, poznajemy zwyczaje panujące w Anglii i Argentynie. Książka płynie, a my razem z nią..
To naprawdę cudownie napisana historia, którą pokocha każda kobieta!

żadnej chwili nie da się zatrzymać, wszystko mija… Wszystko jest ulotne, jak tęcza czy zachód słońca…

Daphne de Maurier, Rebeka. To książka, od której nie można się oderwać! Po prostu klasyk kryminału, romansu, dramatu i sensacji.
Maxim jest przystojnym, świeżym wdowcem. Poślubia niedawno poznaną, młodziutką Karolinę. Raczej z poczucia samotności, niż z miłości. Dla niej to niesamowity awans społeczny i szansa na lepsze życie. Liczy, że po ślubie między małżonkami będzie panować miłość i zgoda. Ale życie niesie niespodzianki…. Niekoniecznie te pozytywne.
W posiadłości de Wintera rządzi duch jego byłej żony Rebeki. Uwielbianej przez wszystkich, inteligentnej, dowcipnej, budzącej szacunek i sympatię. Rebeka, chociaż zmarła rok temu, wciąż rządzi posiadłością. A przyczyny jej śmierci, wcale nie są takie oczywiste, jak wszyscy myślą.
Bardzo zręcznie napisany, manipulujący uczuciami czytelnika. Nie sposób się oderwać od tej historii. Po prostu klasyk literatury.

Jakby to było dobrze – powiedziałam impulsywnie – żeby wynaleziono sposób na przechowywanie wspomnień podobnie jak perfum. Tak, żeby się nie ulatniały i nigdy nie spowszedniały i żeby w dowolnej chwili można było odkorkować butelkę i przeżywać ten moment na nowo.

Joanna Opiat-Bojarska, Gdzie jesteś Leno? 19 letnia Lena, atrakcyjna studentka filologii angielskiej wychodzi sama z dyskoteki. Jest noc, a ona wraca do domu. Następnego dnia jej matka złości się, bo córka nie przychodzi na umówione spotkanie, a jej telefon milczy…
Co się stało z Leną? Gdzie jest młoda kobieta?
Śledztwo, niechętnie zaczyna policyjny, niezbyt dobrany duet. Z pozoru błaha sprawy, zaczyna się komplikować….
To bardzo solidny kryminał. Czyta się go świetnie, aż trudno się oderwać. Bardzo ciekawe, i dość zaskakujące zakończenie. Tę książkę śmiało polecam wszystkim miłośnikom kryminałów, które są tak realne, że mogą się dziać obok nas. 

Jak nie wiesz, co robić… To zrób jak uważasz.

Barbara Wysoczańska, Narzeczona nazisty. Miłość w czasie wojny nie jest niczym łatwym. A już w szczególności miłość między Polką, a Niemcem.
Hania i Johann, dzieli ich wszystko, a łączy ich miłość. Od początku mieli pod górę, niechęć, wręcz nienawiść rodziny, ale i wielką miłość, którą siebie obdarzali. Niestety, wybuchła wojna, i uczucie dwojga zostało wystawione na ogromną próbę.
Nie powiem, historia jest bardzo dobrze napisana i udaje się uchronić przed nadmiarem ckliwości. Ciekawie jest spojrzeć na losy dwóch osób, które chciały po prostu być szczęśliwe…
Jedyne co mi nie pasowało, to główna bohaterka, czyli Hania. Była naprawdę irytująca w swoich wypowiedziach i nie znalazłam do niej sympatii.

I wciąż patrzyli na siebie, jakby znali się od dawna, jakby to, co ich połączyło, było czymś najbardziej naturalnym na świecie.

Joanna Jax, Długa droga do domu. Ta książka niesamowicie mnie zaskoczyła. Bardzo pozytywnie!
Zaczęło się pozornie niewinnie, i jakoś tak mało wciągająco. Ale od połowy historii, nie mogłam się oderwać od losów Antoniny Tańskiej. A te losy są szalone!
Długa droga do domu to wielowątkowa historia życia Antoniny. Młoda dziewczyna zakochuje się w narzeczonym siostry, zachodzi z nim w ciążę i wywołuje skandal. Wyklęta para osiedla się na dalekiej Kubie, gdzie zaczynają się niesamowite losy.
Śladem przeszłości Tosi, rusza młoda rozwódka. A ta przeszłość to wielkie namiętności, terroryzm, olbrzymie dramaty i wielka historia w tle.
Ta książka to połączenie romansu i sensacji. Bardzo udane!

szczęście to tylko momenty wyrwane życiu.

Ścieżka dźwiękowa- The Strokes – You Only Live Once