Rok z Franusią

I minął rok, odkąd mała kula szczęścia, zwana Franusią jest z nami!

Nie wiem czy mówiłam Wam, ja mała do nas trafiła? Otóż któregoś dnia przeglądałam OLX, nie wiem co mnie strzeliło, ale weszłam na kocie ogłoszenia. I zobaczyłam ją. I już wiedziałam, że przepadłam. Te słodkie oczka, ten wzrok i słodki pyszczek. Był problem, bo byliśmy chwilę przed ślubem, bo nawet nie wiedzieliśmy, czy chcemy drugiego kota. To znaczy ja to sama z sobą ustaliłam, gorzej z Fotografem. On dowiedział się dostając zdjęcie. I przepadł. Był jednak problem, czy pani z ogłoszenia poczeka miesiąc, do czasu aż wrócimy z podróży i będziemy mogli na spokojnie poświęcić czas nowej kici. Pani na szczęście zgodziła się poczekać. Ba, miała na małą, chętną panią od razu. Ale nie była jej pewna, wolała poczekać na nas!

Pamiętam tę sobotę, o 16 przyjechały dwie panie, z szarą kulką. Frania od razu wbiegła do toalety, zwiedziła kuwetę i schowała się pod szafkę. Całą noc przeraźliwie płakała, a ja byłam pewna, że jest jej u nas źle. Następnego dnia wskoczyła jednak do łóżka i tak jej zostało. Ciągle ze mną śpi! Frania okazała się wielkim miziakiem, uwielbia przytulanie, noszenie na rączkach i kontakt z człowiekiem. Jest niesamowicie jednak nieśmiała. Każdy dzwonek do drzwi, wywołuje u niej strach. Tak naprawdę Franusia kocha tylko trzy osoby, nas i swojego brata. Czasem kocha brata aż za bardzo!

Frania okazała się nieco chorowita. No nawet bardzo. Najpierw zachorowała na koci katar, pamiętam te noce, gdzie nie spałam, a inhalowałam małą nad garnkiem z gotującym się majerankiem i tymiankiem. Te dni, kiedy mała co zjadła to zwracała i miała paskudną biegunkę, a ja z zapaleniem oskrzeli, latałam z nią po weterynarzach, szukając dla niej pomocy. W końcu trafiliśmy na powód jej problemów, wystarczyła zmiana diety, i od kiedy Franka jest na diecie, jest dużo lepiej. Chociaż często odwiedzamy weterynarza, to ostatnio nieco rzadziej.

Mała jest naszą wielką radością. To nasza księżniczka, która domaga się czułości. Dużo z nami rozmawia, bo niezła z niej gaduła. Do tego ma tak czarujące spojrzenie, że wszystko jej się wybaczy. Nawet to jak nocami zrzucała mi doniczki z kwiatkami, udało mi się uchronić jedynie 3 sztuki, przez Franusiowymi łapkami! Nie da się jednak na nią gniewać. Jest naszym promykiem i wielką radością. Nasza mała podróżniczka, ma za sobą kolejny wypad. Była dzielna i maksymalnie grzeczna.

Rok z Franią był trudny, ale jednocześnie magiczny i pełen bezinteresownej miłości. Dla tych zielonych oczek zrobię wszystko!

Ścieżka dźwiękowa- Here Is the News – Electric Light Orchestra

Minął miesiąc . Sierpień.

I skończył się sierpień. Ach, ależ to był piękny i całkiem długi miesiąc. I co tu dużo mówić, był to przecudowny miesiąc. Pogoda nas rozpieszczała, ilość atrakcji i pięknych dni, po prostu oszałamiała!

Sierpień zaczął się upalnie i bardzo miło, bo spotkaniem z blogową Myszą i jej kochaną rodzinką. Mamy farta, że udaje nam się spotykać co roku. Muszę tutaj publicznie złożyć obietnicę, że następne spotkanie powinno być tym razem w Szczecinie! Chociaż mam wrażenie, że mam Myszy do pokazania jeszcze milion fajnych miejsc w mojej okolicy. Także mimo wszystko, zapraszam dalej i częściej!

W ogóle w sierpniu tych spotkań było naprawdę dużo. Dużo się działo, wielu gości, wiele spotkań, aż do nocy. A wiadomo, gorące noce, sprzyjały rozmowom i biesiadowaniu. Czuję ogromną wdzięczność, za rodzinę i wspaniałych przyjaciół, którzy są obok. Sierpień mi pokazał, że jestem w pięknym momencie życia i aż chciałoby się, by ten stan trwał i trwał!

Sierpień to czas podsumowań, ale pozytywnych. W końcu za nami pierwsza rocznica ślubu. Wspomnienia wciąż żywe, jakby to było wczoraj. Impreza rocznicowa bardzo udana. A dzięki tej okazji, mieliśmy możliwość odbycia wielu miłych spotkań. Jak widać, same plusy!

Jako, że pogoda nas rozpieszczała, korzystałam z niej ile się da. Chociaż spacerowo było gorzej niż w lipcu, w końcu w tej najbardziej upalne momenty, spacerować jakby się nie chciało. Za to chętnie rozbijałam obóz w ogrodzie i czytałam tam książki, schowana przed całym światem. To była moja baza, w której jadałam obiady, śniadania i relaksowałam się po pracy. Wiem, że nigdy nie wrócę do mieszkania bez ogrodu. To zdecydowanie moja oaza.

Sierpień obfitował w miłe spotkania, piękne chwile spędzane wspólnie poza domem. Towarzysko to był rewelacyjny czas. Korzystałam z okolicznych atrakcji ile wlezie. Morze, jezioro, a w deszczowy dzień knajpy i kino. Udało mi się namówić moją 91 letnią babcię na wypad do kawiarni. To dla niej spore wydarzenie, a dla mnie sama radość. Byłam też na Męskim Graniu, które zostawiło po sobie niesmak. Próbowałam zatrzeć to złe wrażenie, oglądając finał finałów. Dzielnie dotrwałam niemal do północy. Ale nie dałam rady i pokonał mnie niejaki Sobel. Jego muzyka zadziałała na mnie wyjątkowo wręcz usypiająco i nie dane mi było zobaczyć koncertu Orkiestry. No cóż, najpierw Kortez, potem Sobel, emocje jak na grzybach!

Na MG zostawiłam mój kapelusz. Na szczęście odnalazł się u brata, ale, że dzieli nas ponad 120 km, to nie doszło wciąż do spotkania. Na ostatnie letnie podrygi poszukiwałam solidnego kapelusza, i zonk. W sierpniu można kupić cieplutkie kurtki i kozaczki, za to kapelusze są już cieplutkie i ocieplane. Nigdy tego nie zrozumiem! W każdym razie udało mi się kupić co trzeba i to nawet ze sporą zniżką. Szkoda tylko, że wybór taki mały. W gruncie rzeczy to śmieszne, że wciąż mnie to dziwi. W końcu w lutym, nie mogłam już kupić zimowych butów. Wszędzie trampki i balerinki. Jakoś nie umiem się wstrzelić.

Frania stęskniła się za swoim weterynarzem, zdecydowanie ciążyło jej to, że pan doktor nie wie co u niej słychać. Dlatego też jechałam z nią i jej zmianą na uszku niemal na sygnale. Ok, mi się wydawało, że to jakaś zwykła zmiana, ale pan doktor nie zbagatelizował problemu, wręcz przeciwnie, pochwalił za czujność. Malutka dzielnie znosiła zastrzyki i nacieranie uszka kropelkami. To moja bohaterka! Przy okazji okazało się, że jaka matka, taka córka. Franeczka ma chore zatoki, tak jak ja. To jej powikłanie po kocim katarku z dzieciństwa. Obie równo smarkamy!

Miałam wrażenie, że sierpień był bardzo długi i piękny. I nie mówię tylko o pogodzie. Mam takie poczucie, że wycisnęłam ten miesiąc jak cytrynę i zabrałam wszystko co mogłam.

Ścieżka dźwiękowa- Krzysztof Zalewski – Ósemko

Minął sierpień. Książkowo

W sierpniu przeczytałam 20 książek. Zacny to wynik, i to pomimo wakacyjnych aktywności. Aczkolwiek przyznaję, w ten gorący sierpień celowo wybierałam lżejsze pozycje, bo w nadmiarze słońca, moja głowa chciała odpocząć przy lekkim piórze.

Wielki minus? Emilia Teofila Nowa, Grand Hotel Granit. Dawno żadna książka, aż tak mnie nie zmęczyła! Ilość pracowników hotelu, pociotek, przyjaciółek, przechodniów jest taka, że nie da się spamiętać tych wszystkich imion, nazwisk i pseudonimów. Postaci się plączą i mylą. Sama zaś fabuła jest nijaka, bardzo nudna, naciągana i w zasadzie nie odnalazłam jej ani grama sensu. To książka, która zabiera nam cenny czas, nie dając nic w zamian. Zdecydowanie nie warto jej czytać. Wizyta w Grand Hotel Granit, to murowany ból głowy!

Gdyby była mężczyzną, ludzie nazywaliby ją playboyem. Ale jako kobieta mogła być albo rozwiązłą, albo cnotką niewydymką. Albo kurwą, albo świętą. Nie istniała inna możliwość. I to najzwyczajniej w świecie ją wkurwiało jak każde kłamstwo.

Bardzo mnie też rozczarowała historia Gra w kolory, Marzeny Rogalskiej. Jak zmęczyła mnie ta książka! Bardzo słaba, nie wiem czemu, ale spodziewałam się zdecydowanie czegoś lepszego. Taki męczący misz masz. Czekałam na koniec tej historii, jak na wybawienie. Nie potrafiłam polubić żadnego bohatera, ani odnaleźć się w gąszczu dialogów i opisów.


Jeśli umiesz już dawać, to naucz się czasem brać.

Teraz coś, co mogę polecić!

Osobni, Katarzyna Franus. Jest to debiut, który nie ustrzegł się kilku błędów, ale w ostatecznym rozrachunku to naprawdę solidna i warta przeczytania książka.
Jej wielkim plusem jest to, że jest to surowa historia, pokazująca trudne życie dwojga ludzi. Kinga i Mateusz, ludzie w pewnym wieku, z sukcesami zawodowymi na koncie, ale z pogmatwanym życiem osobistym. Ukojenia ona szuka w górach, on trafia tam przypadkiem. I teraz, jeżeli liczycie na to, że poznali się na szlaku i zeszli z niego zakochani, to się mylicie. Ta książka pokazuje wszystkie lęki bohaterów, ich wątpliwości, rozterki, ograniczenia i walkę z własną głową.
To książka o ludziach, którzy chcą być blisko, ale jednak są osobno.
To nie jest ckliwy i łzawy romans. To książka o dojrzewaniu i budowaniu zaufania. Nie tyle do innych, co do samego siebie.
Bardzo udany debiut!

Kingę od dawna korciło, żeby wyruszyć w trasę bez żadnego planu. Bez żadnej mapy z chronologią przyszłych wydarzeń. Żadnych konkretów. Żadnych odgórnych ustaleń. Tylko kierunek był oczywisty. Południe. Tam, gdzie góry.

W maratonie życia, Anna H., Niemczynow. Powiem tak, niesamowicie podobała mi się ta książka. Ale miałam ochotę główną bohaterkę wsadzić pod lodowaty prysznic i nią solidnie potrząsnąć.
Matylda od dziecka desperacko pragnęła miłości i akceptacji. Chciała szybko założyć swoją rodzinę, tak inną, od jej własnej, dysfunkcyjnej. Nie brakowało w niej pieniędzy i możliwości, ale brakowało czasu dla dziecka. Brakowało miłości i czułości.
Matylda szybko wychodzi za mąż i rodzi synka. Ale rzeczywistość nie jest bajkowa, wręcz przeciwnie. Na drodze Matyldy, zamiast niedzielnych śniadań, długich spacerów i rodzinnego szczęścia, stają niezrozumienia, zdrady, niepewność jutra. Młoda kobieta, nie tak wyobrażała sobie życie. Brakuje jej oparcia w mężu i jego miłości. Kiedy dziewczyna idzie do pracy, poznaje miłego i romantycznego nauczyciela wuefu…
Jakie szczęście, że Matylda ma kochającą babcię, która służy jej wsparciem, dobrym słowem i pomocą. Dzięki niej udaje jej się przetrwać najgorsze burze.
W maratonie życia, to rozliczenie 30 latki z jej przeszłością. To coś w rodzaju spowiedzi i odpuszczenia sobie grzechów. Czyta się świetnie. Polecam by dać się porwać temu maratonowi i pobiec przez życie Matyldy, razem z nią.

Urosły mi zbyt wielkie skrzydła, abym mogła racjonalnie stąpać po ziemi. Janek wykorzystywał każdą chwilę na to, aby pokazać mi, jak może wyglądać związek między dwojgiem kochających się ludzi.

Poszukiwacze muszelek, Rosamunde Pilcher. Kojąca, to najlepsze określenie dla tej historii. Otula czytelnika, spokojem, lekkością i nostalgią. Opowieść płynie powoli, przenosi nas do przeszłości i pokazuje teraźniejszość. Życie Penelopy Keeling, wydaje się uporządkowane. Ale to pozory. Jej przeszłość jest barwna i zaskakująca. Nawet dla trójki dzieci Penelopy.
emerytka czerpię z życia radość i chłonie je różnymi kolorami. Tak jakby chciała wymazać to co było szare, nijakie, a czasem czarne z żalu i rozpaczy.
Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę, i śmiało mogę ją polecić, jako książkę, która koi i dodaje nadziei.

Kiedy wy dwoje jesteście razem, w powietrzu jest tyle elektryczności, że wystarczyłoby na burzę z piorunami.

Isabelle Broom, Moja magiczna Praga. Ta książka może być swoistym przewodnikiem po Pradze. Dla tych, którzy znają to miasto, będzie to sentymentalna wycieczka. Dla tych, którzy nigdy tam nie byli, okazja by poznać i zakochać się w Pradze.
„Trzy pary”, trzy zupełnie różne historie, które łączą się w jednym hotelu w Pradze. Miłość, przyjaźń, i piękne wspomnienia. Do tego dużo tęsknoty i niepewności. Pięcioro bohaterów, którym miasto pisze swój własny scenariusz.
Chociaż akcja dzieje się zimą, to miło ja przeczytać nawet latem. Kojąca, urocza, choć chwilami smutno chwyta za serce.
Polecam!

Żałowała, że nie może sięgnąć po przeszłość i chwycić wspomnień obiema dłońmi, rozłożyć ich gdzieś w bezpiecznym miejscu jak zasuszonych kwiatów, żeby móc do nich wracać, kiedy się ma ochotę.

Angielskie lato, Małgorzata Mroczkowska. Książka z dużym, ale to naprawdę dużym potencjałem. Pełna tajemnic, niedomówień, tęsknoty i nagłych emocji.
Anna i Walter to zgrane małżeństwo, szczęśliwie wiodą swoją życie, zarówno to osobiste, jak i zawodowe. Telefon od przyjaciółki Anny, przynosi jednak ogromne zmiany w życiu bohaterów…
Kiedy umiera matka Waltera, Anna podejmuje się remontu. Tak się składa, że syn wspomnianej przyjaciółki, szuka pracy. Anna proponuje więc Wojtkowi, i jego dziewczynie pracę przy remoncie. Młodzi zarobi, a Anna i Walter łatwiej sprzedadzą odświeżony dom.
Przyjazd „młodych” to początek dramatu, ale i pięknej historii. Życie z dala od Londynu, nad morzem, w otoczeniu o połowę młodszych gości, będzie przełomowe dla życia Anny….
Szkoda tylko, że historia nagle się urywa i zdecydowanie brakuje kilku, kilkunastu zdań wyjaśnień autorki, co dalszych losów bohaterów.

Chwila zawsze trwa za krótko, za płytko, za cicho.

Widzę cię, Mary Burton. Wyjątkowo solidny Thriller, który sam się czyta. Obfituje w moc akcji, napięcia i niepewności. Solidnie skonstruowana fabuła, wartka akcja, i świetnie nakreślone postaci – to czyni z tej książki, pozycję godną polecenia, po prostu każdemu!
Główną bohaterką jest Zoe. Zoe Spencer jest agentką, która zajmuje się odtwarzaniem twarzy ofiar, przy pomocy pozostałości czaszki. Zostaje wezwana do odnalezionych w skrzyni kości, po zmarłej niemal 20 lat temu dziewczynie. Okazuje się ona zaginioną dziewczyną, o której losach nikt nie wiedział od prawie 20 lat. Znalezisko dziwnie łączy się w nowymi morderstwami i atakami na kobiety. Tragedia dzieje się również w domu siostry, zmarłej dziewczyny.
Czy policja odnajdzie zabójcę sprzed lat? I to teraz zakłóca cenny spokój miasta?
Poszukajcie odpowiedzi!

Najlepiej funkcjonowała w stanie cierpienia.

Ścieżka dźwiękowa- Quiet Riot – Cum on feel the noize

Szumy nad Tanwią

Chwilę przed kolejnym urlopem, wrócę jeszcze do mojego lipcowego wypadu na Roztocze. Zabieram Was w cud natury, czyli witajcie Szumy nad Tanwią.

Przyznam szczerze, że Roztocze to dla mnie wciąż zagadkowa kraina. O wielu jej tajemnicach dowiaduję się zupełnym przypadkiem i jestem tyle samo zaskoczona, co zachwycona możliwościami ich odwiedzenia. I tak, kiedy przeczytałam czym są owe szumy, decyzja była tylko jedna- jedziemy.

Od Zamościa jechaliśmy może z 40 minut, piękną drogą, głównie prowadzącą przez lasy. Upał był niesamowity, ale chęć zobaczenia rezerwatu była silniejsza, i żadne tam 36 stopni nie mogło zatrzymać nas w czterech ścianach. Tanew to rzeka, a szumy to jedyne miejsce w Europie, gdzie gołym okiem widać geologiczną granicę Europy Wschodniej i Zachodniej. Szumy to progi skalne, których podczas spaceru widać niezliczoną ilość. Woda naprawdę szumi, i koi wszystkie zmysły. Ścieżka jest świetnie oznaczona, i tak urokliwa, że można tam spacerować cały długi dzień. Owszem, to przepiękne, niemal magiczne miejsce, ale zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego. Ktoś kto szuka wrażeń, emocji, ludzi i dźwięków, będzie wynudzony. Ja byłam w siódmym niebie. Trasę można zakończyć na szumach, co robi większość. Jest gdzie rozłożyć koc i cieszyć się latem. Ale, ale. Można iść dalej do wodospadu. I tutaj obowiązkowo trzeba iść, bo droga jest malownicza i dzika. My nie spotkaliśmy po drodze nikogo, aż zaczęłam się martwić, czy idziemy w dobrą stronę. Krajobraz wyjątkowo przypomina mi nadmorskie lasy i tutaj zaskoczenie, to miejsce jest wyjątkowo nasycone jodem, nawet bardziej niż nadmorskie plaże. Nie tylko więc mamy wrażenia wzrokowe i słuchowe ( cisza i śpiew ptaków), ale i zdrowotne. Po 25 minutach wita nas największy wodospad na Roztoczu. Szum wody, jej krystaliczna czystość i orzeźwiający chłód, można tam w kompletnej ciszy i spokoju rozłożyć bazę i spędzić tam wiele, wiele godzin.

Jak dla mnie to przepiękne miejsce, gdzie można odpocząć. Nie ma tłumów ludzi, a upalny dzień, taki leśny spacer, to największa rozkosz dla umęczonego ciała i ducha!

Roztocze to cudowne miejsce, idealne dla ludzi, którzy szukają spokoju i prawdziwej natury.

Ścieżka dźwiękowa- Daria ze Śląska – Falstart albo faul

Chwila końca lata

Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem – teraz jest na to czas – nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym dniem.

Ach, co to był za weekend. Lato zaraz się kończy. Dnie są krótsze, nie ma co walczyć z nieuniknionym. Ale nie ma co popadać w melancholię i oddawać smutkowi. W końcu kiedy ma się do dyspozycji tak piękny weekend, nie sposób siedzieć w domu. Kiedy mieszka się w tak magicznym zakątku Polski, nie sposób spontanicznie podjąć decyzji, by porzucić wszystkie plany, te snute wcześniej. Te plany mówiły coś o porządkach, pracach w ogrodzie i nadrabianiu domowych zaległości. I oczywiście tych pracowych. Porzucamy to wszystko. I zamiast tego ruszamy w drogę. I kierujemy się na Kaszuby, by spędzić cały dzień na jeziorze. Łapiemy promienie słońca. Ładujemy serca i duszę witaminą przyjaźni. Nasz uroczy sąsiad, Flokuś, pierwszy raz płynie na supie, i sami zobaczcie, idzie mu rewelacyjnie!

Nie boimy się zabłądzić, by zobaczyć magiczny zachód słońca. I umawiamy się na rano, by ruszyć nad morze i korzystać z pustej, dzikiej plaży. Co prawda plany się lekko przesunęły i rano zamieniło się w południe, ale nie zmienia to faktu, że w pełni skorzystałam z tego dnia. Kąpiel w morzu zaliczona, woda niezwykle ciepła, a te widoki?

Aż chciałoby się poprosić, by lato trwało cały rok!

Ścieżka dźwiękowa-Lao Che- Dym

Każdy wie lepiej!

Dziś zabieram Was do kina. Idziemy na komedię, polską z dobrymi aktorami i obiecującymi recenzjami. Za scenariusz wziął się twórca takich hitów jak Bogowie, czy Sztuka kochania. Co z tego wyszło?

Ano łagodna i miła do oka komedia. Bardzo dobrze zagrana, w końcu w obsadzie mamy Joannę Kulig, Andrzeja Seweryna czy Grażynę Szapołowską. Pomysł na film był bardzo obiecujący. Mamy bowiem parę po 40-stce, ona ma córkę, on dwójkę dzieci. Chcą być razem i założyć rodzinę, sklejoną z wielu elementów. Ten pomysł nie podoba się ani dorastającym dzieciom, ani rodzicom obojga. Oni najchętniej widzieliby swoje dzieci z pierwszymi małżonkami, do których wciąż mają dziwną sympatię. Mimo tego, że oboje zdradzili ich dzieci!

Rodzice Grzegorza i Ani reprezentują dwie różne Polski. Jej mama i dawni teściowie, są konserwatywni, religijni i wierzą, że jeden ślub i jeden mąż aż po grób. Rodzice Grzegorza są nowocześni, postępowi i otwarci na świat. Świetnie to widać podczas rodzinnego obiadu, gdzie toczy się walka między gołąbkami a sushi. Walka tradycji i nowobogackiej nowoczesności, która tak naprawdę przykrywa konserwatyzm. Bo przecież są przeciwko drugiemu małżeństwu syna, wolą by wrócił on do pierwszej żony, matki swoich dzieci. Knucie „dziadków” ogląda się bardzo miło. Bo ich postaci są mocno narysowane i świetnie z sobą kontrastują.

Film miał wielki potencjał i fenomenalną obsadę. Ale wyszedł z niego nieco odcinek serialu. Taki , że mamy długi wstęp i zakończenie. Brakuje nieco rozwinięcia. Brakuje jakiejś większej liczny emocji, które skupiłyby konflikt rodzinny, wybuchły i w napięciu czekalibyśmy na finał.

Ogólnie oglądało się miło, było kilka scen, które wyzwoliło napad śmiechu. Ale wyszłam z niedosytem. Filmu nie oceniam jednak źle, bo mamy wakacje i na takie, wciąż letnie dni, bardzo dobrze pasuje. Mimo to, oczekiwałam nieco więcej. No chociaż troszeczkę:)

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Personal Jesus

Koncert z dzieckiem

Ostatnio byłam na kilku, plenerowych koncertach. Co jak co, ale takie koncerty to ja uwielbiam. Przede wszystkim lubię je, za dużą przestrzeń, większy luz i spokój. Bo ja z tych, co jakoś tak szczególnie nie uwielbiają dzikich tłumów. A w plenerze to jednak nieco co innego!

Plenerowe koncerty sprawiają, że ludzie chętnie zabierają na nie swoje pociechy. I jestem jak najbardziej za! To naprawdę genialne, widzieć szkraby, które śpiewają, tańczą, cieszą się tym wszystkim. Mali fani muzycy, są uroczy, szczerzy i bardzo cieszą się każdą chwilą. To naprawdę fajne, i uważam, że zabieranie dzieci na koncerty jest naprawdę super opcją. Ale…

No właśnie, o ile niektóre dzieci lubią muzykę, lubią zamieszanie, kolory, hałas, to nie ma sprawy. Gorzej, kiedy dziecko ewidentnie tego nie lubi. I tutaj uważam, że jednak komfort dziecka, jest priorytetem. Jeżeli 3 latek, dostaje ataku histerii, bo jest za głośno, to prostu trzeba albo zainwestować w odpowiednie słuchawki, albo nie chodzić z dzieckiem na koncert. Kiedy widziałam malucha, który pół godziny płakał, krzyczał, kopał siedzenia, a rodzice go olewali, miałam ochotę, wziąć chłopca i wynieść go z tego terenu. Tak by się uspokoił, odpoczął od nadmiaru bodźców i poczuł się pewnie. Rodzice postanowili nie zwracać uwagi na swoje dziecko, bo oni są na koncercie, a dziecko? Kiedyś mu przejdzie. Nie muszę mówić, że nie da się słuchać koncertu, kiedy obok ciebie, koncert daje przerażone dziecko. Na uwagę, że mały naprawdę mocno płacze, można było usłyszeć – on tak ma. Skoro tak ma, to może warto zapewnić dziecku opiekę, na czas wieczornego wyjścia? Chyba każdy byłby zadowolony….

Smutno mi patrzeć na dzieci, które rodzicie zabierają na siłę na takie wydarzenie. Są maluchy, które świetnie się bawią. I nawet te roczne bąble, skaczą w rytm muzyki. I super. Ale są takie maluszki, które po prostu się piekielnie nudzą na takim koncercie. Zaczepiają rodziców, i innych uczestników. Jedyne o czym marzą, to jakieś atrakcje. Muzyka im nie wystarcza, szukają rozrywek gdzie indziej. A to zaczepiają rodziców, a to zaczepiają inne osoby. Są głośne, domagają się uwagi. Zupełnie nie interesuje ich to co, interesuje ich rodziców i ludzi dookoła. Jeszcze pal licho, jak rodzice orientują się, że dziecku się nudzi i jakoś zapewniają mu rozrywki. Najgorzej jak rodzice „olewają” nudę dziecka. Ostatnio jeden chłopiec rzucał kamykami. W ludzi. Rodzicom koncert się podobał, w ogóle zapomnieli, że są z dzieckiem, które cóż, stracili z oczu. A młodzieniec, na oko mający z 6-7 lat, strzelał w ludzi tymi kamykami, ciesząc się z każdego trafienia. Myślę, że chłopiec byłby dużo bardziej szczęśliwy, spędzając ten wieczór podczas szaleństw na placu zabaw.

Ciekawą rzeczą, było to, kiedy maleństwo usnęło na koncercie. Przy czym mówiąc maleństwo, naprawdę mam na myśli niemowlę. Kiedy dziewczyneczka, na oko 3-4 miesiące, usnęła, mama prosiła parę koło mnie, by byli cichutko, bo dziecko śpi. A ta para, po prostu cichutko nuciła sobie refren. Co jak co, ale koncert to chyba ostatnie miejsce, gdzie można oczekiwać ciszy i spokoju dla komfortowego snu niemowlaka. Ostatecznie matka wyszła z koncertu, dość głośno komentując fakt, że nie ma tutaj ciszy i spokoju!

Wnioski? Koncert z dzieckiem? Jak najbardziej, ale trzeba pamiętać o komforcie pociechy. Ale i pamiętać, że dookoła są ludzie, którzy mają ochotę miło spędzić wieczór. Chyba po prostu trzeba znać swoje dziecko i jego możliwości i nie robić nic na siłę.

A jakie jest Wasze zdanie?

Ścieżka dźwiękowa- U2 – Get On Your Boots 

Coraz mniej Męskie…..

Tak, byłam na Męskim Graniu, udało mi się w przedsprzedaży kupić bilety. Liczyłam na to, że postpandemiczna edycja będzie wyjątkowa, bardzo się na nią cieszyłam i nie mogłam się po prostu jej doczekać! Dlatego teraz mogę się podzielić z Wami wrażeniami, z piątkowego koncertu. To co? Zaczynamy!

Tegoroczna edycja przyniosła zasadniczą zmianę, albowiem mieliśmy zamiast jednodniowej imprezy, aż dwudniową. Kiedy kupowałam bilety w ciemno, byłam zachwycona. Wiedziałam już, że 20 sierpnia Fotograf będzie w pracy, i pasowało mi jedynie wydarzenie z 19 sierpnia. Po prostu miłe zrządzenie losu. Kiedy więc kupowałam bilety nie wiedziałam kto zagra, kto będzie w składzie orkiestry. I w ogóle mi to nie przeszkadzało, przecież nie mogło być źle, pod kątem muzycznym. Wielkim rozczarowaniem okazało się to, że piątkowe koncerty to wstęp do soboty. I w sobotę gra tegoroczna orkiestra. Piątki to ledwie rozgrzewka, przed sobotą. Ze specjalnym koncertem Dawida Podsiadło, jako coś niesamowitego. Dawid na finał zamiast regularnej okiestry? Hmm, byłam bardzo rozczarowana i dużo myślałam nad sprzedażą biletów. w regularnej cenie, miałam bowiem nie widzieć, i nie słyszeć, orkiestry. Wyjątkowo zaś się poirytowałam, kiedy okazało się, że Krzysiek Zalewski, jest w orkiestrze. A ja go nie zobaczę! Rozczarowanie razy milion. Ostatecznie biletów nie sprzedałam….

Drugą zasadniczą zmianą, była zmiana miejsca. Zamiast cudownego, kameralnego parku Kolibki, nad samym morzem, dostaliśmy Polsat Arenę, czyli nasz bursztynowy stadion. Pardon, parking przez nim. To co było wspaniałe w Kolibkach, czyli zieleń, atmosfera pikniku, luz, i natura, zostało zastąpione betonem. No cóż, betonoza uderza wszędzie, również w Męskie Granie. Ta zmiana na ogromny minus. Może i wpuścili więcej ludzi, ale za to teren był i tak dość mały, do tego niesamowicie niekomfortowy. Od godziny 17, do 24, na stojąco, względnie na betonowych schodach stadionu. Ochrona była niesamowicie skuteczna w usuwaniu ludzi, którzy rozkładali się na kocach, na niewielkich kawałkach zieleni, okalających stadion. Nas też usunęli z naszego kocyka. Jedna pani, matka niemowlaka, powiedziała, że zejdzie, dopiero jak wyląduje tutaj helikopter! Miejsce oceniam jako nieprzyjazne. Co innego, jeden dwugodzinny koncert, a co innego 7-8 godzinne spędzanie czasu na festiwalu, często z całymi rodzinami. W strefie gastro było nieco leżaków, ale mimo tego, że na stadionie( tudzież parkingu), byłam 20 minut, po otwarciu bram, nie było już żadnego wolnego leżaka. Także tego…. Pamiętacie moją relację z koncertu Dawida, również na tym stadionie? Również było jedno wejście i wyjście, to samo co wejście! Jedno wąskie gardło, które w przypadku jakiegoś zagrożenia, stanowiłoby niesamowite zagrożenie. Zresztą, tego dnia dostałam Alert RCB, ostrzegający przed burzami. Organizatorzy mieli mega szczęście, że burze przyszły, ale od 2 w nocy. Ochrona była bardziej zaangażowana, i sprawdzała plecaki, dokumenty tożsamości. Mimo jednego wejścia, weszliśmy bardzo sprawnie, wszystko dzięki temu, że na terenie festiwalu byliśmy naprawdę szybko. Po pracy, o 17.14, zaparkowaliśmy auto i w drogę, 5 minutowy spacer do bramek!

Kiedy weszliśmy na festiwal, nawet mi się podobało. Strefa gastronomiczna, była bardzo przyjemna. Zamówiłam ( bez żadnej kolejki) pierożki Din Sum, zjadłam je smakiem, na betonowych schodach. Ale wiecie, byliśmy po pracy, bez obiadu. Na wejściu każdy dostawała bezpłatny kupon na puszkę piwa Limonż. I tutaj zaskoczenie, bo na imprezach masowych, piwo powinno być łagodne i rozcieńczone, o maksymalnej ilości procentów 3,5. Limonż ma 4,5 %. My go nie wzięliśmy, ja nie piję alkoholu, a mąż kiedyś spróbował ten wynalazek, i wylał 3/4 puszki, a poza tym byliśmy autem. Widać napój słabo się sprzedaje, skoro dodawali go jako gratis do biletów. I ogólnie piwo przelewali do kubeczków ( wielorazowych i za kaucją), z normalnych butelek. Na pewno nie było to żadne lekkie piwo, przystosowane do masowych imprez. Z pewnością miało to wpływ, na to co zaraz opiszę….

Zacznę od tego, że tego dnia pogoda była niesamowicie wręcz upalna! Dacie wiarę, że o 23.55, było 29 stopni? W taki dzień należy solidnie się nawadniać, ale na pewno chodzi tutaj o zwykłą wodę, względnie piwo bezalkoholowe. Tymczasem ludzie chłodzili się piwem, i solidnie z nim przesadzali. Zresztą, już przed bramkami dopijali na wyścigi ćwiarteczki wódeczki! Jedna para, przerzucała butelki wódki przez płot, swojej koleżance, która weszła wcześniej i łagodnie łapała owe butelki… Naprawdę nie rozumiem, płacisz 200 zł za bilet i upijasz się jak świnia? Słońce nie pomagało, panowie ledwo szli prowadzeni przez swoje partnerki, siusiali gdzie bliżej, a wymiotowali jak na wyścigi… Czułam się niesamowicie zniesmaczona. Jak w recenzjach, mogę potwierdzić, atmosfera była letnio-sopotowo-klubowo-imprezowa. Może z 10% ludzi, przyszło tam na koncerty. Reszta przyszła na dobre picie, jakby to był jakiś piwny maraton. Największym hitem okazywały się staniki zamiast koszulek, skórzane spodenki i poprute kabaretki. Kolorowe makijaże, starannie ułożone włosy, elektroniczne papierosy i niekończąca się dolewka piwa. Na takich imprezach jestem za zakazem sprzedaży alkoholu. Ludzie psują koncerty, innym dookoła. Nie każdy ma ochotę oglądać przegląd żołądka nieznajomego. Albo nie chce wiedzieć, że po alkoholu kłócisz się z dziewczyną, która chce dociągnąć cię do domu, a ty uważasz, że właśnie zaczyna się świetna zabawa. Wiem, że Męskie Granie sponsoruje Żywiec, ale większości Ż wszedł za mocno! I żeby nie było, na poprzednich edycjach, najważniejsza była muzyka, ludzie nie przesadzali z alkoholem, potrafili się zachować, było pełno rodzin, nie tylko rodzice z dziećmi, ale i z dziadkami. Była atmosfera święta muzyki. Teraz zaś świętowano, ale piwo. A przecież do Octoberfest, zostało nieco czasu!

Czas opisać co działo się muzycznie. Zaczęło się od konceptu Johna Portera i Nergala, czyli Me and that men. Bardzo przyjemna muzyka, bardzo pasujące do idei Męskiego Grania! Takie rokowe, mocniejsze, ale w wersji łatwo dostępnej dla wszystkich. Po nim wystąpili bracia, czyli zespół Fisz Emade Tworzywo. Panowie mają talent, to moje pierwsze spotkanie z nimi i naprawdę było ciekawie. Szkoda tylko, że dostali tyle czasu, że mogli zaprezentować pięć utworów… Skromnie, skromnie. Kto dalej? Mioush, który porwał się na przedstawienie projektu Pieśni Współczesne, zaprosił sporo gości. Całość miała wielki rozmach i pokazała, że gość ma talent i muzyczne wyczucie. To było na pewno coś wielkiego, ale czy na pewno pasowało tego dnia? To było bardzo podniosłe, eleganckie, z klasą, osobiście wolałabym to usłyszeć w jakiejś sali koncertowej, najlepiej w filharmonii, bądź w teatrze. Na pewno nie w obecności piwnego miasteczka. Nie mniej, Mioush jest wyjątkowo ambitnym i wszechstronnym twórcą. Ma dar łączenia różnych gatunków muzyki i doboru gości. Czas na Ralpha Kamińskiego, który jest fenomenem na naszym rynku muzycznym. Chłopak jest odważny, utalentowany, perfekcyjnie przygotowany. Zarówno scenografia, układy taneczne i stroje-wszystko na tip top. I chociaż, jak i reszta, dostał niewiele czasu, to pokazał, że Bal u Rafała, to coś, na czym warto bywać. Mój jedyny zarzut? No cóż, tutaj wystąpił blok, nieco smętny Fisz, bardzo podniosły Mioush i liryczny Ralph. Nie było żadnego energetycznego artysty, kogoś kto porwałby tłumy, albo przynajmniej rozruszał przypadkową publiczność. Tym kimś miał być Dawid…

Niestety nie zrecenzuję Wam jego koncertu. Czemu? Gdyż koncert opóźniał się i opóźniał. Nie dziwi mnie to, wszakże pamiętacie z czerwcowego koncertu, że Dawid, niczym diva spóźnił się kawał czasu. Teraz przebił nawet reklamy na Polsacie, po prostu nie mogliśmy się go doczekać. A, że Fotograf rano szedł do pracy, wymęczony czekaniem i staniem, po prostu zarządził odwrót. Ja sama również byłam zmęczona, senna i rozczarowana. Dlatego chętnie ruszyłam do wyjścia i do auta. Dopiero przy wjeździe na obwodnicę, czyli jakieś 10 minut po naszym wyjściu, brat napisał- pojawił się. Kilkadziesiąt minut, po planowanym koncercie. Zaśpiewał 7 piosenek, dokładnie 40 minut! Taki to projekt specjalny, Dawid zaśpiewał 2 nowe piosenki, dwa hity i 3 hymny Męskiego Grania, w których miał zaszczyt zaśpiewać. I tyle. Żadnych gości, żadnych efektów specjalnych, żadnego niesamowitego wykonania. Ot, 40 minut, cześć jesteście wspaniali, wracajcie bezpieczenie do domu. W ogóle nie żałowałam, że nie zostałam, straciłabym chyba do niego całą swoją sympatię…

Totalnym nieporozumieniem było ustawienie scen. Były tak blisko siebie, że chcąc nie chcąc, wszystko ze Sceny Ż trzeba było posłuchać. A niekoniecznie miałam na to ochotę. Zaproszenie na scenę Ż takiego artysty jak Zdechły Osa. Ja nawet rozumiem, że ktoś lubi taką muzyczkę i kogoś to kręci. Ale na Boga muzyki, słuchanie tego czegoś, po prostu zabija we mnie wiarę w ludzkość. Najgorsze, że pod sceną stało dużo dzieciaków. Jakbym określić gatunek, to melorecytacje, taki punk-hip hop. Przed Wami fragmenty tekstów, które w żadnym radiu by nie poleciały, a ja musiałam tego słuchać.

Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny
Zdechły Osa skurwysyny
Lubią to dziewczyny
Napierdalam rymy
Zdechły Osa skurwysyny

co ty kur* piłaś spirytus
po wodzie chodzę z tobą jak Jezus Chrustus

..

kocham cie mała
mimo wyroków
na chu* jumałaś tamten samochód
teraz możemy być w dołku
bardziej niż teraz na dołku

No i Bedoes. Ten gość jest w Orkiestrze. Jego koncert umilał oczekiwanie na koncert Dawida. Ale czy umilał? Nie to, że mam coś do hip hopu, rapu, czy jak to tam nazywacie. Ale Męskie Granie, przyciąga całe rodziny, kiedy zaś słyszysz coś takiego, znów tracisz wiarę w ludzkość. Przede wszystkim Pan Bedoes przyśpieszył naszą decyzję o ucieczce. Tego nie dało się słuchać. Tego nie da się obronić. Może na jakimś blokowym festiwalu rapu?

I wiele z tych kurew chcialo by miec w ustach mojego chuja
zadna z tych kurew w polowie tak dobra jak moja niunia
nie jest smieje sie z was wyre i ta jedna ma skurwiele
moga przegrac no bo leje na nich zdeczka

Młody byk spójrz robię flex
ona pisze do mnie tekst
koleżanki z mojej klasy mnie nie chciały
dzisiaj pytają o seks (wróć)
dzisiaj pytają o seks ziomek
nie mam czasu pojebana pizdo
nie widzisz że kurwa robię cash borek

Mówię szczerze, jeżeli to ma iść w taką stronę, to ja dziękuję. Wolność artystyczna wolnością artystyczną, ale z kulturą, nawet i masową, to nie ma nic wspólnego. Ani nawet z muzyką, bo ciężko tam się dopatrzeć, czy dosłuchać jakiegoś rytmu, ładu i składu. Zawsze mi się podobało, że MG jest na poziomie. Niestety, ten poziom sięgnął bruku. Wszystko przez, w większości przypadkową publiczność, za dużą ilość Ż w głowie i trzewiach, oraz doborze artystów….

P.S. Czytam opinie o sobotniej imprezie, i tutaj wszyscy recenzenci byli zgodni – przyszła w 100 % inna publiczność, ta muzyczna. Taka która się po prostu świetnie bawiła przy świetnej muzyce, skupiona na muzyce, dająca innych jedynie pozytywną energię. Taka, która zrozumiała ideę Męskiego Grania. Chciałabym to sprawdzić na własnej skórze. Na ten moment wiem jedno, na piątkowe koncerty MG, nigdy w życiu już nie pójdę! Mam wrażenie, że ludzie, którzy złapali bilety na piątek, dowiedziawszy się, że nie będzie Orkiestry, sprzedali bilety przypadkowym ludziom.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Halo

Papierowe przemyślenia

„Miłość jest nie tylko uczuciem,
nie jest wzruszeniem ani zakochaniem się.
Jest dojrzewaniem, troską i wzajemną
odpowiedzialnością
za siebie.”

I tak, minął rok! Rok temu, dokładnie o tej porze, szykowałam się do tego wydarzenia, które zwało się nazywać sakramentem małżeństwa. I to już rok…

Czy coś zmieniło? Z jednej strony nic się nie zmieniło, z drugiej zaś, zmieniło się wszystko. Jesteśmy rodziną. Niby na papierze, bo przecież bez papierka, też można tworzyć rodzinę. Aczkolwiek, dla mnie osobiście, ten papier, był naprawdę ważny. Papier, sakrament, podpisy pod urzędowym dokumentem. To była ważna deklaracja, wobec siebie, Najwyższego i kilkudziesięciu świadków. Wiecie, nie jestem naiwna, nie mam 16 lat, nie wierzę we wróżki, wiem, że sama deklaracja i podpis, niewiele znaczą. Wiem, że to samo z siebie się nie uda i w ogóle, sam fakt, wzięcia ślubu, nic nie znaczy, bez pracy nas obojga. Ale ta deklaracja, pokazała mi, że traktujemy się poważnie i naszą relację, chcemy prowadzić to życie razem i razem przez nie iść. Że nie boimy się publicznie powiedzieć, że od dziś razem i na wieki i wieków. W zdrowiu i w chorobie. W niedostatku i w radości. Po prostu razem.

Dla mnie, osobiście, była to bardzo ważna chwila. I taki symboliczny moment założenia naszej małej rodziny. Jako żona czuję się świetnie. Jakoś tak dojrzalej i bardziej świadomie. Cieszę się, że jesteśmy małżeństwem. Że nie mieliśmy obaw i wątpliwości, że to po prostu był naturalny i kolejny krok. Tylko tyle, i aż tyle. No, może jeszcze to, że czujemy się jakoś tak, jakby silniejsi. Czy to magia obrączki?

Przez ten rok przyzwyczaiłam się do słowa – mąż i żona. Dzień po dniu, budujemy naszą rodzinę i jest nam naprawdę świetnie. Nasze kociaki są dopełnieniem naszej paczki. Codzienność nie zawsze jest bajkowa, ale to piękne móc na kogoś aż tak liczyć i wiedzieć, że ktoś za tobą zawsze stoi. Wspiera, popycha do przodu i wierzy w ciebie. Razem jakoś łatwiej znosić kolejne podwyżki rat kredytu hipotecznego!

Z wielką czułością wspominam dzień sprzed roku. Te emocje wciąż są we mnie, co do jednej. Wszystkie wspomnienia trzymam głęboko w sercu, pielęgnuje je i wzmacniam. I wracam dzień w dzień…

Jest naprawdę dobrze. I niech to trwa.

Ścieżka dźwiękowa- Budka Suflera – Szaro szary film

Pomysł na imprezę. Czyli mija 365 dni!

Rocznica ślubu, szczególnie taka, która swoją okrągłością skłania do świętowania w większym gronie, to idealna okazja by urządzić imprezę. Rok po ślubie, zamarzyły nam się poprawiny!

Własny ogródek, i oczywiście letnia rocznica ślubu, aż się proszą by świętować na świeżym powietrzu, werdykt był tylko jeden- Garden Party. Na szczęście prognozy pogody były bardzo obiecujące i mówiły jasno – to będzie świetna zabawa i cudowny dzień pełen słońca i ciepła.

Najpierw lista gości, postawiliśmy na sprawdzoną grupę najbliższych przyjaciół. Wyszło nam w sumie 14 osób. Trzeba następnie wybrać termin, tutaj pod uwagę należało wziąć zobowiązania zawodowo-urlopowe, a także fakt, że sam dzień rocznicy, chcieliśmy spędzić we dwoje. Dlatego skorzystaliśmy z okazji długiego weekendu i zaprosiliśmy gości na 14 sierpnia. Wolny poniedziałek pozwolił na swobodne świętowanie, a nam dał niemal cały weekend na spokojne przygotowania.

W kwestii przygotowań, marzyła mi się bardzo luźna impreza. Dlatego też zaplanowałam stacje relaksu w ogrodzie, były to prostu rozłożone koce na trawie. Dwa stoły służyły za szwedzki stół, postawiłam na dodatki w kolorze różowego złota, takie były talerzyki, kubeczki, a nawet balony. Zdecydowałam się na nieco balonowych dekoracji, żeby podkreślić rangę wydarzenia, to w końcu nie było zwykłe garden party. Co prawda w sieci można znaleźć gotowe zestawy dekoracji na rocznice ślubu, ale dla mnie były nieco tandetne. Dlatego też postawiłam na białe i różowo-złote balony, oraz napis Love. Dużą rolę grało oczywiście światło, więc porozkładałam pełno latarenek i świeczników. Naturalną dekoracją była ogrodowa zieleń i róż, cudownie kwitnących hortensji. O zapach zadbały dziesiątki lawendowych kwiatów. Zamówiłam prosty tort, ekstramalinowy, bo oboje kochamy te owoce. Z dekoracji poprosiłam jedynie o drewniany topper z odpowiednim napisem. Planując menu zależało mi na tym, by większość rzeczy można było wziąć do ręki. Stąd francuskie paluchy, kanapeczki, parówki w cieście, warzywa z dipami. Oczywiście pojawiły się też i sałatki, sycące, ale łatwe w wykonaniu.

Przygotowałam specjalną weselną playlistę. Zaplanowałam też kalambury, tańce i słoiczek wspomnień. Goście dopisali, dopisały im humory, zabawa była świetna. Dużo wspominaliśmy, śmialiśmy się, przeglądaliśmy zdjęcia, omawialiśmy wszystkie wpadki i śmieszne sytuacje z tego dnia. Fajnie było mieć tych wszystkich ludzi koło nas, razem cieszyć się z tego wszystkiego co się stało w ten rok i snuć plany na przyszłość….

To była świetny czas i już nie mogę się doczekać świętowania kolejnych rocznic!

A Wy, lubicie świętowanie różnych rocznic?

Ścieżka dźwiękowa-KULT – Mieszkam w Polsce