Covid. Wersja druga, poprawiona

W poniedziałek tydzień temu test pokazał jasno i stanowczo – ma pani covid. Zapraszamy na ekscytujący czas, pełen dziwacznych doznań…

Wiem, że wiele osób zapomniało, że istnieje taki sobie tam wirusik. Ale serio, on istnieje i atakuje, i chyba się cieszy, że wszyscy o nim zapomnieli. W mediach mówią – teraz to owszem, szybciej zaraża, ale za to jakie to łagodne, ledwo tam go zauważycie, ot, przeziębionko. I to takie, że w sumie niewiele kto się zorientuje. Także tego, ludzie zdjęli maski, przestali dbać o jakikolwiek dystans, przestali dbać o siebie.

Ja dbałam, nosiłam maseczkę w tłocznych miejscach, a już szczególnie byłam na to uczulona w komunikacji miejskiej. Jestem potrójnie zaszczepiona ( o ironio losu, miałam się doszczepić 4 dawką w ten weekend), jestem wyczulona na innych ludzi z infekcjami. Dezynfekcja? W każdej torebeczce mam zapas żeli i płynów. Unikam tłumów, zdrowo jem, codziennie posiłkuje się tranem i witaminą D. I co? I nic, co z tego, że ja to wszystko zrobię, skoro wejdę do autobusu, gdzie nikt nie nosi maski, gdzie ludzie kichają na potęgę i stoją na sobie… I właśnie ten dzień, kiedy musiałam do domu wracać pociągiem i autobusem, pociągnął mnie na samo dno…

Także tego, sprawdziłam to na sobie, byście nie musieli tego robić. Taka jestem gotowa do poświęceń. Ale naprawdę, proszę, nie powtarzajcie tego w domu…

We wtorek Fotograf miał wyjazdową sesję w Stolicy. Mi zostało dojechać do pracy i do domu komunikacją miejską, którą staram się omijać jak mogę. Tego dnia musiałam… I bach.

W niedzielę pojawiło się uczucie zatkanego ucha, ale pojawiło się zaraz po umyciu włosów, ot, musiała się tam wlać woda. Wzięłam kropelki do ucha i zapomniałam o sprawie. Po kilku godzinach pojawił się nieśmiały ból głowy, ale w zasadzie na dworze szalała burza, więc to żadna dla mnie niespodzianka, że tak reaguję na zmiany w pogodzie. Potem lekko drapało mnie w gardle, wzięłam tabletki z porostu, zrobiłam na wieczór herbatę z miodem, wzięłam nawet aspirynkę. Ot, tak dla spokoju sumienia. Zasiadłam przed ekran, bo właśnie Rolnik miał lecieć ( wybaczcie, to moja grzeszna przyjemność) i uderzyła mnie nagle taka niemoc, w połączeniu z okropnym bólem gardła. Tak jakby nagle w moim gardle zamieszkała banda dzikich bestii. Gardło mi płonęło, szczypało, drapało, kąsało, nie wiem co jeszcze. Szybciutko wzięłam silniejszy lek na gardło. Poczułam też tak silny ból nóg, że czułam, że nie dojdę do łóżka! Ból był niesamowity, jakbym spadła z roweru. Jakoś dotarłam do łóżka, targały mną dreszcze, na sucho, bez gorączki. Gardło piekło i bolało, głowa pękała, oj, nie było to miłe. I tak całą noc. Rano termometr pokazał 39 kresek, a musicie wiedzieć, że mój organizm nie gorączkuje bez powodu. Ja już tak mam, 99 % chorób przechodzę bez podwyższonej temperatury, ale jak już ona jest, to oznacza jedno – sprawa jest poważna! To był czas by zrobić test na koronawirusa, nie było na co czekać. Od razu pojawiły się dwie covidowe kreseczki. Dla pewności, tego samego rana zrobiłam kolejny test, który mąż przyniósł na świeżo z apteki, z innej firmy. I tak samo pozytywny. Nie było co się oszukiwać, zaczęło się piekło. I wcale nie żartuję i nie przesadzam!

Przez dwa dnia walczyłam z gorączką, która bawiła się ze mną w chowanego. Rosła, rosła i rosła. Na chwilę spadała i bach, znów rośnie. W życiu nie miałam takich dreszczy, leżałam w piżamie, swetrze, pod dwiema kołdrami, dwoma kocami, z termoforem w stopach, a i tak było mi przeraźliwie wręcz zimno. Najgorsze było to, że największe dawki Pyralginy nie dawały rady z tą temperaturą. Czułam, że zaczyna ścinać mi się mózg. W którejś godzinie gorączki zaczęłam coś tam mówić do męża, że na stypie po mnie, mają podać frytki, devolaye i surówkę z marchewki. A nie, to chyba jednak powinna być surówka z pora? Zdecydowanie wolę porową, i co z tego, że mi już będzie raczej wszystko jedno, chcę porowej, ja tego wymagam. Inaczej będę straszyć po nocach.

Jak minęła gorączka, to z racji równowagi pojawił się kaszel. Natychmiast straciłam głos i całkiem wszystkie siły. Bo te resztki sił, zabierał mi kaszel. Od razu mój kaszel przeszedł w tryb mokry i rozrywał wnętrzności. Nie było to w żaden sposób miłe i w zasadzie nie miałam chyba nigdy aż tak męczącego kaszlu. Może jak miałam 8 lat i miałam zapalenie płuc? Coś kojarzę, że wtedy nie było mi za fajnie. Katar nie dawał żyć, ucho bolało, a potem przytkało się, wydawać by się mogło, że na amen w pacierzu. Jakby było mało, to przeraźliwie bolała mnie głowa, nawet cichutkie radio grało za głośno. Dopadł mnie światłowstręt, dźwiękowstręt, generalnie chyba wszystkowstręt. Nic mi nie smakowało, nie miałam apetytu. Już nie mówiąc o piciu, to też słabiutko wchodziło. Okropnie bolało mnie całe ciało, każda kosteczka, każda chrząstka i każdy stawik w moim wnętrzu. Oczywiście mięśnie też. Nie byłam w stanie utrzymać sama kubka, piłam przez słomkę, i pod przymusem. Nie miałam siły na nic i było to obezwładniające i wyjątkowo przerażające uczucie. Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie mąż w domu, chyba musiałabym wezwać pomoc. Nie byłam w stanie przełożyć się na drugi bok, bez pomocy. Było to mocno upokarzające, czułam się jakby poraziło całe moje ciało, wszystkie funkcje życiowe zostały jakby wyłączone i przytłumione. To jedno z najgorszych odczuć w życiu, totalna niemoc, ból całego ciała, całkowity brak sił. Miałam wrażenie, że boli mnie wszystko, oddychanie, generalnie życie. Było to skrajne wyczerpanie, na granicy śmierci. I nie żartuję tutaj nic a nic. Dodatkowo pojawiły się niesamowite nocne poty. Owszem, latem trafiałam wiele razy na nagłówki artykułów- kiedy rano budzisz się zlany potem, to może być covid. I co? Fakt, ja się budziłam rano jakbym brała całą noc prysznic. Mąż mnie budził w nocy i zmieniał mi piżamę, po prostu ze mnie ciekła woda, jak z kranu. Nigdy nie miałam takiego przerobu piżam i pościeli, pralka działała codziennie. Nie będę Wam mówić jakie to męczące, wstydliwe i nieprzyjemne…. Schudłam ostatecznie 4 kilogramy, co przy mojej wadze wyjściowej, oznacza 8,3 % masy mojego ciała. Jestem trupio blada, widać mi wszystkie żyły i czuję się jak zombie. Do dziś nie mam siły by wyjść z łóżka, przebrać się w domowy dres i chociaż poleżeć pod kocem….

Czułam całkowity brak kontaktu z moim ciałem. Ja mówiłam jemu podnieś rękę, a ono nie, nie chciało słuchać. Z moim mózgiem też działo się coś dziwnego, proszę się nie śmiać. No dobra, możecie. Nie wiem co mi się popsuło, ale wyobraźcie sobie, że w sobotę, mąż poszedł na zakupy. Ja uznałam, że jednak bym coś zjadła i chciałam zrobić sobie kanapkę. Mąż wszystko przygotował, na stole leżał pokrojony chleb, ser, szynka, pomidorki, nic tylko zrobić sobie kanapeczki. Kanapkę złożyłam, ot zwykła, chleb żytni, szynka, pomidor. Położyłam to na talerzyku, wsadziłam talerz do mikrofalówki, i cóż, włączyłam największą moc, największy czas i wróciłam do łóżka. Szybko zaczęło się dymić, mieszkanie w gryzącym dymie, a ja dzwonię do męża, że mamy pożar. Ten wraca przerażony co się dzieje, i znalazł, spalony talerz ze zwęgloną kanapką. A ja o niej kompletnie zapomniałam. Przy czym nie chciałam zrobić sobie tostów, tudzież kanapki na ciepło. Ja nie kojarzyłam w ogóle po co ją tam włożyłam, i zapomniałam o tej czynności. Już mnie dopadła mgła covidowa….

Tak naprawdę to po tygodniu ciągle się czuję jakbym była z waty. Nie mam siły, po 13-14 godzinach snu, jestem zmęczona i senna. Mam kaszel, chrypę, katar i ból ucha. Moja aktywność ogranicza się do spacerów do łazienki. W kąpieli musi mi towarzyszyć mąż, bo stanie pod prysznicem generuje ogromne zawroty głowy. W zasadzie to wciąż mam wrażenie jakbym płynęła na jakiś jachcie w czasie sztormu, w głowie mi wiruje non stop. Ale nic nie przebije tego jak bolą mnie nogi. Z jednej strony czytam, że to dość normalne, ale z drugiej codziennie płaczę z tego bólu. To jakiś kosmos!

Generalnie jest bardzo źle, i tak naprawdę to w całym swoim 34 letnim życiu, aż tak nigdy nie byłam chora. Nie życzę tego nikomu. Ale za to życzę Wam dużo dystansu… do innych ludzi. Unikania tłumów i życzę Wam maseczki na buzi. Lepiej mieć kwadrans dyskomfortu, niż chociaż godzinę męczarni, którą przechodzę od tygodnia!

Ja dodatkowo mam to szczęście, że mam kochanego brata, który jest lekarzem, i do z tego praktyką po oddziale covidowym. Mogę do niego dzwonić 24 h na dobę i czuwa nade mną, mam dobrą opiekę. Ale nie każdy tak ma….

Nie ściskam, by nie zarazić.

Ścieżka dźwiękowa- Lenny Kravitz – Frankenstein

Reklama

22 myśli w temacie “Covid. Wersja druga, poprawiona

  1. O kurde, przerażające… Zwłaszcza te spadki świadomości. Życzę dużo, dużo zdrówka. Niektóre objawy są mi znane, też niedawno przechodziłam covid – nieznośny ból całego ciała, zwłaszcza nóg, bioder i pleców, utrzymujący się dwa tygodnie, a także przeraźliwe zimno bez gorączki, na które nie pomagały swetry, koce ani kołdry. Ale nie było aż tak źle, jak u Ciebie.. Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej!

    Polubienie

  2. Niestety ludzie nie rozumieją . Ja przeszłam covida kiedy młodszy rocznik nie mogły się jeszcze szczepić . Mimo że uważałam . Bardzo złe zniosłam dlatego Tobie życzę szybkiego powrotu do zdrowia

    Polubienie

  3. O rety, współczuję. Z tego, co słyszę, to większość ludzi obecnie rzeczywiście przechodzi lekko, ale nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się gorsza wersja. Koleżanka mówi, że kolejny covid przechodziła gorzej niż pierwszy, leżała kilka dni z wysoką gorączką, ale aż tak to nie (po szczepieniach, więc nie jest do końca przekonana, czy one na nią dobrze podziałały).

    Polubienie

    1. no właśnie opinie podzielone, niby w szpitalach dramatu nie ma – opinia brata, ale w przychodni już tak – opinia koleżanki. Jej zdaniem od sierpnia widać jakąś gorszą wersję, albo nie wiem jak to nazwać, ale jednak masa osób choruje gorzej niż wcześniej

      Polubienie

  4. O kurczę!!
    Współczuję, też robię nadal wszystko jak trzeba, czasem patrzą na mnie jak na wariatkę, ale mam to gdzieś (szkoda tylko, że aż tyle ludzi nie myśli o zagrożeniu). Po tym co przeczytałam się trochę boję. Też jestem zaszczepiona 3 razy i wybieram się na 4 dawkę.
    Życzę Ci dużo zdrowia i wytrwałości. Nie poddawaj się!

    Polubienie

  5. Byłaś naprawdę dzielna! I nadal jesteś. Gdy czytałam o tych wszystkich objawach, nawet wyobrazić sobie nie mogłam, jak takie cierpienia znosiłaś.. Wystarczyły mi same opisy, by już czuć ból razem z Tobą. Choć jeszcze nie najlepiej, ale ważne, że już trochę lepiej. Wracaj do sił i zdrowia!

    Polubienie

  6. Szybkiego powrotu do zdrowia. Okropne te dolegliwości, chyba nigdy nie chorowałam aż tak. W lutym złapało mnie jakieś większe przeziębienie i cierpiałam przez weekend, a tak to nie pamiętam, kiedy ostatnio chorowałam. Mam nadzieję, że szybko Ci przejdzie i wrócisz do pełni sił.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s