Minął miesiąc. Lipiec

Żegnaj lipcu, witaj sierpniu. Ale nim rozgościmy się w sierpniu, zajrzyjmy bliżej do lipca!

Lipiec, pogoda w kratkę. Niemal marcowy garniec. I te nieziemskie upały i słoneczne dni. I te burzowo-deszczowe, i te kiedy musiałam zakładać kurtkę i solidnie otulać szyję chustą. Totalny misz-masz. Niestety ten miszmasz i miks, przepłaciłam zapaleniem zatok. Kiedy standardowe leki przestały sobie dawać radę, musiałam zasięgnąć porady lekarza. Werdykt? Jak zwykle, antybiotyk. Dobrze, że tym razem jedynie na 3 dni. Aczkolwiek mam wrażenie, że moje zapalenie przeszło w stan jeszcze bardziej przewlekły. Jakoś tak, ostatnio kichanie, smarkanie i używanie sterydów przeszło u mnie w stan bardziej niż pernamentny!

Lipiec jednak zaczął się dobrze, bo wyjazdem na Roztocze. Pogoda dopisała, w głowie i sercu zostały piękne wspomnienia i cudowne widoki. Byłam i jestem do teraz, zachwycona tym wszystkim co się tam działo. Bardzo bym chciała, by taki urlop mógł trwać nieco dłużej, a nie jedynie tydzień. Marzą mi się takie dwa pełne tygodnie. Dwa tygodnie luzu i odpoczynku. Bardzo mi się marzą. Ale to niezbyt realne. Dlatego też cieszę się tym co mam. A mam wiele. Takie piękne wakacje, cudowne wspomnienia, wiele pięknych miejsc odwiedzonych i zjedzonych pyszności na koncie. To był prawdziwie cudowny początek lipca!

W lipcu pracy było co niemiara! Zdecydowanie skrócił mi się sen. Ogólnie to był wyjątkowo zapracowany i zabiegany miesiąc. Jak chyba żaden inny lipiec. Zamiast urlopowego odprężenia, mieliśmy ciągły chaos. W pracy spędzałam dużo czasu i ciągle z tyłu głowy miałam kolejne wyceny i zaległości. Do domu wracałam zdecydowanie zbyt późno, co głośno wykrzykiwała mi Franusia i Fifi. Bywało pełno takich dni, kiedy to wracałam do domu po 14 godzinach do wyjścia z niego. Narobiłam sobie sporo domowych zaległości. Jak na złość, weekendy były jakby krótsze i skupiały się głównie na niwelowaniu owych zaległości. Ale wiecie, nie jestem bez winy. Co chwilę znajdowałam sobie coś nowego do roboty. Ot, chociażby nową rabatę w ogrodzie. Nową aranżację skrzynek, które zdobią taras. Zrobiłam też lawendową alejkę. Uff!

A jakby tego było mało, po powrocie z pracy, zabierałam się za przerabianie wiśni na konfitury, wyprodukowałam też testowo syrop lawendowy. Musiałam obrobić całą wielką michę kwiatów lawendy, i wiecie co? Wyszło mi z tego ledwo trzy słoiczki. Takie po musztardzie. Ale po testach mogę śmiało powiedzieć, to nie koniec! To jest prawdziwa petarda, kropla przenosi mnie w prawdziwie lawendowe niebo. Syrop będę dodawała do herbaty, na zabiegane i męczące wieczory. A zabiegane to teraz były chwile, kiedy próbowałam zdobyć cukier do przetworów. Na co dzień w domu mam tylko erytrytol i nieco cukru pudru. Tak do dekoracji wypieków. Przed sezonem kupiłam jeden żelfiks i tyle. Teraz w pięciu sklepach szukaliśmy cukru i nic. Nie było też żelfiksów. Miła pani wytłumaczyła mi, że ludzie też to kupują, bo w środku jest nieco cukru. Zastanawiam się kto słodzi herbatkę żelfiksem? Szaleństwo. Cukier zdobyłam następnego dnia. Uwaga, był tylko cukier puder….

Odwiedziłam w końcu fryzjera. Pierwotnie miałam jedynie podciąć grzywkę. Ostatecznie, po półtorej roku zapuszczania włosów, wróciłam do boba. Tym razem jednak wersja dłuższa, taka, że mogę włosy zebrać w małą kiteczkę. Fajna odmiana. Na razie cieszę się morzem możliwości i włosami, które mogę albo rozpuścić, albo związać. Poprzednio, mogłam je tylko związać, bo ja i dłuższe rozpuszczone włosy? To się nie łączy!

W lipcu pogoda nie pozwoliła mi w pełni skorzystać z możliwości jakie daje mi moje miejsce zamieszkania. Standardowo kiedy przychodzi dwudzionek, albo pada, albo jest zimno. Ogrodowe wieczory trzeba spędzać po kocem, i w kamizelce. Owszem, były spacery, ale często z parasolem w ręku. Jak wtedy kiedy mieliśmy gości i lataliśmy w ulewie, pokazując im Gdynię. Albo gdy umówiłam się z moim bratem i kiedy tylko dojechałam na miejsce, rozpętała się burza… Mimo to udało mi się zorganizować jedną szaloną wycieczkę na ukochane wydmy. Przekrój pór roku, od zimowego wiatru, po upał i chodzenie bez butów. A jak poszłam na koncert Kaśki Sochackiej, to deszcz przestał padać dopiero pół godziny przed koncertem.

Jeżeli mowa o koncercie, to byłam też na koncercie Raz, dwa, trzy, i był to kolejny i kolejny bardzo miły koncert. I wiele muzycznych doznań. Udało mi się też nieco bawić się w turystkę i pozwiedzać Gdańsk i Gdynię. Fajnie poszwędać się w znane miejsca, tak jakby szło się tam pierwszy raz. A to wszystko dzięki naszym gościom, którzy chcieli by pokazać im wszystko. To był kulturalny miesiąc, dwa koncerty i kino. Co ciekawe, w tym czasie byliśmy sami na sali, w powtórce covidowej fali, to wyjątkowo fajne i bezpieczne. W dodatku nikt nie jadł popcornu i nie siorbał coli!

W lipcu usiadła na mnie pszczoła, albo osa, akurat nie odróżniam jednego od drugiego. Usiadła i tyle, nie zdążyła mnie ugryźć. Ale to starczyło bym dostała uczulenia. Pęcherz, swędzenie i silne zaczerwienienie, spuchła mi też ręka. Pamiętacie jak 3 lata wstecz wylądowałam na pogotowiu po kontakcie z pszczołą? Wtedy mnie ugryzła, teraz tylko usiadła. Muszę naprawdę zaopatrzyć się w adrenalinę, w razie konieczności!

Mam wrażenie, że lipiec był naprawdę długi i konkretny. Dużo się działo i to dużo fajnego. To był dobry miesiąc! Minus? Z babcią Fotografa zrobiliśmy 65 pączków, w upale. Nic nie zjadłam, zapomniałam ich wziąć !

Ścieżka dźwiękowa- Pink Floyd – High Hopes 

20 myśli w temacie “Minął miesiąc. Lipiec

  1. Zdjecia cudne, mozesz podac przepis na ciasteczka?
    I zdradzic na czym jest owsianka, ma taki apetyczny rozowy kolor:) Ja tez kocham owsianki i zbieram przepisy na nie;)
    My wrocilismy z urlopu w Holandii, bylo cudnie, ale oczywiscie za krotko;)

    Polubienie

      1. Dziekuje za przepis, nie wiedzialam, ze prowadzisz bloga kulinarnego:) A ze malo slodkie, to dobrze, ja prawie wcale nie uzywam cukru, a jak juz to daje 1/3-1/4 ilosci podawanej w przepisie;)

        Polubienie

  2. Na południu standardowo cieplej. 🙂 W upały polskie wybrzeże jest idealnym miejscem, bo na pewno nie będzie tam tak gorąco, jak gdzie indziej. 😉
    O cukrze przeczytałam na blogu Blubry i wtedy aż poszłam do Lidla sprawdzić i wzięłam jedną paczkę, bo normalnie to mi się przypomina dopiero, jak chcę coś upiec. Ale w szafce znalazłam jeszcze jedną zachomikowaną. 😀
    Twoje ciasteczka przypomniały mi kolumbijskie kawowe ciasteczka z Biedronki, jakiś czas temu je mocno przecenili i wtedy wzięłam – i żałuję, że tylko jedną paczkę. A tu mogę skorzystać z przepisu i upiec sobie własne. 🙂

    Polubienie

  3. Niebo było różowe, ta ra rara… 😉 Ciekawa jestem strasznie tego lawendowego cudu. A co do adrenaliny, to gdzie się ją podaje przy uczuleniu? Kojarzy mi się tylko Statham i wpakowanie mu strzykawy prosto w serce, tak z całej siły. I może też w „Inwazji” z Nicole Kidman. Tak mi się wydaje, że był tam podobny motyw 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s