Połonina Caryńska

Ależ mam zaległości! Wszystko przez ten remont. Z miesięcznym, ponad już miesięcznym opóźnieniem, zabieram się za relację z Bieszczadzkiej podróży. Jako, że wyjazd był dość krótki, to będą dwie części. Plany były dużo ambitniejsze, ale po wspinaczce nie mieliśmy sił i ochoty na nic, więc jeden dzień spędziłam na totalnym lenistwie.

Będę szczera, nie jestem największym na świecie amatorem górskich spacerów. Góry mam daleko, a jako człowiek z Trójmiasta, chodzę raczej po płaskim. Nie mam ma koncie zbyt wielu szczytów, którymi mogłam się pochwalić. Ale cóż, od czegoś trzeba zacząć. Raz zeszłam ze Śnieżki, raz weszłam na taką mniejszą górkę, a teraz zaliczyłam Połoninę Caryńską. Brawo ja!

Na dzień wędrówki wybraliśmy sobotę, poranek nie był słoneczny, nawet spadło kilka kropel deszczu. Miałam solidne obawy przed wejściem, przecież nie zejdę stamtąd ot tak! Ale podjęłam wyzwanie. Uzbroiłam się w orzechowe batony z solą morską i herbatę. Do tego czapka, polarowa cieplutka buza i sofshell. Nie, nie miałam trampek,.a solidne buty do górskich wędrówek. Byłam w pełni gotowa. Zgodnie z informacją, trasę powinnyśmy przejść w 3 godziny i 25 minut. Biorąc pod uwagę naszą kondycję, dawałam nam 4 godziny, co najmniej. To co? W drogę!

Chociaż dzień zrobił się pogodny, to jednak ostatnie 3 dni nieźle padało i na szlaku było zarówno mokro, ślisko i błotniście. W leśnych zakątkach szło się dużo lepiej, ale przez początkowe polanki, szłam siłą woli. Bo wiecie, ja nie znoszę błota i jak jeszcze to błoto jest na mnie…. A fuj, ale dzielnie szłam. Po drodze były lżejsze odcinki, ale i te, które wymagały większej dawki uwagi. Było dużo leśnych schodków, dużo stromych podejść, do tego szło tam naprawdę sporo ludzi. Ale oni dodawali mi nadziei. Skoro szli z dziećmi, często przedszkolakami, do tego z psami, to wiedziałam, że i ja tam wejdę. Aczkolwiek będę znów szczera, po koronawirusie, mam dużo mniejszą tolerancję wysiłku i musiałam kilka razy robić dłuższe postoje, bo zaczynało mi wariować serce. Na szczęście po zjedzeniu batonika, złożonego z samych orzechów, dostałam energii. Tym bardziej, że zaczął się ten najbardziej malowniczy moment trasy. Co prawda trzeba było iść i iść, ale widoki zaczęły zapierać dech. W końcu dookoła pojawiła się przestrzeń i genialne poczucie wolności. Dodatkowo pojawiła się kosmiczna wręcz mgła. Jedni narzekali, ja ostatecznie uznałam, że dzięki niej, to miejsce wygląda jeszcze piękniej. Było niezwykle magicznie, typowo jesiennie, a dominującym kolorem okazał się złoty. Ach, nie żałowałam żadnego postawionego kroku, ani żadnej sekundy, którą poświęciłam na marsz. Owszem, na górze było naprawdę zimno i musiałam wyjąć zestaw zima w pełni-czapka, szalik, dodatkowa bluza, ale dalej twierdzę, że te widoki to było najlepsze co widziałam w tym roku. A musicie mi wierzyć, wiele w nim widziałam!

Zejście z góry okazało się dla mnie drobnostką, O ile pod górę, zatrzymywałam się co chwilę, to w drugą stronę ledwie raz. Ostatecznie nie dość, że zmieściłam się w czasie , założonym przez ludzi z parku, to cała wycieczka zajęła mi 2 minuty mniej. Brawo ja!

Połonina Caryńska urzeka pięknem. Jest tam po prostu wyjątkowo, magicznie, i niezwykle Bieszczadzko. Trzeba pamiętać o wygodnych butach i zapasach na drogę. I wiecie co? W ogóle nie żałowałam tego, że przez następne 4 dni ledwo chodziłam! Myślę, że ta wędrówka i radość z widoków, przekonają do Bieszczad każdego. A jak Wam się podobają mgliste Bieszczady?

Ścieżka dźwiękowa-David Bowie – Let’s Dance

14 myśli w temacie “Połonina Caryńska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s